Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

czwartek, 27 września 2018

Bogini niewiary - Tarryn Fisher



Tarryn Fisher to autorka, o której zapewne już słyszeliście. Wielką popularność zdobyła swoimi mrocznymi powieściami „Margo”, „Bad mommy” i „Ciemna strona”. Jej książki są kontrowersyjne, jedni je kochają, inni zaś nienawidzą. Muszę przyznać, że jeszcze nie czytałam thrillerów Fisher, a przygodę z jej twórczością rozpoczęłam od „Bogini niewiary”, która wydaje się być najmniej sporną pozycją w dorobku autorki. Odbiega tematyką od psychologii obecnej w poprzednich powieściach, jest ponadto romansem obyczajowym NA. Moje pierwsze spotkanie z Fisher będę wspominać miło, ale bez większych emocji.

 Yara wierzy tylko w złamane serca. Spotyka na swojej drodze artystów – mężczyzn, dla których jest muzą, a potem znika. Nigdy nie zostaje zbyt długo w jednym miejscu. Potem zaczyna swoje życie od nowa, a każde kolejne złamane serce przynosi je David z kolei jest utalentowanym muzykiem, któremu brakuje inspiracji. Gdy spotyka Yarę, już od razu wie, że będzie jego muzą. Co się stanie jednak, gdy David się w niej zakocha?

Wędrowna bogini, tak można nazwać Yarę. Jest to postać, która nie zdobyła mojej sympatii, ale trudno też lubić kogoś, kto traktuje mężczyzn w okrutny sposób. Dziwne hobby – być inspiracją, a później przepadać jak kropla w wodę. Taka postawa gryzie czytelnika tym bardziej, że pierwszoosobowa perspektywa Yary pojawia się częściej niż punkt widzenia Davida. Nie mogę tego uznać za minus, ponieważ jest to zabieg celowy i byłam szczerze zaintrygowana dziewczyną. Próba zrozumienia jej myślenia i postępowania to jeden z kluczowych elementów fabuły.

Trzeba przyznać, że Fisher świetnie nakreśliła tworzenie się relacji między bohaterami. Niby David od razu wie, że Yara to jego idealna przyszła żona, a jednak nie czuć w tym wszystkim nadmiernego pośpiechu. Ich dialogi, subtelne znaki wciągają czytelnika tak bardzo, że nie pozostaje nic innego, jak tylko z ciekawością śledzić, do czego to wszystko doprowadzi. Autorka w „Boginie niewiary” skupiła się przede wszystkim na romansie, fabuła kręci się wokół naszej dwójki. Nie można więc liczyć na wielce rozbudowaną historię, a także na zawrotne tempo akcji. To powieść z gatunku takich, które powoli wciągają, rozgrzewają serce, ujmują rodzącą się relacją i samymi bohaterami (nawet tą dziwaczną Yarą, którą może ciężko lubić, ale jest to postać ciekawa, niestereotypowa). Do tego dochodzi umiejętny styl Fisher, który na szczęście nie jest nachalny. Często w książkach NA zdarza się, że autorzy narzucają pewne emocje, każą na przykład w danych momentach wzruszać się, bo jak nie – czytelnik ma poczucie, że nie ma odpowiedniej wrażliwości. Fisher kwestię uczuciowości pozostawia każdemu odbiorcy, każdy może na inny sposób odebrać historię.

Nie za bardzo rozumiałam nawiązania do religii i do klęczących, modlących się ateistów. Szukałam w książce wyjaśnień dla tych porównań, ale nie znalazłam praktycznie nic. I wydaje mi się, że to totalnie bez sensu. Być może chciano nadać powieści jakiejś głębi, wpleć trochę jakiejś refleksji i filozofii, ale, niestety, na ten temat nic mi nie wiadomo. Nie ma to większej głębi. Brakło mi też więcej opisów procesu twórczego Davida. Wiemy, że długo szukał natchnienia, ale czytelnik nie czuje tego przepływu inspiracji, tej desperacji. Uwielbiam w książkach motywy artyzmu, bohaterowie, którzy mają pewne umiejętności artystyczne zawsze jawili mi się jako osoby wyjątkowe, widzące świat w swoisty, uczuciowy sposób. W „Bogini niewiary” zabrakło tego uroku, odczucia prawdziwego talentu. Po prostu – za mało artyzmu. I to chyba wszystko jeśli chodzi o minusy.

