Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

niedziela, 30 grudnia 2018

Sztuka radości, czyli powieść przeklęta



Sztuka radości” już na wstępie kojarzy się z filmem lub książką „Sztuka kochania”. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy przed przystąpieniem do lektury, była taka, że mam przed sobą kopię czegoś, co już znam. Bardziej nie mogłam się mylić. Punktem wspólnym obu historii są mocne bohaterki, które wpływają na otaczający je świat, który nadal jest zamknięty na pewne kwestie, traktuje rzeczy ludzkie jak tabu. Siła feminizmu, ale tego dobrego, zdrowego, silnego i potrzebnego, przelewa się z ekranu i ze stron książek i to czyni je obie tak wyjątkowe.

Modesta urodziła się w 1900 roku, na Sycylii. Społeczeństwo, które ją otacza, nie godzi się na wolność seksualną i intelektualną niezależność kobiet. Modesta nie pierwsza wie, że tak być nie powinno, ale jako jedyna ma odwagę z tym walczyć. Wychowana zostaje w biedzie, następnie w klasztorze, w końcu trafia do arystokratycznego pałacu. Dzięki sile charakteru i inteligencji zaczyna zarządzać finansami rodu, potrafi też wykorzystać swoją pozycję pozyskaną przymusowym małżeństwem. Czy Modesta zdoła udowodnić społeczeństwu, że kobieta może być silna i niezależna? Czy da się dotknąć zakorzenionej moralności Sycylijczyków i dać płci pięknej więcej praw?

Powieść Goliardy Sapienzy jest niezwykle ważna, przełomowa, inteligentna i potrzebna. Aż dziw, że w Polsce prawie nic o niej nie słychać, a przecież powinna dotrzeć do jak największej ilości odbiorców. I powinna ich zachwycić. „Sztuka radości” to nie tylko opowieść o silnej kobiecie łamiącej normy moralne XX wieku, ale także świetne studium historyczne, polityczne, kulturowe i społeczne tego okresu, tak nieodległego od obecnych czasów. Zanim sięgniecie po lekturę, warto zapoznać się z historią „Sztuki radości” i jej autorki. Sprawa jest na tyle poważna, że powieść przeczekała ponad 20 lat, zanim została wydana. A sama Sapienza przeszła przez więzienie, psychiatryk i próby samobójcze za swoje feministyczne poglądy. Niezwykle przygnębiająca historia, ale wnosząca wiele do interpretacji „Sztuki radości”.

Warto zaznaczyć, że książka nie jest lekturą łatwą i przyjemną, jest zwrócona przede wszystkim do dorosłego czytelnika. Znajdziemy tu bowiem śmiałe sceny seksu, kazirodztwa, faszyzm, brutalność. Od czytelnika wymaga się zaś otwartości umysłu, wyobraźni, tolerancji i dystansu. Sapienza nie szczędzi dramatycznych scen, a wszystko po to, aby potrząsnąć czytelnikiem, aby mieć realny wpływ na ówczesny świat.  A z tego dla nas płynie ogromna nauka i inspiracja. Poważnego, przygnębiającego klimatu dodaje też styl, w jakim została napisana powieść. Momentami urywana, pełna metafor i niedopowiedzeń, a niektóre słowa zostają tylko zawieszone w powietrzu. Gdzieś trzeba przemyśleć poruszane kwestie, uchwycić sens i emocje, wczuć się w sytuację autorki. To nie jest łatwe, ale wielce satysfakcjonujące – prawdziwy rarytas dla wymagających czytelników.

„Sztuka radości” to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Pozostaje w umyśle czytelnika na długi czas, daje pole do refleksji i możliwość zawieszenia się gdzieś pomiędzy zdaniami na dłuższy czas. Jednocześnie wciąga, zachwyca, oczarowuje. Ubolewam, że nie jest to na razie głośny bestseller, ale być może to się zmieni. Dlatego też zachęcam do lektury i zapewniam, że warto.

środa, 19 grudnia 2018

Między nami chaos




„Między nami chaos” miała być kolejną młodzieżówką, która prawdopodobnie zapewni kilka godzin dobrej rozrywki, może poruszy ciężkie tematy, ale nie będzie niczym ambitnym i zachwycającym. Ciągnęło mnie jednak do lektury jak magnes, bo czasami jest tak, że tylko widzisz okładkę i tytuł i już wiesz, że to może być dobre. Że to coś dla Ciebie. Gdzieś z tyłu głowy miałam obawę, że się zwiodę, że może jestem na takie lektury zwyczajnie „za stara”. Na szczęście na obawach się skończyło.

