Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

wtorek, 14 stycznia 2020

O chłopcu, który ujarzmił wiatr


Najbardziej cenię sobie powieści oparte na faktach, ponieważ to one mają największą moc zmieniania życia czytelnika. Ukazują świat taki, jaki jest naprawdę, ludzi, którzy potrafią zachwycić szalonymi pomysłami i odwagą, którzy są prawdziwymi bohaterami i warto jak najwięcej się od nich uczyć. Tak było z „Kobietą z blizną”, na której temat już pisałam wiele dobrego, a kolejną poruszającą opowieścią tego typu okazała się być autobiograficzna książka Williama Kamkwamby – „O chłopcu, który ujarzmił wiatr”. To nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa historia chłopca, który nie mając nic oprócz inteligencji i mięsistego serca, uratował mieszkańców swojej wioski.

William Kamkwamba był nastolatkiem, gdy jego wioskę w afrykańskim Malawi nawiedziła straszliwa klęska głodu. Z powodu braku pieniędzy, William musiał porzucić szkołę, jednak dzięki swojej pomysłowości i uporowi udało mu się odmienić życie wielu ludzi. Chłopiec postanowił skonstruować wiatrak z części znalezionych na złomowisku. Niezwykła maszyna pozwoliła mu doprowadzić prąd do domów i umożliwiła nawadnianie pola, ratując przed śmiercią głodową mieszkańców jego wioski. Krótki opis tej historii wydawać się może prosty, wręcz „zdradzający całą książkę”, a jednak uwierzcie mi, że sama postać Williama warta jest poznania całej opowieści. Niezwykle ważny jest też kontekst całego zdarzenia, ponieważ o Afryce zdajemy się wiedzieć bardzo niewiele.

W książce poznajemy smak prawdziwej biedy dotykającej Malawi. Tam czas stanął w miejscu, ludzie zajmują się uprawą roślin, edukacja jest niemalże zerowa, albo bardzo prymitywna i nie dająca dzieciom możliwości wyrwania się z ubóstwa materialnego. Wodę uzyskuje się z pojedynczej studni, brak jest podstawowych środków czystości, leków, szaleje AIDS, a klęska żywiołowa niesie za sobą śmiertelne ofiary. W takim środowisku ciężko jest o jakiekolwiek zmiany, mimo działań fundacji i zbiórek żywności, życie wygląda niemalże tak samo od wielu lat. To jednak nie stało na przeszkodzie Williamowi, niezwykle sprytnemu i mądremu nastolatkowi, który stał się prawdziwym bohaterem.

W tej książce występuje motyw „od zera do bohatera” w pełnym ubóstwa świecie, podobnie jak w przypadku powieści „Drzewo migdałowe”, a więc fani tej książki tym bardziej powinni sięgnąć po powieść o Williamie. Momentami muszę jednak przyznać, że historia wydaje się być trochę złagodzona. Wynika to z faktu, iż przez pewną część książki obserwujemy świat oczami małego chłopca, który nie zdaje sobie sprawy z tragedii Malawi. I sama nie wiem, czy to mi się podobało, a jednak ta perspektywa ukazywała pewną łagodność, prostotę i nie przekształcała afrykańskich realiów w „szokujący news”. Prawda faktycznie jest taka, że ludzie tam mieszkający nie zdają sobie sprawy z tego, jak ciężko żyją, nie mają porównania, ale wiadomo z kart tej książki – znacznie częściej niż my potrafią być szczęśliwi.

„O chłopcu, który ujarzmił wiatr” to nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa historia, która w pewien sposób odbudowuje wiarę w ludzką inteligencję, determinację i rozsądek. Poza tym to wzruszająca opowieść o tym, że nie warto oceniać ludzi przez pryzmat ich jakości życia, a co bardziej dumnych – William nauczy prawdziwej pokory. Literatura faktu, którą zdecydowanie warto poznać. 

sobota, 11 stycznia 2020

Najlepsza książka 2019 roku!


Proszę Państwa, przedstawiam Wam najlepszą książkę 2019 roku – „Kobieta z blizną” Katarzyny Dacyszyn w rozmowie z Ireną A. Stanisławską. To jedna z najbardziej wzruszających i poruszających pozycji w moim życiu, która w pewien sposób zmieniła moje myślenie i dała mi pstryczka w nos. Bo w kontekście tragedii, która dotknęła Kasię, ja, w swoim komfortowym, zwykłym życiu nie doszłam do tak ważnych wniosków jak ona.  

