Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 11 lipca 2018

Jak upolować pisarza - Sally Franson



Casey Pedergast jest starszą dyrektor kreatywną w agencji reklamowej Pople’s Republic. Uwielbia swoją pracę, świat sław i marketingu to jej codzienność, w której czuje się jak ryba w wodzie. Powstanie nowej odnogi firmy jest dla niej nową szansą na rozwój kariery. Dział Nanu ma wypełnić lukę w reklamowym świecie i zapewnić wybicie mniejszym korporacjom, z udziałem pisarzy. To właśnie oni stają się celem Casey, choć istnieje przekonanie, że wolą w kapciach tworzyć teksty przez cały dzień, a świat marketingu uważają za fałszerstwo.  Istnieje jednak pewna luka na rynku, którą mogą właśnie zapełnić pisarze, kuszeni dodatkowymi zyskami i wyróżnieniem w niszowej strefie handlowej. Casey tak bardzo angażuje się w swoją pracę, że w pewnym momencie poświęca swoją przyjaźń i miłość dla celów kariery. Czy otrząśnie się ze złudnego poczucia docenienia i uświadomi sobie, że czasem sława może być powodem prawdziwej samotności?

Czytając opis z okładki „Jak upolować pisarza”  Sally Franson możecie odnieść wrażenie, że jest to typowa kobieca powieść z naciskiem na wątek romantyczny. Ponieważ jest to wielce nietrafne wrażenie, pozwoliłam sobie nie wspominać w moim opisie fabuły o sprawach miłosnych. Nie o to chodzi w tej powieści. Wątek romantyczny jest bardo marginalny, pojawia się tak naprawdę na chwilę i nie ma większego znaczenia. Powieść Franson traktuje przede wszystkim o tym, jak często gubimy się w życiu, kiedy do realnej rzeczywistości dodamy tą wykreowaną przez media. To przekaz przede wszystkim dla osób szukających sławy w internecie, mających styczność z wszelkimi formami reklamy, a także dla zwykłych osób. Każdy z nas codziennie zbiera informacje z telewizji, gazet, z sieci o ludziach, których nie znamy. Na podstawie tego, co wciskają nam media, budujemy w głowie obraz takich gwiazd. „Jak upolować pisarza” pokazuje kontrast pomiędzy pozornym pięknem sławy, a tym, z jaką łatwością jesteśmy manipulowani. Wystarczy, że ktoś w naładowany emocjami i elokwentny sposób napisze coś w sieci i może skazać drugą osobę na publiczne poniżenie.



Świat sław i reklam wydaje się z początku przyciągający, kreatywny, fascynujący, a wszystko przez zapał Casey, który nam się udziela podczas lektury. Z czasem jednak wnikamy tam bardziej i bardziej, a okropne rzeczy zaczynają wychodzić na wierzch. Franson wspomina o fałszywym kreowaniu piękna, o tym, jak zwyczajni ludzie się porównują do idealnie skorygowanych na zdjęciach gwiazd. Wspomina o hejcie, który może skierować się na najbardziej docenianą dotychczas w mediach osobę tylko z powodu nieporozumienia. O tym, jakie to wszystko może być fałszywe. Jak człowiek jest w stanie robić wszystko dla pieniędzy. Bardzo spodobało mi się pewne stwierdzenie – że ludzie sławni różnią się od zwykłych ludzi tylko tym, iż rozpaczliwie pokazują to, jak potrzebują czyjejś uwagi.  Słodko-gorzka historia Casey mówi o tym, że czasem sława jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo jesteśmy oszukiwani i samotni.

