Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

wtorek, 14 maja 2019

"Ogień i kość" Rachel A. Marks


Era wampirów, wilkołaków i upadłych aniołów już za nami. Obecnie literatura młodzieżowa coraz częściej nawiązuje do mitologii i to nie tylko tej greckiej czy rzymskiej, a także mniej znanej jak celtyckiej czy słowiańskiej. W szkołach niewiele się o nich mówi, ale na szczęście pisarze zauważyli, że mogą z nich czerpać garściami. „Ogień i kość” Rachel A. Marks to książka pełna schematów, a jednak dająca czytelnikowi coś nowego i świeżego – nawiązanie do mitologii celtyckiej.

Osiemnastoletnia Sage jest przekonana o tym, że jest najzwyklejszą nastolatką w Los Angeles, która uciekła od matki narkomanki. Pewnego dnia dziewczyna trafia do ukrytego magicznego półświatka, które zmienia jej życie na zawsze. Sage dowiaduje się, ze jest zaginioną córką potężnej celtyckiej bogini ognia. Moce nastolatki zaczynają się uaktywniać i są na tyle mocne, że niekontrolowane mogą stać się zagrożeniem dla całego świata. Sage musi nauczyć się panować nad ogniem, jednocześnie staje się w magicznym świecie pionkiem w krwawą grę o władzę.

Marks umiejscowiła fabułę książki w Mieście Aniołów, które jawi nam się jako miejsce pełne luksusu, elit, gdzie Sage postrzega samą siebie na tle wyższych sfer. To środowisko wydało mi się odrobinę przerysowane, tak jakby miasto z własną duszą zmieniło się w „nastolatkowe wyobrażenia”. Na próżno szukać tutaj wyrazistych opisów miejsc, albo w ogóle opisów pozwalających troszkę popracować wyobraźni. Mamy też świat magiczny, równoległy do naszego, ale niestety i ten nie został dobrze rozbudowany i przedstawiony. Nie chodzi mi od razu o kreację jak od Tolkiena, jednak świat przedstawiony nie był w ogóle przekonywujący i logiczny. Marks podjęła próby zgrabnego przeplatania rzeczywistości z magią i do pewnego momentu wychodziło jej to całkiem dobrze, jednak nadal brakuje jakiejś spójności, zazębienia, tak jakby bogowie pojawili się nagle, ale zamknięci w sowim jedynie towarzystwie. No ale dobrze, nie oczekujmy od młodzieżówki świata budowanego krok po kroku, logicznego i dobrze opisanego.

Kluczowa w „Ogniu i kości” jest fabuła i szybki przebieg akcji. Mitologia celtycka, samo jej zastosowanie, to już duży plus dla książki, bo nawet jeżeli opiera się na sprawdzonych schematach, to jednak już z założenia ma w sobie coś oryginalnego. Autorka przedstawia nam pięć rodów: wody, ducha, ciemności, ziemi i ognia. Każdy zabiega o Sage, która odgrywa kluczową rolę w tym, który z domów zdobędzie władzę. Tutaj już widać schemat – nastolatka dowiaduje się o swoich mocach i waży na losach całego świata, ale został on przedstawiony w świeży sposób. Poznawanie charakterystyki rodów to dla mnie czysta przyjemność i nawet jeżeli autorka nie trzymała się ściśle oryginalnej mitologii, to taka forma jej przybliżenia bardzo przypadła mi do gustu. Na drodze Sage pojawiają się też intrygujące postaci jak Król Ciemności czy Król Kruków, a także stworzenia – selkie, wampiry, alfy. Magiczny świat ma swój przyciągający klimat, ale, właśnie, to o czym wspomniałam wcześniej – gdyby to wszystko dopracować i bardziej przekonać czytelnika do tego miejsca poprzez bardziej obrazowe opisy, byłoby idealnie.

