Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 25 kwietnia 2018

Srebrny łabędź - Amo Jones






Czasami sami nie wiemy kim jesteśmy.

„Srebrny łabędź” Amo Jones od początku przyciągał mnie tym, że po opisie ciężko było określić, z czym można mieć do czynienia sięgając po tę lekturę. Thriller, romans, erotyk czy paranormal? Wszystkiego po trochu, a w efekcie to niesamowicie hipnotyzująca, tajemnicza opowieść, która trafiła do grona moich ulubionych.

Madison Montgomery trafia do nowej szkoły, ale zamiast przyjaznych uścisków ręki spotyka się z pełnymi pogardy lub wstrętu spojrzeniami. Jej matka dopuściła się zabójstwa, a następnie samobójstwa. Bronią Madison. Dziewczyna twardo stąpa po ziemi i ze stoickim spokojem przystosowuje się do nowych okoliczności życiowych. Nie przejmuje się nienawiścią innych, a nawet udaje jej się znaleźć oddaną, zwariowaną przyjaciółkę, również szkolnego wyrzutka. W dodatku zostaje zauważona przez grupę niebezpiecznych chłopaków, według plotek należących do Elite Kings Club. Niedługo potem Madison dostaje wiadomości z groźbami i pogróżkami, z jednej strony czuje od członków klubu śmiertelne zagrożenie, z drugiej zaś strony wydają się grać z nią w kotka i myszkę. Powinni ją zabić, ale nie chcą. Kim są członkowie Królewskiej Elity? Jaką rolę w tym wszystkim ogrywa Madison?

Sataniści, wampiry, nieumarli,  kosmici, zboczeńcy, przemytnicy, psychicznie chorzy, zwyrodnialcy, okultyści? Kim są członkowie Kings Elite Club? To pytanie uwierało mnie przez niemalże całą lekturę. Przeanalizowałam każdą z możliwości i nadal nie mogłam być pewna, w którą stronę chce podążyć autorka. Wszystko opiera się na tym jednym zasadniczym pytaniu, ponieważ nie jesteśmy w stanie zrozumieć dziwnych i mrożących krew w żyłach zachowań chłopaków. Stosują dziwną symbolikę, spotykają się potajemnie, biegają po lesie w czarnych płaszczach, prawdopodobnie odpowiadają za śmierć pewnej dziewczyny i w dodatku sypią tekstami typu „ładny masz kręgosłup, dobrze by się go łamało”. No SZOK. Grają z Madison w jakąś grę, a ustanowili tylko jedną zasadę – grasz albo giniesz. Ale na czym ona polega, co jest elementem wyreżyserowanym, a co dzieje się naprawdę? Tego póki co nie da się rozróżnić.

Wiecie co jest piękne w tej opowieści? To, że Amo Jones odkrywa na koniec książki tylko ułameczek tajemnicy, dosłownie mały skrawek, a my i tak tego nie ogarniamy. Zwykle właśnie to denerwuje mnie w książkach, takie trzymanie czytelnika w napięciu i oczekiwaniu na kolejny tom, bo w pierwszym zostały postawione pytania, zero odpowiedzi. Ale „Srebrny łabędź” to wyjątkowy przypadek. Tutaj albo zachwycimy się klimatem i nadal nierozwiązaną tajemnicą, albo nie znajdziemy w tej książce nic interesującego. Co mam na myśli? Cała opowieść opiera się na tym, że nie wiemy o co chodzi, a uporczywie chcemy się tego dowiedzieć, zagłębiamy się w kolejne tajemnice, oplatamy się nimi jak gęstą siecią i chcemy krok po kroku dojść do jej początku. Jeżeli ktoś uzna te poszukiwania prawdy za niewystarczający argument do tego, aby pokochać tę serię, to będzie zawiedziony. Wszystko zostało podporządkowane klimatowi tajemnicy, mroku, niepewności i niewiedzy. Nie mamy tutaj fabuły, która ociera się o różne wątki i różnorodną tematykę, nie mamy opisów skłaniających do refleksji, nawet bohaterowie są wykreowani specjalnie pod klimat tajemnic. Wszystko po to, aby intrygować do granic możliwości. Z czystym sumieniem stwierdzam, że żadna do tej pory przeczytana przeze mnie książka nie wzbudziła we mnie takiej potrzeby rozwiązywania tajemnic jak „Srebrny łabędź”.