Kilka lat temu w wiadomościach było głośno o pewnym ataku w budynku łódzkiego sądu. Stalker oblał stężonym kwasem stężonym swoją ofiarę, projektantkę bielizny, Katarzynę Dacyszyn. Wtedy zaczął się prawdziwy koszmar. Odbiorcy tej informacji mogli przez chwilę poczuć współczucie, ale chwilę później zapomnieli o tej informacji, tak samo, jak o masie innych tragedii wychylających się codziennie z mediów. Usłyszymy, chwilę pożałujemy, zapominamy. Jakie skutki mogło mieć za sobą oblanie kwasem? Na pewno bardzo piekło, na pewno trzeba było kilka operacji plastycznych, na pewno rany długo się goiły, na pewno ta kobieta będzie do końca życia oszpecona. Tak się wydaje na „pierwszy rzut oka”. Dopiero poznając historię Kasi z perspektywy ofiary, można zobaczyć, jak bardzo się mylimy. Cała historia i jej dramat odbywa się poza kamerami i poza krzykliwymi newsami w telewizji. Niesie za sobą przede wszystkim ogromny ładunek emocjonalny. To, z czym musiała się zmierzyć Kasia po ataku, przerasta ludzkie pojęcie. Kto wie, czy ja w obliczu takiego zamachu nie poddałabym się całkowicie?

Płakałam podczas lektury. Od momentu, w którym zaskoczona kobieta siedziała i patrzyła na swojego oprawcę, który spokojnie wylewał na nią śmierdzącą ciecz ze słoika. Wtedy jeszcze nie wiedziała, co się dzieje. Chwilę potrwało, zanim poczuła przeraźliwy ból. A on? Usiadł spokojnie na ławce i ostrzegał ludzi, aby nie dotykali ofiary, bo to bardzo niebezpieczna substancja. Jakże wiele okropnych i przerażających rzeczy można się dowiedzieć z tej powieści! Poczynając na samym oprawcy, przez firmę ochroniarską, która nawet się nie ruszyła, aby pomóc, kończąc na wymiarze sprawiedliwości, przez który temu mężczyźnie wszystko uszłoby niemal na sucho. Zarazem Kasia pokazuje, że zawsze otaczali ją dobrzy bezinteresowni ludzie, dzięki którym się podniosła i którzy wiele poświęcili, aby pomóc jej w naprawie tkanek. Nie czuje gniewu. Wiele wyciąga z tej tragedii i oprócz niesamowitej odwagi, staje się przykładem prawdziwej wiary. Zaskakujące było to, że tak naprawdę zwróciła się do Boga po tragedii, która przez długi czas była dla niej samej niezrozumiała. Dla mnie ta powieść to po prostu świadectwo kobiecej siły, wdzięczności, niesamowicie inspirujące i fundujące ogromnego książkowego kaca.

Smutne jest to, że aby znaleźć w życiu sens i je docenić, często musi nas dotknąć tragedia. Tuż przed tym wydarzeniem, Kasia przyznała, że zwracała się do Boga z żalem o to, jak jej życie wygląda i że tak naprawdę nie ma sensu. Dopiero transportowana śmigłowcem do specjalistycznego szpitala, prawie umierająca, pojęła, że chce żyć i to bardzo. Doświadczyła w tym całym bólu wiele błogosławieństw – odżyło obumarłe ucho, włosy zostały nieuszkodzone, nie straciła wzroku. Wie, że ma za co dziękować i jest prawdziwie wdzięczna, przez co motywuje teraz kobiety na całym świecie. Wprost porusza też kwestię stalkingu – czym jest, jak go rozpoznać i jak z nim walczyć. Zdecydowanie jest to zbyt zaniedbany temat, ofiary nie wiedzą, komu to zgłosić, jak się bronić, jak działać. Historia Kasi pokazuje, że trzeba szybko reagować, aby nie doprowadzić do tragedii, na przykład takiej, która ją spotkała.

Gdybym miała wskazać jedną książkę dla Was do przeczytania w 2020 roku, to zdecydowanie „Kobieta z blizną” będzie wartościową pozycją z literatury faktu. Poruszy, wzruszy, zawstydzi, zmiażdży serce i zmieni myślenie o sobie, o życiu. Cudowna.  