Nie wiem dokładnie, co mi się tak spodobało w książce, ale kartki przewracały się same. Lektura sprawiła mi wiele przyjemności i radości, poczułam się znowu, jakbym miała kilkanaście lat. Podświadomie przymykałam oko na momentami niezgrabne dialogi, na absurdy, jakie z nich wynikały i nierozważne zachowanie Sage i naprawdę cieszyłam się lekturą. „Guilty read”, lekkie fantasy, tak bym nazwała „Ogień i kość”. Polecam, zwłaszcza młodym czytelnikom, którzy oczekują wciągającej przygody i niezobowiązującej lektury.

wtorek, 12 marca 2019

Ósme życie - Nino Haratischwili





Książki dostarczają mi zwykle dobrej rozrywki, wciągają mnie na kilka godzin i są niezłą pożywką dla wyobraźni. A jednak, raz na dłuższy czas, znajduje się perełka, która z zabawą ma mało wspólnego, jest za to lekturą zmieniającą życie. Ósme życie.

Przenosimy się do XX-wiecznej Europy. W Rosji panuje sroga zima. Gruzińskiemu wytwórcy czekolady rodzi się córka, Stazja Jaszi. Tak zaczyna się nasza przygoda z rodem, któremu przyszło zmierzyć się z jednym z najmroczniejszych okresów historii europejskiej. Od pierwszej wojny światowej, przez rewolucję październikową, drugą wojnę światową, aż do początku XX wieku. Przez Gruzję, Anglię i Francję, kończąc na Rosji. Przez niektórych nazywane „najkrwawszym stuleciem” czasy, to próba dla rodziny Jaszi, której losy nie pozostają czytelnikowi obojętne.

 „Ósme życie” Nino Haratischwili to powieść niezwykle barwna, głęboka i świetnie skonstruowana. Ujmuje nie tylko historią, ale także przepięknym, obrazowym warsztatem pisarskim, który tak naprawdę decyduje o tym, że tak ciężko porzucić lekturę choćby na chwilę. Pozwala delektować się czytaniem, daje satysfakcję wymagającemu czytelnikowi i utwierdza w przekonaniu, że warto się wgryzać w historię Jaszi. To nie jest wielce optymistyczna, lekka powieść, serwuje za to całą gamę emocji. Często przez smutek wędrujemy w stronę nadziei, zaraz ją tracimy, by po chwili zostać z lekkim uśmiechem na ustach.

O losach swoich przodków opowiada Stazja i swoje słowa kieruje do siostrzenicy. Losy osób, które zostają przedstawione są bardzo zawiłe, smutne, ale dające wiele do myślenia. Widzimy całą gamę postaci i ich wątpliwości, myśli, dążenie do spełniania marzeń w środowisku, które zupełnie temu nie sprzyja. Widzimy historie miłosne i te o prawdziwej przyjaźni, o strachu, iskrze nadziei i poświęceniu. Podczas lektury zaczęłam się zastanawiać, że mało kto z nas zna tak dobrze losy swoich przodków jak narratorka „Ósmego życia”. Ba, często nie wiemy kompletnie nic. Zaczęłam myśleć o tym, z czym zmagali się moi pradziadkowie, prapradziadkowie i tak dalej i dalej... Jakże piękne by to było, gdybym poznała ich historie, starała się rozumieć to, jak postępowali i co czuli w trudniejszych czasach. Powieść Haratischwili pokazuje, że opowieściami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie możemy dać swoim przodkom nieśmiertelność – ósme życie.

Na pewno długo nie zapomnę tej lektury. Od momentu jej skończenia ciężko było mi zebrać myśli i napisać cokolwiek na ten temat, bo „Ósme życie” jest po prostu dziełem. To cudowna, wciągającą i zachwycająca saga rodzinna, która traktuje o wartościach dla człowieka najważniejszych. Zdecydowanie warto przeczytać.

Książki dostarcza:



piątek, 15 lutego 2019

Bieguni - Olga Tokarczuk



Czasami mam takie uczucie, że nie mam na Ziemi konkretnego miejsca. Stosy książek zagracają pokój w rodzinnym mieście, skrzynki materiałów na studia spoczywają na stancji, serce ucieka do wsi nad jeziorami, a odpoczynek od zgiełku odnajduję w starszym domu pośrodku pól. Lubię spontaniczność. Nie trzymam się sztywno planów, wolę działać pod wpływem emocji, czerpać radość z wolności. I jeżeli chociaż w jakimś stopniu Ty też masz takie uczucie, to znaczy, że blisko Ci do bycia Biegunem.

