Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

wtorek, 12 grudnia 2017

Skradzione godziny - Maria Solar

Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
Stron: 254
Opis: Rosa i Damián mają trójkę dzieci. Mimo że nie czują się ze sobą szczęśliwi, rozstanie nie wchodzi w grę. W tym okresie rozwody w Hiszpanii są jeszcze zabronione. Ich syn, Ramón przyjaźni się z synem Loli i Antonia, Roberto. Młodzieńcy znają się od dziecka i mówią sobie wszystko... przynajmniej do czasu aż odkrywają, że podoba się im ta sama dziewczyna.
Anselmo, dziadek Roberto i jego siostry Any, umiera trzymając w dłoni zdjęcie przedstawiające tajemniczą kobietę oraz notkę: „Powiedz mi, że mnie kochasz”. Śmierć staruszka jest owiana tajemnicą, gdyż Carmen, babcia Ramóna, twierdzi, że... umarł ponownie.
Skradzione godziny to wyjątkowa powieść o rutynie, która zabija żar miłości, pokusach niewiernych kochanków, gorzkim smaku zawodu i ciekawości wkraczania w dorosłość. To sentymentalna podróż po osobowościach zamkniętych w świecie, który choć nie jest odległy czasowo, wydaje się zupełnie inny.

Dwie rodziny.
Jedna tajemnica,
Która powinna coś zmienić.
Ale człowiek nie uczy się na błędach swoich, a tym bardziej czyichś.

Pojawiają się czasem w moim życiu powieści, które nie są dziełami sztuki, można szybko o nich zapomnieć, a jednak uświadamiają mi kilka ważnych prawd. „Skradzione godziny” Marii Solar to bestseller, który skradnie kilka wieczornych godzin, zapewni relaks i odpoczynek, a w tym wszystkim czuć, że ta powieść to coś więcej niż prosta historia. Co takiego znalazłam w tej powieści?

Akcja powieści ma miejsce w Hiszpanii, w czasach przed uznaniem prawa do rozwodów i po rządach Francisco Franca. Część społeczeństwa idzie z duchem czasu, zmienia się jej mentalność, otwartość na to, co dotychczas uważane było za niestosowane. Część natomiast żyje jeszcze pod presją minionego dyktatora, działa w imię przestarzałych norm.  Autorka przedstawia nam dwie rodziny diametralnie się od siebie różniące, a jednak ściśle ze sobą powiązane. Dla obu śmierć dziadka Anselma to początek odkrywania tajemnic, jest to czynnik skłaniający do zmian myślenia między innymi o miłości… Jednak czy wrażliwość i współczucie staną się udziałem rodzin? Czy tragiczna historia miłosna da im do myślenia czy też będzie się powtarzać w następnych pokoleniach?

Celowo nie opowiadam wam dokładnie o co chodzi, ponieważ książka ma ledwo ponad 200 stron i zdradziłabym wam znaczną część fabuły. W książce nie mamy głównego bohatera, powieść skupia się na różnych postaciach z obu rodzin, które związane są przyjacielskimi relacjami, i nie tylko, co okazuje się po śmierci Anselma. Wraz z wyjaśnieniem zagadki historii miłosnej sprzed lat, wyjaśniają się pewne zachowania niektórych z postaci i jest to  świetny zabieg zastosowany przez autorkę. Widzimy wyraźnie ciąg przyczynowo-skutkowy, jak starsze pokolenie wpływa na młodsze, jak postrzegamy temat niewierności, zdrad i oszustwa dokonanych przez rodziców.

„Skradzione godziny” to książka dla mnie smutna i przygnębiająca. Autorka daje bohaterom szanse na naprawę, na refleksję i zmianę zachowania, a oni robią coś zupełnie odwrotnego. Gdy już myślałam, że będzie na koniec pozytywny akcent, że młode pokolenie czegoś się nauczy okazywało się, że niczego nie rozumie z przebytej lekcji. I jest to coś, co ogromnie wyróżnia całą historię. Autorka pokazuje, jak ślepi są ludzie. Nie rozumieją do końca co mówią, ślepo patrzą w jednym kierunku i ciężko im cokolwiek wytłumaczyć. To pierwsza zasmucająca rzecz.

Druga, która wryła mi się w umysł, to to jak łatwo przyzwyczajamy się do tego, że ktoś robi dla nas wszystko. Rodzic, siostra, partner, obojętnie. Poświęca swój czas, serce, często marzenia, szczęście i tak naprawdę własne życie dla nas, a my po pewnym czasie przyjmujemy to za normalność. W książce są co najmniej trzy takie przypadki, między innymi mamy tutaj syna, który obserwuje jak ojciec wyżywa się na matce. Chłopak wie, że coś jest nie tak, ale przecież mama nie protestuje. Robi swoje z pokorą i przeprosinami, a więc taka jej rola, tak być powinno i to sprawia, że czuje się spełniona w swojej roli. To jest straszne. Jednak dobrze ktoś kiedyś powiedział, żeby być doraźnie pomocnym, bo na dłuższą metę nie będziemy już uprzejmymi ludźmi  z dobrym sercem ale niewolnikami. Pod koniec książki pojawiła się mała nadzieja na to, aby zakończyć pewną kwestię w sposób pełen nadziei, ale bohaterowie wszystko zniweczyli kierując się egoizmem i poczuciem, że skoro ktoś już poświęcił wszystko dla kogoś innego, to niech tak już będzie zawsze.