Wspomniałam, że kreacja bohaterów podporządkowana jest temu szalonemu, mrocznemu klimatowi. Akcję śledzimy z punktu widzenia Madison, która zostaje wrzucona w wir wydarzeń  i jest zdezorientowana w takim samym stopniu jak czytelnik.  Jeśli ona czegoś nie wie, my również. Nie wie, czego chcą od niej członkowie elity, co zrobią za moment, czy ją skrzywdzą czy nastraszą.  Wraz z bohaterką próbujemy ich rozgryźć, przewidzieć następne kroki i odkryć ich motywacje. W dodatku Madison natrafia w szkolnej bibliotece na list samobójczyni, która opisuje początki organizacji, której owocem może być Elite Kings Club. Z zapartym tchem czytamy co jakiś czas, wraz z bohaterką, fragmenty tekstu i próbujemy poskładać wszystko w głowie, ciekawość osiąga poziom maksymalny. Kartki przewracają się jedna po drugiej. A my nadal nie rozumiemy dlaczego chłopaki robią to lub tamto, dlaczego jeden z nich pozwala sobie na głębsze uczucia w stosunku do Madison, jakie mogą być tego konsekwencje i czy oni w ogóle są ludźmi dobrymi. Bo mogą udawać złych i mrocznych, a w rzeczywistości chcieć dobra Madison, ale... Sama nie wiem. W sumie to niewiele wiem po lekturze. Może z wyjątkiem tego, że mi się bardzo podobało.

Madison to postać, która da się lubić. Jest silna, zaradna, często częstuje innych widokiem środkowego palca, czasem reaguje agresywnie. A jednak... Ulega urokowi Bishopa, przywódcy Elite Kings Club. Mądra dziewczyna juz dawno uciekłaby od tego towarzystwa, albo chociaż zgłosiła policji groźby i psychiczne znęcanie się. Tymczasem Madison po stresujących sytuacjach idzie spać, a następnego dnia lekceważy to, jak ogromny czuła strach będąc na przykład zastraszana w lesie przez kilku zakapturzonych mężczyzn. Tak więc postać głównej bohaterki jest niespójna, momentami przeczy samej sobie, ale koniec końców nie denerwuje czytelnika swoją głupotą czy naiwnością. Madison stanowiła dobre towarzystwo przy poznawaniu tej historii.

Jeżeli chodzi o postacie męskie, to są odrażające, co do jednej. Nawet jeśli Bishop zaczął pod koniec przejawiać jakieś symptomy opiekuńczości i troski, to jednak nadal był zimnym chamem. Ja rozumiem, że kobiety lubią niebezpiecznych mężczyzn, ale żeby aż tak? Że facet robi dziewczynie krzywdę, prawie ją gwałci, grozi, wyzywa, mówi o tym, jak jest w****iająca (dosłownie takie słowa padały z jego ust), przyprawia o kilka siniaków, a ona jest w stanie się w nim zakochać? Nienawidzę, gdy mężczyźni są tacy, a jeszcze bardziej nienawidzę tego, że kobiety sobie na to pozwalają. A Madison, jak juz wspomniałam, nie jest głupia. Ją po prostu ciągnie do niebezpieczeństwa i wpadania w tarapaty, być może też ma na to wpływ jej przeszłość i czyny matki.

Pewnej rzeczy obawiałam się najbardziej – seksu. No dobrze, może nie samego stosunku, ale jego ilości i sposobu przedstawienia. Niektórzy klasyfikują „Srebrnego łabędzia” jako dark erotic, a już na samym początku zaczynało się niczym dobry thiller i miałam nadzieję, że autorka nie przemieli wszystkiego na ostry erotyk. Na szczęście tak się nie stało. A przysięgam, byłam prawie pewna, że Elite Kings Club to będzie grupa zboczeńców, że każdy po kolei będzie gwałcił i znęcał się seksualnie nad główną bohaterką. No dobrze, prawie doszło do gwałtu, czasem padały niepokojące aluzje z ust chłopaków, ale koniec końców nie było źle. Gdyby pominąć te kwestie, pozostaje nam raptem kilka scen seksu i to w obrębie jednej pary, całe szczęście. Opisy nie są ostre ani gorszące, przynajmniej w moim odczuciu. Bishop czasem zachowywał się jak ostatni cham, ale o dziwo w łóżku nie traktował swojej partnerki jak śmiecia. Nie miałam uczucia, że kobieta jest tylko i wyłącznie łatwym kąskiem, przedmiotem do zaliczenia, niewolnicą. Więc z ogromną ulgą stwierdzam – książka dla dorosłych, ale nieprzepełniona erotyzmem, jedynie doprawiona odrobiną pikanterii. Tu chodzi głównie o klimat tajemniczości, mroku, zmysłowości i momentami szaleństwa. To on czyni całą robotę.