środa, 8 stycznia 2020

Middlesex - Jeffrey Eugenides



W roku 2019 przeczytałam kilka naprawdę dobrych książek, a wśród nich zdecydowanie wyróżnia się „Middlesex” Jeffrey’a Eugenides’a, nagrodzona Pulitzerem w 2003 roku. I nadal nie mam pojęcia, jakim cudem ten tytuł gdzieś mi umykał, dlaczego nigdzie go nie widziałam i o nim nie słyszałam. W momencie, gdy tylko znajoma zaczęła zachwycać się tą powieścią, bez zastanowienia musiałam zabrać się za lekturę i nie zawiodłam się – ba! Nie spodziewałam się tak wykwintnej literackiej uczty, jaką zapewnił mi Pan Eugenides.

„Middlesex” to książka, której fabułę trudno ubrać w słowa w postaci jakiegoś opisu. To swoiste połączenie sagi rodzinnej, powieści historycznej i realizmu magicznego, którego przebieg obejmuje aż osiem dekad. Traktuje o dorastaniu i powstawaniu w człowieku ziarna poczucia własnej seksualności, przynależności do płci, mówi o pragnieniach i o tym, co kiełkuje z zarodka pierwotnej pożądliwości. Można wręcz powiedzieć, że „Middlesex” to baśń, czysto humanistyczna, o tym, jak środowisko wpływa na człowieka, na postrzeganie samego siebie i jak różnorodni jesteśmy w tym, co świat przedstawia jako proste. Kobieta – mężczyzna. Dobro – zło. Czystość – rozwiązłość. A to wszystko przedstawione nie w sposób dosadny, niewygodny, czy pretensjonalny. Wręcz przeciwnie – „Middlesex” to eksplozja doznań, emocji  i barw, która dla czytelnika jest po prostu piękna. Piękna językiem i piękna treścią.

Podczas lektury spotkałam się z opinią, że książka jest niesamowicie nudna. Nie rozumiem takiego stwierdzenia, autentycznie. Jak powieść, która ma traktować o moralności, płciowości, humanizmie w odniesieniu do zmieniającego się świata, ma mieć w sobie dynamiczną akcję, wybuchy i nagłe zwroty akcji?  Poza tym, „Middlesex” nie jest nudne, ono po prostu powoli acz skutecznie wciąga, zaciągając czytelnika głębiej i głębiej, aż w pewnym momencie ma się wrażenie, że można dotrzeć do samego szczytu pisarskiego kunsztu. Wobec tego warto ostrzec, że książki nie czyta się ani lekko, ani bardzo szybko. Może to zbyt snobistyczne stwierdzenie, ale tą książką trzeba się delektować i przeżywać dłuższy czas.

W tym całym zachwycie i powadze sytuacji trzeba zaznaczyć, że „Miiddlesex” nie stroni od dobrego poczucia humoru! Nasz główny bohater i zarazem narrator pierwszoosobowy, Call (chociaż w określeniem płci nie jest to takie oczywiste), opowiada nam historię, która doprowadziła do hermafrodytyzmu. Mutacje genowe, na zasadzie kazirodztwa, to nieczęsty temat w literaturze, ale zdecydowanie ciekawy i wymagający poszerzenia wiedzy. Jednocześnie Call nie szczędzi humoru, wzruszeń, wspomina też tematy różnorodności rasowej i religijnej. W dobie obecnej dyskusji na te tematy, „Middlesex” wydaje się być niezwykle aktualne i potrzebne. A przy okazji to świetna historia, która zadowoli co bardziej wymagającego odbiorcę.






wtorek, 17 grudnia 2019

Świąteczne drzewko życzeń - Emily March



Co roku, w grudniu, doświadczamy prawdziwego wysypu świątecznych książek. Zawsze wydawały mi się do siebie dość podobne – ckliwe historie miłosne o tym, że dobro zawsze wgrywa, a w życiu zdarzają się absurdalne wręcz sploty losu. W tym roku jednak miałam nieodpartą ochotę poczuć klimat Bożego Narodzenia poprzez powieść. „Świąteczne drzewko życzeń” Emily March z jednej strony okazało się być jedną z wielu podobnych „gwiazdkowych” historii, z drugiej zaś zapewniło mi oczekiwany relaks oraz słodycz.