Pewnego dnia znika pisarz Arthur Louis Pullmann i nikt nie wie, co się z nim stało. Tydzień później zostaje znalezione jego ciało. Od śmierci dziadka mija pięć lat, wtedy też jego wnuk, Arthur Louis Pullmann Trzeci, przeżywa bardzo ciężkie chwile. Otrzymuje sądowy zakaz zbliżania się do swojej dziewczyny i traci stypendium.  Jego życie staje na głowie i nie wie, jak sobie z tym poradzić, wskutek czego jego ojciec wysyła go do Truckee, gdzie miałby zamieszkać z wujem. Tam na Arthura czeka niesamowite znalezisko – dziennik zmarłego dziadka, chorującego na Alzheimera i opis jego pięcioletniej podróży. Chłopak zdecyduje się pójść śladami dziennika, aby odkryć to, co nieznane.

Podstawową zaletą powieści, a równocześnie wadą, jest to, że niesamowicie wciągnęłam się w lekturę. Gdyby nie studia, to przeczytałabym ją w ciągu jednego dnia i byłby to jeden z najprzyjemniejszych dni z działu tych „leniwych”.  Arthura nie polubiłam od razu, ale z ciekawością śledziłam każdy jego krok, bo takowy był jednocześnie rozwiązaniem jednej z wielu małych zagadek dziadka chłopaka. A dlaczego widzę tu jednocześnie wadę? Bo nie można myśleć o niczym innym, dopóki nie przeczyta się ostatniego zdania. Nauka, praca, obowiązki odbywały się u mnie gdzieś w cieniu myśli o tym, gdzie dalej powędruje Arthur i do czego go to doprowadzi. Tak, więc ostrzegam – warto przysiąść i dać się całkowicie zatracić historii, zapomnieć o tym świecie.

„Między nami chaos” to powieść drogi, w sensie dosłownym, ale też tym w przenośni. Praktycznie każda część książki odpowiada kolejnemu miejscu, do jakiego udał się bohater. Sięgamy do nowych kultur, smakujemy nowe klimaty, w ilościach drobnych, przyswajalnych, subtelnych i urzekających. Dlatego klimat całej opowieści sprawia, że czytelnik się w nią wtapia. Podróże Arthura to jednak przede wszystkim poszukiwanie prawdy, która zmienia postrzeganie świata. To czas przewartościowywania, odnajdywania tego, czego nie widać na pierwszy rzut oka, nauka współgrania ze światem i odnajdywania swojego miejsca. Arthur, będąc osiemnastolatkiem w ciężkiej sytuacji życiowej, musi też przejść przez pewne procesy, nie po to, aby nagle stać się dorosłym, a po to, aby zauważyć, co oferuje świat i nabrać wobec tego odpowiedniego stosunku.  Cieszę się, że w końcu ktoś przedstawił w literaturze młodzieżowej dorastanie w sposób poważny i inteligentny. Tak, że nawet dorosły czytelnik wiele wyniesie z lektury.

Książka Samuela Millera to pewnego rodzaju nowość i to taka błyszcząca, ciepła, klimatyczna. Wybijająca się na tle stosów głupiutkich lektur dla nastolatków, które, mam wrażenie, czasami mają młodego odbiorcę za tego pustaka, co nic w życiu jeszcze nie zrozumiał i nie osiągnął, poza imprezami, konkursami piękności i opanowaniem sztuki flirtu. Dlatego „Między nami chaos” to książka, którą warto się zainteresować, zwracam się tutaj do osób w każdym wieku. Dorośli niemniej niż nastolatkowie docenią historię Arthura i, być może, odnajdą kilka „smaczków” – odniesień do kultury. Myślę, że kiedyś jeszcze wrócę do tej powieści i to z sentymentem.

wtorek, 4 grudnia 2018

Historia złych uczynków



Co decyduje o tym, że postanawiamy być z kimś do końca życia? Miłość, fascynacja, pożądanie, uzależnienie, przyzwyczajenie? Dlaczego osoby krzywdzone nie opuszczają swoich oprawców i nadal ich kochają?

