Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 19 września 2018

Pamiętnik diabła - Adrian Bednarek



Do najrzadziej czytanych przeze mnie książek należą zdecydowanie takie, które siadają na psychikę. Spowodowane jest to tym, że przede wszystkim takich powieści jest na naszym rynku wydawniczym niewiele, a także tym, iż takie lektury są wielce wymagające. Sięgając po „Pamiętnik diabła” wiedziałam, że będzie ciężko, ale to, co zastałam w środku, pozostawia mnie jakby bez słów. Od przeczytania powieści minęło już sporo czasu, a ja nadal nie wiem, jak poskładać myśli i, tym bardziej, napisać o książce Adriana Bednarka coś sensownego. Mój umysł jest krzywdzony. Przerażająca historia, a jednocześnie cholernie dobra.

Kubie Sobańskiemu można pozazdrościć. Student prawa, z obiecującymi planami na przyszłość, posiadający bogatych rodziców, dziewczynę i piękne mieszkanie w Krakowie. W dodatku, jak na studenta przystało, imprezuje i bawi się życiem na całego. Ma swoją wierną grupkę znajomych, jak każdy normalny student”. Z tym że… Kuba ma swoje drugie oblicze, które zdecydowanie „normalne” nie jest. Psychopata. Seryjny morderca, który na swoje ofiary wybiera brunetki. Prowadzi pamiętnik, w którym wylewa swoje fantazje i chore myśli. Przerażające, a jednocześnie fascynujące.

Czytałam już wiele thrillerów o psychopatach i seryjnych zabójcach. Niektóre powieści traktowały te postaci powierzchownie, inne po kawałku rozgryzały ich intencje. Nigdy jednak nie spotkałam się z tak dogłębnym wniknięciem w psychikę, jak w przypadku „Pamiętnika diabła”. To już nie jest lektura obojętna – ona naprawdę zmienia coś w naszym umyśle. Pokazuje nowe oblicze psychopaty, które jest przecież bardzo złożone, nieoczywiste, przebiegłe i mądre. To nie jest tak, że komuś pada na dekiel i zaczyna zabijać, bo tak sobie postanowi. Tutaj przyczyny są bardzo skomplikowane, a ich poznanie daje nam większą wiedzę o mordercach. Możemy chociaż w pewnym stopniu wyobrazić sobie, jacy są to ludzie, jak myślą, co nimi kieruje, jaka teologia i filozofia za tym przemawia.

Uczucie wniknięcia w umysł Kuby wzmaga sam motyw pamiętnika, a więc perspektywa pierwszoosobowa. To tworzy niezwykły, mroczny klimat intymności, ponieważ już od samego początku śledzimy bohatera w jego podwójnym życiu. Poznajemy tę niepozorną, normalną stronę, a także tą prawdziwą, skrzywioną, diabelską. Kreacja Kuby jako idealnego mordercy jest poprowadzona wręcz wyśmienicie i aż strach pomyśleć, jak autor do tego doszedł. Widać tutaj ogrom pracy w stworzenie profilu psychologicznego bohatera. W dodatku ciężkie treści wymagają szczególnej uwagi przy pisaniu, dlatego sam styl zasługuje już na docenienie przez czytelnika.

Myślę, że „Pamiętnik diabła” to powieść problematyczna. Niekomfortowa, wytykająca czytelnikom to, iż w istocie kibicują Kubie w jego poczynaniach. Odraza miesza się z podziwem i w końcu sami zaczynamy przejmować się jego losem, co więcej – nie chcemy, by został złapany. To daje wiele do myślenia. Dlatego też lektury nie da się szybko zapomnieć. To siedzi w umyśle i co chwila o sobie przypomina, gryzie w sumienie. Dopiero tutaj widać, jak bardzo ludzie się różnią. Jak sposób patrzenia na świat wpływa na to, czy coś jest złe lub dobre. Istnieje w ogóle definicja „zła” i „dobra”? Na jakiej podstawie się to rozgranicza? Kto ma prawo o tym sądzić?