Bieguni to ludzie drogi, którzy nie zapuszczają korzeni w jednym miejscu. Nie przywiązują się do rzeczy, kupują książki w miękkiej oprawie, aby móc zostawić je na ławce dla następnego posiadacza. Nie wybierają szybkich transportów, wolą bez celu podróżować pociągiem, w którym życie tętni na swój sposób. W torbie trzymają kilka niezbędnych rzeczy, zawsze gotowi, by znajdować nowe miejsca. Muszą być w ruchu, bo jedynie to, co się zmienia, jest wieczne. W taki też sposób można uciec złu. Narratorka "Biegunów" (a przynajmniej ich części) jest taką właśnie osobą. Na ile jest to faktyczna autobiografia Olgi Tokarczuk, na ile fikcja literacka - tego możemy się tylko domyślać. Jest to postać niezwykle złożona, mądra i sięgająca tego, nad czym ja praktycznie nigdy się nie zastanawiam. Lubi wynajdywać w świecie i naturze to, co zniszczone, co jest pewnego rodzaju skazą na Bożym stworzeniu. Dlatego tak ciągnie ją na wystawy zdeformowanych płodów i ciał, dlatego też postrzega świat w sposób, do którego trzeba przywyknąć.

Ważna przy lekturze "Biegunów" jest to, aby nie próbować przeczytać ich szybko, nie sięgać po nich tak, jak zazwyczaj po książki. Oni powinni być dodatkiem do aktualnie czytanej lektury, najlepiej sięgać po nich raz ja jakiś czas, w małych fragmentach, nawet kosztem wielotygodniowego czytania. Myślę, ze wtedy można najwięcej skorzystać na twórczości Tokarczuk. Książka nie ma bowiem konkretnej fabuły, ciężko tu nawet o ciąg przyczynowo-skutkowy. To swego rodzaju chaotyczność, zahaczanie o pewne tematy, które mniej lub bardziej nam się spodobają. To momentami studium psychologiczne, momentami luźne refleksje, rozbite opowieści, fragmenty, urywki myśli... Które czyta się mimo wszystko lekko i z dość dużą przystępnością. Nie jest to lektura, która wymęczy nas i zdenerwuje brakiem zrozumienia, zdecydowanie nie. A jednak, gdyby tak czytać ją bez przerwy przez kilka godzin, można poczuć "zużycie materiału" i uwagi, z którą trzeba tę lekturę przerobić.

Wystarczy już przeczytać pierwszą stronę "Biegunów", aby poznać się na stylu autorki i poczuć motylki w brzuchu. To literackie arcydzieło, napisane ze smakiem, wyważeniem i z poczuciem tego, że pisanie to pewnego rodzaju sztuka. Pozostająca cały czas przystępna dla czytelnika. Dla samego tego doświadczenia warto podczytywać "Biegunów", nawet jeden krótki rozdział dziennie, jako oderwanie od pracy i nauki sprawdzi się idealnie, jako odpoczynek, a nie kolejny wysiłek, kolejne "dzieło podniesione do potęgi". Nie warto nawet podchodzić do tej książki z przeświadczeniem, ze to coś wielce ambitnego, ciężkiego, wymagającego dużej uwagi, bo wtedy można z założenia się zniechęcić. I chociaż "Bieguni" zasłużyli na Narodę Bookera, to nie są oni skierowani dla "literackich snobów", a dla każdego potencjalnego odbiorcy, który tylko postara się spojrzeć na świat tak, jak pokazuje go narratorka. A satysfakcja z przeczytanej książki jest gwarantowana.

Książki dostarcza:


Kazanie ognia - Jamie Quatro



Są takie książki, które możemy ocenić jako dobre pod względem fabularnym lub warsztatowym. Są takie, które wywołają w nas określone emocje. Są też takie, w których polubimy główne postaci, albo je znienawidzimy. I, czasami, są też takie, które mieszkają w głowie i ciężko cokolwiek o nich postanowić. Poruszające w naszej duszy coś, co unikatowe i mamy wrażenie, że żaden inny czytelnik nie przeżyje dokładnie tego samego. To książki, które określam jednym słowem - "moje".

"Kazanie ognia" Jamie Quatro to zdecydowanie "moja" książka, chociaż sama nie wiem, czy dobrze ją zrozumiałam i czy mi się podoba. A jednak fakt, że zaznaczyłam wiele fragmentów, zużyłam pół pliku karteczek indeksujących i byłam skłaniana do przemyśleń, świadczy o tym, że było warto.

Powieść ukazuje nam życie Maggie Ellmann, żony i matki, która... zdradza. Zdradza Thomasa, który jest mężem dobrym, troskliwym i wiernym. A jednak Maggie czuje się w tym  związku samotna, a jej serce bije szybciej na myśl o Jamesie, żonatym pisarzu. Ich romans zaczął się od rozmów na temat twórczości i... Boga. Maggie do tej pory była wzorową chrześcijanką, a teraz jej pożądanie stoi w opozycji do wiary. Czuje się winna swoich uczynków, oczekuje kary i potępienia, ale nie może się wyprzeć swoich pragnień i nie potrafi zrezygnować z romansu z Jamesem. Czy Bóg jest tak okrutny, aby zabraniać tego, czego chce ludzkie serce?

Powieść Quatro nie spodoba się każdemu i nie jest lekturą, która ma szansę odnieść komercyjny sukces. A jednak, przeczytana przez odpowiedniego czytelnika i doceniona, może stać się jedną z najbardziej wartościowych lektur w życiu. Warto wiedzieć, że "Kazanie ognia" to powieść o kobiecym pożądaniu, namiętności i wierze. O dylemacie moralnym, o poszukiwaniu odpowiedzi na to, co zrobić z pragnieniami serca, chcąc być posłusznym Bożemu Słowu. I tutaj wiele też zależy od tego, jak na te tematy patrzy sam czytelnik. Według tego można oceniać bohaterkę, utożsamić się z nią, zgadzać się z jej pojmowaniem Boga lub nie i, mam wrażenie, ostateczna puenta również od tego zależy. Być może coś źle zrozumiałam, ale pod koniec książki w pewnym momencie Maggie sama sobie przeczy, wobec czego główną myśl po lekturze dobrałam tak, aby była zgodna z moją wiarą i z tym, jakiego ja znam Boga. A samo doświadczenie rozerwanej pomiędzy pożądaniem a wiarą kobiety, dało mi szersze spojrzenie na samą kobiecość. Na to, czego pragnie nasze ciało i serce, oraz tego, przed jakimi dylematami część z nas staje lub może stanąć. Rozważałam też sprawy, które rozważała sama Maggie, o których w Kościele się nie wspomina, a są kluczowe dla kogoś, kto zastanawia się chociażby nad istnieniem kogoś ponad nami.

Wydaje mi się, że powinny po nią sięgnąć nie tylko kobiety, ale i mężczyźni, a przede wszystkim osoby, które chociaż raz na jakiś czas potrafią zagapić się w gwiazdy i wzdychać do Boga lub innego Absolutu nie mając nawet pewności, czy istnieje. "Kazanie ognia" jest też dla osób wierzących, lub takich, które zastanawiają się nad dysonansem pomiędzy duchowością a cielesnością. Takich, które nie rozumieją, dlaczego Bóg uważa seks małżeński za najbardziej korzystny dla człowieka. I ostatecznie dla tych, które chcą znać cel małżeństwa, które być może go nie dostrzegają lub czują, że jest ono niewystarczające dla cielesnych pragnień. Mam nadzieję, że "Kazanie ognia" skłoni Was do refleksji, tak, jak mnie.

Gdzie śpiewają diabły?




Dwójka rodzeństwa - Ewa i Piotr, tak różna, a tak ważna dla siebie nawzajem. Ona to marzycielka, która często odpływa myślami w świat wyobrażeń. On twardo stąpa po ziemi i nie wierzy w nic, co nie byłoby poparte racjonalnością. Pewnego dnia Ewa znika bez śladu. Piotr nie przestaje o niej myśleć i wydaje się, że nigdy tak naprawdę nie będzie mu dane dowiedzieć się, co stało się z jego siostrą. Aż w końcu, dziewięć lat później, coś się zmienia. Nowy trop wiedzie Piotr do Azylu, mrocznego miasteczka, w którym mieszkańcy nadal pamiętają o starych legendach i wierzą, że sam diabeł tu zagląda. O Ewie nikt nic nie mówi, ale wyraźnie widać, że niektórzy mają wiele przerażających rzeczy do opowiedzenia...

"Gdzie śpiewają diabły" to zaskakująca powieść Magdaleny Kubasiewicz, mroczna i przerażająca. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że lektura wywoła u mnie strach tak duży, że będę się bała czytać w nocy. A jednak - starałam się czytać w ciągu dnia, gdzie mogłam w każdym momencie uświadomić sobie, że jednak nie jestem w Azylu. Że nie czyhają na mnie strachy z miejscowych legend. Historia jednocześnie powoduje ciarki i hipnotyzuje poprzez klimat. Gęsty, mroczny, dotykający do szpiku kości, tak baśniowy i w tym samym momencie realny.

Wraz z Piotrem przenosimy się bowiem do małej, ubogiej społeczności, która wydaje się być umieszczona na skraju świata. Nadal wierząca w legendy i baśnie, gdzie mieszkańcy rzucają przeszywające spojrzenia, surowa natura owiewa chłodem, a szum liści wydaje się szeptać niezrozumiałe słowa. Wydaje się, że wszyscy wokół są tutaj od zawsze, zakorzenieni w Azylu jak stare drzewa, które nie mogą się z tej ziemi wyrwać. W powietrzu unosi się zapach pyłu, mgła i czuć namacalnie, że panuje tutaj pewna zmowa milczenia. A legenda o Diable i jego czarownicy wydaje się realna nie mniej niż to, że faktycznie istniejemy.

Autorka podsyca klimat baśniowości, strachu i tajemnicy tym, że stopniowo wprowadza czytelnika do świata Azylu i stopniowo ujawnia pewne elementy, które dopiero pod koniec układają się w spójną całość. Niemalże cały czas jesteśmy w niepewności i nie wiemy, na ile można wierzyć legendom i wyobrażeniom, a na ile zdrowemu rozsądkowi. Mamy tutaj bowiem pewien rodzaj oniryzmu, który zostaje opakowany w realizm, doprawiony strachem i hipnotyzującym klimatem. Tyle wystarczy, żeby tak zaabsorbować czytelnika, że ciężko oderwać się do lektury, a chęć odkrycia wszystkich tajemnic jest ważniejsza niż to, iż mamy obecnie jakieś obowiązki do wykonania. Dlatego trzeba uważać na "Gdzie śpiewają diabły", bo można nieświadomie przesiedzieć cały dzień nad lekturą, a, nie daj Boże, noc. W nocy klimat czuć zdecydowanie intensywniej i zaraz ma się wrażenie, że spod łóżka wyłoni się jaki diabeł.

"Gdzie śpiewają diabły" to nowość, która mnie zachwyciła. Momentami malownicza, baśniowa, nierealna, a tak bardzo solidna i przejmująca, że ma się wrażenie bycia w Azylu wraz z Piotrem. To również lekki horror opowiadający o sile miłości romantycznej i tej rodzinnej, o poświęceniu, odkupieniu i przebaczeniu. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza na chłodne dni sprzyjające sile magii i mroku.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Jak to jest żyć wiecznie?



Czy gdybyś mógł żyć wiecznie, chciałbyś?

Medycyna i technologia tak idą do przodu, że być może kiedyś pozwolą nam żyć wiecznie. Skoro na ten moment potrafimy dokonywać zmian w kodzie genetycznym, wykorzystywać mikroroboty do naprawy ciała, stworzyć człowieka w warunkach in vivo, to czy zapewnienie wieczności rasy ludzkiej jest tylko kwestią czasu? Zahamowanie starzenie, przeciwdziałanie zawałom i osłabieniu układów organizmu? Prawdopodobnie nasze pokolenie tego nie dożyje, ale teoretycznie, gdybyś urodził się kilkaset lat później i mógł być nieśmiertelny – chciałbyś? Praktycznie każdy chce żyć, żyć długo, być może bez końca. Jednak czy nie lepiej przeżyć swoje życie raz, od początku do końca, ale dobrze?