„Srebrny łabędź” to książka, o której nie da się dużo opowiedzieć, a już na pewno ciężko ją zaspoilerować. Jej fabuła wierci czytelnikowi dziurę w brzuchu, a raczej w głowie, dogryza, drażni i  prowokuje do tego, aby chcieć więcej historii Madison i chłopaków z Elite Kings Club. Ciekawość zdeterminowała wszystkie inne emocje i to ona jest głównym elementem napędzającym nas na lekturę. Dlatego nie mogę się doczekać drugiego tomu, po prostu tęsknię za tym mrokiem, niepokojem, ciarkami na plecach i szczyptą szaleństwa. Historia po prostu hipnotyzuje. I nawet jeśli całe rozwiązanie zagadki nie będzie wielkim „bum” i nie sprawi, że będzie wielce wymyślne i szokujące, to stwierdzę, ze warto. Dla tych emocji i dla tej drogi ku rozwiązaniu. Powieść Amo Jones nie jest idealna, ale ogromnie wyróżnia się z tłumu przeciętnych, spokojnych historii. Po prostu muszę czytać o losach Medison dalej.

wtorek, 24 kwietnia 2018

To co złe jest najbardziej pożądane, czyli o "Woła mnie ciemność"



"Woła mnie ciemność, choć w mojej duszy wstaje nowy dzień"

Sięgając po „Woła mnie ciemność” Agaty Suchockiej wiedziałam, że będzie to lektura kontrowersyjna. Wydawnictwo Initium celowo umieściło na tyle okładki napis „zawiera treści nieodpowiednie dla niepełnoletnich oraz takie, które mogą urazić dorosłych”. I tak właśnie podeszłam do lektury – z niepewnością i dystansem. Co z tego wynikło?

Armagnac Jardineux to niezwykle bogaty mężczyzna, który w poszukiwaniu dobrej zabawy i solidnego wykształcenia wyrusza w podróż  z rodzinnej Luizjany do Europy. Niedługo później wojna secesyjna pochłania cały jego majątek. Bankrutowi pozostaje jedynie zbieranie symbolicznych kwot w zamian za grę na fortepianie. Wówczas poznaje skrzypka Lothara oraz jego mecenasa – lorda Huntingtona. Z biedy i poniżenia, zespół ląduje na salonach, w towarzystwie najzamożniejszych i najbardziej wpływowych ludzi. Mężczyźni pławią się w luksusie, wybornych daniach, zdobywają poważanie i przykuwają uwagę pięknych kobiet. Dobra passa jednak zaczyna przygasać wraz z chwilą, w której Armagnac zagłębia się w historię swojej babki, Blanche Avoy, której losy związane były z lordem Huntingtonem. Jak to możliwe, że lord Huntington... nadal żyje? Jakie mroczne tajemnice skrywa? Okazuje się, że smak luksusu i sławy może mieć ogromną cenę...

„Woła mnie ciemność” na nowo wykorzystuje znany wszystkim, chociażby z lektur szkolnych, motyw upadku moralnego. Z początku niewinny, zwykły chłopak, pod wpływem innych osób i życiowych wyborów oraz zwykłego przypadku, zaczyna zatracać wpojone niegdyś ideały. Jego historia przypomina tą o oddaniu swojej duszy diabłu, w zamian za materialne korzyści. Armagnac i Lothar stają bowiem w beznadziejnym miejscu w swoim życiu, aby zaraz oddać się pod opiekę lordowi, który w zamian zapewnia im pieniądze, luksusy i zapotrzebowanie każdej innej potrzeby cielesnej. Muzyka, która wydobywała się z ich instrumentów, wydawała się hipnotyzować słuchaczy, często wbijała w ziemię każdego z nich, wzruszała do łez, wwiercała się w ich umysły. W całym tym przepychu i powodzeniu muzykantów czuć ingerencję czegoś złego, nieuchronnie nadciągającego upadku. W tym przypadku upadku moralnego.