Nadal nie jestem w stanie ułożyć w głowie myśli dotyczących tej książki. Z jednej strony wiem, ze to było genialne. Z drugiej nadal mam moralne dylematy i czuję ciarki na plecach, gdy przypomnę sobie o Kubie. Jedno jednak nie ulega wątpliwości – „Pamiętnik diabła” pozwala poznać w końcu umysł prawdziwego mordercy. Nie skorzystacie z tej okazji?

W blasku nocy - Trish Cook




Przeczytałam w swoim życiu wiele młodzieżówek i temat śmiertelnie niebezpiecznych chorób w tych właśnie powieściach był jednym z tych najbardziej poruszających. Zwykle chodziło o raka, czasem o alergię na wszystko, ale to, co znajdziemy „W blasku nocy”, jest czymś zupełnie nowym i szokującym. Już Wam mówię, że to jedna z najlepszych młodzieżówek, jakie przeczytałam.

Wyobraź sobie, że w dzień nie wychodzisz z domu. Ba, wtedy pozostaje ci tylko sen. Jedynie nocą możesz zrobić cokolwiek, wyjść na dwór, ale zawsze musisz pilnować, aby wrócić przed pierwszym promieniem słońca. Nie chodzisz do szkoły, masz tylko jedną przyjaciółkę, która znosi twoje nudne życie. Każda, chociażby chwilowa ekspozycja na światło słoneczne, powoduje oparzenia, ból, bąble, a nawet nowotwory. Tak właśnie żyje Katie.

Katie od kilku lat wygląda przez okno, uciekając marzeniami do normalności. Zawsze obserwuje Charliego, sąsiada, który wraca wieczorami z treningu. Pewnej nocy, gdy dziewczyna wymyka się, aby z gitarą dać na dworcu mini koncert, spotyka właśnie jego. To będzie początek zmian. Początek nowego życia, które bez ustanku i tak będzie naznaczone przerażającą chorobą.

XP. Pergaminowa skóra. Choroba, która dotyka ludzi niezwykle rzadko, i na którą nie ma leku. „W blasku nocy” daje niepowtarzalną możliwość bycia w towarzystwie chorej osoby, na czas lektury. Widzimy ten „wampiryczny” styl życia, który jest niezwykle ciężki dla nastolatki. Jest niczym Roszpunka zamknięta w wieży, która ma nadzieję, ze spotka księcia, który ją uwolni i będą żyli długo i szczęśliwie. Niestety, choroba nie zniknie nigdy. Może się jedynie pogłębić.

Brzmi tragicznie, prawda? Ale trzeba przyznać, że w opowieści dominują nadzieja, pozytywne myślenie o przyszłości, akceptacja i miłość. Sama Katie to pogodna dziewczyna, która, jak każda nastolatka, dopiero uczy się świata. Ma ograniczone pole manewru, ale jest osobą normalną, radosną, pełną nadziei. Siły daje jej ojciec, który, choć nadopiekuńczy, wspiera Katie jak tylko może. I gdybym miała wskazać w książce największy plus, byłaby to właśnie miłość pomiędzy córką a ojcem. Sama jestem „córeczką tatusia”, mam w nim autorytet i wielokrotnie byłam wzruszona. Ojciec Katie troszczy się o nią z taką miłością, nadzieją, a jednocześnie zaufaniem, że ta relacja zdominowała wszystko inne. „W blasku nocy” to nie romans, co może sugerować opis. Wątek miłości damsko-męskiej to tylko drobny element, wprost nieistotny.  Tutaj chodzi przede wszystkim o radość z życia, o to, aby iść do przodu mimo przeciwności. Piękny przekaz, nie tylko dla młodych czytelników.

„W blasku nocy” czytałam na plaży i w pewnym momencie zrobiło mi się wstyd. Już kilka stron przed końcem zaczęłam płakać. I może to nie były nie wiadomo jak duże emocje, ale, naprawdę, ścisnęło mi się serce. Również ze względu na Charliego. Rozczuliła mnie ta sytuacja, miłość ojcowska, postawa Katie i cudowna postawa Charliego. Kochany, czuły, świetny chłopak. Katie może momentami denerwowała, bo jednak reagowała na niektóre rzeczy jak typowa nastolatka, ale Charlie to jeden z moich ulubionych bohaterów książkowych. Chętnie poczytałabym o jego dalszych losach.