W świecie przyszłości, nieśmiertelność jest osiągalna, ale tylko dla wybranych osób, które spełniają konkretne wymagania. Lea ma sto lat i jest doskonała pod względem genetycznym. Wraz ze swoim narzeczonym Toddym wygrali możliwość życia wiecznie. I wszystko byłoby idealne, gdyby nie to, ze pewnego dnia Lea spotyka swojego ojca, którego nie widziała od dwunastego roku życia. Wtedy po raz pierwszy staje twarzą twarz ze śmiercią i to pociąga za sobą lawinę niebezpieczeństw. Odkrywa bowiem „Klub samobójców”, tajną organizację, którą rząd chce za wszelką cenę wytępić. Kim są tak naprawdę? Czy Lea zrezygnuje ze swojego cudownego, nigdy niekończącego się życia?

Tak naprawdę „Klub samobójców” Rachel Hang opowiada historię z dwóch punktów widzenia. Pierwsza narratorka to Lea, która z początku postrzega swoje życie i ogólne funkcjonowanie państwa jako perfekcyjne. Dobrze się w nim czuje i w pełni się w niego wpasowuje do momentu, gdy odkrywa tajną organizację. Stopniowo zaczyna zauważać, że nic nie jest takie, jak jej się wydawało. Że nieśmiertelność wcale nie jest tak cudowna. Drugą narratorką jest Anja, która ma ciężko w życiu. Mieszka wraz z matką, która umysłowo jest już niepełnosprawna, ciało zaś podtrzymywane jest przez sztuczne serce. Te dwie bohaterki tworzą pewien kontrast, który ostatecznie prowadzi do niezgody na to, jak wygląda ten świat. Są też pewną wymówką do refleksji nad życiem, śmiercią i chęcią istnienia na zawsze.

Tematy, które porusza autorka, są dość delikatne i niejednoznacznie, ale książka sama w sobie kontrowersyjna nie jest. Nie na tym bowiem polega jej istota, aby wdawać się w dyskusje na temat poglądów i moralności, ale pozostawia czytelnika z poczuciem, że powinien korzystać ze swojego życia do końca. Że życie jest jedno i może się skończyć niespodziewanie, w każdej chwili. A najważniejsze jest to, aby przejść przez każdy jego etap, z dobrymi doświadczeniami i tymi złymi, ale z poczuciem, że jest się szczęśliwym.

Pod względem warsztatowym, nie można wiele zarzucić autorce, ale dopatrzyłam się drobnych niedociągnięć, które sprawiły, że książki nie można nazwać jako bardzo dobrej. Przede wszystkim pani Hang nie do końca wykorzystała potencjał swoich postaci, zwłaszcza tych pierwszoplanowych. Ustanowiła Leę i Anję w takich okolicznościach, że aż proszą się o lepsze rozbudowanie ich charakterów i psychiki. Za to wydały się być płaskie, jednowymiarowe. Ponadto miałam wrażenie, że pewne wątki powinny zostać brutalniej opisane. Tak, jest to literatura dla młodzieży, ale sama akcja i pomysł na fabułę wymagają momentami dosadności i szczypty brutalności. Choćby po to, aby zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i faktycznie przeżywać wszystko wraz z bohaterami. Tego właśnie nie mogłam do końca odczuć – przywiązania, zżycia się z postaciami, przejęcia się tym światem oraz akcją.

Jeżeliby patrzeć na „Klub samobójców” jako „tą mądrzejszą” literaturę dla młodzieży, to ta książka ma wszystko, czego może spodziewać się młodszy czytelnik. Lekki styl, wciągająca akcja, ciekawa fabuła, oryginalny pomysł i przeciętny warsztat pisarski. W dodatku solidna dawka refleksji i zahaczenia o poważne tematy, które zainteresują również dorosłego czytelnika. Jest to więc lektura uniwersalna pod względem wieku odbiorcy, ale, jak już wspomniałam, dorosły czytelnik częściej może odczuć pewne niedociągnięcia.

„Klub samobójców” to przyzwoita, wciągająca nowość na polskim rynku wydawniczym, która coś w czytelniku zmieni, każe się na chwilę zatrzymać i przeanalizować to, co czyta. Nie jest to lektura idealna i pozbawiona wad, jednak zdecydowanie warto się z nią zapoznać.