Jenna od długiego czasu ma problem. Problem, który uniemożliwia normalne funkcjonowanie i psuje Boże Narodzenie – ma stalkera, który co chwilę robi kobiecie nieśmieszne dowcipy i wykonuje głuche telefony. Wobec tego praktycznie wpada w panikę, gdy dowiaduje się, że jej adoptowany synek, Reilly, wydzwania do obcego mężczyzny. Szybko okazuje się jednak, że chłopiec był święcie przekonany, iż dodzwonił się do Świętego Mikołaja, ten zaś, nie chcąc robić chłopcu przykrości, wchodzi w rolę. Devin, bo tak ma na imię owy rozmówca, stopniowo wnika w życie Jenny i Reillego i postanawia pomóc w walce ze stalkerem. Czy w życiu Jenny jest miejsce na cud? Czy  największe marzenie Reillego o tatusiu ma szansę się spełnić?

Opis zdradza tylko kilkadziesiąt pierwszych stron książki, a założę się, że większość czytelników już będzie znać cały przebieg wydarzeń razem z zakończeniem. Trudno tutaj o jakiekolwiek zaskoczenia i mimo że początek dotyczący stalkera brzmi poważnie i intrygująco, wątek ten szybko się gubi wśród słodkiej miłości. Główną rolę gra tutaj bowiem romans Jenny z seksowym Mikołajem – Devinem. Wszystko zaczyna się w absurdalny sposób – Reilly dostaje numer od przebierańca  sklepie, w tym czasie Devin dostaje stary telefon na kartę od miejscowej dziwnej babki, Reilly dzwoni do Devina z życzeniem taty pod choinkę… A Jenna orientuje się o rozmowach jej syna dopiero po kilku dniach. No dobrze, ale pomijając…

Jenna szybko zakochuje się w mężczyźnie, którego nigdy nie widziała i ślepo wierząc w bożonarodzeniowe cuda, daje się porwać uczuciu i wyrusza do górskiego miasteczka, do Mikołaja. Naiwne? Cukrowe? Zdecydowanie. A jednak ta przewidywalność i prostota była czymś, czego od tej książki oczekiwałam. Z ciekawością śledziłam losy bohaterów łapiąc się na tym, że zaczynam darzyć Devina sympatią i chcę poznać jego charakter oraz przeszłość. To najciekawsza postać w powieści, która daje się lubić od samego początku, od momentu, w którym wciela się w Mikołaja, aby nie zrobić dziecku przykrości. Jenna z kolei wydała mi się trochę niestabilna emocjonalnie i niedojrzała. Wzięła na siebie ciężar wychowania Reillego, chcąc zapewnić mu bezpieczeństwo i jak najlepsze warunki życia, a jednak wyraźnie sobie z tym nie radzi. Zapracowana, znerwicowana, w dodatku wycofana z powodu „żartów” prześladowcy. Devin stara się ja zrozumieć i usprawiedliwia jej brak opanowania, a jednak nie poczułam do Jenny jakiejś szczególnej sympatii.

„Świąteczne drzewko życzeń” to nowość, po którą warto sięgnąć już teraz, aby wniknąć w pełną nadziei, miłości i cudów aurę Bożego Narodzenia. Być może ta historia nie zmieni niczyjego życia, nie zaskoczy i nie wywoła lawiny emocji, ale zdecydowanie sprawdzi się jako lekka, zimowa lektura na wieczory w towarzystwie kubka aromatycznej herbaty.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

"O chłopcach" Jenny Han


„O chłopcach” jest obecnie jednym z najpopularniejszych cykli dla młodzieży, który podbija kolejne serca lekkością, słodyczą i urokiem postaci. „Zawsze i na zawsze” to już finalny, trzeci tom serii Jenny Han, dlatego, aby każdy mógł bez obaw przeczytać tę opinię, podzielę się z Wami moimi wrażeniami z całej historii Lary.  

Lara Jean w pudle na kapelusze, które dostała od matki, trzyma listy miłosne. I to nie byle jakie! Dziewczyna napisała je sama i skierowała słowa do swoich byłych obiektów westchnień, by ten sposób wyleczyć się z niechcianego uczucia. Łącznie powstało pięć listów, które nigdy nie miały trafić do adresatów. Jednak ktoś ukradł pudło i wysłał spisane na papierze słowa, które miały wyleczyć złamane serce dziewczyny. Wszyscy chłopcy, w których kiedyś kochała się Lara, otrzymują wiadomości. Całą sytuację można by obrócić w żart, gdyby nie to, że jednym z nich, jest były chłopak starszej z sióstr Song.