Jak widać, o temacie poruszonym przez autorkę można pisać i pisać. Nigdy dotąd nie spotkałam się z takim przesłaniem, prawdziwym, mądrym, dającym do myślenia. W tej opowieści nie ma ściemniania. Casey jest dziewczyną kreatywną, aktywną, lekko zagubioną, a przy tym tak zwyczajną. Potrafi zacząć czytać instagrama, „na chwilę”, i skończyć za dwie godziny. Momentami działa impulsywnie, ale przecież wielu z nas tak ma – jeśli  bardzo się w coś angażujemy, to zapominamy o Bożym świecie. Tak się nakręcamy na coś, zapominając, że najważniejsze w życiu są relacje z innymi i szczerość z samym sobą. Kreacja głównej bohaterki to, zaraz po tematyce, jeden z największych plusów tej opowieści. Nie każdy polubi Casey od razu, ale ja tęskniłam za taką postacią, bo ostatnio spotykałam w książkach jedynie nieśmiałe, głupiutkie i niesamodzielne nastolatki.

Książka ma też swoje minusy, a konkretnie dwa. Pierwszy z nich to to, że momentami miałam wrażenie, że czytam o mało istotnych dla właściwej fabuły rzeczach. Momentami było monotonnie, wręcz nudno, niektóre wątki były zbędne. Drugi zaś to zbyt filmowy, moralizatorski element pod koniec. Wiece, to taka chwila gdy bohater bierze w ręce mikrofon i mówi do wszystkich mądre rzeczy wywołując w tłumie łzy wzruszenia. Wolałabym, aby ten morał wypowiedziany w tak dziwacznych okolicznościach dał mi się poznać sam, zgodnie z analizą historii Casey. Fakt, i tak mam duży materiał do myślenia, ale cały wywód, przepełniony mądrościami, to motyw typowo filmowy i odejmujący realizmu. Trochę też traktuje czytelnika po macoszemu.

„Jak upolować pisarza” to książka, którą warto przeczytać, przede wszystkim ze względu na poruszaną tematykę. Ja tworze swojego instagrama i kreuję swoją „markę”, swój wizerunek, dlatego tym bardziej wzięłam sobie do serca historię Casey. W dobie kupowania followersów, serduszek, komentowania będącego czystym spamem i fałszywego cukrowania warto się otrząsnąć i nie zapominać, po co jesteśmy w sieci. Warto być we wszystkim autentycznym.

poniedziałek, 9 lipca 2018

W pułapce - Magda Stachula




Klara budzi się na swojej klatce schodowej. Mając w pamięci jedynie to, że ostatni była na imprezie, wpada do domu, aby zaleczyć domniemanego kaca. Szybko jednak dowiaduje się, iż od dyskoteki minęły dwa dni, a ona nic z nich nie pamięta. Dziewczyna nie wie, co się z nią działo, jej przyjaciele wiedzą tylko, że po imprezie wracała do domu taksówką. Nie ma widocznych obrażeń i może jedynie domyślać się, co mógł jej zrobić porywacz. Gdy wydaje się już, że Klara nigdy nie dowie się prawdy o sobie, dowiaduje się o podobnym przypadku, który miał tragiczny finał. O Lisie odnalezionej z amnezją po czterech dniach zniknięcia. I o tym, jak potoczyły się jej dalsze losy. Czy Klarę czeka to samo? Kim jest jej oprawca i czy jeszcze wróci?

Akcja „W pułapce” odbywa się trójtorowo, w różnych miejscach i w około rocznym odstępie czasowym. Nie będę zdradzać do końca, kto jest narratorem i co się z nim dzieje, warto wiedzieć jedynie, że poznajemy historię zarówno Klary jak i Lisy. W pewnym momencie opowieść tej drugiej zaczyna rzucać światło na kwestię porwania tej pierwszej, ale do samego końca ciężko złączyć wszystko w spójną całość. Te kobiety, chociaż tak różne, mają ze sobą coś wspólnego i praktycznie przez całą lekturę próbujemy odkryć, o co chodzi. W niektórych fragmentach jest też odniesienie do porywacza, widzimy więc namiastkę jego szaleństwa i niestabilności psychicznej. Mimo to uważam, że autorka mogła wsadzić do opowieści więcej mroku i niepokoju. Akcja toczy się powoli, bez większych zwrotów, zaskoczeń i napięć, ku rozwiązaniu, które skleja wszystkie elementy w całość. Główną motywacją do dalszego czytania była jedynie ciekawość, jak autorka to rozwiąże. Brakowało mi ciarek, obawy o życie Klary, za mało mrocznego klimatu jak na thriller psychologiczny.