„Boginie niewiary” to książka przyjemna w lekturze i wciągająca, ale nie oferuje czegoś nowego i innowacyjnego. Można by powiedzieć, że to klasyczny przykład romansu NA, który ma za zadanie przede wszystkim miło zająć czas. Może historia Davida i Yary nie zapadnie mi w głowie na długo, ale z pewnością sięgnę po inne książki Tarryn Fisher.

środa, 26 września 2018

Córka króla moczarów - Karen Dionne



Helena Pelletier żyje na mokradłach, w starej chatce, wraz ze swoim ojcem. Dziewczyna uczy się tropić zwierzynę, wie, jak poradzić sobie w surowym miejscu zapomnianym przez ludzkość. Można by powiedzieć, że sam Bóg raczej tu nie zagląda.

Dla Heleny jej ojciec jest idolem, wzorem do naśladowania, bohaterem. I to wszystko okazuje się kłamstwem. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że ojciec jest prawdziwym tyranem, kontroluje życie zarówno Heleny jak i jej matki. To mroczne, odcięte od świata więzienie. Po latach Helenie udaje się wrócić do społeczeństwa. Rozpoczyna swoje nowe życie, wraz z nową rodziną, pracą i nazwiskiem. Przeszłość jednak niespodziewanie wraca. Okazuje się, że ojciec Heleny uciekł z więzienia i ukrywa się na mokradłach. Gra w chowanego dopiero się zaczęła, a jej skutki mogą być tragiczne.

„Córka króla moczarów” Karen Dionne to powieść niezwykle wciągająca. Nie mamy tutaj wprawdzie zawrotnego tempa akcji, ale autorka powoli, stopniowo buduje napięcie i odsłania fragmenty historii, która jako całość po prostu zachwyca i niepokoi. Dzieje się tak dlatego, że Helenę poznajemy już jako kobietę, która rozprawia się z przeszłością i robi wszystko, aby o niej zapomnieć. Dopiero z biegiem akcji wychodzą na wierzch tajemnice  mokradeł i jawi nam się obraz prawdziwego piekła, przez jakie przeszła będąc jeszcze nastolatką. Przeszłość zostaje sprawnie wpleciona w teraźniejsze wydarzenia, co nie powoduje poczucia chaosu, a jedynie harmonii.

Książka pokazuje to, jak ciężko jest zaadaptować się w społeczeństwie ludziom, którzy przeżyli traumę. W szczególności tą związaną z rodzicami. Helena jest w pewien sposób rozdarta. Czuje nienawiść i gniew, ale z drugiej strony te przejawy uwielbienia wobec ojca dochodzą czasem do głosu. Nawet jeśli jest inaczej, dziecko zawsze będzie się starało, przynajmniej przez jakiś czas, wyidealizować rodzica, jakoś wytłumaczyć jego zachowanie. Zawsze gdzieś z tyłu głowy jest świadomość, że to przecież ojciec. I Helena wobec tego bije się ze swoimi myślami. Ciekawe też są fragmenty dotyczące jej włączenia się w „normalne”, nowe życie, jak bardzo to było trudne. Śmiem nawet twierdzić, że „Córka króla moczarów” nie jest typowym thrillerem, a bardziej thrillerem psychologicznym, który czaruje swoim spokojnym charakterem. W dodatku czytelnikowi udziela się klimat mokradeł, indyjskich wierzeń i legend, a to przyciąga o wiele bardziej, niżeliby patrzeć tylko na to, jak szybkie tempo ma akcja.

Jeżeli już jesteśmy przy kwestii nastrojowości, to czuć podczas czytania pewien niepokój, ale też można zostać po prostu urzeczonym. To coś jednocześnie zachwycającego i powodującego ciarki. Rozlewiska, dzikie lasy, niebezpieczna zwierzyna, długie zimy, a w tym wszystkim kobieta, która próbuje znaleźć swoją nową tożsamość. „Córka króla moczarów” jest więc idealną lekturą na długie jesienno-zimowe wieczory.

Powieść Karen Dionne polecić mogę przede wszystkim osobom, które lubią w powieściach swoisty klimat, niepokojący, angażujący naturę jako niemalże jednego z bohaterów. Po książkę powinny też sięgnąć osoby, które zaczytują się w thrillerach psychologicznych, ponieważ „Córka króla moczarów” to jeden z lepszych przedstawicieli gatunku. Wciągnie, zaskoczy i zapewni kilka godzin dobrego relaksu, ale nie pozostawi bez refleksji.

wtorek, 25 września 2018

Pęknięta korona - Grzegorz Wielgus



W liceum historia była moim prawdziwym koszmarem. Aż wstyd się przyznać, ale do dziś pamiętam zaledwie kilka dat, nie potrafię też sprawnie łączyć faktów, które są podstawą dla każdego szanujacego się Polaka. No cóż… Do historii zaczęłam się przekonywać przez serial „Biała królowa”, a także przez powieści w tej tematyce. Przyznam nawet, że w takiej formie wydarzenia i obyczajowość dawnych lat są bardziej przystępne, a w dodatku potrafią bawić. Dlatego bez obaw sięgnęłam po „Pekniętą koronę” Grzegorza Wielgusa. I chociaż faktycznie aspekt historyczny był ciekawym punktem wyjścia, to jednak cała opowieść nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak się spodziewałam.

Cofamy się do roku 1273, do Krakowa. W tym czasie ma miejsce seria brutalnych morderstw. Nad brzegiem Wisły zostaje odnalezione zmasakrowane ciało mężczyzny. Śledztwa podejmują się Gotfryd – doświadczony inkwizytor oraz dwoje rycerzy z Małopolski – Jaksa oraz Lambert. Wszystkie ślady prowadzą do miejsca owianego złą sławą, do zamku Lemiesz. Wrótce po tym roznosi się wieść o kolejnym morderstwie. Tym razem chodiz o zwęglone zwłoki rycerza, który zginął prawdopodobnie podczas jednego z pogańskich obrzędów. Rozpoczyna się prawdziwe śledztwo i prawdziwa przygoda. Kto stoi za morderstwami? Czy są w jakiś sposób ze sobą powiązane?

Okazuje się, że powieść historyczna powieści historycznej nie równa. Te, które do tej pory mnie oczarowały, były przede wszystkim napisane tak, że opowieść wsysała i powodowała falę różnorodnych emocji. Wtedy też klimat dawnych czasów był czarujący, zwłaszcza gdy intrygi, zdrady, tajemnice odbywały się w scenerii przypominającej średniowiecze. Suknie, rycerze, zamki, biedne wioski, dziwne zwyczaje. Mimo że „Pęknięta korona” pozornie pasuje do tego klimatu i odtwarza go z wielką dokładnością, to jednak od powieści bije swoistego rodzaju surowość. Nie wiem, czy to dlatego, że autor jest mężczyzną, ale coś w tym jest, iż kobiety piszą trochę inne powieści historyczne – bardziej subtelne, emocjonalne, po prostu urokliwe. Tutaj zaskoczył mnie brutalny, zimny klimat, a także sama stylistyka językowa. Z jednej strony umiejętna, pełna anarchizmów, dobrze odtworzona, a jednak blokująca swobodny odbiór treści. Wskutek tego można dobrze odczuć klimat średniowiecznej Polski, ale kosztem wciągnięcia się w historię. Niestety, ja tej opowieści nie przeżyłam, nie czekałam z niecierpliwością na to, co wydarzy się dalej.

Moje niezadowolenie na pewno wynika też z faktu, że nie lubię się z opowiadaniami i krótkimi powieściami. Wtedy prawie zawsze mam problem, aby przejąć się czytaną historią. Przed chwilą wsponiałam o minusach, ale myślę, ze gdyby ta opowieść była bardziej rozbudowana, większa objętościowo, poruszająca więcej wątków – wtedy mogłabym lepiej w nią wsiąknąć. Cierpią na tym zwłaszcza bohaterowie, którzy aż proszą się o lepsze rozbudowanie.