Już po kilku zdaniach zauważyć można, że cała seria napisana jest językiem niezwykle prostym i pełnym dialogów. Z początku, muszę przyznać, miałam z tym faktem trudności, ponieważ miejscami było zbyt chaotycznie i niewymagająco. Trochę straciłam zapał do czytania, spodziewając się jednego wielkiego rozczarowania, ale im dalej brnęłam w historię Lary, tym mniej zwracałam uwagę na styl autorki. W pewnym momencie miałam tak zawrotne tempo czytania, że prostota języka gdzieś mi umykała, a bardziej wkręcałam się w to, co się właśnie dzieje. Warto jednak przed czytaniem pierwszego tomu, czyli „Do wszystkich chłopców, których kochałam”, nastawić się na coś bardzo lekkiego, prostego i uroczego. Bo te przymiotniki najlepiej opisują całą trylogię.

Główna bohaterka, Lara Jean, daje się lubić niemalże od razu. To niezwykle ciepła dziewczyna, trochę roztargniona, momentami traci głowę, jednocześnie na tyle rodzinna i nieśmiała, że zamiast imprez woli przesiadywanie w rodzinny gronie. Znalazłam w niej wiele samej siebie, zwłaszcza z lat szkolnych, kiedy to miałam trochę „swój świat”, a większe zgromadzenia ludzi, zwłaszcza tych emanujących pewnością siebie, traktowałam jako miejsca nie dla mnie. Ciekawym charakterem jest też Peter, chłopak,  nieoczywistym charakterze i intencjach, który stopniowo daje na się poznać. W „Zawsze na zawsze” już nie da się za nim nie szaleć!


Zawsze pisząc całościowo o serii, staram się odpowiedzieć na pytanie, która z części była najlepsza. W tym wypadku ciężko jest mi odpowiedzieć. „Do wszystkich chłopców, których kochałam” cenię za pierwsze spotkanie z cudownymi bohaterami, za pomysł na fabułę oraz wprowadzenie w szalony świat Lary. W „P.S. Wciąż cię kocham” przebierała nogami na myśl, co będzie dalej, w jakim kierunku pójdzie cała historia, co się stanie z parą bohaterów. A „Zawsze i na zawsze” była jak powrót do przyjaciół, do świata, który czeka na mnie z otwartymi ramionami. Szkoda, że to już koniec.

Seria Jenny Han pozwala cofnąć się do czasów szkolnych i znów poczuć burzę hormonów oraz problemy związane z dorastaniem, samoakceptację i pierwszym zakochaniem. Powiedziałabym wręcz, że to w pewnym sensie sentymentalna lektura, która ma szansę spodobać się nie tylko nastolatkom, ale także i dorosłym. To opowieść zabawna, wciągająca, prosta, czasem zasmucająca, ale dająca nadzieję. W dodatku rozgrzewa serce poprzez towarzystwo niepowtarzalnych charakterów. Jeżeli macie za sobą już dwa poprzednie tomy serii, bez wahania sięgajcie po nowość – „Zawsze na zawsze” i sprawdźcie, jak potoczą się dalsze losy Lary i Petera.


Książkę znajdziecie na portalu "Czytam Pierwszy":

wtorek, 19 listopada 2019

Czym jest feminizm?




Feminizm może być czasem mylony z feminazizmem, wskutek czego może być źle odbierany nie tylko przez mężczyzn, ale też przez same kobiety. Dlatego „One płoną jaśniej” to lektura obowiązkowa, bo to ona pokazuje, czym jest prawdziwy feminizm. Nie jest marszem, protestem, niegoleniem nóg czy obnażaniem się w imię równości. To wewnętrzny płomień, który mają w sobie kobiety, a każdy ucisk i dyskryminacja sprawia, że one płoną jaśniej.