A więc powoli kroczyłam za Lisą i Klarą, zbierając jak najwięcej informacji i szczegółów, próbując dociec rozwiązania. To był jedyny powód, dla którego szybko tę powieść przeczytałam, bo poza tym nie dzieje się nic ciekawego. I finalnie nie jestem do końca z lektury zadowolona, cała intryga okazała się być prosta, miałam wręcz uczucie, że zbyt banalna i bezpodstawna. Moje pomysły na rozwiązanie może były zbyt dziwne, ale takie też o wiele bardziej by mnie zadowoliły. Tymczasem otrzymałam rozwiązanie błahe, niedające do myślenia, mało też w nim psychologicznej głębi. Czytałam więc książkę tylko po to, aby dowiedzieć się, co się działo z Klarą, a i tak dostałam nieporywającą, przeciętną historię. Dlatego czuję się odrobinę zawiedziona. Najchętniej o „W pułapce” napisałabym, że jest „OK”, dała 6 gwiazdek na 10, postawiła na półce i nigdy nie wracała. Jaki sens byłby ponownie sięgać po taka książkę? Czasami, nawet znając zakończenie, warto czytać ponownie pewne opowieści, aby wyciągać z ich wnętrza nowe smaczki. Tutaj zanudziłabym się już na śmierć, taka lektura dla mnie nie miałaby ani odrobiny sensu.

Rozumiem, że jest to literatura rozrywkowa i ma za zadanie miło zająć czytelnikowi kilka godzin. A jednak czuję, iż powinnam od książek wymagać czegoś więcej. W końcu relaksująca lektura powinna też wciągać, intrygować, powinnam ją przeżywać emocjonalnie i czuć satysfakcję z poznanej historii. Tymczasem nie wiem, co „W pułapce” mogłoby mi zaoferować. Tak naprawdę równie dobrze mogłabym jej nie czytać.

Książka ma jednak jeden duży plus – w końcu miałam do czynienia z dobrze napisaną opowieścią. Nie musiałam, jak to ostatnio miałam w zwyczaju, sięgać po ołówek krytyka i zaznaczać językowych kwiatków. Nie czułam najmniejszej różnicy pomiędzy Stachulą, a popularnymi zagranicznymi autorami thrillerów. Czułam, że mam do czynienia z naprawdę dobrą pisarką, która w swojej książce słabo potraktowała jedynie, albo aż, fabułę powieści. Warunki na napisanie dobrej historii są, ale brakuje innowacyjnego pomysłu i umiejętności budowania napięcia.

O lekturze „W pułapce” szybko zapomnę, już o tym wiem. Odstawię tę książkę na półkę i zapewne do niej nie wrócę, nawet nie pomyślę, że czytałam kiedyś taką historię. Jest zbyt przeciętna, prosta i pozbawiona ładunku emocjonalnego. Gdybym oczekiwała jedynie miłego zajęcia na kilka godzin, zwykłej odstresowującej lektury, pewnie byłabym zadowolona. A mimo to od „thrillera psychologicznego” wymagam odrobiny więcej zaangażowania ze strony autora, a także mojego zaangażowania, na tle emocjonalnym. Ta książka ma dużą szansę spodobać się większości odbiorców, to zależy, czego się oczekuje. Może kiedyś sięgnę jeszcze po książki Stachuli, ale chwilowo poszukuję książek, które sprawią, że nie będę miała choćby najmniejszego poczucia straconego czasu.