„Pęknięta korona” to książka dopracowana pod względem stylistycznym, ale jednak pozostawia czytelnika obojętnego na treść. Brak tutaj jakiejś głębi, intrygującego celu, historia wiele traci też na swojej małej objętości. Autor ma świetny pomysł, spore zasoby językowe, dobrą wyobraźnię, ale nie czyni swojej historii ciekawą, wciągającą. Jeżeli to pierwszy tom serii, to istnieje realna szansa, że następne części bardziej mnie do siebie przekonają i wtedy już całkiem wciągnę się w losy bohaterów. Póki co pozostaję z mieszanymi uczuciami.

poniedziałek, 24 września 2018

Inny Świat, czyli świetna przygoda dla młodzieży



Cały świat pogrąża się w ciemności i strachu, a niebem rządzą błyskawice, które, inteligentnie niczym żywe istoty, poszukują nowych ofiar. Już nic nie jest takie jak wcześniej. Ziemia, którą pamiętasz, nie istnieje. Dorośli albo zniknęli, albo zamienili się w niebezpieczne mutanty. W tym Innym Świecie musi przetrwać dwójka nastoletnich przyjaciół – Matt i Tobias. Oboje docierają do kolonii założonej przez inne dzieciaki, które do tej pory przeżyły błyskawice i burze piaskowe. Tam, wraz z nowo poznaną Amber, zakładają Przymierze Trojga, które ma strzec kolonię. A zagrożeń jest wiele. Nie tylko z zewnątrz, ale także wewnątrz wspólnoty nastolatków. Czy w niemalże opustoszałym świecie pełnym śmiertelnego niebezpieczeństwa przyjaciele mają jakiekolwiek szanse? Czy Piotrusiowie, ocalali, przetrwają wojnę z niebezpiecznym wrogiem zza dalekich ziem?

Na polskim rynku wydawniczym mieliśmy już do czynienia z historiami postapokaliptycznymi różnego typu. Wydawać by się mogło, że znamy już wszystkie schematy i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Maxime Chattam może i wykorzystuje motywy, które pojawiały się już w literaturze, a jednak tworzy coś nowego i świeżego. Gdybym miała porównać serię „Inny świat” do jakiejś serii tego typu, byłoby to „Gone” Michaela Ganta. W obu historiach prym wiodą nastolatkowie, praktycznie rzecz ujmując jeszcze dzieci, które są pozostawione same sobie i muszą, pod przymusem, szybciej dorosnąć. Równocześnie dorośli albo znikają, albo zamieniają się w potwory, co jest w przypadku Chattama dobrym podłożem do przekazania pewnych głębszych treści. Jeżeli pokochaliście „Gone”, to  bez wątpliwości przepadniecie w „Innym świecie”, ale nie tylko. Jak już wspomniałam, Chattam to pewien powiew świeżości, który, skierowany przede wszystkim do młodziutkiego odbiorcy, może też zainteresować dorosłego.

Wspomniałam o możliwości wplecenia w opowieść drugiego dna. I o ile okazja do tego była świetna, o tyle autor, szczególnie w drugim tomie, zbyt poważnie do tego podszedł. Momentami chciał jakby uczynić z serii pewien moralitet, co jednak gryzie się z pierwotnym założeniem, że to seria przygodowa dla młodszej młodzieży. Tak więc nie przystoi poruszać pewnych kwestii, których dziecko i tak nie zrozumie, a dorosły uzna za nieodpowiednie dla odbiorcy w docelowym przedziale wiekowym. Subtelne przenośnie, drugie dno o życiowym przekazie wystarczyłoby, nie trzeba było nawet wspominać o czymś takim jak homoseksualizm (z całym szacunkiem, ale tutaj wątek jakby oderwany od reszty, wciśnięty po to właśnie, aby nadać więcej „sensu”). Także taki minus wobec serii z mojej strony.

Jako dorosła czytelniczka wiedziałam, że „Inny świat” to lektura dla młodszego czytelnika, a więc rozpoczęłam swoją czytelniczą przygodę z pewną dozą wyrozumiałości i dystansu. I tak należało zrobić, ponieważ czerpałam z czytania prawdziwą przyjemność. Tak, bohaterowie byli czasem naiwni, tak, zdarzały się w fabule błędy logiczne, ale sam świat przedstawiony i pomysł Chattama (przynajmniej na te trzy tomy) to coś absolutnie ujmującego. Do tego dochodzi lekkie pióro, przystępny wciągający styl, który świetnie wprowadza w rzeczywistość rządzoną przez naturę - dziką, nieokiełznaną, będącą niemal osobnym bytem. W dodatku przygody Piotrusiów są tak różnorodne i pomysłowe, że czytałam głównie po to, aby zobaczyć, co z tego wszystkiego wyniknie. Po prostu dobra młodzieżowa przygodówka.