Purnima już dawno powinna wyjść za mąż, ale przez niegrzeszący urodą wygląd oraz biedę ojca, nikt nie jest nią zainteresowany. Małżeństwo to w Indiach czysta transakcja, liczy się przede wszystkim duży posag oraz to, by przyszła żona potrafiła zadbać o mężczyznę w każdy możliwy sposób.  Sawitha pochodzi z rodziny tak ubogiej, że mieszka w lepiance, a jedzenia musi szukać na wysypisku śmieci. Jej ojciec wpadł w alkoholizm i potrafi jedynie żebrać w pobliżu świątyni wzbudzając współczucie kapłanów. Sawitha ma jednak umiejętność, która pozwala jej chociażby zjeść kilka ziaren ryżu – tka na krośnie. Dzięki swoim umiejętnościom zostaje zatrudniona przez ojca Purnimy i tak dwie dziewczyny stają się nierozłączne. Do czasu, gdy wydarza się prawdziwa tragedia, która rozdzieli je być może na zawsze…

Autorka Shobha Rao pochodzi z Indii i większość akcji jest tam właśnie umiejscowiona. I nie jest to ciekawy obrazek. Świat zupełnie inny, zacofany, biedny, aż dziw, że taki ma prawo istnieć w XXI wieku. Społeczeństwo kastowe, oporne na wszelki postęp i zmiany. Przynależność do  takiej kasty jest uwarunkowana tylko i wyłącznie tym, w jakiej rodzinie przyjdzie się na świat i nie ma zmiłuj – nie ma opcji przejścia ze statusu plebsu do wyższych sfer. Bogactwo dosięga niewielu ludzi, a i tak źródłem największego dochodu są porwania, handel ludźmi i zarządzanie burdelem. Tacy bogacą się najszybciej. Reszta musi zajmować się hodowlą, rolnictwem, szyciem i zbieraniem resztek ze śmietnisk. Tam mówi się, że kobieta to przekleństwo rodziny. Nie ma z niej żadnego pożytku, ba!, trzeba jeszcze martwić się o jej zamążpójście i posag. Nic dziwnego, że czasem dziewczynki z premedytacją pozostawiane są na pewną śmierć lub sprzedawane do domów publicznych.  Każda kobieta jest tylko ciałem – wycenia się jej urodę, dziewictwo, zdolność do pracy fizycznej i uległość wobec męża. Nie ma edukacji, mało która umie pisać lub czytać, a wszelkie oznaki buntu są skutecznie i surowo tłumione. „Kwas solny czy gorący olej” zapytają, gdy zobaczą na twarzy blizny.

Te wszystkie rzeczy są straszne, to życie jest okropne, a dla nas – nie do pojęcia. A jednak nie chodziło tutaj o przesadzone wyolbrzymione pokazanie patriarchatu i agresywne zaprezentowanie feminizmu. Autorka pisze bowiem delikatnie, czasem poetycko, czasem celowo pomija co brutalniejsze fragmenty. A bohaterki nie są buntowniczkami z zasady, nie użalają się nad sobą. I na tym polega ich siła – żyją dalej. W społeczeństwie, które traktuje je gorzej jak psy. Nie są wykształcone, nie rozumieją podstaw jakichkolwiek nauk, nie są pewne czy słońce wszędzie jest tym samym słońcem, ani jakim cudem można jeść banana ze śmietanką, nie wiedzą ile to jest 2+2, po angielsku nie rozumieją prawie nic. Ale tli się w nich siła, ogień, poczucie tego, że są coś warte. Że są jak ptaki, które wznoszą się w górę, nawet gdy ciężar je przytłaczający wydaje się być nie do uniesienia. Nie wiedzą, że mogłyby kiedyś, tak jak Europejki, mieć tyle praw i swobody, jest to dla nich niewyobrażalne. A jednak podświadomie walczą o siebie, widzą w swoim potencjale przewagę, nawet kosztem brzydkiego i okaleczonego ciała. Bo nie sztuka bać się blizn na twarzy – sztuką jest z dumą wykorzystać je tak, aby zdobyć przewagę nad oprawcami.

„One płoną jaśniej” to jedna z najlepszych książek tego roku, a zarazem książka, w końcu!, o prawdziwym feminizmie. O tym, jak on wygląda współcześnie. Nie na hasłach, protestach i manifestach – on polega na wewnętrznej sile kobiet. Na pragnieniu spełniania się, na poczuciu własnej wartości, na nie czuciu się gorszym od kogokolwiek. Książka pokazuje też bardzo ważną rzecz, o której się zapomina – nie każdy mężczyzna jest szowinistą. Są i ci źli i dobrzy, feminizm nie oznacza osłabiania płci męskiej. Tak naprawdę nie pozostaje mi nic innego, jak polecić tę lekturę, bo jest ona potrzebna, ważna i piękna.

Książki dostarcza: