Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

sobota, 24 czerwca 2017

Opowieści z Akademii Nocnych Łowców

Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Ilość stron: 655
Opis wydawcy: Simon Lewis był człowiekiem i wampirem, a teraz staje się Nocnym Łowcą. Jednak wydarzenia „Miasta Niebiańskiego Ognia” odarły go ze wspomnień i Simon nie bardzo wie, kim jest. Wie, że przyjaźnił się z Clary i że przekonał skończoną boginię Isabelle Lightwood, żeby się z nim spotykała… ale nie ma pojęcia, w jaki sposób. Kiedy zatem Akademia Nocnych Łowców ponownie otwiera swoje podwoje, Simon rzuca się w nowy świat polowania na demony, zdecydowany odnaleźć siebie, odnowić dawne związki i stać się prawdziwym Nocnym Łowcą. Jednak wkrótce zdaje sobie sprawę, że w Akademii nic nie jest proste i oczywiste…










Któż nie słyszał o Nocnych Łowcach? Ich świat, stworzony przez Cassandrę Clare, porwał serca wielu czytelników, a cała seria "Darów anioła" trafia już do kanonu młodzieżowej fantastyki. Pamiętam kiedy kilka lat temu sięgnęłam po "Miasto kości", które wciągnęło mnie już od pierwszych stron, z kolei seria "Diabelskie maszyny" stała się jedną z moich najukochańszych. Cassandra Clare ma przede wszystkim świetny styl, niesamowitą wyobraźnię i tworzy wspaniałe, różnorodne charaktery. Tym razem z radością zabrałam się za "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców" i mimo iż naprawdę dobrze się bawiłam, to jednak jest to najsłabsza pozycja z całego uniwersum. Warto też na samym początku zaznaczyć, że Cassandra jedynie współtworzyła tą książkę wraz z trzema innymi autorami, a przed każdym z rozdziałów dowiadujemy się kto go napisał.

W TYM AKAPICIE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ MAŁE SPOILERY DO SERII "DARY ANIOŁA"  
Historia skupia się głównie na Simonie Lewisie, przyjacielu Clare i człowieku-wampirze, który stracił pamięć. Teraz poszukuje własnej tożsamości, mgliste wspomnienia przypominają mu jedynie o niektórych elementach dawnego życia. Kiedy Akademia Nocnych Łowców ponownie zostaje otwarta, Simon przystępuje do szkolenia, których przejście okazuje się nie tak łatwe jak z początku mógł się tego spodziewać. Zdecydowany odnaleźć siebie i zdefiniować swoje niewyraźne wspomnienia, pragnie stać się prawdziwym Nocnym Łowcą.

Jeżeli wcześniej nie przepadaliście za postacią Simona, to gwarantuję wam, iż przy lekturze tej pozycji to się zmieni. Autorzy opisują jego losy w taki sposób, że dotychczas tchórzliwa, pechowa i spychana na bok postać przechodzi dużą przemianę. Rozwój Simona, to jak poszukuje samego siebie, jak w pewnym sensie staje na piedestale kandydatów w Akademii, było najciekawszym elementem w lekturze, który odgrywał kluczową rolę w przyciąganiu mnie do tej powieści. Muszę przyznać bowiem, że początek książki był najciekawszy, a im dalej tym miałam wrażenie, że wszystko zwalnia i gdyby nie bohaterowie, to naprawdę ciężko byłoby przez tą powieść przebrnąć.

Na plus działa to, że autorzy nie skupiają się tylko na Simonie, pojawiają się tutaj też inne ciekawe postacie. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o cudownym Georgu, którzy wprost skradł moje serce.  Uwielbiałam wszelkie momenty i wzmianki, w których się pojawiał. Poza tym spotykamy znane nam już postacie, takie jak Clary, Isabelle, Magnus czy James. Jako fanka uniwersum Łowców byłam niezwykle ucieszona, że mogłam  powrócić do tych wspaniałych postaci, przez to również wszystkie historie sprawnie się zazębiają.

Realia Akademii okazują się być dość okrutne i wymagające od uczniów wiele odwagi. Simon zamieszkuje w pokoju z Georgem, jednak nie spodziewajmy się jakiś luksusów, ponieważ w pomieszczeniach panuje brud, smród i... szczury. Dodatkowo obserwujemy ćwiczenia i szkolenia, które są niezwykle trudne do przejścia. Ponadto już od razu Simon zauważa podział pomiędzy potomkami Nocnych Łowców czystej krwi, a tymi "przyziemnymi", którzy ryzykują życie pijąc z Kielicha. Oczywiście, jak możemy się domyślać, mimo powszechnego uznania dla Simona przez niedawne wydarzenia, ten wykazuje się skromnością i utożsamia się z tą drugą grupą uczniów.

"Opowieści z Akademii Nocnych Łowców" czytało mi się naprawdę dobrze, ale jednak czuć tutaj różnicę pomiędzy stylem tej części a innych. Mamy tutaj mniej wartkiej akcji, dużo postaci (co uznałam już za plus, a mimo wszystko ciężka na którejś z nich, prócz Simona oczywiście, bardziej się skupić) i miałam wrażenie, że Cassandra gra nam tutaj na emocjach, wykorzystując to, co zrobiła nam w poprzednich częściach. Przeciąga wiele wątków, niektóre niepotrzebnie dotyka i momentami miałam wrażenie, że po prostu daje czytelnikom to, czego oni tak bardzo oczekują. Brakowało odrobinę spójności i rzetelnego zaplanowania historii od deski do deski. Mimo wszystko jednak jestem zadowolona z lektury, utwierdziło mnie w tym głównie zakończenie, które trochę mnie zdenerwowało i jednocześnie rozczuliło. Uważam, ze jest to lektura obowiązkowa dla każdego fana "Darów anioła" i "Diabelskich maszyn". 

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG


piątek, 19 maja 2017

Nie wszystko zostało zapomniane, i to mnie niepokoi

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania : 2017
Tłumaczenie: Dorota Pomadowska
Ilość stron: 400



Moja ocena: 8/10




Czy zastanawialiście się kiedyś co jest podłożem wszelkich lęków i traum? Często słyszymy, że ludzie chcieliby zapomnieć o tym, co wydarzyło się kiedyś i co w istotny sposób zmieniło ich myślenie, spowodowało strach, niepewność i psychiczny dyskomfort. Jednak czy niepamięć byłaby wystarczającym środkiem dla wyleczenia  umysłu? I wreszcie, dlaczego warto stanąć twarzą twarz i zmierzyć się z tym, co nazwać można „demonem przeszłości”? Odpowiedzi na te pytania daje Wendy Walker w swojej powieści „Nie wszystko zostało zapomniane”, która okazała się być lekturą wstrząsającą, przerażającą, a jednocześnie niezwykle inteligentną. Jest to jedna z najciekawszych nowości na rynku wydawniczym.

Jenny Kramer, główna bohaterka powieści, podczas lokalnej imprezy w małym miasteczku Fairview, zostaje brutalnie zgwałcona i pobita. Tak właśnie. Jej tragedii towarzyszą śmiechy i dźwięki muzyki niesione wiatrem do miejsca, w którym staje się ofiarą. Nie do końca jednak jest świadoma, co się dzieje, ponieważ już po kilku godzinach interwencji otrzymuje eksperymentalny lek, który ma wymazać z pamięci dziewczyny całe wspomnienie nocy. Jenny nie wie, co się stało, ale nie potrafi poradzić sobie z natłokiem negatywnych emocji i depresyjnych nastrojów. Podczas gdy rodzice próbują pomóc córce, na jaw wychodzą tajemnice nie tylko dotyczące upiornej nocy, ale także te skrywane przez najbliższych.

Musicie przyznać, że sama fabuła brzmi niezwykle intrygująco. Zdecydowanie jednak całą powieść wyróżnia forma narracji. Historię Jenny poznajemy bowiem z punktu widzenia jej terapeuty, doktora Alana Forrestera. Jest to niezwykle oryginalny zabieg, który przede wszystkim pozwala czytelnikowi na czynne uczestnictwo w rozwoju akcji. Mimo iż nie jestem najlepszym interpretatorem ludzkich zachowań, to miałam poczucie, że wiele ode mnie zleży w tej historii. Odebrałam ją niezwykle osobiście, tak jakbym sama była psychologiem lub przyjacielem doktora Alana, który zwierza mi się jako zaufany przyjaciel. Ponadto występuje tutaj duże zaangażowanie emocjonalne, ponieważ mamy wgląd w uczucia, tajemnice i dobrze wykreowane profile psychologiczne rodziców Jenny oraz innych osób zamieszanych w historię. Możecie więc już się domyślić, że „Nie wszystko zostało zapomniane” nie porywa wartką akcją opartą na dynamizmie, a dialogów mamy tu znikome ilości, ale jest to powieść zachwycająca podejściem i interpretacją tematu.

Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem była lekkość, z jaką   czyta się tą powieść. Jak już wspomniałam, dialogów mamy tutaj mało, ale język autorki jest niezwykle płynny, a przemyślenia psychiatry absorbujące i wciągające. Poza tym mamy tutaj wiele niejasności i tajemnic, które wymagają odkrycia krok po kroku, wskutek czego przewraca się stronę za stroną, byleby dowiedzieć się jak najwięcej. Thriller psychologiczny nie jest gatunkiem, po który sięgam często, zawsze mi się wydawało, że takie książki są dość wymagające i ciężkie w lekturze. Musiałam się bardzo mylić, bo z chęcią przeczytałabym kolejne powieści autorki, gdyby tylko takie się w Polsce ukazały.


„Nie wszystko zostało zapomniane” to książka, która ma swój klimat. Jest mroczna, choć nie mamy tutaj paranormalnych straszydeł, a lęki, które siedzą w ludzkiej głowie, są najbardziej przerażające. To wciągająca opowieść o tym, jak wiele jest w stanie zrobić rodzic dla swojego dziecka, jak najmniejsza decyzja wpływa na całe życie,  jak niepamięć wzmaga uczucie niepokoju i o tym, jak fałszywy potrafi być świat wokół nas. Książka Wendy Walker to idealna pozycja dla tych, którzy lubią samodzielnie szukać odpowiedzi, zgłębiać psychiczne aspekty fabuły, a także dla tych, którzy zwykle po tego pokroju literaturę nie sięgają. „Nie wszystko zostało zapomniane” nie pozwala mi o sobie zapomnieć. 

Powieść "Nie wszystko zostało zapomniane" kupicie z dużym rabatem w Taniej Książce :)

Rzućcie okiem również na inne nowości wydawnicze.

poniedziałek, 15 maja 2017

Pieśń jutra, czyli dalsze losy Czarnej Ćmy

Wydawnictwo: SQN
Rok premiery: 2017
Ilość stron: 430
Opis wydawcy: Po krwawych i brutalnych walkach Paige Mahoney zyskała odpowiedzialną funkcję – została wybrana Zwierzchniczką. Pod rządami ma teraz całą populację londyńskich kryminalistów. Wystąpiła przeciwko Jaxonowi Hallowi. Narobiła sobie żądnych krwi wrogów, z których każdy czeka na jej najmniejszy błąd. Teraz zadanie ustabilizowania sytuacji w podzielonym podziemiu będzie prawdziwym wyzwaniem. Panowanie Paige może szybko dobiec końca. Wszystko przez wprowadzenie Tarczy Czuciowej, śmiertelnej technologii, która przyniesie zgubę społeczności jasnowidzów i… całemu światu, jaki znają. Gorąco wyczekiwany trzeci tom bijącej rekordy popularności serii „Czas Żniw” – przełomowej dystopijnej fantasy będącej wyrazem imponującej wyobraźni Samanthy Shannon.