Król Kier - Aleksandra Polak




Motywy cyrku i magii iluzjonistycznej są jednymi z moich ulubionych, dlatego też książka „Caraval” oczarowała mnie i nabrałam ochoty na inne tego typu lektury. Premiera „Króla Kier”, pierwszego tomu serii Circus Lumos, dała mi nadzieję, że znów będę mogła zagłębić się w magii cyrku i iluzji. Ku mojemu zaskoczeniu jednak powieść zaczęła szybko zbierać negatywne opinie. Postanowiłam, że nie dam się zniechęcić i na pewno nie jest tak źle. Po lekturze jednak muszę przyznać, że znam przyczynę tylu negatywów.

Alicja to zwykła dziewczyna, która już niedługo ma pisać maturę. Ma kochanego chłopaka, jej życie przebiega spokojnie, można wręcz powiedzieć, że nudno. Wszystko jednak zmienia się podczas studniówki, która zapoczątkowuje w życiu dziewczyny pasmo niesamowitych zdarzeń. Wpierw przyłapuje podczas imprezy swojego chłopaka, w kantorku, z inną dziewczyną. Następnie przyjaciółka wyciąga Alicję do Circus Lumos, gdzie ta poznaje niezwykle przystojnego i tajemniczego Hadriana. Mówi się, że cyrkowcy władają prawdziwą magią, ale czyż to nie są zwykłe wyolbrzymione plotki? Świat dobra i zła, łowców i demonów, gwiazd i walki stanie się niedługo udziałem Alicji. Kim jest Hadrian? Czy ich miłość pokona stwory nie z tego świata?

Zapewne już po samym przeczytaniu opisu macie ogólne pojęcie o tym, jak potoczy się fabuła „Króla Kier”. To bardzo schematyczna opowieść, która niczym nie zaskoczy chociażby odrobinę doświadczonego w młodzieżówkach czytelnika. Wystarczy znać „Zmierzch”, a powieść Aleksandry Polak wyda się tylko odświeżoną podróbką losów niezdarnej Belli. Znów mamy zwykłą bohaterkę, typową nastolatkę, która nie wie, czym jest samodzielność i stanowczość. Pojawia się też idealna postać męska, w tym wypadku bardziej chłopięca, będąca spełnieniem wszystkich marzeń każdej bujającej w obłokach dziewczyny. Ona niczym się nie wyróżnia, on ma za to nadnaturalną moc. Szybko zawiązuje się romantyczna relacja, praktycznie z pominięciem elementu budowania relacji i powolnego zakochiwania się. To czyni powieść niezwykle prostą, przewidywalną i naiwną. Nie zaznamy tutaj elementu zaskoczenia, a nawet napięcia, taki chociaż pojawił się pod koniec „Zmierzchu”.



Motyw cyrku daje wielkie pole do popisu, a jednak w Circus Lumos tej magii, iluzji i jaskrawych barw jest stanowczo za mało. Być może w kolejnych tomach będzie tego klimatu więcej, natomiast stwierdzam, że 2/3 „Króla Kier” to młodzieżowa obyczajówka. Gdzieś tam migną magiczne drobiazgi, ale tak naprawdę przez większość lektury czekamy na akcję właściwą, dotyczącą nadnaturalnych umiejętności cyrkowców. Pod koniec książki autorka rozwija temat  walki dobra ze złem, budując sobie wstęp do dalszej historii, co czyni „Króla Kier” przydługawym i mało interesującym wstępem. Gdyby Aleksandra Polak tworzyła skomplikowany świat, wówczas mogłaby stopniowo wprowadzać w niego czytelnika i nawet brak akcji właściwej nie byłby tak niekorzystny. Niestety, świat Cricus Lumos nie jest ani oryginalny, ani pomysłowy. Opiera się na ogólnikach, niejasnych zasadach, a cała opowieść wydaje się być jedynie romansem głupiutkiej dziewczyny i chodzącego ideału nie z tego świata.