Nina to świeżo upieczona studentka, która wyrusza do Warszawy, bo wierzy, że duże miasto to więcej pespektyw i nowe szanse.  Wyrywa się z miejsca, w którym dotąd musiała obserwować porażki swojej matki, Nina chce uniknąć jej losu. Jednak dziewczyna pewnego dnia wsiada do samochodu z tajemniczym mężczyzną i wtedy wizja uporządkowanego życia pęka jak banka mydlana. Nina wdaje się w niebezpieczny, pełen pożądania toksyczny związek. To on, Miłosz, fascynuje ją i przeraża, zmusza do rzeczy, których nigdy by nie zrobiła. I nagle mężczyzna znika. Nina rozpoczyna poszukiwania, które przywiodą ją aż do przedwojennego domu, w którym ktoś popełnił coś bardzo złego...

„Historia złych uczynków” (zobacz), jak można wnioskować z samego już opisu, to powieść niełatwa. Pełna jest emocji, w tym w dużej mierze takich, które nami wstrząsną i przerażą. Katarzyna Zyskowska sięga do tej najmroczniejszej odsłony człowieczeństwa, nie ucieka przed trudnymi tematami, patologią i cierpieniem. Autorka wciąga w to nas, czytelników. W tym wszystkim przewija się tematyka II wojny światowej, ponieważ fabuła powieści opiera się na dwóch liniach czasowych, z których jedna właśnie dotyczy tej mrocznej części historii, druga zaś śledzi teraźniejszość i losy Niny.

Powieść jest niesamowicie zróżnicowana pod względem poruszanej tematyki i łączy w sobie kilka gatunków – romans, thriller, obyczajówkę i historię. Nie każdy potrafi tak zgrabnie połączyć tyle elementów w spójną, logiczną i zachwycającą całość, jak Katarzyna Zyskowska. W dodatku sam styl autorki jest wciągający, intrygujący, jest idealnym transferem emocji pomiędzy historią Niny a czytelnikiem. Jest także niezwykle plastyczny, o czym zaraz wspomnę. Od lektury trudno się oderwać i, chociaż ciężko mi było polubić którąkolwiek z postaci, to nie mogłam przestać myśleć o bohaterach, kibicować im, czasem się na nich wkurzać, innym razem próbować ich zrozumieć.

Najbardziej interesującym elementem w „Historii złych uczynków” jest niewątpliwie zestawienie ze sobą dwóch obrazów Polski. Mamy bowiem współczesność – szarawą, poukładaną, kierującą się ludzkimi ambicjami i nadziejami na perspektywy poprawiania jakości życia. Świat gangsterski, afery i ciemna strona dużego miasta – to autorka przedstawia niemalże w reporterski sposób, bez zbędnych załagodzeń i delikatności. I mamy też czasy tuż przed i tuż po rozpoczęciu II wojny światowej – trwałe przyjaźnie, pogoda ducha, wspólnota, letniska, a następnie wstrząsająca tragedia. Te fragmenty powieści Zyskowska napisała językiem poetyckim, bardziej emocjonalnym, momentami przywodzącymi na myśl polskich klasyków. Ta właśnie plastyczność języka, umiejętność dopasowania się do klimatu tworzonych wątków i zlepienie wszystkiego tak, aby było spójne, to coś, za co autorce należą się ogromne gratulacje.

„Historia złych uczynków” zbiera praktycznie same pozytywne opinie i ja się temu wcale nie dziwię. Przyznać też muszę, że gdy tylko zamówiłam na Gandalfie swój egzemplarz, a następie umościłam się w fotelu i rozpoczynałam lekturę, to miałam obawy, że powieść nie podoła moim oczekiwaniom.  Może przez pierwsze kilkadziesiąt stron miałam wrażenie, iż czytam zwykłą obyczajówkę, ale potem historia zamieniła się w coś zachwycającego, ambitnego i mądrego. To powieść o poszukiwaniu celu w życiu, o tym, czym jest miłość, o obsesjach ukrytych w ludzkich głowach, o strachu i uzależnieniu od drugiego człowieka, o bólu i przebaczeniu. Absolutnie lektura warta przeczytania.