Ponoć to, co zakazane i niebezpieczne jest najbardziej pożądane. Widać to nie tylko u bohaterów powieści, ale również u czytelnika. Historia ma niesamowicie mroczny, gotycki klimat i powoli zaczynają wdzierać się owe niepokojące dla niektórych elementy. Takie, które są powszechnie nieakceptowane. Miłość homoseksualna, ale nie tylko, ostre sceny seksu, najdziwniejsze mroczne pomysły, cała gama erotycznych upodobań i fetyszy. To wszystko jest elementem zmian, jakie zachodzą w umyśle i życiu Armagnac’a, ale autorka łapie czytelnika na tym, że on czuje tę zmysłowość i elementy oburzające, a i tak... Może się to spodobać. Podczas lektury czułam się zawstydzona, obrzydzona i zbulwersowana, to trzeba przyznać. Byłam jak mała dziewczynka, która pod kołdrą czyta zakazane książki wykradzione z biblioteczki rodziców. I czułam szok, niezgodność z moją moralnością, ale nadal czytałam i nie mogłam się oderwać. Klimat powieści wprost hipnotyzuje, podobnie jak muzyka Armagnaca i Lothara.

Szczerze przyznam, że uwielbiam, gdy książka dostarcza mi dużo emocji. Czy to zachwyt, czy też szok i niezrozumienie... To wszystko pozostawia w czytelniku duży ślad. „Woła mnie ciemność” to książka, która całkowicie przeciwstawia się temu, co ja uważam za sztandar morałów w moim życiu.  I to właśnie skłania do refleksji - że można być zupełnie innym człowiekiem, żyć według innych zasad. Dla mnie to jest niesamowity upadek moralny, bagno, które zaciąga człowieka na samo dno. A wiem jednocześnie, że wielu czytelników nie poczuje się tak dotkniętych. Ta książka to idealny przykład tego, jak różnorodni mogą być odbiorcy i jak mogą potraktować fabułę. Jedni bez reszty zostaną oczarowani tym niebezpiecznym, zmysłowym klimatem, inni odrzucą lekturę z obrzydzeniem, a jeszcze inni, jak ja, przeczytają z uwagą, mieszaniną fascynacji i niezrozumienia, ale potraktują lekturę jako przykład historii tragicznej.  

Agata Suchocka napisała w komentarzu pod moim zdjęciem na instagramie, że „wystarczy odwiesić moralność na kołek i rozkoszować się historią. Tak to już jest z fikcją literacką: nie trzeba jej przepuszczać przez pryzmat moralności”. I tak właśnie powinniśmy robić, ale nie ukrywajmy – jest to niesamowicie trudne. „Woła mnie ciemność” to lektura, która ma być kontrowersyjna, która ma nam dokopać nieakceptowanymi społecznie elementami i sprawdzić, jak to przyjmiemy. To doświadczenie literackie do zapamiętania na długi czas. Historia szokuje i przez to przyciąga, ponadto zagnieżdża się gdzieś z tyłu głowy i chociażby z tego powodu warto po nią sięgnąć. Sprawdzić siebie. Sprawdzić, czy to co złe i nas może pociągnąć za sobą, czy ten mrok i niepokojący klimat pobudzą naszą wyobraźnię i pozwolą na chwilę oderwać się od tego, co przyzwoite.

Jednego autorce z pewnością nie można odmówić - niesamowicie umiejętnego i nietypowego zarazem stylu. Ma w sobie coś z magii, urzeka i potrafi opisać proste rzeczy w sposób ocierający się momentami o poetyzm i nadzwyczajność. W pewnym stopniu przypomina Oscara Wilde'a, przedstawiając zarazem historię opartą na podobnych klasycznych motywach. Z początku ten właśnie nietypowy styl może utrudniać wciągnięcie się w historię, ale po kilkudziesięciu stronach łatwo można przywyknąć i zakochać się w stylu i klimacie budowanym na czarujących opisach. 