Za sobą mam dopiero trzy tomy, ale jestem ciekawa, jak autor dalej poprowadzi historię dzieciaków w Innym Świecie. Od razu zapewne nasunie się Wam pytanie, który tom do tej pory mi się najbardziej podobał. Myślę, że pierwszy, a więc pt. „Przymierze trojga”. Najbardziej podobało mi się wnikanie w świat przedstawiony, oswojenie się z nowym klimatem, z nową Ziemią, z bohaterami, którzy próbują przystosować się do postapokaliptycznych zmian. Wtedy też czułam największą ciekawość, Chattam też przekazywał w tym tomie najwięcej uroku, najskuteczniej potrafił zaczarować słowem. Wiadomo, każdy kolejny tom to coraz bardziej zawiłe i nieprzewidywalne przygody bohaterów, ale momentami wkradała się pewna infantylność i niektóre pomysły zostały zrealizowane jakby na poczekaniu. Wtedy też Chattam poruszył kwestie filozoficzno-teologiczne, zupełnie niepotrzebne. Ogólnie jednak rzecz ujmując – wszystkie trzy tomy podobały mi się i zapewniły kilkanaście godzin naprawdę przedniej zabawy.

Jeżeli lubicie jesienną porą zaszyć się pod koc z gorącym napojem i wciągającą książką, a w dodatku lubicie klimaty post-apo, to polecam serię „Inny Świat”. Szczególnie młodszym czytelnikom, ale też tym dorosłym, którzy chcą na chwilę cofnąć się w czasie i przeżyć prawdziwą młodzieńczą przygodę w otoczeniu dzikiej natury, waśni, walk o przetrwanie.

Miejsce egzekucji - Val McDermid



Są takie powieści, które można nazwać „klasyką gatunku”. Ponadczasowe, stale zachwycające odbiorców z całego świata, dobrze napisane i wciagające. „Miejsce egzekucji” to mistrzowski kryminał, który z pewnością wbije się w kanon i będzie poruszać swoją treścią kolejne pokolenia.

Przenosimy się do roku 1963, do wioski Scardale, o której zapomniał już sam Bóg. Pewna dziewczynka, Alison Carter, wychodzi na spacer z psem i nigdy już nie wraca. Śledztwo nie przynosi żadnych rezultatów, nawet ciało dziecka nie zostaje odnalezione. Po wsi szybko roznoszą się głoski, że zapewne popełniono brutalne morderstwo, choć brak na to dowodów. Mija ponad trzydzieści lat od tego tajemniczego zniknięcia. Catherine Heathcote, odważna dziennikarka, zbiera materiały dotyczące zdarzeń w Scardale, do swojej nowej książki. Nawiązuje kontakt z inspektorem Bennettem, który brał udział w śledztwie. Po tylu latach dopiero na wierzch wypływają nowe, szokujące informacje. Okazuje się, że prawdziwe zdarzenia mogły być o wiele straszniejsze niż te, które wyobrażali sobie mieszkańcy wsi.

W dobrych thrillerach psychologicznych podstawą jest klimat i ciągłe napięcie, które trzyma czytelnika przy lekturze nawet wtedy, gdy akcja pozornie powoli ciągnie się do przodu. „Miejsce egzekucji” jest taką powiescią, która, prócz kilku mocnych zwrotów akcji, buduje napięcie nieustannie, wzbudza dziką wręcz żądzę poznania prawdy. Nawet jeśli pozornie dzieje się niewiele. Dużą robotę odgrywa tutaj sceneria całej opowieści, a więc odcięte od świata miasteczko w Anglii, Scardale. Jego mieszkańcy, od zniknięcia Alison, żyją w czystym obłędzie i paranoi, są sobie wilkiem, a jednocześnie chowają się za zasłoną obojętności. Wiedzą, że wśród nich może być potwór. W tym wszystkim czai się prawdziwa tragedia, taka, od której włos jeży się na głowie. Z pozoru tak prosta sprawa, po ponad trzydziestu latach, zaczyna nabierać upiornego kształtu. I to zaintrygowało mnie najbardziej.