Ze swojej strony polecam zakupić książkę w Gandalfie - duży rabat i szybka dostawa :)

czwartek, 29 listopada 2018

Seria Dworu cierni i róż



Czy jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał o serii Dworów Sarah J. Mass (zobacz)? Czy trzeba jeszcze coś dodawać w tej kwestii, gdy wszystko zostało już powiedziane? Ano trzeba, bo jeżeli nadal nie wiecie, kim jest Rysiek, którym zachwycają się niemalże wszystkie czytelniczki, to najwyższy czas to zmienić.

Dwie pierwsze części czekały na mojej półce praktycznie od dat ich premier. Tyle czasu, wyobrażacie sobie? W Gandalfie zaopatrzyłam się w trzeci tom i dopiero teraz połknęłam całą serię, praktycznie na raz. I mimo że mam kilka zastrzeżeń do warsztatu Mass, to jednak była to wielce emocjonująca przygoda i ciężko nie dać się porwać szaleństwu na Dwory.  Ale zacznijmy od początku...

Feyra jest łowczynią, utrzymuje swoją rodzinę poprzez polowanie. Podczas srogiej zimy zapuszcza się w okolice Prythian – miejsca zamieszanego przez czarodziejskie istoty. I nie są to leśne rusałki, bynajmniej – rasa potężnych, niebezpiecznych stworzeń, która niegdyś władała światem. Dziewczyna podczas jednej z takich wypraw nieświadomie atakuje magiczną istotę w postaci wilka, a za ten czyn przychodzi jej srogo zapłacić. Musi albo walczyć na śmierć i życie, albo stać się wiecznym więźniem Prythianu.

Ciężko tak naprawdę określić, na czym opiera się sukces Mass, chociaż sama muszę przyznać po lekturze trylogii, że ma w sobie coś wyjątkowego. Prawdopodobnie chodzi o kreację bohaterów, nieidealną, ale porywającą bardziej niż właściwa fabuła. Feyra z początku nie zdobyła mojej sympatii, z czasem jednak zaczęła używać szarych komórek i inteligentnie analizować sytuację, w której się znalazła. Z każdym tomem tak naprawdę dorastała, w końcu na samym początku miała zaledwie dziewiętnaście lat. Także historia tej dziewczyny nieco różni się od znanej nam ze „Szklanego tronu” Celeany. Feyra zmierzyła się na kartach Dworów z większym cierpieniem, wiele przeżyła i to zaczęło ją kształtować. Mass dodatkowo zasypuje nas ilością bohaterów dalszoplanowych, z których każdy jest oryginalny i wywołuje konkretne, silne emocje. Od miłości i sympatii zaczynając, na czystej nienawiści kończąc. Mówiąc o miłości mam tutaj na myśli głównie Rhysanda, ale fanki już tak go otoczyły, że na pewno nie jest w moim zasięgu. Ale wzdychać do niego nie przestanę, oj, nie ma opcji!

Pierwszy tom serii, „Dwór cierni i róż”, jest zdecydowanie najsłabszy i szkoda, że wiele osób po tej części daje sobie spokój z dalszą lekturą. Mass ma to do siebie, że buduje obszerne wstępny, nie najlepszej jakości, ale wszystko rozwija w taki sposób, że pod koniec opada szczęka. To samo ze „Szklanym tronem”. Trzeba czekać praktycznie do trzeciego tomu, żeby z prostej opowiastki wyrzeźbiła się naprawdę dobra, zawiła historia. Z książki na książkę jest coraz lepiej, nie idealnie, ale naprawdę łatwo się wkręcić i dać porwać temu uniwersum. Najlepszą częścią Dworów jest według mnie tom trzeci, gdzie wszystko się nawarstwia, narasta i pęka z impetem. Poziom mojego zaangażowania emocjonalnego w historię Feyry osiągnął apogeum i temu nie mogą zaprzeczać, więc czekam na kolejny tom, bo to ponoć nie koniec.