Patrząc na „Skradzione godziny” jako na książkę, powiedzieć można, że jest zwyczajnie przeciętna. Styl autorki jest prosty, dosłowny, nie obfituje w bogate opisy także ciężko odczuć klimat tamtych czasów. Podobnie rzecz się ma z bohaterami. Roberto i Ramon to takie postacie wysuwające się na pierwszy plan i owszem, wzbudzają sympatię, ale nie znamy ich praktycznie wcale. Autorka mam wrażenie całkowicie zaniechała kształtowania charakterów, ponieważ są oni tylko dodatkiem do całej historii, która wydaje się być najważniejsza. Gdyby Maria Solar chciała postawić na portrety psychologiczne i opis tamtej Hiszpanii, wówczas powieść nie miałaby tylko 250 stron. Tak więc „Skradzione godziny” to pozycja lekka, niewymagająca, taka na kilka chwil podczas nudnego wieczoru. I taka była moja pierwsza myśl – średnia powieść, można nie czytać, taka zwyczajna. Z czasem jednak zaczęłam myśleć o całej historii i zauważyłam kilka ważnych rzeczy, o których pisałam wcześniej.

Nigdy wcześniej nie zaznaczałam żadnych cytatów i fragmentów w książkach, ale podczas lektury nie mogłam się powstrzymać. W całej prostocie przekazu zdarzają się niezwykle trafne spostrzeżenia, a te dotyczące ludzkiej natury, egoizmu i głupiego paradoksu powstałego na skutek braku refleksji bohaterów, aż prosiły się o zaznaczenie i nawet komentarz dopisany ołówkiem. To pozwoliło mi znaleźć w historii coś, co ą wyróżnia i jest cenne. Dlatego polecam tak postąpić, w innym przypadku możecie beznamiętnie przeczytać książkę, rzucić w kąt i zupełnie zapomnieć że ją czytaliście.
„Skradzione godziny” wywołały więc mieszane uczucia, ale z czasem zaczynam coraz bardziej doceniać to co Maria Solar ukryła w swojej prostej opowieści. Zachęcam abyście dali tej książce szansę i chwile nad nią pomyśleli, bo naprawdę z banalnej historii może stać się czymś ciekawym i oryginalnym. 

Książkę w dobrej cenie kupicie na stronie Taniej Książki.

sobota, 25 listopada 2017

Nibynoc - Jay Kristoff





Wydawnictwo: MAG

Tłumaczenie: Strzelec Małgorzata

Opis: Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii swojego ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ściga ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała. Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej 
Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka jej ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o jeden krok bliżej jedynej rzeczy, jakiej naprawdę pragnie.




Jeżeli śledzicie książkowe nowiki, to na pewno kojarzycie „Illuminae”, pozycję, na punkcie której zwariował zagraniczny book tube. Ostatnio głośno zrobiło się na temat innej pozycji Jay’a Kristoff’a, współautora „Illuminae” – „Nevernight”, czyli „Nibynoc”. Nie wiedzieć czemu, w Polsce nie jest na ten temat głośno. Wydawnictwo MAG zrobiło wszystko, co mogło – zachowało oryginalną oprawę, twardą, a także stworzyło czerwone brzegi stron. Mimo wszystko mało słyszałam o „Nibynocy”, a ludzie nawet nie wiedzą co tracą! Spotkałam się z opinią, że z opisu jest to mix znanych już pozycji – „Szklanego tronu” i „Szóstki wron”. Nie jest to prawda, ale owszem, te trzy książki mają wspólną cechę – są po prostu świetne.

Mia Corvere to córka zdrajcy, którego rebelia skończyła się  klęską. Dziewczyna musi uciekać przed żądnym zemsty senatem i towarzyszami jej ojca. Niezwykłe umiejętności rozmowy z cieniami zaprowadzają ją do domu zabójcy, który otwiera przed nią przyszłość mroczną ale dającą nadzieję. Mia postanawia szkolić swoje umiejętności i zgłębić tajemnice darów w Czerwonym Kościele. W towarzystwie najgroźniejszych zabójców Republiki, dziewczyna próbuje przetrwać i dostać się do wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa. Czy uda jej się przeżyć wśród intryg, morderstw i licznych zdrad? Czy dokona zemsty na tych, którzy zniszczyli jej rodzinę?

Autor stworzył nowy, fantastyczny świat, który pełen jest zachwycających elementów. Trzy słońca wschodzą po sobie, a co kilka lat następuje arcynoc. Cykl życia wyznaczają „nibynoce”, równie jasne jak zwykłe dni, z tym, że zimniejsze. Występują tutaj nadnaturalne moce, takie jak władanie cieniami, tkanie ciał, a w tym wszystkim przewija się motyw bóstw i kultu. Tak misternie skonstruowany świat, z początku ciężki do zrozumienia, skojarzył mi się z tymi znanymi z twórczości Brandona Sandersona, także jego fani z pewnością zakochają się też w Jayu Kristoffie. Szczególnie mam tu na myśli nowelkę Sandersona, „Duszą cesarza”, która opiera się na tkaniu dusz i ma miejsce w orientalnej rzeczywistości. Również bohaterka, Shai, tak jak Mia, jest piekielnie inteligentna, mroczna, silna, cierpliwa i niczym doświadczony drapieżnik potrafi cierpliwie czekać na atak. Nie mówię tutaj od razu o jakimś plagiacie, pragnę jedynie zwrócić uwagę, że „Nibynoc” bardziej odpowiada klimatowi Sandersona niż innym fantastycznym książkom dla młodzieży.

Między zaś „Nibynocą” a „Szklanym tronem” jest przede wszystkim ogromna różnica w sposobie opowiadania historii. O ile „Szklany tron” to dobra opowieść dla młodzieży, tak „Nibynoc” jest już cięższa w treści, a autor w ogóle się nie hamuje – pisze wszystko bez owijania w bawełnę. Takim sposobem mamy tutaj dużo wulgaryzmów, seksu, morderstw, brutalnych opisów i poważnej, mrocznej fantastyki. Sama historia też nie jest tak łatwa w odbiorze jak można by się spodziewać. Podczas lektury musiałam dość mocno skupić się na tym, co czytam, przede wszystkim aby zrozumieć nowy świat. Autor przygotował bowiem wiele szczegółów, które my musimy przyswoić, a także jego styl pisania nie jest najłatwiejszy. „Nibynoc” dostarcza świetnej rozrywki, ale jest to lektura bardziej wymagająca.

Jak  już nawiązuję do tych „podobnych” lektur, napomknę też o tym, co „Nibynoc” ma wspólnego z „Szóstką wron”. Jeżeli czytaliście moją recenzję książek Bardugo to wiecie, że jedną z mocniejszych stron jej powieści są bohaterowie. Jay podobnie wykreował postacie, które się kocha, a czasem też nienawidzi. Także te czarne charaktery wzbudzają duże emocje, a mroczne postaci pierwszo- i drugoplanowe ujmują swoją siłą, humorem, odwagą i stanowczością. A, właśnie! Humor , groteska to w tej pozycji nieodłączny element bohaterów, podobnie jak w „Szóstce wron”.

Nigdy bym nie powiedziała, że „Nibynoc” to przewidywalna ‘kopia’. To zebranie wszystkiego, co najlepsze w tego typu literaturze i podane w nowej, ciekawej otoczce. Ta powieść nieźle zaskakuje, czasem wzrusza, szokuje i nie pozwala się oderwać. Jest bardzo dobrze napisana, przemyślana od A do Z, skomponowana z największą dbałością o szczegóły. To taki wyższy level w odniesieniu do fantastycznych młodzieżówek, przeznaczony dla starszego czytelnika. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać z niecierpliwością na kolejny tom, bo NIE WYTRZYMAM. 

                                                Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG




sobota, 4 listopada 2017

Szalone losy Lady Jane Grey

Wydawnictwo: SQN
Opis:
Prześmieszna, fantastyczna, romantyczna i całkowicie (ale tak naprawdę, to wcale nie) prawdziwa historia lady Jane Grey.
Jane, lat szesnaście, ma wyjść za mąż za kompletnie obcego faceta. Zostaje wmieszana w intrygę, której celem jest obalenie króla Edwarda. To jednak najmniejszy z problemów biednej Jane.
Bo zostanie królową (między innymi...).

Do czego doprowadzi ta zwariowana gra o tron?










Często słyszę, że książki historyczne nie są ciekawe, w związku z tym nie cieszą się dużym zainteresowaniem u młodszych czytelników. A gdyby tak przyjrzeć się przeszłości w krzywym zwierciadle? W końcu pamięć wypacza pewne wydarzenia, nie jest do końca prawdą, istnieje w naszym umyśle i poddawana jest obróbce pod kontem rzeczywistości. Cynthia Hand, Jodi Meadows i Brodi Ashton dokonały pozytywnej nadinterpretacji. Puściły wodzy fantazji i stworzyły coś, czego w Polsce jeszcze nie było, fantastykę opartą na historycznym realizmie - "Moją Lady Jane".

Anglią rządzi konflikt, nie tyle między rodami królewskimi co między Nieskalanymi - zwykłymi ludźmi, a Ewianami - zwierzętami w człowieczej postaci. W świat intryg i zagrożenia wplątana zostaje młodziutka Lady Jane Grey, która obejmuje tron po umierającym Edwardzie Tudorze. Aby stała się prawdziwą królową, musi poślubić mężczyznę, który, jak się okazuje, lubi często biegać po polach jako... koń. Aby tego szaleństwa było mało, Ewianie muszą walczyć o kraj, a królewskie intrygi mogą zagrażać życiu Jane i jej mężowi. Niebezpieczeństwo, ucieczki i śmiechu co nie miara. Nawet koń by się uśmiał.

Autorki zrobiły coś, z czym jeszcze nigdy nie miałam do czynienia. Zainspirowały się faktami historycznymi aby stworzyć zupełnie nową, świeżą opowieść, a czytelnicy, ciekawi faktycznych podstaw fabuły, zmuszeni są sięgać do źródeł. Tak i ja, przed lekturą zapoznałam się z historią Jane Grey, która w dosłownie szalony sposób trafiła na tron Anglii, po czym została ścięta. Mimo iż autorki tylko zainspirowały się jej postacią, to jednak czuć odwołanie do historii krótko panującej lady Grey. Ogromną pomocą są tutaj dopiski, które przerywają bieg akcji, i autorki tłumaczą dlaczego o czymś napisały, co je zainspirowało. Miejscami mogło to odrobinę irytować, bo czytelnik zmuszony jest oderwać się od fantastycznego w najciekawszych momentach. Niewątpliwie jednak komentarze autorek sprawiają, że czujemy się ważni i bardziej angażujemy się w opowieść.

"Moja Lady Jane" to opowieść iście szalona i mam wrażenie, że autorki wcisnęłyby czytelnikom największą bzdurę w taki sposób, iż byliby zachwyceni opowieścią. To tak jakby opowiadały szalone historie przy popołudniowym spotkaniu przy ciastku i kawie, tylko po to, aby poprawić nam nastrój. A my siedzimy, słuchamy, chłoniemy każdy szalony pomysł jak gąbka.

Oprócz niesamowitej narracji, w książce rozkochują nas bohaterowie, Lady Jane, Edward i Gifford. Są oni tak kochani, tak wyraziści, inteligentni, że dla nich samych warto przeczytać tą książkę. Dialogi między nimi są po prostu rozbrajające, a my czujemy się jak na rodzinnym przyjęciu pełnym swobody, żartów i szalonych pomysłów.

Żeby nie było tak idealnie - jest jedna malutka kwestia, która mnie lekko zawiodła. Liczyłam w tej książce na klimat epoki, spacery po ogrodach, piękne suknie, surowa etykieta, maniery, realia życia w tamtych czasach. Ale to taki malutki zarzut, w końcu takie wymagania spełni pierwsza lepsza kisążka historyczna. A "Lady Jane Grey" zdecydowanie takową nie jest.

Ta powieść wyskakuje z lodówki, wszędzie jej pełno, każdy ją poleca. I ja również, chociaż rozpoczynałam lekturę z dystansem. To idealny sposób na poprawę humoru. Uśmiechniecie się nie raz, zapałacie miłością do bohaterów i autorek, poczujecie się jak podczas babskich pogaduszek, wciągniecie się w historię jak rzadko kiedy. No nie ma innej opcji!

The perfect game. Rozgrywka - J. Sterling

Wydawnictwo: SQN
Stron: 300
Opis: 

On jest rozgrywką, w którą ona jeszcze nie grała.

Kiedy Cassie poznaje w college’u Jacka, postanawia omijać go szerokim łukiem. Gwiazdor drużyny baseballowej uosabia wszystko, czego dziewczyna nie znosi w facetach – jest przystojny, uwodzicielski, pewny siebie, ma wielkie ego i… zabójczo piękne oczy. Sprawy się komplikują, kiedy Jack zaczyna zwracać na Cassie szczególną uwagę. Co tak naprawdę kryje się za jego zainteresowaniem? Czy ma ono jakiś związek z przeszłością dziewczyny? Ile można poświęcić, aby być z ukochaną osobą?






W ostatnim czasie mamy na rynku prawdziwy wysyp powieści NA, które rzadko kiedy są w stanie nas zaskoczyć. Wszystko zaczęło się od nie najgorszego "Hopeless" C. Hoover, które szokowało wszechobecną słodyczą miłości zmieszaną z dramatem tak emocjonującym, że nie sposób się nie zaangażować w historię. Potem już była lawina podobnych powieści, które obecnie nakierowywane są bardziej na erotykę i puste emocje niż na historie miłosne z jakimś większym sensem. "Rozgrywka" to pozycja, która idealnie wpasowuje się w schematy i niczym nie wyróżnia z masy podobnych powieści. Już sam opis mówi nam o historii praktycznie wszystko i nie każe się za wiele spodziewać. Nie mogę powiedzieć, że lektura mnie zawiodła, bo w końcu otrzymałam to, czego się spodziewałam - krótką, prostą i niezaskakującą historię ze schematycznymi bohaterami. A jednak miałam cichą nadzieję, że J. Sterling czymś się wyróżni.

Cassie, młoda, ułożona artystka, poznaje w college'u Jacka Cartera. Chłopak nie pozostaje obojętny żadnej dziewczynie, Cassie natomiast zamiast uganiać się za przystojnym baseballistą, postanawia nie mieć z nim nigdy nic wspólnego. Jack zawsze dostawał to, czego chciał, więc zakazane uczucie jeszcze bardziej go pociąga. Czy faktycznie chodzi tylko o chęć zdobywania? Co kryje się za zainteresowaniem Jacka i czy odważy się zaufać dziewczynie i podarować jej swoje serce? W tej rozgrywce może ucierpieć sportowa kariera lub gorące uczucie. Czy można liczyć na remis?

"Rozgrywka" wpadła w moje ręce przypadkiem. Sama z siebie nie sięgnęłabym po tą powieść, a na pewno nie wydałabym na nią pieniędzy. Ale co miałam zrobić, pewnego nudnego wieczoru, dla odstresowania, po prostu przeczytałam tą książkę, na raz. I to chyba największe atuty tej historii - czyta się ją niezwykle lekko, szybko, zapewnia ona odpoczynek i oderwanie od codziennych spraw. Za to jestem jej wdzięczna, umiliła mi wieczór i jeśli szukacie takiej powieści, niezobowiązującej, to "Rozgrywka" się sprawdzi. Natomiast nie ma co więcej oczekiwać od tej historii, bo jest dokładnie taka sama jak reszta powieści z gatunku. Schematyczność wyziera z każdego zakamarka i mimo że nie czytałam NA nie wiadomo jak dużo, to każdy tą powtarzalność w historii Cassie i Jacka zauważy.

Żeby chociaż bohaterowie byli interesujący, książka tylko na tym zyskałaby naprawdę dużo. Niestety, zapewne już sami znacie Jacka od podszewki, po samym opisie. Standardowy playboy, pewny siebie, niegrzeczny, przystojny, uwodzicielski... I do tego dziewczę, które z założenia miało być artystką, a jednak tej kreatywności i artyzmu w książce nie ma. Autorka mogła bardziej skupić się na ubarwiających historię szczegółach, dać tym bohaterom coś, co sprawiłoby, że byliby wyjątkowi. Rozwinąć temat fotografii i baseballa, sięgnąć po relacje rodzinne i przyjacielskie, a nie wysuwać na pierwszy plan denny wątek miłosny, który w znacznej mierze jest czytelnikowi obojętny. Kartki same się przewracały, a ja pozostawałam niewzruszona i bierna w całej historii.

"Rozgrywka" to kolejny słaby, ale nie rażący głupotą "zapychacz" sklepowych półek pod szyldem "dla młodych dorosłych". Nie jest to książka, którą nazywa się "gniotem", ale jest po prostu taka o, obojętna. Nie trzeba czytać. Jeżeli jednak wpadnie w wasze łapki, to spędzicie przy niej przyjemne kilka godzin. Czasami potrzeba takiej lektury, dla tak zwanego "odmóżdżenia" i nie ma w tym nic złego. Czekam na Wasze wrażenia!

czwartek, 28 września 2017

Ostatnia aria Mozarta - Matt Rees

Wydawnictwo Kobiece
Tłumaczenie: Ryszard Oślizło
Opis:
Jest grudzień 1791 roku. Przebywająca w niewielkiej austriackiej wsi Nannerl, siostra Mozarta, otrzymuje szokujący list z informacją o śmierci brata. Zgodnie z relacją żony, dwa miesiące przed śmiercią wirtuoz zwierzył się jej, że ktoś podał mu truciznę, w wyniku czego jego życie niechybnie zmierza ku końcowi. 
Nannerl niezwłocznie udaje się do Wiednia. Pragnie czym prędzej odkryć mroczną tajemnicę morderstwa. Otoczona oprószonymi śniegiem barokowymi pałacami i urokliwymi kawiarniami rzuca się w wir podejrzeń i intryg, które ukazują ponure sekrety Mozarta. Zazdrosne kochanki, złowieszczy wierzyciele oraz masoni – im bardziej Nannerl zgłębia przeszłość wirtuoza, tym mocniej przeklęty los brata splata się z jej życiem.




Przypuszczam, że każdy z nas słyszał o Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie. Może niektórzy z Was są zagorzałymi fanami jego twórczości, ale wszyscy traktujemy jego dzieła z szacunkiem. Mozart niezaprzeczalnie był jednym z największych geniuszy - wirtuozów i kompozytorów, którego utwory nadal są wielce cenione na całym świecie. Wiece też zapewne, że jego zgon do dzisiejszych czasów jest jedną z największych zagadek historycznych. Matt Rees w swojej książce "Ostatnia aria Mozarta" snuje opowieść, która jest dość prawdopodobną wersją wydarzeń dotyczącą śmierci wiedeńskiego wirtuoza. Warto więc przygotować kubek gorącej czekolady, owinąć się w koc, słuchać dzieł Mozarta i dać się zatracić w świeżutkim bestsellerze Wydawnictwa Kobiecego.

W lekturze kryminalnej w tonacji a-moll.

Przenosimy się do Wiednia, do roku 1791, w którym zima jest wyjątkowo sroga. Wolfgang Amadeusz Mozart przeżywa właśnie dynamiczny rozwój swojej twórczości i staje się powszechnie znanym i cenionym na dworze kompozytorem. Sale koncertowe po brzegi wypełniają arystokraci, a jego arie dobrze zna sam cesarz. W pewnym momencie ze zdrowiem Wolfganga zaczyna się źle dziać. Wyznaje swojej żonie, Konstancji, że został otruty i niedługo umrze. Tak też się dzieje zaledwie sześć tygodni później.

Nannerl, siostra Mozarta, to kobieta, która zajmuje się na co dzień domem, mężem i dziećmi z najwyższą starannością. Pewnego dnia otrzymuje list, w którym Konstancja pisze o śmierci Mozarta. Nannerl od dawna nie utrzymywała z bratem żadnego kontaktu, ale czuje, ze powinna przyjechać do Wiednia i zbadać sprawę jego rzekomego otrucia. Powolne śledztwo zaprowadzi ją do masońskich lóż, tajemnej wiedzy, odkryje tajemnice spisków i wielkiej polityki. Co z tym wszystkim miał wspólnego Mozart? Jakie tajemnice skrywają jego dzieła? I jak wolnomularze są powiązani z tajnymi agentami Prus?

Przed lekturą "Ostatniej arii Mozarta" zbytnio nie wczytywałam się w opis na tylnej okładce. Przeżyłam niemały szok, gdy dość szybko Nannerl wpadła na trop masonerii. W dzisiejszych czasach bardziej słyszy się o teoriach spiskowych dotyczących wyznawców Najwyższego Architekta, dlatego zagłębienie się w ten temat na inny sposób uważam za jeden z największych plusów książki. Pomijane są kwestie wszelkich groźnych idei, patrzymy na ten ruch społeczny z perspektywy osiemnastowiecznej. Prym w umysłach ludzkich wiodła idea oświecenia, masoneria zaś zdawała się być wyjątkowo w nim utwierdzona i pożyteczna. Miała na celu głównie zrzeszanie osób o różnych wyznaniach i poglądach, kładła nacisk na duchowość i jednocześnie rozwój jednostki. Stała jednak w pewnym stopniu w opozycji do władzy cesarskiej. Dlatego też podejmowano środki ostrożności aby trzymać ruch w ryzach, zabraniano tworzenia nowych lóż i przeciwdziałano szerzeniu masońskiej symboliki.

I w tym wszystkim wraz z główną bohaterką spotykamy się z twórczością Mozarta oraz jego koneksjami z "braćmi", innymi członkami loży wolnomularzy w Wiedniu. Odkrywamy ukryte przekazy w ariach, prostych z pozoru tekstach i księgach pamiątkowych. Do tego wiele wspólnego z Mozartem ma polityka, także ta zagraniczna. Matt Rees porusza temat szpiegostwa, łapówek, rewolucji, przedstawia dość prosto łatwe mechanizmy podsycające bunt.  Nie ma natomiast czego się bać, ponieważ fabuła powieści jest dość prosta, przystępnie napisana i łatwa do zrozumienia. "Ostatnia aria Mozarta" jest tylko takim napomknięciem o masonerii i przypuszczalnie istniejących kiedyś przekrętach politycznych. Daje nam tylko namiastkę wiedzy a stawia na relaks i wzbudzanie ciekawości czytelnika. Dlatego temat, który można by rozwinąć w kilkutomowej encyklopedii, Matt Rees przedstawia bardzo powierzchownie. "Ostatnia aria Mozarta" jest książką, która trafi do dużej rzeszy odbiorców i nastawiona jest na to, aby zaciekawić czytelnika tematem tajemniczej śmierci Wolfganga. Przez fabułę powieści po prostu się płynie, lekko, bez większego zaangażowania umysłowego.

Nannerl to prosta kobieta, z tym że niezwykle uparta i zdeterminowana aby odkryć kto i dlaczego otruł jej brata. Tak jak praktycznie wszystkie ówczesne kobiety, nie ma najmniejszego pojęcia o polityce, a tym bardziej o tajnych ruchach myślowych. Dlatego jej śledztwo momentami wydaje się błahe, proste, a niektóre rozwiązania kolejnych zagadek nasuwają się praktycznie same. Dlatego jeśli ktoś jest w tych tematach laikiem, tak jak główna bohaterka, powolny i prosty rozwój historii przypadnie mu do gustu. Strony praktycznie przewijają się same, całą powieść można połknąć w jeden wieczór. Podczas czytania nie doznamy szoku, ogromnych zwrotów akcji, a przy lekturze najbardziej trzyma nas ciekawość i dalsze poczynania bohaterki. Autor sam przyznaje, że celowo utworzył taką kompozycję historii, utożsamił ją z tonacją a-moll. Początkowy spokój bohaterki zostaje zakłócony listem o śmierci Mozarta, potem następuje spokojne i powolne poszukiwanie odpowiedzi, a na koniec ciekawe i satysfakcjonujące rozwiązanie. Ta powieść to utwór, przepełniony klasycyzmem, ma swój wyraz i klimat. Niektórzy będą zachwyceni tym, że w prostej opowieści odnaleźć można muzyczne "smaczki".

"Ostatnia aria Mozarta" jest napisana niezwykle prostym i lekkim językiem, a mimo to ma swój klimat. Pomijając kwestie muzyki i twórczości wiedeńskiego wirtuoza, opowieść wydaje się być idealna na zimowy wieczór. Główna bohaterka często pije gorące trunki, herbatę lub gorącą czekoladę, a na dworze Austriackim panuje sroga zima. Lektura przynosi swoistego rodzaju spokój i ukojenie, dlatego idealnie nada się dla osób zmęczonych wymaganiami dnia.

Książka jest historią hipotetyczną, nie do końca udowodnioną. Postacie są zaś autentyczne, autor podkreśla ich losy i pewne kwestie, które odrobinę zmienił. Koneksje Mozarta z lożą masońską są udowodnione, także teoria o jego otruciu jest coraz częściej przyjmowana za najbardziej prawdopodobną. Znane są też przypadki szpiegostwa policji pruskiej oraz morderstw w imię obrony tajemnic politycznych. Tak wiec dzieło Rees'a można uznać za mieszankę fikcji historycznej z faktami potwierdzonymi przez historyków. Szkoda tylko, że tak naprawdę chyba nigdy się nie dowiemy co naprawdę ukrywał Mozart. Przynajmniej możemy czytać historie taka jak ta i wyobrażać sobie opowieści, które mogły, a nie musiały mieć miejsca. Serdecznie polecam. 

W Taniej Książce kupicie "Ostatnią arię Mozarta" w atrakcyjnej cenie :)



wtorek, 26 września 2017

The Call. Trzy minuty, śmiertelna walka

Opis wydawcy:
Co byś zrobił mając tylko chwilę, żeby uratować swoje życie, a zegar już zaczął odliczanie?

Trzy minuty
Wszyscy nastolatkowie wiedzą, że pewnego dnia znajdą się w przerażającej krainie, do której zostaną Wezwani.

Dwie minuty
Na nieznanym terenie ruszą za nimi bezwzględni łowcy, którzy zrobią wszystko, by ich dopaść i zabić.

Minuta
A Nessa nie może biegać. Czy mimo poraż​enia nóg ma szansę na przeżycie, kiedy przyjdzie pora jej Wezwania?

Czas ucieka…


Moja ocena: 6/10

Ostatnio na rynku wydawniczym spotykam wiele motywów, które się powielają. Opis "The Call. Wezwanie" nie zapowiadał z pozoru niczego nowego, przypominał wręcz "Igrzyska śmierci" - grę na śmierć i życie. Nie można jednak zaprzeczyć, że książka Peadar'a O Guilin'a narobiła zamieszania na zagranicznych kanałach książkowych. Ponadto wiele osób potwierdzało, że powieść ma niesamowicie mroczny klimat oraz znany motyw opatrzony w oryginalne realia. I mimo że się z tym zgadzam, to "The Call. Wezwanie" jest według mnie kolejną przeciętną młodzieżówką. 

Czasem krótkie chwile mają na nasze życie niewyobrażalnie duży wpływ. W świecie, w którym przyszło żyć bohaterom "The Call. Wezwanie", trzy minuty decydują o wszystkim. To tak mało a jednocześnie, w innej rzeczywistości, wiele godzin. Uciekaj i walcz, jeśli potrafisz. Inaczej czeka Cię okrutny los.

Na każdego przychodzi kolej. Każdy zostaje pewnego dnia Wezwany, przenosi się do Szaroziemia zamieszkanego przez Sidhe. W jednej chwili jest w świecie, w którym przeżywa ból i stratę, w następnej płaci za przeszłość ludzkości. Przenosi się w miejsce zapomniane przez Boga, przerażające i jednocześnie piękne, jak Sidhe. Znaczna większość tego nie przeżywa. Okrutne istoty polują na dzieciaki szkolone do Wezwania, jednak prawie zawsze bezsilne wobec monstrów z Szaroziemia. Jakie w tym wszystkim ma szanse Nessa, sparaliżowana dziewczyna, która... nie może nawet biec? Czas ucieka, trzy minuty...

Wspomniałam już, że "The Call" to zwyczajna młodzieżówka ze sprawdzonymi motywami, obramowana w oryginalność i mrok. Sam pomysł Wezwania jest niezwykle ciekawy, przeniesienie jakby do innego świata pełnego pięknych i okrutnych potworów to punkt wyjściowy do napisania naprawdę rewelacyjnego fantasy. I, niestety, ten potencjał gdzieś się u Guilin'a zatracił, złagodniał w natłoku innych mało istotnych wątków. To dobry przykład na przykrą sytuację, w której dobry pomysł zostaje skutecznie zduszony słabym wykonaniem. Od początku wiedziałam, że jest to lektura skierowana do młodzieży, miałam jednak nadzieję na prawdziwy strach, emocje, mrok i nieustanne kibicowanie bohaterom. Niestety wszystko przebiegało zbyt łagodnie, w tym wszystkim widać było pewną schematyczność i przez to lektura wydała się po prostu nierealistyczna. Nie angażowała zbytnio emocjonalnie, nie trzymała w napięciu i nie sprawiała ciarek. Po prostu ją przeczytałam, tak o, na umilenie wieczoru i tyle. To tak jakby się oglądało jakiś film kawałek po kawałku, bez zaangażowania, byleby nie oglądać reklam na innym programie. 

Kreacja bohaterów to zdecydowanie najsłabszy element tej książki. Takie mam wrażenie. Moja znajoma z internetowej sfery czytelniczej zaprzestała lektury po kilku rozdziałach. Powodem była główna bohaterka, Nessa. I może nie denerwowała mnie aż tak, żeby zaniechać czytania, ale faktycznie w ogóle nie wzbudziła mojej sympatii. Nie obchodziły mnie jej losy, przynajmniej nie w takim stopniu jak powinny. Oczekiwałam przez całą lekturę siedzieć jak na szpilkach i czekać tylko co się z Nessą będzie działo. W rzeczywistości obserwowałam biernie jej Wezwanie. Nessa wydała mi się wyjątkowo sztuczna. Doceniam fakt, że nie była kolejną nieśmiałą i niewinną dziewczyną, ale z drugiej strony autor odrobinę przesadził i główna bohaterka po prostu była irytująca. Pozostali bohaterowie byli w porządku, nadal jednak miałam do nich obojętne podejście.

To nie tak, że "The Call" jest złe, tragiczne, schematyczne i nudne. Ma trochę nietypowy klimat, w ogóle jest oryginalną historią, ale niedopracowaną. Uwielbiam psychodeliczne klimaty, rodem z koszmarów i może nie spodziewałam się horroru, ale miałam niedosyt z tym związany. Książka zawodzi w niektórych momentach i nie daje z lektury pełnej satysfakcji. To taka pozycja, którą się przeczyta i za jakiś czas o niej zapomni. Świetnie wciągnie w nudny wieczór, umili czas, oderwie od rzeczywistości i tyle. Nie chcę absolutnie powiedzieć, że nie warto czytać. Po prostu trzeba do tej książki mieć takie podejście, że to młodzieżówka o lekkim mrocznym zabarwieniu. Ciekawa, szybko się czyta i można się przy niej zrelaksować (tak, nawet gdy bohaterka walczy z okrutnymi Sidhe). Dlatego mimo wszystko czekam na drugą część, z pewnością połknę ją z przyjemnością. Polecam młodzieży, na jesień jak znalazł.

Endgame, czyli Gra Ostateczna

Opis wydawcy:
Przybyli przed dwunastoma tysiącami lat. Zeszli z gwiazd pośród dymu i ognia, stworzyli ludzkość i pokazali nam, jak żyć. Pragnęli złota i zbudowali pierwsze cywilizacje, aby im go dostarczyły. A kiedy dostali już to, czego chcieli, opuścili nas. Odchodząc, obiecali, że któregoś dnia powrócą, a gdy tak się stanie, rozpocznie się gra. Gra, która zadecyduje o naszej przyszłości. Oto Endgame. Przez dziesięć tysięcy lat żyli w ukryciu. Dwanaście starożytnych ludów. Każdy z nich musiał wybrać swojego Gracza. Szkolono ich z pokolenia na pokolenie, pokazano, jak posługiwać się bronią, językami, historią, taktyką, kamuflażem. Jak zabijać. Razem Gracze reprezentują sobą wszystko: siłę, dobroć, okrucieństwo, lojalność, mądrość, głupotę, brzydotę, pożądanie, niegodziwość, kapryśność, piękno, wyrachowanie, lenistwo, entuzjazm, słabość. Są dobrzy i źli. Jak ty. Jak my wszyscy.
Oto Endgame.
Kiedy rozpocznie się gra, będą zmuszeni odnaleźć trzy klucze ukryte gdzieś na Ziemi. Jedyną regułą Endgame jest brak reguł. Ktokolwiek znajdzie klucze, wygrywa. Endgame. Wezwanie opowiada o poszukiwaniach pierwszego z nich. Ale to nie tylko historia o początkowym etapie zmagań Graczy, to także zagadka. Zaprasza czytelnika do wzięcia udziału w jego własnym Endgame i podjęcia próby rozwikłania tajemnicy. Komu się powiedzie, odnajdzie skrzynię pełną złota.


Chyba każdy fan literatury zgodzi się ze mną,  że temat końca świata w ogóle nie jest nam obcy. Od "Igrzysk śmierci" pokazujących brutalną acz niezwykle realistyczną przyszłość, poprzez "Podzielonych" traktujących o nielegalnym handlu ciałami niechcianych dzieciaków, "Niezgodną" okrzykniętą hitem książkowym i filmowym, kończąc na nieskończonej ilości ciągle wydawanej w tym tonie literatury. Ciężko więc uwierzyć, że można oczytaną osobę jeszcze czymkolwiek zaskoczyć. Na "Endgame" trafiłam całkiem przypadkiem i o ile sam opis nie do końca mnie przekonywał, to wnętrze już przesądziło sprawę o kupnie. Zobaczyłam wiele zdjęć, wzorów, łamigłówek, obcych języków, schematów i notatek. Forma bezsprzecznie zachwyca, a jak jest z treścią?

Wyobraź sobie, że możesz mieć wpływ na losy świata. Może to mało powiedziane - możesz bowiem uratować go od apokalipsy. Jesteś człowiekiem niezwykłym, jednym z dwunastu potomków niezwykłych rodów, szkolonych po to, by zagrać w Grę Ostateczną - Endgame. Pewnego dnia otrzymujesz wezwanie, wiesz co zwiastują spadające na planetę meteoryty. Nie ma ucieczki, nie ma odwrotu. Musisz znaleźć trzy klucze ukryte na Ziemi, rozwiązywać zagadki i pamiętaj - czas upływa. Zwycięzca może być tylko jeden.

"Endgame" to pozycja, która zasługuje na szczególną uwagę. Przede wszystkim dlatego, że jest niezwykle realistyczna. Może nie mamy dowodów na to, że na samym początku to kosmici stworzyli ludzkość i zadbali o jej rozwój oraz umiejętność przetrwania, ale jednak spotykamy się z różnymi tezami. I może losy Ziemi nie będą zależne od nastolatków, którzy będą musieli rozwiązywać łamigłówki ale... Kto wie... Sami autorzy stwierdzają, że spora część książki to fikcja, ale wiele zawartych w niej informacji to rzetelna prawda.

"Endgame" to niesamowite doświadczenie, świetnie dopasowane do realiów dzisiejszych czasów. Pomijając kwestię samej kreacji świata, o której już wspomniałam, mamy tutaj interakcję fabuły z samym czytelnikiem. To bardziej "projekt multimedialny" niż zwykła książka. Wymaga ogromnego zaangażowania od odbiorcy, łączenia faktów, doszukiwania szczegółów i przeżywania akcji na swój własny sposób. Dlatego też "Endgame" nie jest lekturą łatwą i szybką, a często niemożność rozwiązania zagadki potrafi mocno zirytować. Co ciekawe, swego czasu można było wygrać trzy miliony dolarów za rozwiązanie zagadki, więc dodatkowo czuć pewną, może nie presję, ale rywalizację. Taką rzeczywistą. "Endgame" to książka, jedna pozycja i gra, w którą grają miliony czytelników. Z tego co się orientuję czas na rozwiązanie zagadki i nagrodę już minął ale mimo wszystko - warto wciągnąć się w te łamigłówki. Jest to niezwykle zajmujące i świetnie wypełnia wolny czas w interesujący i niezwykły sposób.

Ta książka buzuje akcją. Nie mamy tu pięknych zdań, które można z lubością zaznaczać fiszkami, nie znajdziemy długich opisów. Jeżeli już to są to raczej okrutne, dosadne opisy, które mogą lekko obrzydzać młodego odbiorcę. Nie brakuje w "Endgame" zwrotów akcji, ale też znajdziemy kilka przewidywalnych wątków. Tutaj mamy skupić się na akcji, na zagadkach, morderstwach, intrygach i bohaterach, którzy mimo iż różni, to wzbudzili moją sympatię. Każdy rozdział skupia się na innym bohaterze i jest to zabieg zwykle w książkach pożądany. Daje nam możliwość różnych spojrzeń na sprawę, możemy także lepiej związać się z danymi postaciami.

"Endgame" to połączenie realizmu i fikcji, zagadek i pełnej akcji fabuły, odpoczynku i wysiłku dla czytelnika. Myślę, że znajdzie spore grono odbiorców. Nie wiem dlaczego, ale ta pozycja wydaje mi się idealna aby odciągnąć bliską osobę od geekowej fascynacji grami komputerowymi i dać jej doświadczenie multimedialne w formie książki. Pieniędzy już nie wygracie, ale spróbujcie rozwiązywać zagadki razem z bohaterami. Polecam "Endgame" i chętnie sięgnę po kolejne części.