„Miejsce egzekucji” to mieszanka tego, co w thrillerach i kryminałach najlepsze. Poczynając od wspomnianego już mrocznego klimatu, poprzez świetnie zarysowaną zamkniętą społeczność,  pełnokrwistych bohaterów, zwroty akcji, satysfakcjonujące rozwiązanie, kończąc na przystępnym, wciągającym stylu. Ta historia oblepia czytelnika, wsysa, wywołuje niepokój i ciarki, co czyni ją idealną lekturą na jesienno-zimowe wieczory. Skłania do refleksji, na długo zapada w pamięci.

Jeżeli szukacie dobrze skonstruowanego thrillera, który kawałek po kawałku ukaże przerażające wydarzenia składające się na misternie przemyślaną historię, to koniecznie sięgnijcie po „Miejsce egzekucji”. To już klasyka w swoim gatunku, przedstawiciel wzorowy, w iście angielskim, lekko starodawnym stylu. Idealny powiew „świeżości” w natłoku thrillerów napisanych tak, ze ciężko odróżnić jednego autora od drugiego. Val McDermid się wyróżnia.

Pułapka - Lilja Sigurdadóttir



Sonja jest szczęśliwą żoną i matką, do momentu, gdy wplątuje się w romans z inną kobietą. Jej mąż, Adam, żąda rozwodu i opieki nad ich synkiem, Thomasem. Kobieta, aby móc udowodnić przed sądem, ze jest zdolna do zajęcia się Thomasem, koniecznie musi zdobyć pieniądze. I oto staje przed nią nie lada okazja. Jeżeli tylko weźmie udział w przemycie kokainy, zdobędzie wystarczająco dużo pieniędzy na korzystne przeprowadzenie sprawy. Okazuje się, że zdesperowana kobieta świetnie radzi sobie w tej roli i wkrótce przyjmuje następne przemytnicze zlecenia. Co stanie się, gdy Sonja odkryje, że jej nowe życie to prawdziwa pułapka?

Pułapka” to bardzo kobieca, momentami feministyczna lektura z gatunku lekkich thrillerów, którą zaliczyć możemy do zagranicznych bestsellerów. To właśnie kobiecość, silna i jednoczesnie delikatna, nieposkromiona i nieprzewidywalna, wiedzie prym w tej opowieści. Na próżno szukać tutaj brutalnych opisów, nie uświadczymy też typowego mrocznego klimatu charakterystycznego dla skandynawskich kryminałów. Historia bazuje bowiem na wyborach Sonji, na emocjach, na tym, aby czytelnika mogła łatwo zżyć się z bohaterką. I to faktycznie czuć, ponieważ nawet w sytuacjach, gdy Sonja zachowuje się nie tak, jak powinna, to i tak łatwo ją zrozumieć i jej kibicować. „Pułapka” to też pierwsza lektura, w której spotkałam wątek lesbijski. Nie do końca mi się to podobało, zwłaszcza teksty padające w czasie zbliżeń, ale to jeszcze bardziej dodało całej historii kobiecości i takiej stanowczości charakterystycznej tylko dla płci pięknej. Chociaż, jak wspomniałam – coś za coś. Zabrakło skandynawskiego klimatu i mroku.

Bardziej niżeli powieść o przemycie narkotykowym, należałoby „Pułapkę” opisać jako historię kobiety, która z miłości może posunąć się za daleko. To desperackie poszukiwanie pomocy, próba pogodzenia się z ciężką sytuacją, w której cierpi relacja syna z matką. Sonja konfrontuje swój charakter z tym, co czuje do kochanki, a co do męża. Czy cel uświęca środki? Bo jakże nie spróbować usprawiedliwić Sonji wiedząc o tym, że ma na celu dobro swojego dziecka?

Warto sięgnąć po „Pułapkę” i dać się wciągnąć historii na jeden lub dwa wieczory. Nie jest to powieść idealna, z pewnością wiele jej brakuje do miana „prawdziwego skandynawskiego thrillera”, ale to zdecydowanie dobra powieść dla każdej pewnej siebie kobiety.