Jestem już po lekturze czterech tomów „Szklanego tronu” tej autorki i muszę przyznać, że Dwory podobały mi się trochę bardziej. Zaczęło się od charakteru głównej bohaterki (w ST musiałam się powstrzymywać, żeby Celeany nie udusić), a skończyło na ciekawszym pomyśle na świat przedstawiony. Co jednak razi w Dworach najbardziej? Seks, fetysze i to takie naprawdę dziwne, zwłaszcza od drugiego tomu. Nie za bardzo rozumiem, jaki Mass miała w tym cel, może chciała dodać takie wątki dlatego, że robią tak wszyscy. I jest ich naprawdę dużo i są dość szczegółowe. Trochę nieodpowiedzialne posunięcie, zwłaszcza, że pierwsze tomy serii autorstwa Mass czyta się jak lekturkę dla starszych dzieci.

Dwory nie są idealne, momentami rażą głupotą, nielogicznością, zdarzają się denne dialogi i odpychający seks, a jednak seria ma „to coś”, czego szukają osoby spragnione fantastyki, przygód i emocji. Czekam na następne części z uniwersum, będę czujnie obserwować, czy Mass zrobi pewne postępy, czy też oprze się na swoim dotychczasowym sukcesie i nie zaoferuje nic nowego. Tymczasem lećcie do księgarni, najlepiej do Gandalfa, który zawsze ma zniżki i zatopcie się w świecie Dworów! 

Małe ogniska - Celeste Ng



„Małe ogniska” została okrzyknięta powieścią roku przez najbardziej cenione magazyny czytelnicze, a na okładce możemy znaleźć rekomendację Jodi Picoult. Z dość dużymi wymaganiami zabrałam się za lekturę i muszę przyznać, że choć książka nie okazała się być perłą, to jednak należy do tych lepszych powieści, które podczas czytania zapewniają świetną rozrywkę i pozostają w pamięci na długo.

Przenosimy się do małego miasteczka w Stanach Zjednoczonych – do Shaker Heights, które trwa w ściśle ustalonym porządku. Każdy dom wygląda niemal tak samo, każdy trawnik i ogród pasuje do siebie. To pozwala mieszkańcom na prowadzenie spokojnego, stabilnego życia, bez większych przygód i zaskoczeń. Tutaj właśnie wychowała się Elena, dziennikarka, żona i matka czwórki dzieci. Zmiany w życiu są jej zbędne, miasteczko daje jej pewne poczucie ładu i bezpieczeństwa. Pewnego dnia wszystko się zmienia. Elena oddaje pod wynajem mieszkanie nowym lokatorkom, a zaprzyjaźnione małżeństwo adoptuje chińską dziewczynkę pozostawioną pod remizą strażacką. Dotychczasowe spokojne życie przemieni się w obsesję, aby odkryć sekrety niechcianych gości. Czy role społeczne mogą powodować dysfunkcję cichego miasteczka i jego spokoju?

Nowa lokatorka, Mia Warren, to samotna matka wychowująca córkę, a jednocześnie artystyczna dusza, która burzy pewien porządek. Wkracza do idyllicznego świata, które jest wielce egocentryczne, zamknięte i ograniczające. Celeste Ng przedstawia w „Małych ogniskach” skrajności – otwartość i dezaprobatę dla inności, konformizm i nonkonformizm. Zestawia ze sobą dwie bohaterki, które stają się dla siebie atakującymi i ofiarami, jednak trzeba zaznaczyć, że autorka zbyt dosadnie opowiadasię za jedną ze skrajności. Najważniejszy powinien być balans, tymczasem czytelnik zostaje mocno przekonany o tym, że to, co nowe,  jest dobre, a to, co przyzwyczajone do porządku - nieprawidłowe. To chyba największy minus tej historii, ponieważ pozbawia odbiorcę pewnej subiektywnej opinii nad dwoma kobietami, nad ich postępowaniem, rolami społecznymi i patrzeniem na świat. Z drugiej strony nie jest to na tyle duża wada, aby potępiać pomysł na „Małe ogniska”. Autorka bowiem świetnie pokazała to zaburzenie idylli, a także nie oparła się jedynie na zaściankowości.