Zdaję sobie sprawę, że większość z tej recenzji to moja próba uporządkowania odczuć po lekturze. Ale zrozumcie proszę – ciężko cokolwiek napisać po czymś, co totalnie porusza, szokuje, denerwuje a jednocześnie fascynuje i pociąga. To mieszanina tak skrajnych odczuć, że sama nie wiem jaki obrać do nich stosunek. „Woła mnie ciemność” to huragan, który burzy śliczny porządek w naszej rzeczywistości. Mroczny, piękny, niebezpieczny, momentami poetycki. Takie lektury doceniam. Takich nie zapominam.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Zabić Sarai - J. A. Redmerski


"Nie jestem twoim bohaterem. Nie jestem drugą połową twojej duszy, która nigdy nie pozwoli, by cokolwiek złego kiedykolwiek ci sie stało. Zaufaj swoim instynktom zawsze w pierwszej kolejności, a mi, jeśli zdecydujesz, na końcu."


Moje pierwsze spotkanie z J. A. Redmerski nie było zbyt udane. „Na krawędzi nigdy” to książka, która skradła serca wielu czytelników w Polsce, tymczasem dla mnie była jedynie dobrze napisaną, ale niewywołującą mocnych emocji, przeciętną historią miłosną. W tym wszystkim jednak doceniłam umiejętność kształtowania charakterów przez autorkę, a także jej warsztat pisarski, który sprawiał, że nawet w momentach zastoju akcji, czuć było swobodę i lekkość opowieści. Wskutek tego zapowiedź „Zabić Sarai” wzbudziła we mnie nadzieję i zarazem ciekawość jak Redmerski poradzi sobie z ciężką, poważną i dotykającą ważnych tematów historią. Teraz stwierdzić muszę, że autorka o wiele lepiej radzi sobie z thrillerami niż obyczajówkami, a wątek miłosny w tych pierwszych przyprawia o gęsią skórkę.

Sarai, mając czternaście lat, została zabrana przez matkę do Meksyku, gdzie obie zamieszkały ze znanym dilerem narkotykowym. Dziewięć lat później w Sarai tli się jeszcze iskra nadziei, że zdoła uciec i zacząć normalne życie. Ale czy ona w ogóle wie, czym jest „normalne życie”? Do mafioza przybywa Victor, płatny zabójca, który wydaje się być ratunkiem dla Sarai. Zdeterminowana dziewczyna ucieka od bezlitosnego tyrana prosto w ramiona mordercy. Victor, mimowolnie wciągnięty w ucieczkę, postanawia złamać swoje zasady i pomóc dziewczynie. Wielu z mężczyzn mafii chce tylko jednego – zabić Sarai. Czy Victor okaże się wystarczającą ochroną i czy poświęci swoje relacje z bliskimi dla dziewczyny? Oboje nie są zdolni do miłości. Skrzywdzeni przez życie, ukształtowani bezprawiem i brutalnością. Spróbują pomóc sobie nawzajem i nauczyć się, czym jest miłość. Oto ich historia.

„Zabić Sarai” to jedna z tych książek, która porywa akcją i sprawia, że ciężko oderwać się od lektury. Mroczny, surowy klimat jednocześnie odraża, ale też przyciąga, bo w końcu nieczęsto mamy do czynienia z tak bezprawnym, brutalnym środowiskiem jak mordercy i mafie narkotykowe. W tym wszystkim tkwi dwójka ludzi, która została za dziecka wciągnięta w patologię i są z nią związani tak mocno, że odwrót wydaje się być niemożliwy. To bardzo ważny temat jeśli chodzi o handel ludźmi oraz znęcanie się psychiczne i fizyczne nad młodymi osobami. Mimo że wydaje nam się, że żyjemy z dala od takich realiów, to okazuje się, że w naszej okolicy, w pięknym domu obok mieszka baron narkotykowy, który zarabia miliony na sprzedaży i na przekrętach. Sam problem porwań kobiet i ich wykorzystania w Meksyku jest ogromny, ale o tym rzadko się mówi. Dlatego naprawdę warto przeczytać tę książkę i stanąć w końcu na ziemi, uświadomić sobie, że takie środowiska koegzystują z naszą spokojną codziennością.

Tego mi wcześniej brakowało u autorki – emocji i strachu trzymającego za gardło. W „Zabić Sarai” widać jednak, że Redmerski potrafi mocno zszargać nasze uczucia, sprawić, że ręce opadną z rozpaczy, a z nerwów poobgryzamy paznokcie. Nad Victorem i Sarai wisi groźba śmierci i to zagrożenie czuć nieustannie przez całą opowieść. Przewracamy kartki w napięciu i oczekiwaniu, mając nadzieję, że ta dwójka zazna w końcu spokojnego życia, a także nauczy się wszystkiego od zera. Uwolnienie się od takich środowisk wymaga bowiem całego przewartościowania człowieka, nauki tego, czym jest zaufanie i miłość. Bo tak naprawdę do końca nie nazwałabym „Zabić Sarai” romansem. To coś zupełnie innego, mrocznego i zniekształconego, ciężko jednoznacznie określić uczucia bohaterów, którymi darzą siebie nawzajem. Wobec tego cała opowieść nabiera poważnego wyrazu, jest nieprzewidywalna i niepokojąca. Ciężko o niej zapomnieć.

„Zabić Sarai” to lektura obfitująca w wartką akcję, kipiąca emocjami i wciągająca. Wzbudza sympatię do bohaterów i składania do refleksji nad ich psychiką. Nie jest to lektura lekka i łatwa, ale taka, która zszarga nerwy i pozostawi dużą satysfakcję z faktu, że przeczytaliśmy coś wartościowego. Coś, co może zająć nasze myśli na kilka następnych dni lub tygodni. Z niecierpliwością czekam na kolejną część serii „W towarzystwie zabójców”, tymczasem polecam Wam zapoznać się z tą mroczną odsłoną J. A. Redmerski. Oczywiście jeżeli macie na tyle odwagi.

UWAGA! Na moim instagramie, do 29. kwietnia trwa rozdanie, w którym możecie zdobyć "Zabić Sarai" :)

środa, 18 kwietnia 2018

Pierwszy róg - Richard Schwartz


Na dworze jest coraz cieplej i zapewne zapomnieliśmy już o śnieżycach i mrozie, który uporczywie szczypie w nos. W słoneczne dni warto jednak sięgnąć po odrobinę zimnego klimatu i jednocześnie zagłębić się na kilka dni w historię pełną tajemnic. „Pierwszy róg” Richarda Schwartza to idealna powieść, która sprawi, że oderwiemy się od rzeczywistości do zupełnie nowego, skutego lodem świata, surowego i jednocześnie hipnotyzującego. 

Askir, nowa kraina, nowy świat. Znajdujemy się w przydrożnej karczmie, licznie uczęszczanej przez gości. Na zewnątrz rozpoczyna się burza śnieżna, która nieustannie się wzmaga i nie zapowiada się, aby przez następne dni nastąpiła poprawa. Ściany tawerny są jedynym schronieniem przed pewną śmiercią, więc jej goście stają się jednocześnie więźniami. Wśród tych wszystkich postaci, największą uwagę  przyciągają mroczna elfka, przywódca bandy łupieżców, czarodziejka Leandra oraz główna postać i nasz narrator, stary wojownik Havald. Każde z nich ma swój cel, zamiary i zmierza w innym gatunku. Każdy z nich nosi bagaż tajemnic, a kiedy ma miejsce morderstwo, już nikt nie pozostaje bez win. Tymczasem prastara magia odradza się, a Havald i Leandra będą podążać jej tropem do królestwa Askiru. 

„Pierwszy róg” to opowieść z gatunku fantastyki, w której znajdziemy motywy wpasowujące się w nurt klasyczny, a jednak podany w nowej, świeżej formie. Co wyróżnia powieść  Schwartza z wielu innych z tego gatunku? Z pewnością ogrom tajemnic i wątek kryminalny, który od razu przywiódł mi na myśl film oparty o książkę Agathy Christie, „Morderstwo w Orient Expressie”. Obserwujemy od środka pewną zamkniętą przestrzeń-pułapkę, w której widzimy z pozoru niepowiązane ze sobą postaci. I mamy zagadkę do rozwiązania, która okazuje się mieć wiele składowych. Każda z postaci okazuje się mieć swoje tajemnice, powiązania ze sobą, każdy chce osiągnąć inny cel. Podobny motyw widziałam też ostatnio w teatrze, w sztuce „Osiem kobiet” w reżyserii Jerzego Bończaka, w której ginie jeden mężczyzna, a osiem bliskich mu kobiet zostają uwięzione w domu ze świadomością, że mordercą jest któraś z nich. „Pierwszy róg” wyciąga z podobnego wątku najwięcej jak się da, a w dodatku zapewnia satysfakcję fanom high fantasy, i czyż to nie jest połączenie idealne?

Jak przystało na ten gatunek, cofamy się do czasów legendarnych i jednocześnie obok rycerzy, ostrych mieczy i tradycyjnych strojów, towarzyszy nam przez całą historię język archaiczny, stylizowany na dość stary. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to styl męczący w takim stopniu jak bodajby u Sienkiewicza (nie żebym dość do niego miała). Główny bohater, Havald, snuje swoją opowieść w sposób plastyczny, przystępny i wciągający, w żadnym stopniu zastosowany język nie utrudnia odbioru. Czujemy za to, że mamy do czynienia z dobrze skonstruowaną fantastyką, literaturą trochę bardziej wymagającą niż odmiana młodzieżowa. Ponadto dużo zyskuje na tym klimat „Pierwszego rogu”, który staje się jak burza śnieżna, która coraz bardziej oblepia i zakopuje w taki sposób, że nie da się już wyjść z tej historii. Jest coraz ciężej, robi się duszno i niespokojnie, ciężko przewidzieć, w jakim kierunku potoczy się akcja. 

Zwykle w klasycznych powieściach fantasy mamy motyw wędrówki, dlatego też myślałam, że wnętrze karczmy szybko zostanie zastąpione opisami kolejnych magicznych krain, jakie będą przemierzać bohaterowie. Książka, ku mojemu zaskoczeniu, okazała się jednak skupiać w znacznej większości na tej zamkniętej przestrzeni dając na koniec przeświadczenie, że to dopiero początek.  Że „Pierwszy róg” to dopiero zalążek naprawdę epickiej opowieści, w której autor dopiero pokaże na co go stać. Zakończenie jest zaskakujące, a jednocześnie otwiera furtkę do rozbudowania uniwersum do granic wyobraźni. I szczerze? Jeżeli kolejne tomy będą choć tak dobre jak „Pierwszy róg”, to będzie rewelacja, a wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze lepiej!

Richard Schwartz wybił się pomysłem, grą tajemnic, którą koniecznie chcemy rozwiązać, połączeniem kryminału z dobrą fantastyką, a także wykreowaniem różnorodnych postaci. Nie czytam dużo książek z tego gatunku, a już na pewno nie w klasycznej odmianie, a mimo to „Pierwszy róg” mnie zachwycił. To świetna powieść, przy której można się pobawić, oderwać od rzeczywistości, a także poczuć się jak najlepszy detektyw. Czekam z niecierpliwością na kolejne losy Havalda i na to, jak tym razem autor poprowadzi fabułę i czy nadal zafunduje czytelnikom coś tak świeżego i oryginalnego. 

20. kwietnia lećcie do księgarni po „Pierwszy róg”!

czwartek, 12 kwietnia 2018

Pokonaj swojego potwora!



"To nie jest dieta" jest nowoczesnym dziennikiem skierowanym głównie do młodych dziewczyn, które pragną zmiany w swoim życiu. W książce znajdziemy mnóstwo ciekawostek na temat odżywiania, zdrowia i dobrego samopoczucia, większość dość oczywista, ale autorka zachęca nas do wykorzystania rad w praktyce.

"Pokonaj swojego potwora"!

Lenistwo, otyłość, obżarstwo, niemoc, niepewność siebie, kompleksy, niepokój, stres... Jaki jest Twój potwór?

Możemy zastanowić się and tym, co nam najbardziej przeszkadza i nawet narysować swojego potwora, a podróż przez lekturę to pewnego rodzaju walka. Za każde wykonane zadanie dostajemy punkty, które wgniatają potwora w ziemię i ostateczny wynik zależy tylko od nas. Motywacja jest ogromna ale wymagane jest jedno - systematyczność. Tylko wtedy zobaczymy efekty.

"Dasz radę zrobić wiele, ale wpierw ustal cel."




Efekty? Jakie efekty?
Poprawa samopoczucia, lepsza organizacja czasu, lepsza kondycja, poprawa metabolizmu i siła do walki z tym, co nam w sobie samemu przeszkadza. Świetna książka na prezent, a przede wszystkim dla samej siebie. Podejmiecie 30-dniowe wyzwanie?