Recenzja "Pieśni jutra" nie zawiera spoilerów do poprzednich tomów serii.

Czytałam już wiele dobrych serii, a może i znalazłyby się kilka bardzo dobrych. „Czas żniw” Samanthy Shannon nie jest żadną z nich. To jest ta seria, którą stawia się na najwyżej półce domowej biblioteczki. To taka seria, po której czytelnik nie wiedziałby, w jaki sposób powiedzieć autorce, że stworzony przez nią świat to istne arcydzieło. To taka seria, która zawstydza inne pozycje z gatunku fantastyki, dumnie zdobywa serce kolejnych czytelników i należy do najlepszych bestsellerów ostatnich lat. .

Czekałam dwa lata na tom trzeci pt. „Pieśń jutra” z ogromnym zniecierpliwieniem, ponieważ w recenzji części drugiej tak odniosłam się do zakończenia: „To był właśnie ten moment, kiedy twój mały świat się wali i masz ochotę spotkać się czołem z własnym biurkiem.”.  Uwierzcie, że nieczęsto zdarza mi się czekać na kontynuacje z tak dużym zdenerwowaniem i ekscytacją. Co więcej, zwykle wolę między poszczególnymi tomami danej serii robić przerwy, aby za jakiś czas móc wrócić do poznanego świata. Ale nie w tym przypadku. Jestem pewna, że tuż przed premierą tomu czwartego (o zgrozo, pewnie znów dwa lata, za co!!!!) zrobię sobie maraton zaczynając od tomu pierwszego. I będę często wracać do tej serii, bo jej świat niesamowicie kusi nawet tedy, gdy dopiero co przeczyta się ostatnią stronę.

Ze względu na to, że chcę uniknąć zdradzania zbyt wielu elementów fabularnych, nie będę szczegółowo przytaczać fabuły „Pieśni jutra”. Osoby, które przeczytały poprzednie tomy nie potrzebują żadnej zachęty aby sięgnąć i po ten tom. Jeżeli natomiast nie zapoznaliście się jeszcze ani z „Czasem żniw”, ani „Zakonem mimów”, do recenzji przejdziecie klikając kolejno TUTAJ i TUTAJ.

„Czas żniw” wprowadza czytelnika w zupełnie nowy, skomplikowany świat, który z początku może zniechęcać brakiem uporządkowania. Jest to pierwsze wrażenie, które mija po kilkudziesięciu stronach. Początkowa niechęć zamienia się w fascynację, ponieważ autorka stworzyła świat od nowa, a jednak bazujący na realiach Londynu. Powoli zagłębiamy się w świat jasnowidzów, do tego przenosimy się z główną bohaterką, Paige, do okrutnej kolonii karnej, która ma na celu eliminację jasnowidzów w jak największym stopniu. Mamy tutaj zagłębianie się w świat przedstawiony i jednocześnie świetną historię pełną akcji, wspaniałych charakterów (no przyznać się -kto nie kocha Naczelnika?) oraz swoistego rodzaju dystopię. „Zakon mimów” wprowadza nas już w inne wątki dotyczące Londynu. Mamy tutaj więcej intryg, tajemnic, poznajemy mroczną strukturę gangów i organizacji jasnowidzów.

„Pieśń jutra”, trzeci z siedmiu zapowiadanych tomów serii, dotyczy głównie tematyki politycznej. Z każdą stroną coraz bardziej zagłębiamy się  w skomplikowaną konstrukcję władzy, a wszystkie elementy z poprzednich tomów łączą się naprawdę w fascynujące uniwersum. Nie raz słyszałam, że ta seria jest jak oprowadzanie po pięknym pokoju z drzwiami do kolejnego większego pomieszczenia, które ogarnia to mniejsze i tak dalej... Muszę się z tym zgodzić, bo faktycznie pierwszy tom był niezłym szokiem dla wyobraźni, ale miał na celu oswojenie czytelnika ze światem. Potem autorka odkrywa przed nami coraz więcej i więcej, a co jest najlepsze – dokładnie rozplanowała sobie każdy z tomów serii. Nie rozumiem i nie pojmuję jak można stworzyć w głowie coś tak wielkiego, skomplikowanego i szczegółowego.

Paige tym razem ma się zmierzyć z nową bronią wymierzoną przeciw jasnowidzeniu. Jako postać niezwykle ważna, musi udowodnić, że jest odpowiednią osobą, aby poprowadzić rewolucję. Jej charakter jest w tej części brutalnie szlifowany. Przez ciągłe walki, intrygi polityczne i stanie się symbolem buntu może odrobinę przypominać Katniss, jednak mi osobiście Paige wydała się bardziej realistyczna i twardo stąpająca po ziemi. Autorka dodatkowo podrzuca nam szczątkowe informacje dotyczące przeszłości Paige i rozwija historię o nowe postacie. Jeżeli skończyliście „Zakon mimów”, a jeszcze nie sięgnęliście po „Pieśń jutra”, to nie liczcie na to, że powiem wam cokolwiek o Naczelniku, o nie! Sami musicie się przekonać, jak autorka rozwinęła dalszą akcję i jak układają się relacje Naczelnika z Paige.

Tak naprawdę nie pozostaje mi nic innego jak odesłać Was do recenzji tomu pierwszego lub drugiego i gorąco Was zachęcić do sięgnięcia po tą serię. Każdy z trzech dotychczas wydanych tomów jest świetny, wielowątkowy, przepełniony akcją i dobrze napisany, bowiem mam wrażenie, że autorka z każdym tomem coraz lepiej radzi sobie z barwnymi opisami i stale doszkala swój warsztat. Ze względu na ogromny sentyment do „Czasu żniw” będzie to nadal moja ulubiona część, ale czuję, że wszytko rozwija się w iście epicki sposób i finał po prostu musi być czymś zachwycającym! Ale może nie myślmy na razie o finale, gdy czwarty tom jeszcze nie został przez autorkę ukończony. Po prostu czekajmy cierpliwie, bo warto. 



Moja ocena: 8,5/10

Kochani, z okazji 11-lecia Taniej Książki możecie kupić wszystkie części serii Samanthy Shannon z dużym rabatem




Do 17-tego maja, Księgarnia dokłada do każdego zamówienia gadżety! Do mnie dotarły świetne nalepki (ta z bombą trochę wredna, ale może skłoni kogoś do czytania :))) oraz zakładka :



Koniecznie dajcie znać, czy czytaliście którąkolwiek z książek Shannon i jakie były Wasze wrażenia. :)





piątek, 5 maja 2017

Szóstka wron i Królestwo kanciarzy - Leigh Bardugo

Recenzja dotyczy obu tomów, bez spoilerów

Duologia wydana nakładem Wydawnictwa MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła, Małgorzata Strzelec
Moja ocena: tom pierwszy 8/10, tom drugi 10/10


Szóstka wron.
Szóstka niebezpiecznych wyrzutków.
Jeden sposób by się wzbogacić.
Niewykonalny skok, niebezpieczeństwo, walka i intrygi.
Wciągająca historia, którą musicie poznać.


Leigh Bardugo to autorka, która za sprawą serii „Grisza” stała się niezwykle popularna, ale to jej duologia „Szóstka wron” i „Królestwo kanciarzy”, osadzona w tym samym uniwersum, wywołała w Polsce i za granicą prawdziwe zamieszanie. I to nie za sprawą przepięknych, solidnych wydań z barwionymi brzegami stron, a przede wszystkim dzięki wspaniałej treści, która wybija się spośród stosów schematycznych, przeciętnych pozycji z gatunku fantastyki. Duologia ta spokojnie może stanąć na półce tuż obok „Czasu żniw” Samanthy Shannon lub „Igrzysk śmierci” Collins, ponieważ dzieło Leigh Bardugo jest napisane na równie wysokim poziomie.

Tak naprawdę powinnam o tej duologii opowiedzieć w kilku zdaniach, aby nie zdradzać Wam zbyt wielu treści. Pozwólcie więc, że bardzo ogólnikowo wspomnę o fabule, natomiast dalej opowiem (może chaotycznie, przez natłok emocji) jak bardzo chcę, abyście przeczytali tą serię i podzielili się o niej swoim zdaniem.

„Szóstka wron” to osadzona w brutalnym świecie opowieść o sześciu wyrzutkach, szumowinach, osobistościach najbardziej brutalnych i plugawych, o gangu najbardziej odrażającym w całym Katterdamie. Miasteczko pełne jest nieuczciwego handlu i hazardu, a na domiar złego szerząca się afera narkotykowa skłania władze, w tym majętnego kupca Van Eck’ema, do złożenia przestępczemu geniuszowi, Kaz’owi Bekker’owi, nietypowej oferty. Stawka jest ogromna, misja praktycznie samobójcza, ale w końcu od czego ma się gang szumowin, które razem zdziałają wiele, o ile oczywiście wcześniej nie pozabijają się nawzajem.

Przyznam szczerze, że przez pierwsze 80 stron kompletnie nie potrafiłam się odnaleźć w nowym świecie. Nie czytałam trylogii „Grisza”, dlatego początkowo miałam duży problem z nowymi dziwnymi nazwami, zrozumieniem struktury miasteczka oraz aspektami magicznymi. Często musiałam zastanawiać się kto jest kim, a jako że każdy rozdział nawiązuje do innej postaci, miałam w głowie jeszcze większy zamęt. Podobne odczucia miałam przy pierwszym tomie „Czasu żniw”, w którym to autorka zbudowała własny świat od podstaw, ale w przypadku „Szóstki wron” bardziej mnie to irytowało. Na szczęście po tych kilkudziesięciu stronach zaczęłam łączyć fakty i wciągać się w całą historię. Przy lekturze „Królestwa kanciarzy” nie miałam już najmniejszych problemów i mknęłam strona po stronie w bardzo szybkim tempie.

„Szósta wron” to książka dopracowana, skomplikowana i bogata pod względem charakterów. Jeżeli macie dość błahych problemów młodocianych postaci, rozbudowanych wątków romantycznych i nic niewznoszących przemyśleń, to pokochacie każdego z bohaterów. Autorka wykazała się umiejętnością różnorodnego kreowania charakterów, a w tym wszystkim postawiła na siłę, pewność siebie, brutalność, a także na czarny humor. Nieczęsto zdarza się, że głównymi bohaterami są „ci źli”, dlatego śledzenie ich przygód było bardzo ciekawym przeżyciem. Gdybym miała wybrać jedną postać, która szczególnie zdobyła moje zainteresowanie, byłby to Kaz, geniusz przestępczości. Inteligentny, pewny siebie, brutalny, a także mistrz wrednego dowcipu. Jest chyba najbardziej negatywnie zarysowaną postacią, dlatego jest najbardziej intrygujący i tylko wyczekiwałam fragmentów, w których będzie obecny.

Pierwszy tom duologii pełen był akcji, pościgów, intryg i walk, ale jednak przez początkowe trudności nie korzystałam z lektury aż tak bardzo, jak się spodziewałam. Owszem, często kartki jakoś same szybko się przewracały, a mi ciężko było się oderwać od lektury, ale nadal to nie był ten poziom odczuć emocjonalnych, jaki być powinien. Mimo wszystko zamykając „Szóstkę wron” byłam zadowolona z tego naprawdę dobrego kawałka pracy Leigh Bardugo. Od razu zabrałam się za „Królestwo kanciarzy” i tutaj już przepadłam.