Książka Ng to opowieść o samotności, o trudach wychowywania dziecka, o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie i o silne miłości matczynej. Przez lekturę dosłownie się płynie i czyta z ciepłem rozlewającym się gdzieś w okolicy serca, ze spokojem i skupieniem. Dlatego nie warto postrzegać „Małych ognisk” jak lektury bardzo wysokiej, ambitnej i ciężkiej. To literatura obyczajowa, relaksująca,  taka, której momentami zabraknie elementu zaskoczenia. I właśnie chyba to jest moim największym zarzutem – brak efektu „wow”, brak czegoś orzeźwiającego i wciągającego. Historia być może zostanie w pamięci na dłuższy czas, ale jednak czegoś zabrakło, aby nazwać ją „najlepszą książką roku”. Mimo wszystko jeśli macie ochotę na dobrą obyczajówkę na zimowy wieczór – polecam jak najbardziej.

Bastion - Stephen King



Moje pierwsze spotkanie ze Stephenem Kingiem nie było zbyt udane – „Cmętarz zwieżąt” porzuciłam po około połowie. Od tego czasu minęły 3 lata i pojawiła się możliwość lektury „Bastionu”. W nowym wydaniu, około 1000 stron drobnym maczkiem. Wiedziałam, ze to może być albo pasjonująca przygoda, albo męczarnia i postanowiłam spróbować, dać Kingowi jeszcze jedną szansę. I przyznać muszę, że było warto, ale następnym razem poprzestanę na krótszych formach spod pióra Króla Horroru.

Na świecie panuje grypa, która zbiera śmiertelne żniwo. Ludzkość wymiera – bez wybuchów, bez wojen, cicho i skutecznie. Liczni popadają w szaleństwo, mają wizje o pojawieniu się na Ziemi sił Dobra i Zła. To oni zdecydują o tym, którą drogą pójdą. Koniec świata zbliża się wielkimi krokami, a przecież w życiu trzeba uporządkować jeszcze wiele spraw...

Kinga nazywa się królem horroru, ale groza, którą kreuje, przynajmniej w tej powieści, nie opiera się na nadnaturalnych motywach. Dotyczy poniekąd mistycyzmu, ale to natura ludzka jest najbardziej niepokojącym czynnikiem w całej tej opowieści. Zbliżająca się apokalipsa i bezradność wobec niej budzi najgorsze instynkty, doprowadza do szaleństwa, obdziera z dobra i honoru. Mówimy często „nigdy bym tak nie zrobił, to okrutne”, a jednak wiele eksperymentów pokazuje, ze w momencie desperacji tracimy wszelkie dobre emocje i kierujemy się instynktem przetrwania, wszelkim kosztem. Zmiany zachodzą też w naszym pojmowaniu świata, tak samo bohaterowie „Bastionu” reagują na zagrożenie w różny sposób. Jedni woląc uciekać, inni walczą, następni zatapiają się w bólu i rozpaczy. Szukają dobra lub zła, nie ma tutaj kompromisu.

Za powieścią Kinga stoi refleksja, a podejrzewam, że jest to typowe dla każdej jego książki. Pomijając już rozważania czysto moralne, nawiązania mistyczne do wiary, do dobra i zła, mamy tutaj niepokojąco prawdziwą wizję świata. Nie każdy wie, ze powieść pochodzi z roku 1978, ponieważ jej treść jest tak aktualna i świeża, że ciężko zauważyć jej wiek. Świat wykreowany przez Kinga sprawia wrażenie realistycznego, co więcej – to praktycznie nasz świat, który jest kruchy i w każdym momencie może upaść. Ciężko spekulować na takie tematy, ale jakbyśmy się zachowali w sytuacji bohaterów?

Wizja świata, solidne podejście do przedstawienia dylematów moralnych i realistyczne opisy to najmocniejsze strony książki, a jednak z Kingiem trzeba się po prostu polubić. Niektórzy mówią, że jego powieści czyta się szybko i lekko. Jak dla mnie - wręcz na odwrót. Momentami jest nudno, styl jest dość surowy, nie ma dużego ładunku emocjonalnego. Kilka razy odkładałam "Bastion" z myślą, że chyba nie powrócę do czytania, ale dobrnęłam do końca i jestem z siebie dumna. To trochę dziwne - z jednej strony jestem dla Kinga pełna podziwu, z drugiej zaś wolałabym więcej dynamizmu, emocji i lepszego utożsamienia z bohaterami. Czy polecam "Bastion"? To zależy, czego oczekujecie i czy w ogóle lubicie styl Kinga. Warto jednak wiedzieć, że to prawdziwa cegła, powolna, ciągnąca się, a jednocześnie ambitna.

Za lekturę bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros