Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

sobota, 4 sierpnia 2018

Czerwień rubinu - Kerstin Gier





Czy miewasz często mdłości, niekiedy drżenie nóg i migrenowe bóle głowy? Czy masz 16-17 lat? Jeśli tak, uważaj, bo lada chwila możesz znaleźć się w zupełnie innej epoce, a niebezpieczeństwa czyhające w przeszłości mogą dotknąć również Ciebie.

Charlotta już od jakiegoś czasu ma mdłości. Cała rodzina z niecierpliwością czeka na jej pierwszą podróż w przeszłość, bo to z pewnością ona odziedziczy gen, który pozwala na cofanie się w czasie. Tym bardziej, że sam Isaac Newton obliczył datę urodzin Charlotty. Tymczasem jej kuzynka, Gwendolyn Shepherd, żyje normalnym życiem. No, może jeśli nie brać pod uwagę tego, że widzi duchy. Nie są to straszne potwory, ale sympatyczne stworzenia nadal przekonane, że żyją. Pewnego dnia Gwendolyn w jednej chwili zmierza do sklepu po cukierki, a w drugiej znajduje się w tym samym miejscu, ale o wiele, wiele wcześniej. Zdaje sobie sprawę, że to ona otrzymała gen podróży w czasie, a nie Charlotta. Rodzina nie wierzy, że Gwendolyn, nieprzygotowana i nierozumiejąca sytuacji, zdoła wypełnić ważną misję. Dziewczyna jest ostatnim, dwunastym podróżnikiem w czasie. Jej misja polega na odnalezieniu ukradzionego chronografu, bo tylko dzięki niemu i próbkach krwi podróżników można odkryć Tajemnicę Dwanaściorga. W wypełnieniu zadania pomaga jej Gideon de Villiers, dumny i arogancki, ale za to jak przystojny...

„Czerwień rubinu” miałam już okazję czytać w 2011 roku, ale z przyjemnością odświeżyłam sobie tę historię. Znów gości na mojej półce, tym razem w nowym, estetycznym wydaniu od Media Rodzina. Mam do tej książki duży sentyment i nadal uważam, że jest niezwykle czarująca, przyjemna i lekka, do „spałaszowania” na kilka godzin. Mam wrażenie, iż te 7 lat temu odbierałam historię Gwen trochę inaczej, bardziej osobiście, ze względu na mój wiek. Bałam się, że teraz zmienię zdanie o „Czerwieni rubinu”, ale ja nadal odczuwałam ogromną przyjemność z lektury!

„Czerwień rubinu”, pierwszą część Trylogii Czasu, odebrałam jako wstęp przedstawiający nam postacie, świat i sytuację, z jaką muszą się zmierzyć bohaterowie. Po skończeniu książki miałam takie wrażenie, jakbym oglądała film, który szybko się zaczął i skończył. Zdecydowanie za szybko. Mimo tego, że Gwendolyn i Gideon mało co posunęli się do przodu ze spełnieniem misji, to samo poznawanie świata stworzonego przez autorkę i tajemnic Podróżników było bardzo interesujące. To był tak jakby ekscytujący sen, z którego nie chciałam się budzić.

Styl pisania pani Kerstin Gier bardzo przypadł mi do gustu. Autorka lekko, zwiewnie, interesująco i z humorem snuje swoją opowieść. Stworzyła idealnie zarysowane postacie, a dzięki pierwszoosobowej narracji pisanej z punktu widzenia głównej bohaterki, Gwendolyn, możemy poznać jej charakter, myśli i uczucia. Muszę przyznać, że gdyby była realistyczną osobą, chętnie zawarłabym z nią przyjaźń. Gwendolyn to osóbka inteligentna, wyrozumiała i umiejąca się postawić. To absolutnie udana i wywołująca u czytelnika sympatię postać. Grzech nie wspomnieć też o Gideonie, towarzyszu Gwendolyn w wypełnieniu misji. Od początku zwrócił uwagę dziewczyny, a także i moją. Autorka przedstawiła go jako bezczelnego, pysznego i aroganckiego dzieciaka, który z czasem okazał się być odważnym, uprzejmym chłopakiem. Podejrzewam, że powodem tej ogromnej zmiany była bliższa relacja z Gwendolyn, ponieważ Gideon na początku uważał ją za jedną z wielu nastolatek lubiących plotki i SMS-owanie. Tymczasem okazała się być odważną dziewczyną z charakterem. Gideon również wzbudził moją sympatię. Nie jest on z pewnością jednym z idealnych niebezpiecznych twardzieli, ale odpowiedzialnym, mającym uczucia i chwile słabości dziewiętnastolatkiem.

Czy w książce występuje wątek miłosny? Tak, ale jest on bardzo delikatny, uroczy i rozwija się powoli. Nie jest przesłodzony, a uczucie nie rozwija się nagle pod wpływem buzujących hormonów. Autorka również tę kwestię dokładnie przemyślała i zaplanowała. Ogólnie nazwałabym „Czerwień rubinu” powieścią subtelną, urokliwą. Nie narzuca ani romansu, ani zawrotnego tempa akcji, ani sztucznego humoru. Tutaj wszystko jest odpowiednio wyważone.

„Czerwień rubinu” to zaledwie wstęp do „Trylogii Czasu”, ale bardzo udany i sympatyczny dla odbiorcy. Humor i dobrze skonstruowani bohaterowie to podstawy tej książki, szczególnie trafią do młodzieży lubiącej przygodówki, ale odpowiednio też zrelaksują dorosłego czytelnika. Cieszę się, że miałam okazję wrócić do historii Gwen i znów czerpać z niej czystą rozrywkę.

Chłopiec, który widział - Simon Toyne


Josef Engel to z pozoru zwykły krawiec, który nigdy nie opowiadał szczegółowo o swojej przeszłości. Był jednym z czterech Żydów, nazwanych die Anderen, ocalałych z obozu Schneider Lager. Nic więc dziwnego, że jego wnuczka, Marie-Claude, zapragnęła dowiedzieć się jak najwięcej o przeszłości dziadka, a także o pozostałych uratowanych. Kobieta nie zważa na ostrzeżenia Josefa o tym, że nie powinna brnąć w poszukiwania zbyt głęboko. Niedługo później dziadek zostaje brutalnie zamordowany, a obok jego zwłok zabójca umieścił pewną wiadomość – „Skończyć to, co zostało rozpoczęte”. Marie-Calude zdaje sobie sprawę, że musi uciekać wraz ze swoim synkiem, Leo. Wkrótce na jaw wychodzą tajemnice i brudne układy sięgające II wojny światowej, a tylko tajemniczy Salomon Creed może zapobiec kolejnym morderstwom.

Od razu przyznam, że nie spodziewałam się tego, co właściwie otrzymałam od lektury „Chłopca, który widział”. Założyłam, iż będzie to typowy kryminał lub thriller, który, standardowo - jak większość takich książek, zahaczy o jakieś tajemnice rodzinne. Być może przeszłość Josefa okaże się być komplikowana i szokująca, może zaangażował się w coś, co angażować się nie powinien – tak właśnie myślałam. Tymczasem wątek kryminalny to zaledwie kwestia poboczna.  Tutaj autor porusza bardzo ważną, ciężką tematykę związaną z rasizmem, nienawiścią do Żydów, antysemityzmem i fałszywym patriotyzmem. I robi to naprawdę ostrożnie, z rozmysłem, aby nie przekroczyć żadnej z cienkich granic pomiędzy tym, co dobre, a tym, co okazało się być tragedią w postaci II wojny światowej. Nie są to też tematy obce współczesnym społeczeństwom. Problem imigracji ludności pochodzenia arabskiego do Europy, dylematy moralne, wybór między człowieczeństwem a zapewnieniem bezpieczeństwa, skrajny „patriotyzm”… Hasło „Polska dla Polaków” nie jest nam obce, prawda? Simon Toyne każe się chwilę zastanowić, czy czasem nawet nieświadomie nie robimy komuś krzywdy. Granica między chęcią zachowania rodzimej kultury i bezpieczeństwa a chęcią krzywdzenia, a nawet mordu obcych „ras”, jest niebywale cienka. W końcu nie bez powodu cały naród poszedł za głosem brutalnego przywódcy, który w ubiegłym wieku zgotował na ziemi piekło.

Jak widać, książka absolutnie nie jest lekturą lekką. Tego się nie spodziewałam i w związku z tym czytało mi się ją mozolnie i z trudem. Już na samym początku czułam się rzucona w wir wydarzeń, które ciężko było sobie poukładać w głowie. Wiele postaci, wiele wątków, a tak naprawdę nie wiadomo, na czym się skupić. To zmieszanie stopniowo ustępowało, ale i tak książkę czytałam dość długo. Końcówka była w tym wszystkim najlepsza, trochę szokowała i dawała do myślenia. „Chłopiec, który widział” wymagał ciągłego skupienia i co rusz dawał nowy temat do refleksji. I zapewne czytając książkę jesienią lub zimą miałabym lepsze wrażenie i byłabym bardziej zdolna do powolnego wgryzania się w lekturę. Ponieważ to dziwne uczucie, gdy wiesz, że coś jest dobre i inteligentne, ale zarazem często nieciekawe, niewciągające i po prostu ciężkie w lekturze.

Mam wrażenie, że wszystko w tej książce jest niebanalne i podszyte dwuznacznością. Główny bohater, Salomon, to postać niezwykle tajemnicza i nieoczywista. Ciężko ustalić jego tożsamość czy nawet pochodzenie, w jego przeszłości jest wiele znaków zapytania. Niby nie działa przypadkowo, ale ciężko odgadnąć jego motywacje. Mam nadzieję, że w kontynuacji dowiem się o tej postaci o wiele więcej.

„Chłopiec, który widział” to powieść inteligentna, potrzebna i poruszająca temat Holokaustu. I mimo że historia zbrodni jest fikcją, to jednak autor przekazuje wiele współcześnie aktualnych tematów do refleksji, nadal są one poruszane chociażby u nas, w Polsce. Opowieść pełna jest zagadek, skomplikowanych tropów, nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania. I mimo że ja musiałam tę książkę czytać kawałek po kawałku, momentami musiałam się przymuszać i czasem nie miałam głowy do połapania się w wątkach, to ostatecznie stwierdzam, że gdybym nie przeczytała tej książki, to dużo bym straciła. Także może za rok, pewnego zimowego wieczoru wrócę do lektury. Wtedy na pewno nastawię się na ponowne przetrawienie tematu i może odkryję coś, co mogło umknąć mojej uwadze.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.



wtorek, 31 lipca 2018

Okrutna pieśń - Victoria Schwab




Victoria Schwab zasłynęła już swoją serią „Odcienie magii”, której, przyznać muszę, jeszcze nie czytałam. Jeszcze większym hitem okazała się dylogia „Świat Verity” rozpoczynająca się książką pt. „Okrutna pieśń”. O tej serii słyszałam dosłownie same pozytywy, postanowiłam jednak podejść do lektury z dystansem, aby znów nie czuć się zawiedziona czymś, co widzę na każdym kroku i to w otoczeniu zachwytów i serduszek. I na szczęście nie zawiodłam się.

Tak naprawdę najlepiej, aby przed przystąpieniem do czytania wiedzieć o fabule jak najmniej. Pozostańmy przy tym, że mamy powieść postapokaliptyczną, której akcja ma miejsce w podziemnym mieście. Żyją tam prawdziwe potwory zrodzone z przemocy, a ojciec Kate pozwala im się wałęsać po ulicach. Ludziom zaś każe płacić sobie za ochronę. Kate chce być równie bezwzględna co jej ojciec. I jest jeszcze August, potwór, który chce zostać dobrym człowiekiem. Oboje stają po dwóch stronach barykady, ale gdy na jaw wyjdą pewne sekrety, wszystko może się zmienić.

Książka zachwyca przede wszystkim konceptem fabularnym. Mamy tutaj dobry materiał na refleksję na temat człowieczeństwa, co czyni z nas ludzi dobrych, a co „potworów”. Świat Verity nie jest czarno-biały, ma wiele ocieni szarości, jest mroczny i niejednoznaczny. Odwołuje się do zemsty, przemocy i wojny, ale nie przekracza granicy dobrego smaku. To sprawia, że lektura jest odpowiednia nie tylko dla młodzieży, ale także szansę zachwycić dorosłego odbiorcę. Świat przedstawiony w książce jest miłą odmianą od przesłodzonych powieści, czasem zbyt banalnych i aspirujących do sztucznego moralitetu. „Okrutna pieśń” daje pole do własnych przemyśleń, osobistych refleksji tak, że każdy osobiście przeżyje historię Kate i Augusta.

Odniosłam wrażenie, że książka nie obfituje w wartką akcję i to nie jest też cel tej opowieści. Autorka postawiła na nowy pomysł na wykreowanie świata oraz na ciekawe postacie. Ciężko oderwać się od lektury i to chyba przez klimat, który jak macki otacza czytelnika i ciężko się z nich wyrwać. Mrok, dwuznaczność, niebanalność i zagadki sprawiają, że kartki przewracają się w bardzo szybkim tempie, chociaż sama historia nie jest wielce zaskakująca, akcja nie pędzi na łeb, na szyję. Jedyne, do czego się przyczepię to wiele niedopowiedzeń i luk w kreacji świata, zabrakło więcej informacji. Mam jednak nadzieję, że drugi tom wyjaśni nieco więcej.

„Okrutna pieśń” to jedna z lepszych książek dla starszej młodzieży i dla dorosłych. Pod świetnie wykreowanym, przerażającym światem, znajdujemy symbolikę dotyczącą zła, jakie w historii człowiek wyrządził drugiemu człowiekowi. Ta opowieść na długo ze mną pozostanie i już nie mogę się doczekać lektury drugiego tomu.

Bad Boy's Girl - Blair Holden




„Bad Boy’s Girl” to kolejny hit wattpada, który został wydany w formie książki. Kolejny, ponieważ zapewne niektórzy z Was pamiętają serię „After” Anny Todd, która zebrała swego czasu wiele opinii, w znacznej części negatywnych. Przeczytałam kilka lat temu pierwszy tom i miałam mieszane uczucia, dlatego też z dystansem podeszłam do „Bad Boy’s Girl”. Jak się okazało, niepotrzebnie obawiałam się lektury.

Tessa nie ma lekko. Jej ex-przyjaciółka, popularna i piękna cheerleaderka Nicole, uprzykrza jej życie jak tylko może. Jako, że czuje się królową szkoły, skutecznie zniechęca praktycznie wszystkich uczniów przeciwko Tessie. W dodatku zabiera jej sprzed nosa miłość szkolną – Jasona. Jakby tego było mało, pojawia się Cole, czyli kolejny ex-dręczyciel Tessy. Chłopak wystarczająco wrył się dziewczynie w pamięć i ta tylko czeka na kolejny krok, na kolejne żarty i wredne akcje. Okaazuje się jednak, że Cole się zmienił i zachowuje się w stosunku do Tessy nawet przyjacielsko. Co z tego wyniknie? Czy Tessa w końcu przestanie być kozłem ofiarnym?

Zawsze byłam zdania, że dzieciaki to stworzenia często nieświadomie nawet niszczące komuś życie w imię dopasowania się do reszty. Nie są wystarczająco dojrzałe, aby widzieć tę krzywdę, czasem nawet nie widzą, że jest to złe. Mimo „dobrego wychowania”. Przez cały mój okres edukacji w klasie zawsze była jedna osoba, kozioł ofiarny, który w żaden sposób nie umiał się bronić. Wszelkie obgadywanie, złośliwe uwagi i pogarda spadały właśnie na tę osobę.  I choć problem jest oczywisty, wiecznie obecny i zauważalny, to jednak rzadko miałam do czynienia z literaturą w tym temacie. Wczucie się w rolę Tessy było dla mnie jakby kubłem zimnej wody, bo tak naprawdę to pierwszy raz, kiedy całkowicie mogłam się wczuć w postać osoby szykanowanej przez rówieśników. To tym bardziej rozczula i zmiękcza serce, gdy okazuje się, że Tessa to dająca się lubić osóbka, dobrze skonstruowana główna bohaterka i jednocześnie narratorka.

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, iż hit wattpada okaże się być emocjonalną bombą.  Na jednej stronie miała ochotę rżeć ze śmiechu, na następnej już doznawałam szoku, było mi niesamowicie przykro, a zaraz jeszcze miałam ochotę komuś przywalić. Tak bardzo przywiązałam się do głównej bohaterki, do tego, co przeżywa. I mimo że książka traktuje o rzeczach trudnych, to ma jednak dość pozytywny wydźwięk, jest sporym pokładem motywacji aby się otrząsnąć, ogarnąć i czerpać radość z życia. To powieść dla młodzieży, które niewątpliwie reprezentuje coś więcej niżeli słodko-gorzki romans bad boy’a i biednej dziewczyny.

Niedługo powstanie film na podstawie książki i już nie mogę się doczekać. Nie mogę się też doczekać lektury drugiego tomu, ponieważ końcówka wskazuje na to, że warto sięgać po następną część. „Bad Boy’s Girl” to jedna z lepszych młodzieżówek, która wciąga, ujmuje dobrze skonstruowanymi bohaterami, a przy tym nie jest banalna i pozbawiona refleksji. Idealna lekka, przyjemna lektura na lato.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Revved - Samantha Towle




Obecnie na polskim rynku mamy wysyp romansów wszelkiej maści. Wzruszające NA, dark romance, erotyki, dramaty, książęta, bokserzy… Ale Formuły 1 to chyba jeszcze nie było.

Andressa „Andi” Amaro jest mechanikiem rajdowym i ma jedną złotą zasadę – nie umawia się z kierowcami.  Przeszłość już wystarczająco pokazała jej, że nie warto na nich polegać, nie warto ryzykować. Carrick Ryan to najlepszy kierowca Formuły 1, który swoją karierę budował już od dziecka. Jeździ szybko, a żyje równie ryzykownie. Łamie kobiece serca i już samym swoim wyglądem doprowadza je do szaleństwa.  Niegrzeczny przystojniak, który obiera sobie tym razem nowy cel – Andi. On musi ją zdobyć, ona postanowiła sobie, że nie sprzeciwi się swoim własnym zasadom. A jednak… uczucie zawsze rządzi się swoimi prawami.

Po opisie wywnioskować już można, że mamy do czynienia z pewnym schematem. Jest on – niegrzeczny, przystojny, łamiący serca przystojniak. I ona – niedostępna, grzeczna, a jednak ulegająca urokowi bad boy’a. I jest nieznana przeszłość, zapewne traumatyczna i zasmucająca. I wiecie co… to prawda. Mamy tutaj taki schemat, ale w romansach/erotykach ciężko ominąć pułapki. Kiedy stają się one ciekawe i świeże? Wtedy, gdy autor coś znanego przedstawi na swój własny sposób. Tak właśnie zrobiła autorka, Samantha Towle, która dała czytelnikom historię tętniącą emocjami. Jak już wspomniałam, sam fakt osadzenia fabuły w realiach Formuły 1, to pewnego rodzaju świeżość. Również postać kobieta-mechanik jest dość niespodziewana, jeśli chodzi o literaturę. To coś nietypowego i przyznać muszę, przesądziło o tym, że chciałam przeczytać „Revved”.

Historia Andi i Carricka jest momentami przewidywalna i naiwna, a jednak ujmuje klimatem Formuły 1 i bohaterami. Postaci, które stworzyła Samatha Towle, są niezwykle bogato skonstruowane i realistyczne. Nie da się ich nie lubić, zwłaszcza Carricka z jego genialnym poczuciem humoru.. Dialogi i dogryzanie sobie nawzajem jest tak urocze, że nie można im nie kibicować i nie wczuwać się w ich historię. To Andi i Carrick sprawiają, iż z pozoru schematycznej opowieści otrzymujemy książkę wciągającą i przepełnioną emocjami. Czasem się zaśmiejemy, czasem uronimy łezkę, innym razem poczujemy złość i współczucie. Niekiedy też zarumienimy się przy pikantnych scenach.

„Revved” ma wszystko to, czego potrzeba romansom NA, dlatego spodoba się przede wszystkim fankom gatunku. Nie jest to opowieść wielce zaskakująca, innowacyjna i zmieniająca coś w życiu czytelnika, ale ma jednocześnie świeże elementy i zapewnia kilka godzin dobrej rozrywki.

Kirke - Madeline Miller




„Kirke” to już druga wydana w Polsce książka Madeline Miller. Pierwsza, „Achilles. W pułapce przeznaczenia”, mimo zdobycia pierwszego miejsca Orange Prize, nie była na naszym rynku głośną premierą. Dowiedziałam się o jej istnieniu zaledwie kilka dni temu i wiem już, że będę chciała po tę pozycję sięgnąć. Zaskakujące jest natomiast, jak „Kirke” zdołała się wybić i zareklamować tak, że jest obecnie bardzo rozpoznawalna. Dużo uczyniła reklama, piękne wydanie, a także całkiem dobre wnętrze. Chociaż mam kilka rzeczy do zrzucenia, to jednak „Kirke” warta jest przeczytania.

Kirke przychodzi na świat jako córka Heliosa, boga słońca, i nimfy Perseis. Jest to dziecko dziwne – nie tak potężne jak swój ojciec, nie tak boskie i silne. Właściwie to o pochodzeniu Kirke świadczy jedynie nieśmiertelność. Kirke czuje się więc lepiej wśród śmiertelników, przynajmniej do momentu, aż odkrywa w sobie czarnoksięską moc. Tak silną, że może zaszkodzić nie tylko bogom, ale również sobie samej. Z tego powodu zostaje wygnana i zamieszkuje na wyspie, o której mało kto wie. Tak rozpoczynają się jej przygody – Minotaur, Dedal, Odyseusz to tylko niektórzy z jej nowych gości.

O Kirke jako postaci z greckiej mitologii możemy wiedzieć niewiele. Wikipedia podaje dokładnie kilka zdań na jej temat, w szkole też może została raz wspomniana, przy lekturze Odysei. Madeline Miller przed napisaniem książki świetnie zapoznała się z greckimi mitami i wybrała postać z ogromnym potencjałem. Kreatorka, pół-bogini, czarownica, kobieta silna. O której zwykły czytelnik wie mało. Autorka mogła zatem włożyć w tę postać wiele własnych pomysłów, zinterpretować ją na nowo i włożyć do wymyślonych i spisanych już kiedyś mitów. Niestety to jest największy minus książki – Kirke jako postać główna jest dość nieudana. Taka słaba, ludzka, momentami nastolatkowa. Brakowało jej przebojowości, indywidualizmu. Zastanawiające jest to, że pozostałe postaci mają naprawdę ciekawe charaktery, podczas gdy ta główna, która miała być mściwa, silna, kreatorka itd… (jak to informuje tylna okładka), a wyszła miękka klucha. Zdawała się w ogóle nie panować nad tym, co działo się w jej życiu – była zaledwie bierną obserwatorką. Wszelkie wątki poboczne były naprawdę ciekawe, ale sam punkt widzenia nie był zbyt interesujący. W końcu to Kirke powinna być kluczowym elementem powieści, a ona jedynie gdzieś ginęła jako głupiutki, przeciętny obserwator.

Dobry znawca nie dowie się więc niczego nowego jeżeli chodzi o postaci, które stają na drodze Kirke i jak potoczą się ich losy. Mity są ściśle takie, jak je znamy z pierwotnych źródeł. Mi to akurat nie przeszkadzało, ponieważ pamiętam ze szkoły jedynie ogólniki. Odświeżenie mitów i opisanie ich w nowy, przystępny sposób do mnie trafiło i sprawiło, że „Kirke” czytało się szybko i z zaciekawieniem. To taka alternatywna dla tych, którym samą mitologię czytało się opornie, albo po prostu chcą na kilka godzin powrócić do tego świata. Dowiedziałam się trochę więcej o samej Kirke, a także o kulturze życia w tamtych czasach. Autorka idealnie oddała klimat, zbudowała kreatywny świat, nawet język jest stylizowany na taki „mitologiczny”. Pod względem warsztatu pisarskiego, „Kirke” to majstersztyk.

Gdyby nie słabo wykreowana główna postać, „Kirke” oceniłabym jako powieść świetną. Na ten moment jest to dla mnie lektura dobra, po którą i tak warto sięgnąć. To pewna świeżość na rynku – mitologia przedstawiona w umiejętny sposób, przystępny także dla młodzieży. Może brakuje jej pewnej iskry, pewnej „bomby” fabularnej, odrobiny szaleństwa (które jednak panuje w  tej pierwotnej mitologii), ale lektura jest i tak wciągającą przygodą.  Polecam zapoznać się z historią „Kirke”, cieszyć się oderwaniem od rzeczywistości, świetnym warsztatem literackim i przepiękną oprawą.


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.