Wiele osób skarżyło się podczas lektury na styl autorki i jej kwiatki językowe. Przyznam, że tutaj nie było tak źle. Niektóre opisy były naprawdę barwne i umiejętne, kulały natomiast dialogi, pojawiały się też błędy logiczne. Zdarzały się dziwne, niepoprawne metafory, ale, jak już wspomniałam, opisy były całkiem dobre. Na negatywny odbiór stylu autorki rzutowała zapewne słaba kreacja bohaterów. Dialogi między nimi były nudne, miejscami głupiutkie i bardzo, bardzo „nastolatkowe”. W dodatku autorka wiele razy wpychała motyw oglądania telewizji. Wydawało mi się, że młodzież ma tysiąc ciekawszych zajęć niż leżenie plackiem i wgapianie się w ekran, tymczasem Alicja wraz z przyjaciółmi zastanawia się, czy warto w piątkową noc wyskoczyć na miasto. Bo przecież lepiej byłoby obejrzeć film akcji… A jak bohaterowie umawiają się na wspólne spędzanie czasu? „Może wpadniesz do mnie na telewizję”, naprawdę? Zdarzało się wiele razy, że z irytacji nad niektórymi pomysłami autorki przewracałam oczami.

Nie zostanę zwolenniczką serii Circus Lumos, chociaż podeszłam do czytania naprawdę z łagodnym i pozytywnym nastawieniem. „Król Kier” to nic nowego, a wręcz jest w stanie zanudzić najbardziej wytrwałego czytelnika. To lektura, w moim mniemaniu, zupełnie niepotrzebna. I choć rozumiem radość autorki, że może dzielić się swoją twórczością z innymi, to jednak nie widzę powodu, dla którego ci inni mieliby tę satysfakcję podzielać. Być może gdybym kończyła podstawówkę i dopiero zaczynała przygodę z czytaniem młodzieżowej fantastyki, wówczas powieść wywarłaby na mnie lepsze wrażenie. Po "Perłową damę" raczej nie sięgnę.

niedziela, 8 lipca 2018

I góry odpowiedziały echem - Khaled Hosseini


Khaled Hosseini to autor, którego możecie kojarzyć już z tytułów takich jak „Chłopiec z latawcem” lub „Tysiąc wspaniałych słońc”. „I góry odpowiedziały echem” to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść spod jego pióra, ale myślę, że nie ostatnia. Hosseini dobrze wie, o czym pisze, ponieważ sam pochodzi z Afganistanu, wie też w jaki sposób przedstawić realia tamtego życia. I chociaż są one smutne, pełne patologii i biedy, to jednak są bardziej otwarte na prostotę, wiarę i uczucia.

Przenosimy się do roku 1952, do Afganistanu. To tutaj żyje uboga rodzina – Abdullah, Pari, ojciec oraz macocha. Realia, w których przyszło im funkcjonować, nie są przychylne, zwłaszcza zimą. Rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, ciężko o chleb, wodę, najpotrzebniejsze przedmioty codziennego użytku i ciężko też o pracę. Abdullah ma dziesięć lat i stara się zajmować swoją trzyletnią siostrzyczką. Dla niej poświęca swoją parę butów, w zamian otrzymuje dla dziewczynki piękne pawie pióro. Wszystko się zmienia, gdy ojciec zabiera Pari i Abdullaha do Kabulu. To początek bolesnej rozłąki, która tak naprawdę pozostawi piętno na każdym z nich.

Sięgając po tę powieść spodziewałam się historii stricte dotyczącej Abdullaha i Pari, śledzenia ich losów po emigracji, a co za tym idzie – maksymalnie dwutorowej narracji. Okazało się jednak, że historia rodzeństwa to jedynie klamra albo pewnego rodzaju wymówka do przedstawienia opowieści dotyczącej innych osób. „I góry odpowiedziały echem” to książka wielowarstwowa, opowiedziana przez różnych narratorów, to podróż przez miejsca i czas. Można wręcz powiedzieć, że historia jest fragmentaryczna, a jednocześnie każdy z pozornie niełączących się wątków ma wywołać w czytelniku konkretne emocje. Autor w ten właśnie sposób zahacza o różnorodną tematykę dotyczącą bezpośrednio naszego życia.  Opowiada o  miłości rodzinnej, próbowaniu naprawienia błędów starszych pokoleń, o tęsknocie do drugiego człowieka, a także do kraju, o trudach życia na emigracji. Taka wielowątkowość oraz różnorodność narratorska może być dla niektórych czytelników minusem, ponieważ wprowadza odrobinę chaosu. Uważam jednak, że autor nie chciał stworzyć prostej, przyjemnej historii. Prawdopodobnie celowo skonstruował powieść tak, aby nie była to łatwa lektura, aby czytelnik często zatrzymywał się i zastanawiał nad tym, co przeczytał.

Oczami różnych narratorów obserwujemy około pół wieku życia w Afganistanie. Jest to kraj nieprzerwanie nękany wojnami, biedą, domowymi rozbojami. To ma swój charakterystyczny klimat, tak bardzo odmienny od naszego Europejskiego życia. Jednocześnie czujemy ten rozdźwięk pomiędzy naszym komfortem a niepewnością i trudami tamtych ludzi, ale widać inne podejście do rzeczy pozamaterialnych. Tam często miłość wystawiana jest na ciężką próbę, nie tylko poprzez przemoc i biedę, ale także ze względu na ucieczki, emigracje. Przez narratorów książki przewija się widoczne mniejsze przywiązane do posiadanych rzeczy, sprawdza się też powiedzenie, że najchętniej dzieli się ten, który ma najmniej. Zawsze mocno przeżywam opowieści mające miejsce na wschodzie, w krajach nadal ogarniętych wojną. Ten inny świat ma swoje niebezpieczne oblicze, wystarczy chociażby spojrzeć na sytuację emigrantów próbujących się dostać do Europy. Nie zahaczając już o temat radykalnej religii, innego wychowania i niechęci do tych „innych”, warto sobie czasami przypomnieć, że ludzie przeżywają w rodzimych krajach prawdziwe tragedie.

„I góry odpowiedziały echem” to książka, która nie spodoba się każdemu. Jeszcze przed przystąpieniem do lektury należy nastawić się na coś niełatwego, wielowątkowego, czasami urywanego i niedopowiedzianego. Książka wymaga skupienia oraz wczucia się w klimat, trzeba też starać się czerpać z relacji narratorów garściami. Hosseini wykonał kawał dobrej roboty, ciężkiej i wymagającej, nieidealnej, ale poruszającej. Ciekawa jestem, czy inne jego książki również są warte przeczytania. 

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.



czwartek, 5 lipca 2018

Teraz albo nigdy - K. A. Linde




„Teraz albo nigdy” to moje pierwsze spotkanie z twórczością K.A. Linde, a jak się okazało, jest to trzeci tom serii Mr. Wright. Na szczęście każda powieść w serii skupia się na innych bohaterach tak, że można czytać te tomy osobno, nadal wiedząc, o co chodzi w fabule. Zapewne straciłam wiele szczegółów, a także nie poznałam dokładnej kreacji innych postaci niż główne, ale czytałam książkę tak, jakby była ona jednotomowa. I mimo że nie spodziewałam się wiele, to chyba w najbliższym czasie odpuszczę sobie zarówno wcześniejsze, jak i kolejne powieści autorki.

Morgan Wright to współczesna, twardo stąpająca po ziemi kobieta, która właśnie została kierownikiem rodzinnego biznesu – przejęła firmę Wright Construction. Rzuca się w wir pracy zaniedbując życie prywatne, jako tak naprawdę jedyna z rodzeństwa nadal szuka towarzysza życia. Patrick Young to najlepszy przyjaciel Austina, jednego z braci Morgan. Kiedyś Patrick zawrócił dziewczynie w głowie, ale dość tego. W końcu nikt nie może dowiedzieć się o tym, co mogłoby łączyć ją i przyjaciela rodziny. Czy oboje poświęcą miłość dla czystej przyjaźni? Czy zawsze mamy możliwość zahamować uczucia do momentu, aż będzie za późno?

Ostatnio natrafiałam na książki, w których główna bohaterka próbowała udowodnić wszystkim, jak bardzo jest dorosła, a tak naprawdę potrzebowała ciągłego trzymania na rękę. Miałam już dość naiwnych dziewczyn, które na ciężkie sytuacje reagują płaczem i ucieczką w celu pokazania swojej „niezależności”. Dlatego byłam niemalże pewna, że Morgan Wright będzie w końcu bohaterką, którą pokocham i która zaimponuje mi swoją dojrzałością i pewnością siebie. I poniekąd tak się stało ale… nie chciałabym być taka jak ona. Owszem, kobieta zna swoją wartość, pnie się po szczeblach kariery, ale w tym wszystkim jest niezwykle egocentryczna i zapracowana. Kiedyś miałam takiego kolegę, nazywał siebie „nadludziem”, ponieważ wybierał się na prestiżowe studia. A więc miał cel, ambicje, ale przy tym liczyła się dla niego tylko kariera, rozwój i własna, wyższa od innych osoba. Podobnie odebrałam postać Morgan. Nie rozumiałam niektórych jej czynów, nie potrafiłam się do niej przywiązać i jej kibicować. Zupełnie inaczej było z Patrickiem, facetem, którego nie da się nie kochać. To chyba najlepiej wykreowana postać w tej książce – nieidealna, ale ciepła, rozważna i poukładana.

Fabuła „Teraz albo nigdy” nie jest niczym nowym ani świeżym. To raczej słodka opowieść o tym, jak przyjaźń przeradza się w miłość. Mimo że autorka próbowała dodać tutaj element niepewności w postaci maskowania związku przed rodziną Morgan, to raczej ciężko było odczuwać jakiekolwiek zagrożenie. Nie potrafiłam też zrozumieć, dlaczego ten związek miał być wykreowany jak niby „zakazany”. Widać tutaj, moim zdaniem, brak pomysłu pani Linde na tę opowieść. Nie ma w niej absolutnie nic ciekawego, nawet jednego szczegółu, który wyróżniałby ją ze stosów powieści o podobnej chociażby tematyce. Akcja toczy się powoli do przodu, a kolejne wydarzenia opisywane są beznamiętnie tak, że ja praktycznie w ogóle nie przeżywałam jej emocjonalnie. Pisanie dla pisania, bez polotu i celu.

Nie zrozumcie nie źle, „Teraz albo nigdy” nie jest książką złą, nie jest też żadnym przykładem grafomanii. Dla relaksu i oderwania od codziennych spraw, ta książka może dobrze się sprawdzić, ale, błagam, takich akurat książek mamy na rynku najwięcej. Niewymagającego odpoczynku zaznamy w ¾ książek napotkanych w księgarni, a w dodatku duża część z nich może nawet w jakimś minimalnym stopniu czymś zaskoczyć, pokazać coś nowego, poruszyć emocjami czytelnika. „Teraz albo nigdy” wypada bardzo nijak, blado, nieinteresująco. Być może dla fanów serii ta opowieść będzie prawdziwą gratką, ja natomiast będę stronić od książek pani Linde, ponieważ wątpię, czy ta autorka ma coś więcej do powiedzenia niż jak w opowieści o Patricku i Morgan.

środa, 4 lipca 2018

Kwiat paproci, czyli słowiańskie wierzenia wracają




Któż nie słyszał jeszcze o serii "Kwiat paproci" Katarzyyny Bereniki Miszczuk? "Szeptuchę" nie raz widziałam w miejskim tramwaju, o mediach społecznościowych nie wspominając. Chcąc przekonać się o co cały ten szum, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przeczytałam cały cykl. I wiem już co jest powodem tak ogromnego rozgłosu "Kwiatu paproci".