Książka do zdobycia na portalu Czytam Pierwszy!




niedziela, 8 kwietnia 2018

Kochanka księcia - Geneva Lee

Seria: Royals #1
Tłumaczenie: Monika Pianowska
Opis: Pierwsza część bestsellerowej trylogii "Royals", która urzeknie każdą kobietę. Na przyjęciu z okazji ukończenia studiów na Uniwersytecie Oksfordzkim Clara Bishop spotyka intrygującego mężczyznę o demonicznym spojrzeniu. Chociaż ich znajomość miała skończyć się na jednym pocałunku, to nie może o nim zapomnieć. Mężczyzna wydawał się jej bardzo bliski, jakby skądś go znała. Kiedy do drzwi Clary pukają paparazzi, okazuje się, że tajemniczym przystojniakiem był książę Alexander. Prawowity następca tronu to niebezpieczny bad boy, który słynie z tego, że zawsze dostaje to, czego pragnie. Jego najnowszym kaprysem staje się Clara. Alexander proponuje jej układ, w którym dziewczyna zostanie jego sekretną kochanką. Czy zdołają utrzymać swój związek w tajemnicy? Czy niebezpieczny książę poczuje do Clary coś więcej?


Pamiętacie moje pierwsze spotkanie z erotykami i recenzję "Oskarżyciela" oraz "Niewinnej" Whitney G.? Byłam naprawdę zadowolona z tych pozycji, niedługo po tym zaś przyszło gorzkie rozczarowanie inną książką z gatunku. "Kochanka księcia" Genevy Lee okazała się być nic niewznoszą do mojego życia książką dla kobiet, która jedynie w średnim stopniu zapewniła rozrywkę podczas czytania. My, dziewczyny, uwielbiamy przystojnych książąt, ale czyż powieści z ich udziałem nie powinny nas wciągnąć, emocjonować i intrygować?

Clara Bishop to piękna, mądra dziewczyna, która kończy studia na Uniwersytecie Oksfordzkim. Na przyjęciu, pełnym najdroższych sukienek, wysokich szpilek i sztucznych uśmiechów, zauważa zabójczo przystojnego mężczyznę. Okazuje się, że Alexander, owy bóg, jest prawdziwym księciem i to w dodatku niegrzecznym. Bad boy miewa różne zachcianki, a Clara staje się tą najnowszą. Alexander proponuje jej układ, w którym dziewczyna zostaje jego sekretną kochanką. Czy para będzie mogła ukryć skandal przed światem? Czy książę poczuje do Clary coś więcej niż tylko pożądanie?

Wiecie już, że świeżo rozpoczęłam swoją przygodę z erotykami. A już przyznać muszę, że ta książka jest do bólu stereotypowa. Miałam nadzieję, że czymś mnie zaskoczy albo chociaż przyciągnie dobrze wykreowanymi bohaterami i burzą emocji. Tymczasem mamy tutaj standardową, prostą historię. Ona, piękna, bogata, ale niepewna siebie i nieśmiała dziewczyna, która wchodzi w seks-układ. Większość książki to jej rozmyślania nad tym, czy to ma sens i czy powinna zakończyć relację z księciem. Alexander to typowy bad boy, władczy, przystojny, bogaty buc, który potrzebuje w łóżku niepewnej siebie, uległej podwładnej. Miała być współczesna wersja Kopciuszka, wyszło mdło i nijak. Większość akcji to sceny erotyczne i przegadanie, więc w kwestii fabularnej jest jednostajnie i niezbyt interesująco. Sytuację mogłyby uratować mocne charaktery, ale zarówno Clara jak i Alexander to proste postaci, które nie wykazują większych zdolności poważnego myślenia.

Autorka sięgając po postać księcia, mogła wpleść w powieść wiele różnych wątków rodzinnych, politycznych, jakieś tajemnice, intrygę. Romans może być tematem przewodnim, ale powinno być do tego jakieś dobre tło fabularne i wydaje mi się, że zwykle tak właśnie jest. Geneva Lee postawiła w swojej książce tylko na erotyzm, w dodatku pozbawiony odczuwalnej chemii między bohaterami i iskry, która rozgrzewa. Brakuje odczuwalnego przyciągania i przez to romans Alexandra i Clary wydaje się być wymuszony.

"Kochanka księcia" to powieść zbędna, obojętna, nijaka i zwyczajnie niewnosząca nic do życia. W dodatku jest dość długa i  mimo że styl autorki jest lekki, to jednak brakuje czegoś, co sprawia, że z zapałem przewracamy kolejne strony. Jeżeli mimo wszystko jesteście ciekawi romansu z księciem, możecie spróbować.