W tomie drugim jeszcze lepiej poznajemy bohaterów, ich skomplikowane charaktery i przywiązujemy się do nich, kibicując tym szumowinom we wszystkim, co robią. Budujące się między nimi relacje rozwijają się powoli, bardzo naturalnie, zwłaszcza te nienachlane, romantyczne, które są  dodatkowym smaczkiem w całej historii. Mamy tutaj też lepsze rozbudowanie historii, a autorka zgrabnie przeskakuje z wątku na wątek, stosując zawsze zaskakujące rozwiązania. Może nie wszystkie wydawały mi się najlepsze, ale kierunek, w jakim to wszystko zmierzało, dawał mi dużą satysfakcję. Ogromnym plusem jest nieprzewidywalność lektury i jeszcze bardziej podkręcone tempo akcji niżeli jak w tomie pierwszym (chociaż może to być skutek tego, że na dobre wciągnęłam się w ten świat). Samo zakończenie duologii jest bardzo dobre, ale pozostawia niedosyt. Jest przecież jeszcze tyle wątków, które mogła rozwinąć autorka i, błagam, niech napisze dalsze części albo chociaż jakieś nowelki!

Z jednej strony jestem zachwycona tym, że nie mam do czynienia z niekończącym się „tasiemcem książkowym”, a jedynie z dwoma tomami, które są konkretnym, solidnym i zadowalającym kawałkiem literatury. Jest jednak druga strona medalu – żałuję, że to już koniec. Oba tomy są bardzo dobre, ale „Królestwo kanciarzy” to już przegięcie, prawdziwa petarda!  Jeżeli jesteście po lekturze „Szóstki wron” i prawdopodobnie myślicie, że lepiej być nie może, to uwierzcie mi – to zaledwie połowa tego, na co stać Leigh Bardugo. A jeżeli nie sięgnęliście po tom pierwszy, to nadróbcie zaległości. Mam nadzieję, że tak jak mnie, ta duologia porwie Was w świat pełen akcji, wyrazistych bohaterów i intryg, który z pewnością pokochają fani „Czasu żniw”.

Za możliwość przeczytania rewelacyjnego "Królestwa kanciarzy" serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG!




Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach lub emailem, czy czytaliście „Szóstkę wron” i „Królestwo kanciarzy” i co o nich myślicie! Zastanawiam się także nad przeczytaniem trylogii „Grisza”, polecacie? J



środa, 8 lutego 2017

"Bezkres magii" Brandona Sandersona

Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Studniarek Anna
Ilość stron: 640
Opis: „Tancerka Ostrza“, zupełnie nowa mikropowieść ze świata Archiwum Burzowego Światła jest ukoronowaniem Bezkresu magii, pierwszego zbioru opowiadań Brandona Sandersona. Obowiązkowa lektura dla fanów. Zbiór zawiera ponadto osiem innych tekstów: „Nadzieja Elantris“ (Elantris) „Jedenasty metal“ (Z Mgły Zrodzony) „Dusza cesarza“ (Elantris) „Allomanta Jak i Czeluście Eltanii, odcinki od 28 do 30“ (Z Mgły Zrodzony) „Biały piasek“ (fragment, Taldain) „Cienie dla Ciszy w lasach Piekła“ (Tren) „Szósty ze Zmierzchu“ (Pierwsza od Słońca) „Z Mgły Zrodzony: Tajna Historia“ (Z Mgły Zrodzony) Te wspaniałe utwory ukazują ogrom cosmere i opowiadają ekscytujące historie. Wśród nich znajduje się nagrodzona Hugo mikropowieść „Dusza cesarza“ i fragment powieści graficznej „Biały piasek“. Ponadto zbiór zawiera komentarze i ilustracje przedstawiające różne układy planetarne, w których rozgrywa się akcja opowiadań.



Kto nie słyszał nigdy o Brandonie Sandersonie? Założę się, że każdy miłośnik książek chociaż raz natknął się na to nazwisko. Jest to autor, którego powieści otrzymują na portalach literackich najwyższe noty, a recenzenci wszem i wobec wychwalają jego dzieła. Niektórzy mówią, że trafi do kanonu fantastyki, podobnie jak J. R. R. Tolkien. Sanderson słynie z opowieści długich, skomplikowanych, przepełnionych akcją, bogatych w zróżnicowane charaktery, a przede wszystkim autor może pochwalić się ogromną fantazją, na co dowodem jest skomplikowane uniwersum cosmere. „Bezkres magii” to zbiór opowiadań i mikropowieści, którego tytuł idealnie oddaje charakter twórczości Sandersona. To pozycja idealna zarówno dla zagorzałych fanów, jak i dla osób, które choć raz przeczytały którąkolwiek z powieści autora.

Ważną kwestię, w przypadku tego zbioru, stanowi wydanie i konstrukcja książki. Treść jest uporządkowana w taki sposób, że czytelnik łatwo zapozna się z genezą powstania danych opowiadań, pozna układy planetarne, w których ma miejsce akcja, a także z łatwością uniknie jakichkolwiek spoilerów do innych książek Sandersona. Głównym kryterium podziału historii są bowiem różne układy, z którymi zapoznamy się zarówno poprzez ilustracje, jak i komentarz napisany przez Khriss, kobietę tworzącą dodatki Ars Arcanum na końcu każdej powieści. I jest to zabieg naprawdę dobry, chociaż muszę przyznać, że komentarze często mnie do siebie nie przekonywały. Były one bowiem skomplikowane, co drugie słowo było dla mnie niezrozumiałe, a całość wypełniła sztuczna wyniosłość i ogrom filozofii. Czekam tylko na pozycję typu „Cosmere i filozofia”, sama z wielką chęcią zagłębiłabym się w temat, może wówczas zrozumiałabym trochę więcej. Nie ma natomiast na co narzekać, opisy układów planetarnych stanowiły zwykle nie więcej niż 2 strony.

Przed lekturą każdego z opowiadań, czytelnik otrzymuje informację, jakiej książki dotyczy dana historia i czy znajdują się w niej mniejsze lub większe spoilery. „Bezkres magii” jest bowiem zbiorem mającym na celu ukazać fanom Sandersona zależności pomiędzy światami pojawiającymi się w jego powieściach. Nie oznacza to bowiem, że należy znać cosmere jako całość, co zaznacza sam autor już w prologu zbioru. Znajdziemy tutaj nie tylko opowieści będące prequelami lub sequelami danych dzieł obecnych na polskim rynku, ale także kilka mikropowieści, które występują całkowicie niezależnie od reszty. Dlatego nawet niedoświadczony w cosmere czytelnik będzie czerpał przyjemność z lektury. Nie ukrywam jednak, że każde z opowiadań będzie bardziej zrozumiałe dla osób, które zapoznały się ze światem w którejś z dłuższych form tekstowych autorstwa Brandona Sandersona i są w stanie łączyć więcej faktów w spójną całość. Dzieje się tak dlatego, że autor tworzy świat zupełnie nowy, obejmujący wiele galaktyk, przepełniony nowymi umiejętnościami magicznymi, niesamowitymi przedmiotami oraz postaciami, których zachowanie często trzeba przemyśleć i zinterpretować. Jak widzicie, nie jest to łatwe zadanie, ale daje dużo satysfakcji i buduje respekt dla Sandersona. Nie ma się przecież co spierać, jest to obecnie mistrz fantastyki.

Tak naprawdę spodobało mi się każde z opowiadań i mikropowieści z tego zbioru, ale chciałabym wyróżnić kilka utworów, które szczególnie ujęły mnie za serducho. Przede wszystkim, wydana już wcześniej jako osobna nowelka, „Dusza cesarza” nagrodzona Hugo. Opowiada ona o Shai specjalizującej się w fałszerstwach. Sanderson, będąc w Tajwanie, poznał tradycję pieczętowania bezcennych dzieł przez bogatych ludzi, którzy owe dzieło sobie upodobali. Przez to zaczął się bawić się rzeczywistością tak, że każda z pieczęci, przepełniona dostateczną ilością magii, miałaby zmieniać historię pieczętowanego przedmiotu. „Dusza cesarza” to przede wszystkim fenomenalny pomysł, którego zwieńczeniem jest dynamiczna akcja i pewna siebie bohaterka.




Inne opowieści, które szczególnie mi się spodobały to „Cienie dla ciszy w Lasach Piekła” (za niesamowitą fabułę, mroczne zmory w Lesie i chwile wzruszenia), „Szósty ze Zmierzchu” (o Zmierzchu i gadatliwej Vaith) oraz „Biały Piasek” (zawierający rewelacyjny komiks oraz króciutkie opowiadanie o magii władania piaskami).

„Bezkres magii” to świetny zbiór opowiadań przede wszystkim dla fanów Sandersona, ale również dla osób rozpoczynających dopiero swoją przygodę z jego twórczością. Pokazuje ogrom cosmere, rozbudowuje znane już historie, przedstawia nowe zakamarki uniwersum i nadal pozostawia w głowie lekkie zamieszanie tak, że czytelnik ma przekonanie, iż nigdy do końca nie pojmie, co autor stworzył w swojej głowie. I to jest piękne. Brandonowi Sandersonowi należą się gratulacje za to, że jako jeden z nielicznych okazał się być osobą, która ma umysł i duszę twórcy. A my, z przyjemnością, możemy poznać to, czym chce się podzielić.  

Fantastyka, która rozpiernicza system. 

Za możliwość przeczytania tej fantastycznej książki, serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG


piątek, 8 stycznia 2016

Wróć, jeśli pamiętasz

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 288
Opis: Ciąg dalszy losów Mii i Adama, bohaterów "Zostań, jeśli kochasz", światowego bestsellera, przetłumaczonego na ponad trzydzieści języków, na którego podstawie powstał wzruszający film z Chloë Grace Moretz i Jamiem Blackleyem w rolach głównych. Minęły trzy lata od tragicznego wypadku, który na zawsze zmienił życie Mii. Chociaż dziewczyna straciła rodziców i młodszego brata, postanowiła żyć dalej. Obudziła się ze śpiączki… ale zniknęła z życia Adama. Teraz żyją osobno po dwóch stronach Ameryki – Mia jako wschodząca gwiazda wśród wiolonczelistek, Adam jako rockman, idol nastolatek i obiekt zainteresowania tabloidów. Pewnego dnia los daje im drugą szansę… Przemierzając ulice Nowego Jorku, miasta, które stało się nowym domem Mii, wyruszą w podróż w przeszłość. Czy uda im się odnaleźć miłość? Czy Mię i Adama czeka wspólna przyszłość?






"Nie sposób stwierdzić dlaczego w rachunku uczuć utrata jednej osoby dotyka nas bardziej niż innych."

„Wróć, jeśli pamiętasz” to kontynuacja bestsellera pt. „Zostań, jeśli kochasz” znanego również jako „Jeśli zostanę…”. Moje pierwsze spotkanie z warsztatem Gayle Forman pozostawiło mieszane uczucia. O ile sam pomysł na „Zostań, jeśli kochasz” był naprawdę dobry, o tyle lekkie podejście do poważnej tematyki i zwyczajna nieumiejętność wzbudzenia jakichkolwiek emocji w czytelniku bardzo zaniżyły moją ocenę względem tej właśnie pozycji.  Dlaczego w takim razie zdecydowałam się przeczytać kontynuację? Film na podstawie „Zostań, jeśli kochasz” uświadomił mi, że historia bohaterki może być naprawdę poruszająca, ponieważ mimo że znałam historię Mii, to jednak nie mogłam powstrzymać łez. To oznaczało, że pomysł był fenomenalny, natomiast wykonanie stłumiło w lekturze to, co mogło być najbardziej ujmujące. Postanowiłam więc dać autorce kolejną szansę sięgając po „Wróć, jeśli pamiętasz”. Poza tym chciałam z czystej ciekawości dowiedzieć się jak dalej potoczą się losy bohaterów, jak Mia poradzi sobie z tragedią i w końcu czy nie będzie żałować swojego wyboru.

Mijają trzy lata od wypadku, w którym ginie rodzina Mii. I trzy lata odkąd dziewczyna zdecydowała się zostawić swoją miłość, Adama. Ona, jako wielce uzdolniona wiolonczelistka, opuszcza Oregon aby studiować w Nowym Yorku. On, jako gwiazda rock’a, wraz z zespołem zdobywa pokaźną kolekcję nagród muzycznych. Adam i Mia, kiedyś sobie bliscy, teraz nie wiedzą o sobie praktycznie nic. Jednak los znowu stawia ich przed sobą i daje kolejną szansę. Razem przemierzają ulice Nowego Yorku aby choć przez chwilę przypomnieć sobie to, co łączyło ich przed laty. Czy Adam wybaczy Mii jej odejście? Dlaczego Mia pozostawiła największą miłość swojego życia?

Frustracja. Niezrozumienie, szok i złość. Takie emocje mną władały w momencie, kiedy jeszcze przed lekturą dowiedziałam się, że ścieżki Adama i Mii rozbiegły się w dwóch przeciwnych kierunkach. „Jak tak można? Przecież cała pierwsza część traci automatycznie cały sens!”. Dlatego też z dociekliwością zabrałam się za lekturę próbując zrozumieć, co wydarzyło się w życiu bohaterów i czy autorka jakoś się obroni. Tutaj spotkało mnie niemałe zaskoczenie. Okazuje się, że „Wróć, jeśli pamiętasz” to nic innego jak jedna wielka próba. Próba miłości i próba autentyczności pewnej obietnicy. I już nawet nie chodzi o to, że nie do końca rozumiem Mię a także Adama, który powinien od samego momentu spotkania wymagać wyjaśnień, ale o wzmocnienie znaczenia pierwszej części. Chodzi o prawdziwe wyjaśnienie, jak wielką moc mają wypowiadane słowa. I jak bardzo ważne jest dotrzymywanie obietnic, składanych obojętnie w jakich warunkach. Wydarzenia „Wróć, jeśli pamiętasz” to przypomnienie tego, co było najważniejsze w pierwszej części. Bo pewne jedno zdanie, na które czytelniczki mogły zareagować rozmarzonym westchnieniem, wymagało bolesnego dowodu. I tak jest często – składamy wielkie, wzruszające obietnice, zapewnienia, a gdyby przyszło do ich udowodnienia faktycznymi czynami, praktycznie wszystkie okazałoby się oszustwem.

Nie mogę natomiast stwierdzić, że „Wróć, jeśli pamiętasz” to dobra lektura pod każdym względem. Tutaj znowu staję przed tym samym dylematem co w pierwszej części – pomysł genialny, wykonanie słabe. Po prostu brakowało mi „tego czegoś” w całej historii. Sens i przekaz oczywiście jest, już o tym wspomniałam, natomiast słaba charakterystyka postaci, pisana jakby na siłę  i nudnawa fabuła oraz prosty warsztat autorki sprawiają, że opowieść wydaje mi się odległa i będąca tylko i wyłącznie wymysłem autorki. Nie ma w niej absolutnie nic ciekawego oprócz tych kilku zdań, które nadają wartości całej historii Adama i Mii.

Znowu mam mieszane uczucia. Z jednej strony cieszę się, że sięgnęłam po tę pozycję, bo uzupełnia ona część pierwszą i pozostawia pewien ślad w świadomości czytelnika. Z drugiej strony same losy bohaterów zdawały mi się obojętne, nierealistyczne, powiedziałabym nawet, że przestały mnie obchodzić. Nie kibicowałam im z wypiekami na twarzy, nie zagłębiałam się emocjonalnie w historię, nie dotykały mnie ich rozmyślania i sentymenty. Ciekawiła mnie tylko odpowiedź na pytanie „dlaczego?”. Otrzymałam mądrą i satysfakcjonującą odpowiedź, dlatego mimo wszystko poleciłabym tą książkę wszystkim osobom, które czytały „Zostań, jeśli kochasz”. Bo mimo że w moim odczuciu obie pozycje cierpią z powodu nieumiejętności pisarskich autorki, to jednak mają do przekazania bardzo wartościową treść, dotyczącą miłości, celu w życiu  i mocy obietnic. 

Moja ocena:6/10

Za lekturę serdecznie dziękuję Księgarni Matras




sobota, 7 listopada 2015

Losing hope - Colleen Hoover

Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte Moondrive
Seria: Hopeless #2
Stron: 384
Opis: Czasami, aby pójść naprzód, trzeba najpierw sięgnąć głęboko w przeszłość. Przekonał się o tym Dean Holder. Przez wiele lat zmagał się z poczuciem winy, że kiedyś pozwolił odejść małej dziewczynce. Od tego czasu szukał jej uparcie, ale nie spodziewał się, że gdy ponownie się spotkają, ogarną go jeszcze większe wyrzuty sumienia. „Losing Hope” to historia trojga młodych ludzi naznaczonych przez traumatyczne doświadczenia. Każde z nich wybrało inny sposób na to, by sobie z nimi poradzić – nie każde z nich wybrało życie. 

Czy jest taka tragedia, po której nie da się odzyskać nadziei?



Lubisz swoje życie, masz dziwne nawyki i hobby, zamiast chodzić na imprezy wolisz piec ciasteczka, masz grupkę wiernych przyjaciół i kochającą matkę. I nagle pojawia się miłość, romantyczna i idealna. Z tym, że jej cena jest bardzo wysoka. Lepiej żyć w wygodnej ułudzie czy też stracić wszystko w imię bolesnej prawdy? Takie pytanie zadały sobie wszystkie czytelniczki „Hopeless”, powieści, która stała się najważniejszym tytułem gatunku New Adult.  Ja również sięgnęłam po tą pozycję i powiem szczerze, że nie byłam aż tak zachwycona jak większość czytelniczek. Z ciekawością jednak sięgnęłam po „Losing Hope”, tą samą historię opowiedzianą tym razem z punktu widzenia Holdera. Okazało się, że ta właśnie pozycja otworzyła mi oczy na to, o co tak naprawdę chodziło w „Hopeless”, jaki był sens całej tej tragicznej i zarazem pięknej historii.

 Holder od dziecka nie może przebaczyć samemu sobie tego, że stracił dwie najważniejsze dla niego dziewczyny. I nie chodzi tutaj o jakieś nastoletnie sercowe rozterki, ale o stratę przyjaciółki i siostry. Nie każda z nich wybrała życie. Od tej pory Holder cały czas miał nadzieję, że odnajdzie jedną z nich. Gdy już pogodził się ze stratą, nagle w jego życiu pojawiła się Sky, piękna dziewczyna, która przypomniała mu, jak bardzo kiedyś zwiódł swoją małą przyjaciółkę. Czy Holder kiedykolwiek będzie w stanie przebaczyć samemu sobie? Czy będzie gotowy w imię prawdy zniszczyć życie ukochanej osoby?

Czytając „Hopeless”, zamiast na historii Sky i Holdera, bardziej skupiłam się na fakcie, że ta książka musi być prawdziwym objawieniem, cudem wręcz tak jak to pisały czytelniczki. Dlatego po odstawieniu przeczytanej książki na półkę stwierdziłam, że jest to przesłodzony romans, który pod koniec zamienia się w przedramatyzowany chaos. Na szczęście nie przekreśliłam do końca tej opowieści i z ‘hope’ sięgnęłam po „Losing hope”. Na szczęście tej nadziei nie straciłam, bo zostałam naprawdę pozytywnie zaskoczona. W taki jednakże sposób, że pod koniec lektury chciało mi się płakać. Postać Holdera zdobyła moje serce i wdzięczna jestem za to, iż mogłam naprawdę, niepołowicznie, poznać tą postać.

W „Hopeless” poznajemy bieg historii i tajemnice z przeszłości. Ale to w „Losing hope” otrzymujemy resztę opowieści, mamy lepiej zarysowaną postać Holdera, przez co łatwiej zrozumieć tragizm sytuacji. I, nie sądziłam wcześniej, że to będę mogła powiedzieć, ale zupełnie zmieniłam patrzenie na tą opowieść. Przesłodzony romans i przekombinowany dramat? Nic z tych rzeczy! Już na samym początku książki otrzymujemy emocjonalny cios, a poczucie winy Holdera, jego ból i niemożność poradzenia sobie z własnym życiem sprawia, że cała opowieść rozrywa serce. Pozostawia jedynie na nim malutki plasterek. A i tak jestem zła, iż autorka wymyśliła dla swoich bohaterów coś tak okropnego. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak fakt, że opowieść mogła mieć miejsce w rzeczywistym świecie. Czasami zastanawiam się, ile jest wśród nas takich osób, które noszą w sobie rodzinne tragedie i borykają się z poczuciem winy. Ile z nich nie wie, jaka jest dokładnie ich przeszłość. I ile z nich zostało oszukanych przez ukochanych bliskich, dla ich dobra.

Jestem żywym przykładem na to, że nieprawdziwe jest twierdzenie, iż ta sama historia Sky i Holdera, pisana z drugiego punktu widzenia, jest jak odgrzewany kotlet – nie smakuje już tak dobrze. Według mnie – smakuje znacznie lepiej. Opowieść na bowiem dwie strony medalu, ukazuje słodką miłość i idealne życie dziewczyny, które w jednej chwili legnie w gruzach, oraz cierpienie, ból i wyrzuty sumienia chłopaka, który w tym wszystkim musi wyznać tragiczną prawdę i oglądać, jak serce ukochanej pęka. Nigdy nie dostrzegłabym, o co tak naprawdę chodzi w tej historii, dlaczego bohaterowie postąpili tak, a nie inaczej i w końcu jak ogromną cenę musieli ponieść w zamian za uregulowanie długu z przeszłością. „Hopeless” to nic szczególnego bez „Losing hope”. Za to obie te książki składają się na pomysł, który miażdży psychicznie, dosłownie, zasmuca, zachwyca, szokuje brutalnością i w końcu wzrusza.

„Losing hope” polecam absolutnie wszystkim czytelnikom pierwszej części. Nieważne, ta czy zachwyciła czy rozczarowała. Trzeba kończyć to, co się zaczyna, nie można oceniać historii, wtedy, gdy zna się  tylko jej połowę. A uwierzcie mi, warto znać wszystko to, co autorka przygotowała dla każdego z bohaterów. Wątpię, czy znalazłby się ktoś, kto po przeczytaniu oby tych powieści uznałby historię Sky i Holdera za niegodną obecnego rozgłosu.

Moja ocena: 9/10

Za lekturę dziękuję serdecznie Księgarni Matras.