Książka ma pewną wadę, która trochę mi przeszkadza, bo gdyby nie ona, to mogłaby być najlepsza powieść młodzieżowa, jaką przeczytałam w ogóle. Autorka trochę nas okłamała, przyznaje to też w epilogu. Nie zrobiła dobrego researchu jeśli chodzi o XP, także mamy nieścisłość w szybkości postępowania choroby, a także brak informacji, co konkretnie się dzieje w mózgu po ekspozycji na słońce. Coś tam, że zanika i tyle. Ale jakże to mózg może zanikać? Wiem, że to powieść dla nastolatków, ale garść rzetelnych informacji uwiarygodniłaby fabułę. Niestety, te małe przekłamania trochę ujmują i tak wprawdzie wzruszającej końcówce emocjonalności, bo wiadomo, że to wymysł autorki. Tym bardziej, że kształcę się na farmaceutę, tak więc wszelkie kwestie związane ze zdrowiem wolę opierać na faktach, niż na wymysłach, które nie daj Boże ktoś może wziąć na poważnie. Ale ale… bez obaw. XP to prawda. I wszystkie jej skutki, objawy i styl życia osoby chorej to też prawda.  A to najważniejsze.

Myślę, że warto sięgać po te młodzieżówki, które dadzą nam do myślenia. „W blasku nocy” to zdecydowanie taka powieść. Pełna nadziei, spokoju, wzruszeń, pokazująca to, co w życiu ważne. Dlatego gorąco polecam, nie tylko nastoletnim czytelnikom. Już niedługo zobaczę też film, mam nadzieję, że będzie równie dobry, co książka.

wtorek, 18 września 2018

Nigdy się nie dowiesz - S.R.Masters



Są książki, które wpisują się do kanonu, są wielce cenione i niosą za sobą wiele mądrości. Są też lektury, które czytamy typowo dla rozrywki, zapełniają one wolny czas i wciągają bez pamięci. I są takie, które teoretycznie powinny relaksować, a jedynie irytują swoją naiwnością i nieumiejętnie poprowadzoną fabułą. „Nigdy się nie dowiesz” S.R.Mastersa niestety zalicza się do tej ostatniej grupy.

Nastoletni Will postanawia sobie, że zostanie seryjnym mordercą, ale przyjaciele nie biorą tego na poważnie. Wiecie jak to u dzieciaków – z nudów czasem im odbija, mają bujną wyobraźnię. W tym wszystkim jedynie Adeline zauważa coś niepokojącego. Mijają lata i Adeline wraca do Blythe, aby spotkać się ze znajomymi z dzieciństwa.  Jedynie Will nie przybywa na miejsce. Wkrótce roznoszą się informacje o zabójstwie dwóch osób, a paczka znajomych doszukuje się w tym dzieła niepokojącego kiedyś Willa.  Próbują dowiedzieć się prawdy o chłopaku, jednocześnie zostają wciągnięci w grę o ich życie.

Zawiodłam się na tej książce. Fabuła może brzmi interesująco, ale niestety – zamiast akcji otrzymujemy przegadaną opowieść, która ani przez chwilę nie trzyma w napięciu. O zaskakującym zakończeniu, zwrotach akcji i fałszywych tropach możemy zapomnieć. Co w takim razie znajdziemy we wnętrzu książki? Przede wszystkim rozmowy grupy nastolatków, którzy mentalnie nie prześcignęli jeszcze dzieci. Bawią się w pochody, w głupie gierki, które dobitnie świadczą o ich naiwności. W dodatku rozmowy między nimi są puste, momentami uwłaczające samej młodzieży. Ileż można rozmawiać o filmach i muzyce? Naprawdę, wy, będąc nastolatkami, po szkole zasiadaliście przed telewizorem i oglądaliście  różnorodne filmy? Pomijając już to,  byłam po prostu znudzona gadaniną,z której i tak nic nie wynikało.

„Nigdy się nie dowiesz” to powieść, która nie oferuje czytelnikowi niczego ciekawego. W żadnej kwestii nie jest interesująca czy oryginalna, nie pozwala nawet dobrze się bawić. Dlatego nie mam nic więcej do dodania. Po prostu nie polecam.

poniedziałek, 17 września 2018

Amazonia - James Rollins





Dni robią się coraz chłodniejsze, z szaf wyciągamy swetry i powoli przygotowujemy się na nadejście jesieni. Niektórzy z nas nadal widzą ślady wakacyjnej opalenizny, a w sercu rodzi się tęsknota za gorącymi krajami. Dla spragnionych tropikalnych klimatów istnieje książka idealna, która w chłodny wieczór przeniesie do prawdziwie dzikiej, rozgrzanej słońcem i niebezpiecznej dżungli. „Amazonia” Jamesa Rollinsa to powieść wydana w Polsce po raz trzeci i nie ma czemu się dziwić. To jedna z najbardziej klimatycznych książek przygodowych, z jakimi miałam do czynienia.

Carl Rand to znany naukowiec, który decyduje się poprowadzić ekspedycję w głąb amazońskiej dżungli. Okazuje się jednak, że grupa znika bez śladu. Następne kilka lat to akcje poszukiwawcze, które nie przynoszą żadnego skutku. Nie ma żadnych śladów, pozostają tylko niczym niepotwierdzone hipotezy. W końcu dzieje się coś dziwnego. Do wioski założonej przez misjonarzy wkracza mężczyzna – uczestnik ekspedycji, z tym, że jego schorowane wcześniej ręce są w cudowny sposób uzdrowione. Tropem pierwszej grupy naukowej rusza następna, która odkrywa coraz więcej nadprzyrodzonych zdarzeń, a to wszystko może mieć związek z plemieniem Krwawych Jaguarów. Członkowie plemienia są postrachem lasu, mają w sobie coś przerażającego i niemalże boskiego. Prawda o dżungli może okazać się śmiertelnie niebezpieczna.

„Amazonia” to lektura wielce absorbująca i zachwycająca swoim klimatem. Przenosimy się do tropików, wkraczamy do nieprzyjaznej, mrocznej i przerażającej dżungli, gdzie cały czas trzeba się mieć na baczności. Prymitywne plemiona, magiczne rytuały, potęga natury i odczuwalny klimat tego, że duchy są jakieś bliższe, sprawiają, iż świat przedstawiony po prostu fascynuje. Jest tak odmienny od naszego, że nie sposób zostać zaczarowanym poprzez barwne opisy i kreację amazońskiej dżungli. Tutaj każda roślina zdaje się wyrażać gniew wobec obcości, natura wręcz przemawia swoją dzikością i niemożliwością ujarzmienia. Wydaje się sprzyjać pradawnym tajemnicom, chowa to, co powinno zostać nieznane ludziom nierozumiejącym jej praw.

Powieść Jamesa Rollinsa to wyborna przygotówka, która momentami ociera się o powieść sensacyjną. Wkracza tutaj motyw ratowania świata, globalnego zagrożenia, woli przetrwania. Bohaterowie, dążąc do okrycia tajemnicy o amazońskiej dżungli, spotykają na swojej drodze wiele niebezpieczeństw i to różnego rodzaju. Tak naprawdę nie wiadomo, co wydarzy się za moment, czego się spodziewać. Czuć więc napięcie podczas czytania, pewną obawę, że coś może się potoczyć nie tak, jak my chcemy. A to wszystko napisane barwnym językiem, który wprost hipnotyzuje i angażuje emocjonalnie czytelnika. Autor wplata w opowieść pewne legendy dotyczące plemienia Miasta Jaguarów, tak więc sprytnie balansuje na granicy magii i sensacji apokaliptycznej opartej na realnym zagrożeniu. Wątki fantastyczne mieszają się z faktami, z przerażającymi opowieściami szeptanymi wśród drzew, z nadawaniem roślinności wręcz ludzkiego charakteru, z naukowymi elementami dreszczowca. Ta mieszanka utworzyła razem coś niepowtarzalnego, wyjątkowego, klimatycznego.

„Amazonia” to powieść dla każdego czytelnika, który lubi opowieści przygodowe, klimatyczne, dobrze napisane. Nie sposób oderwać się od lektury, a każdy powrót do niej to jak powrót do najciekawszego miejsca na świecie. Siedząc w fotelu, pod kocem, można w chwilę przenieść się do tajemniczej dżungli, która momentami powoduje na skórze ciarki. Świetne literackie przeżycie, polecam serdecznie.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.


niedziela, 16 września 2018

Niebezpieczna znajomość, niebezpieczna miłość




On, zwykły, ułożony chłopak, schludny, zauważa ją – piękną dziewczynę o czarującym uśmiechu. Wymieniają się numerami, piszą smsy, znajdują wspólne tematy. Potem są ze sobą, żyją raczej bezproblemowo, a gdy są jakieś problemy, to jedynie ze szczegółów podnoszonych do rangi tych „prawdziwych kłopotów”. Odrobina dramatyzmu musi być zawsze. I żyją, jak gołąbki, miłość kwitnie. To mam przed oczami, gdy myślę o historii miłosnej. Uczucie zawsze wygrywa, zawsze przebacza, ble, ble, ble… A gdyby tak trochę się otrząsnąć i spotkać z miłością niebezpieczną? Burzliwą, destrukcyjną, namiętną? Taką, która swoją siłą dosłownie niszczy? Czy taka miłość jest w czymś gorsza niż ta subtelna i słodka?

Dziewiętnastoletni Daniel Colton już samym swoim wyglądem nie pozostaje nikomu obojętny. Niezwykle przystojny, a jednocześnie surowy, posiadający kolczyki i tatuaże. Do tego jest chłopakiem niegrzecznym, impulsywnym, ponurym i ciężkim do rozgryzienia. Narkotyki i alkohol nie są mu obce, a jego dom z powodzeniem mógłby się nazwać najlepszym klubem w mieście. Daniel stwarza wokół atmosferę niebezpieczeństwa i to właśnie sprawia, że dziewczyny do niego lgną. Lisanne Maclaine dostrzega jednak coś więcej. Ona, dobrze wychowana, z porządnego domu, zaczyna dostrzegać w Danielu jego uczuciowość i delikatność. Niebawem poznaje jego tajemnice, a ich ciężar jest tak wielki, że może okazać się dla niej zabójczy.

Po przeczytaniu opisu może się Wam w głowie ukształtować pewien schemat. On, niegrzeczny, badboy i ona, niemiała, ułożona, dobra uczennica. Potem ona staje się bardziej spontaniczna i wyrywa się spod skrzydeł rodziców, aby zasmakować szalonego życia. Po drodze para napotyka bardziej wydmuchane, lub nie, problemy. Tak było na przykład w „After”, ale także w wielu innych powieściach NA. Wiedząc jednak, że Wydawnictwo Niezwykłe nigdy nie zaoferuje nam czegoś, co było powielane już setki razy, „Niebezpieczna znajomość, niebezpieczna miłość” nie mogą być powieścią schematyczną. Tak więc opowieść Daniela i Lisanne jest czymś nowym, dotykających naszych uczuć, wrażliwości, naszej duszy. Prawdziwa historia rozpoczyna się bowiem w momencie, gdy na jaw wychodzi tajemnica chłopaka. Lisanne stara się mu pomóc, ale z czasem okazuje się, że w pewnych kwestiach człowiek jest bezradny. I to najbardziej mnie poruszało. Książka jest bardzo emocjonalna, każe na każdym kroku obawiać się o losy bohaterów i kibicować im z całych sił.

Ogromnym plusem powieści jest fakt, że miłość to jedynie początek, zalążek całej historii. Buduje pewne tło, pozostawiając miejsce na rozwinięcie tematów takich jak przyjaźń, zaufanie, tolerancja, krzywda, która boli przez lata. Większość autorów dobrze zaczyna, budując sobie wiele opcji do umiejętnego poprowadzenia fabuły, a i tak kończy na niezbyt poruszającym romansie. Tutaj autorka w pełni wykorzystała potencjał historii i włożyła w nią o wiele więcej, niż robią to inne książki NA.

Powieść ma jeden minus, który jednym przeszkadza bardziej, inni znowu go nie zauważą. Momentami wieje nudą, to znaczy czasem fabuła jest przegadana. Książka jest sporą cegiełką, ale około 100 stron można było wyciąć bez większej utraty na akcji. Z drugiej strony widać w tym pewien zamysł autorki, aby czytelnik mógł lepiej zrozumieć relacje miedzy bohaterami, aby też nie narzekał na to, że wszystko dzieje się zbyt szybko. Dlatego sama nie wiem, czy spowolnienia w akcji postrzegam jako minus, czy też jest to pewna integralna, niezbędna część całej historii. To już kwestia indywidualna dla każdego czytelnika. Trzeba natomiast przyznać, że nawet jeśli momentami coś mi się dłużyło, to styl autorki sprawiał, że ciężko było na dłużej odstawić lekturę. Powieść jest napisana lekko, bardzo płynnie i przystępnie.

Podczas lektury towarzyszyła mi cała gama uczuć, ale takim najsilniejszym była niepewność. Nie wiedziałam, jakie jeszcze tajemnice skrywa Daniel, jaki jest naprawdę, jak potoczą się losy bohaterów, czy wszystko skończy się dobrze. A to świadczy o nieszablonowości historii. Nie wiadomo, co spotka nas na następnej stronie i jest to naprawdę cudowne uczucie, bo po tym można poznać, że jest to książka Niezwykła.

„Niebezpieczną znajomość, niebezpieczną miłość” polecam przede wszystkim fanom NA, którzy uwielbiają zaskakujące, nieoczywiste historie miłosne z mrocznym klimatem. Powieść niejednokrotnie łamie serce, szokuje, czasem powoduje złość i uczucie niezrozumienia. Zapada w pamięć na długi czas.

czwartek, 13 września 2018

Domniemanie niewinności - Whitney G.




Seria „Domniemanie niewinności” Whitney G. była moim początkiem z literaturą erotyczną. I był to naprawdę udany początek, który z kolei spowodował zawód innymi powieściami z gatunku, które już zamiast dobrej historii, oferowały praktycznie same pikantne sceny. Tak więc gdy myślę o erotykach, to mam mieszane uczucia, ale wiem, że Whitney G. mnie ujęła i z tego powodu czuję do jej serii ogromny sentyment. Na „Domniemanie niewinności” składają się trzy książki, z czego pierwsze dwie są wyjątkowo cieniutkie i stanowią pewnego rodzaju wprowadzenie do szerszej historii, opisanej w tomie pod tytułem „Prawo miłości”. Jeżeli nie czytaliście jeszcze żadnej z części serii, to i tak bez obaw możecie przeczytać moją opinię.

Andrew to obrzydliwie bogaty prawnik, który w Nowym Jorku prowadzi najlepszą kancelarię prawniczą. Na co dzień siedzi w swoim biurze, bierze udział w spotkaniach biznesowych, pije kawę litrami, a wieczorami znajduje w portalu randkowym kobiety chętne na niezobowiązujący seks. Andrew ma proste zasady - jedna kobieta, jeden raz, zero rozmów, żadnych powtórek. Jego poukładane zasady niszczy Alyssa, zadziorna dziewczyna, która zaczyna wymieniać z prawnikiem e-maile. Nie szczędzi ostrych docinek i wydaje się być niedostępna. Przedstawia się jako dojrzała, doświadczona prawniczka, niezbyt atrakcyjna i raczej nudna. Andrew czuje do niej coraz większy pociąg, codziennie pisze z nią o rzeczach, z którymi kazał sobie nie rozmawiać z żadną kobietą. Pewnego dnia do jego kancelarii przybywa atrakcyjna, piękna i inteligentna Aubrey, studentka prawa, która... okazuje się być Alyssą. Andrew najbardziej na świecie nienawidzi kłamstwa, ale sam okazuje się nie być bez winy. Jak potoczą się losy tej dwójki, czy będą mogli być ze sobą całkowicie szczerzy?

Seria Whitney G. to przede wszystkim lektura dostarczająca rozrywki, zajmująca nudny wieczór w taki sposób, że odrywamy się o rzeczywistości i przywiązujemy się do bohaterów. Niewielkie rozmiary książek, duża czcionka i bardzo prosty, przystępny styl autorki sprawiają, że powieści czyta się niesamowicie szybko i z zaciekawieniem. Dobrym pomysłem na przykład będzie maraton z trzema tomami, sama planuję jeszcze wrócić do serii w takiej właśnie formie. Ponadto uwierzcie mi, ze jak tylko skończycie jeden tom, to od razu będziecie mieli ochotę sięgnąć po drugi. Fabuła, zwłaszcza przy pierwszej książce, zatrzymuje się w takim momencie, że bez kolejnej części ciężko normalnie funkcjonować. Historia Andrew i Aubrey nie daje spokoju i umysł domaga się skończenia tej opowieści, poznania zakończenia, odkrycia tajemnic z przeszłości. Tak naprawdę ta seria mogłaby być kilkunastotomowym tasiemcem, a podejrzewam, że ja i tak pochłaniałabym powieść za powieścią.

Gdybyście zapytali mnie, która z części podobała mi się najbardziej, to długo bym się nad tym zastanawiała. Po przeczytaniu całej trylogii ciężko mi podzielić historię Andrew i Aubrey na części, patrzę już na nią jako na spójną całość. Wydaje mi się jednak, że najlepiej czytało mi się tom pierwszy, czyli „Oskarżyciela”. Tak, tak, wiem, że to był króciutki wstęp do dalszej akcji, ale niezmiernie podobało mi się poznawanie bohaterów od zera, a także obserwowanie budującej się między nimi relacji. Wyjątkowo ujęła mnie chemia między Andrew a, nazwijmy ją tak jeszcze, Alyssą. Autorzy w erotykach często piszą o przyciąganiu, o namiętności, o lśniących oczach i nieśmiałych uśmiechach, ale rzadko kiedy czytelnik faktycznie odczuwa to przyciąganie. Tutaj zaś emocje wprost buzują, czuć dreszczyk podniecenia, a każde spotkanie bohaterów jest jak napięcie przed burzą. W dodatku na jaw zaczynają wychodzić tajemnice z przeszłości zarówno Alyssy jak i Andrew, co powoduje co jakiś czas ostre spięcia. A to jeszcze bardziej podkręca atmosferę i nadaje uczuciu odrobinę dzikości. Warto jednak zaznaczyć, że seria nie jest mocnym erotykiem. Tutaj autorka stawia na budowanie napięcia seksualnego, na chemii miedzy bohaterami, niż na same sceny łóżkowe. Nie są one w żadnym stopniu perwersyjne, zawstydzające, obrzydzające czy oburzające.  I za to ogromny plus dla autorki!

„Niewinna”, tom drugi, jest już powieścią ukierunkowana na tajemnice prawnika, które powoli zaczynają wychodzić na światło dzienne. Nadal nie wiadomo do końca o co chodzi, ale powoli wprowadzeni zostajemy do tego, co czeka na nas w „Prawie miłości” I tutaj już się dzieje najwięcej. Sprawy zaczynają się komplikować, a ostrzeżenia Andrew o tym, że nie jest potulnym, grzecznym facetem, zaczynają znajdować swoje potwierdzenie. Mamy w tej części również możliwość dogłębnego poznania Aubrey, czujemy jej rozgoryczenie w stosunku do rodziców, jak i Andrew. Także jego postać zyskuje więcej głębi. Poznając jego tajemnice, możemy lepiej zrozumieć to, jakim człowiekiem jest i dlaczego.

„Domniemanie niewinności” to świetna seria dla fanów romansów, erotyków i dramatów, ale także to dobra propozycja dla początkujących w tych gatunkach. Whitney G. udowadnia, że można do tematu podejść ze smakiem, rozważnie, a jednocześnie sama historia dwójki bohaterów może mieć wiele innych składowych niżeli samą miłość. Idealna propozycja dla relaksu, odpoczynku i miłego zajęci na nudny wieczór.