Gosława Brzózka właśnie skończyła medycynę i aby w pełni uzyskać kwalifikacje zawodowe, musi odbyć praktykę u szeptuchy. W tym celu udaje się na wieś, do Bielin, będących kolebką słowiańskich wierzeń. Gosia początkowo podchodzi sceptycznie do pracy starej babki, jednak gdy poznaje Mieszka, a z lasu zaczynają wychodzić pradawne istoty, jej świat staje na głowie. Co by było gdyby Mieszko I nie wziął chrztu? Gdyby Polska była pogańska, gdyby naszym życiem kierowała wiara w słowiańskie bóstwa?



Trzeba przyznać, że już sam pomysł na fabułę jest niezwykle oryginalny i lekko szalony. Wraz z Gosią wkraczającą (z obdartymi stopami, no kto zabiera na wyprawę do wsi szpilki!) do wsi, możnaby powiedzieć zabitej dechami, my możemy mieć wrażenie, że cofamy się w czasie. Trafiamy do ledwo trzymającej się chatki znachorki, która na większość dolegliwości pomoże odpowiednim ziołem, kamieniem lub innym przedmiotem, a także magiczną formułką. Co jest najlepsze - staruszka kręci na tym spory biznes, sama wydaje się być krytyczna do wszelkich magicznych i znachorskich praktyk. Również Gosia podchodzi do swojej misji z ogromnym dystansem. Dziewczyna z miasta, nowoczesna, cywilizowana studentka w rozwalającej się chałupie pełnej obrzydliwych specyfików o wątpliwej wartości terapeutycznej. Czy to się może udać?

Gosia z początku niesamowicie mnie irytowała, ponieważ była typowym obrazem paniusi z miasta, która nie pomyśli o tym, do jakich warunków przyjdzie jej się przystosować w Bielinach. Obawia się brudu i zaklęć jak ognia, nie inwestuje w buty wygodne do wędrówki po wsi, w dodatku jest uparta. Wiedziałam, ze długo z taką bohaterką nie wytrzymam, a ta seria ma przecież cztery tomy. Z ulgą jednak okazało się, ze już w około połowie pierwszej części, Gosia zaczęła zmieniać się w prawdziwą słowiankę, którą da się lubić. Sympatią darzyłam też inne postacie, zwłaszcza Mieszka, który oczarował podejrzewam znaczną większość czytelniczek.


Podstawowym powodem, dla którego "Kwiat paproci" odnosi spore sukcesy, jest to, że historia niezwykle wciąga, niczym dobry serial. Niby widać momentami schematyczność, powtarzalność i brak świeżych pomysłów, ale jednak czytamy dalej i dalej. Ta opowieść mam wrażenie mogłaby jeszcze być pociągnięta na następne kilka tomów. Za to wszystko odpowiada lekki styl autorki, słowiański klimat świata przedstawionego i bohaterowie, z którymi łatwo się związać. Szkoda, ze to już koniec.

Gdybym miała wybrać najsłabszą cześć z serii, zdecydowanie byłby to "Żerca". Tutaj właśnie nastąpił w historii krótki kryzys, pewien zastój i uspokojenie akcji. To jakby cisza przed burzą, przed finałem, wynagradzającym ten trzeci tom. Najlepsza zaś była dla mnie "Szeptucha", bo mimo iż Gosia na początku irytowała, to jednak poznawanie Mieszka i wnikanie powoli w świat słowiańskich tradycji były elementami najciekawszymi. Do serii przynależy też dodatek - "Sekretnik szeptuchy" będący czymś na wzór uniwersalnego kalendarza, notatnika i zbioru krótkich ciekawostek w tematyce słowiańskiej. Szkoda mi po nim pisać, ale za to świetnie bawiłam się przy rozwiązywaniu testów, na przykład jaką roślinę przypominam i dlaczego, albo jakim słowiańskim demonem mogę być.

Seria "Kwiat paproci" wciąga, przywiązuje do świata i bohaterów, nie chce wypuścić czytelnika ze swoich szpon, a czwarty tom przynosi smutne poczucie, że to koniec. Jeżeli lubicie słowiańskie klimaty, nietypowe romanse, zielarstwo, historię farmacji i medycyny lub po prostu macie ochotę na świetną polską powieść - koniecznie sięgnijcie!