Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

wtorek, 6 listopada 2018

Tajemna historia - Donna Tartt



Chyba nie ma nikogo wśród książkoholików, kto nie słyszałby o Donnie Tartt. „Tajemna historia” (zobacz) to powieść uważana za najlepszą w dorobku autorki, a wśród krytyków literackich ciężko o słowa inne niż te wyrażające zachwyt. Nic dziwnego, że zasiadając do lektury miałam bardzo wysokie oczekiwania, a jednocześnie przygotowałam się na ambitną, cięższą opowieść. Tak więc zamówiłam powieść w księgarni Gandalf, a następnie zatopiłam się w lekturze. Nie zawiodłam się, a nawet miło zaskoczyłam.

Richard Papen to świeżo upieczony student filologii klasycznej college’u w Nowej Anglii.  Ten krok w jego życiu nie jest tak oczywisty, jak mógłby się wydawać. Wraz z grupą innych studentów, Richard trafia pod skrzydła charyzmatycznego profesora i powoli zmienia patrzenie na świat. Widzi w swojej egzystencji coś więcej niż tylko monotonność życia codziennego i postanawia dokonać pewnego eksperymentu. Wpada w nałogi, a wszystko po to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie – na jak wiele może sobie pozwolić? A co, gdyby postanowić sobie być bogiem własnego życia? Postanowić, że nic nie zachwieje twardej postawy, nawet odpowiedzialność za morderstwo? Czy można do końca decydować o sobie samym? Czy można wyzbyć się wyrzutów sumienia?

Nawet po powierzchownym zapoznaniu się z fabułą „Tajemnej historii”, zauważyć można duże podobieństwo do „Zbrodni i kary”. Ze stosów nieprzyjemnych lektur szkolnych, tą akurat wspominam najlepiej i, przyznać trzeba, powieść Donny Tartt czerpie z tego klasyka, tworząc jednak coś nowego. Sama staje się klasykiem. Obie książki mają podobny koncept, poruszają podobne kwestie moralne, a jednak różnią się na tyle, że nie można winić Tartt za jakikolwiek plagiat czy nadmierną inspirację. „Tajemna historia” jest pełna współczesnych problemów, potrafi także zaskoczyć i wydaje się być bliższa czytelnikowi.

Powieść Tartt to istny majstersztyk, przede wszystkim pod względem warsztatu pisarskiego. Prawie każde zdanie jest odpowiednio wyważone, urzekające, pełne swoistego klimatu i urzekające. Również opisy natury świadczą o wielkiej wrażliwości pisarskiej autorki, świat przedstawiony dosłownie oczarowuje czytelnika. Jest jednocześnie poetycki, ale prawdziwy, piękny i momentami mroczny, realistyczny i urzekający. Dla samego tego rozkoszowania się warsztatem Tartt warto tę powieść przeczytać, zwłaszcza jesiennym lub zimowym wieczorem. Nie ma wtedy nic lepszego niż troszkę cięższa literatura, dobrze napisana, a do tego ciepły koc i kubek ulubionego napoju. Aż żal kończyć „Tajemną historię”, naprawdę.

Historia Richarda jest wielopłaszczyznowa i dotyka wielu kwestii, które skłaniają czytelnika do refleksji. To opowieść o błędach młodości, o poszukiwaniu swojej tożsamości, o samotności, o błędach miłości, o dojrzewaniu i oswojeniu się z brutalnością świata. Momentami melancholijna, innym razem zasmucająca, czasem także powolna i wymagająca. Książka najlepiej trafi do ludzi młodych, do studentów, do osób borykających się z dorastaniem i doświadczaniem świata takim, jakim jest. Warto jednak zaznaczyć, że dorośli czytelnicy mogą wyciągnąć z lektury nie mniej, niż wcześniej wskazani odbiorcy. To powieść uniwersalna, która pokazuje, że każdy z nas przechodzi w swoim życiu przez etap godzenia się ze sobą. Odebrałam ją bardzo osobiście, bo od jakiegoś czasu obserwuję, co dzieje się wokół mnie i próbuję jakoś się do tego ustosunkować, zrozumieć, poskładać wszelkie myśli, które wydają się dążyć donikąd. Na tym etapie mojego życia, na pewno nie uznałabym, że „Tajemna historia” to zbyt wyniosłe wdrażanie się w rzeczy, które tego nie wymagają. Dlatego do lektury potrzebna jest pewnego rodzaju dojrzałość, ale taka, która jeszcze nie do końca wie, w jakim kierunku nas zaprowadzić.

„Tajemna historia” to opowieść wyjątkowa, taka wprost do smakowania, delektowania się i jednocześnie dająca do myślenia. Rozumiem już, na czym polega fenomen Tartt i uważam, że w pełni zasługuje na ogłoszenie jej twórczości klasyką literatury pięknej. Absolutnie wyjątkowa i warta uwagi lektura.

PS Swego czasu książka  w twardej oprawie i obwolucie była praktycznie niedostępna. W Gandalfie możecie kupić właśnie taką wersję :)!

Życie w średniowiecznym mieście



Jestem typowym mieszczuchem, chociaż momentami doceniam spokój i  swobodę wsi. Lubię jednak gdy wieczorem okolica tętni życiem, jak każdy goni za swoimi sprawami, czuć motywację do działania i pewnego rodzaju anonimowość. O tym, jak w średniowieczu żyło się w miastach, nie wiedziałam prawie nic – tylko tyle, czym uraczył mnie przedmiot historii w gimnazjum. Lektura „Życie w średniowiecznym mieście” okazała się być dla mnie dobrym wyborem, bo nie dość, że dowiedziałam się o wiele więcej ciekawych rzeczy, niżeli w szkole, to wciągnęłam się na kilka godzin w ten miniony świat.

Jeżeli myślicie, że książka jest pisana w podręcznikowy sposób, to muszę temu zaprzeczyć. Owszem, autorami są historycy, którzy raczą czytelnika wieloma faktami i ciekawostkami, ale jednak potrafią wciągnąć w opowieść lepiej niż niejedna literatura fabularyzowana. Podczas lektury czułam się jak mieszkaniec średniowiecznego miasta. Byłam oprowadzana po sklepach, straganach, kościołach, uroczych budynkach, teatrach i szkołach. Odbyłam wizytę u lekarza, co było niesamowicie ciekawym przeżyciem, zwłaszcza, że farmacja i jej historia, a także elementy medyny, nie są mi obce. Weszłam do domu zwykłego mieszkańca, poznałam jego rodzinę oraz warunki, w jakich żył.

Życie miasta średniowiecznego to oczywiście nie tylko ulice, rzemiosła, praca i organizacja domu, ale także uwarunkowania kulturowe oraz obce nam zwyczaje. Poznając tę minioną epokę od strony codziennego funkcjonowania miasta, mamy świetną okazję do poznania mentalności ówczesnych ludzi. Śluby i pogrzeby, ich elementy i tradycje, mówią wiele o tej społeczności i pozwalają  dostrzec, że wbrew pozorom, my, współcześni ludzie, nie różnimy się aż tak od ludzi średniowiecza. Porównania nasuwają się same i to na wielu płaszczyznach, zarówno w kwestiach domowych, rodzinnych, jak i traktowania pacjenta przez służbę zdrowia. Także charakter konkretnych zawodów do dzisiaj pozostaje z podobnym poziomem zaufania publicznego, choć trzeba przyznać – ostatnio wszystko zaczyna się powoli zmieniać. Wydaje mi się, że tylko jedno pozostaje niezmienne, a w głowach cały czas to samo...  oczywiście  mowa o studentach!

„Życie w średniowiecznym mieście” to ciekawa lektura, która daje niezwykle przydatną wiedzę, a jednocześnie bawi. Dostarcza wiele informacji o nas, o ludziach, o tym, jak się zmieniamy, jak zmieniają się nasze wartości i czego tak naprawdę oczekujemy od życia. Polecam każdemu, takie bestsellery warto czytać, bez względu na wiek i zainteresowania, także czytelnikom opornym na historię. Ciekawa jestem, jak świat będzie wyglądał za parę wieków i czy wtedy ludzie sięgną po książkę „Życie w XXI-wiecznym mieście”.

środa, 24 października 2018

Tusz - Alice Broadway



Zdarza się, że na polskim rynku wydawniczym pojawi się książka, która już na starcie skazana jest na rozgłos. I o ile faktycznie powinno się oceniać wnętrze, o tyle w przypadku „Tuszu” wpierw widzimy mieniącą się złotem okładkę, a dopiero potem czytamy opis. I samo to powierzchowne zapoznanie z fabułą zaciekawia. Tak samo nazwa serii – „Księgi skór”, brzmi interesująco, zwłaszcza, gdy okazuje się, że chodzi o księgi z ludzkiej skóry...

Wydarzenia z przeszłości trzymamy albo w albumie na zdjęcia, albo na kamerze, czasem jedynie w swojej pamięci, czasem w pamiętniku. Jednak w świecie „Tuszu” każde ważne wydarzenie pozostawia ślad na skórze,  tatuaż. Młoda Leora jest pewna, że jej ojciec prowadził wzorowe życie, pełne dobroci, dumny i odwagi. Wie, że jego skóra powinna zostać przekształcona w księgę, na której będą widoczne wszystkie tatuaże zmarłego, jako dowód godnego, dobrego życia. Kiedy okazuje się jednak, że treść księgi nie pokrywa się z jej wyobrażeniami, zaczyna rozumieć, że nie znała swojego ojca tak dobrze, jak jej się wydawało.

Zacznę od największej zalety „Tuszu”, a mianowicie od kreacji świata przedstawionego. Przyznać trzeba, że pomysł na tatuaże jako zapis wspomnień to coś zupełnie nowego i ciekawego. Dodatkowo motyw tworzenia ksiąg z ludzkich skór dodaje nieco tajemniczości. Jeśli chodzi o czasy, z jakimi mamy do czynienia, to ciężko je jednoznacznie określić. Z jednej strony kojarzą się z klimatami pierwotnych plemion, z drugiej mamy mikrofony i technologię podobną do współczesnej. Elementy dawnych epok trochę zaburzają odbiór świata, ale z drugiej strony taki miks obyczajowości ma swój niepowtarzalny urok, staje się dość nieoczywisty i pełen zagadek. Powolne wnikanie w ten świat sprawiło mi wiele radości.

Trzeba zaznaczyć, że do elementów oryginalnych, niespotykanych dotąd w literaturze młodzieżowej, autorka wprowadziła sprawdzone schematy fabularne. Niektórzy czytelnicy zarzucają powtórzenie motywów z takich powieści jak „Igrzyska śmierci” czy „Niezgodna”, co znacznie utrudniło im odbiór książki. Z jednej strony nie sposób się nie zgodzić – mamy motyw buntowniczki, rebelii,  a z drugiej strony te elementy są przedstawione w nowy, świeży sposób. Pomysł na księgę z tatuażami został moim zdaniem dobrze wykorzystany, sprawnie wplótł się w to, co mamy w młodzieżówkach apokaliptycznych najlepszego. Tak więc otrzymujemy nową wojowniczą duszę, w nowym świecie, walczącą z nowym systemem, ale na podobnych zasadach. Poniekąd możemy się spodziewać, jak potoczą się losy Leory, ale „Tusz” i tak kilkakrotnie zaskakuje.

Powieść Alice Broadway czyta się bardzo szybko, w zawrotnym tempie i z zaciekawieniem. Nie jest to lektura, która nakłoni do refleksji, ale idealnie sprawdzi się na nudny jesienny czy zimowy wieczór. Na pewno wprowadzi w literaturę młodzieżową trochę świeżości, a jednocześnie nie zawiedzie stałych odbiorców tego gatunku. „Tusz” był przyjemną, wciągającą lekturą i dlatego z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

Krwawy księżyc, czyli mind blowing!



Szczęśliwe małżeństwo.
Dobrze prosperująca kariera.
Nadchodzące zło.
I wyrzuty sumienia.
Tragedia, której nie można wyjaśnić.
A na niebie Krwawy Księżyc.

Victoria Page i Thomas Wilde to małżeństwo, które zaczęło od miłości, zaufania i wzajemnego oddania. Jednak coś się zmieniło. Oboje są pisarzami, ale to decyzja Thomasa o napisaniu kryminału zapoczątkowuje serię dramatycznych zdarzeń. W mieście mają miejsca morderstwa inspirowane książką, a Victoria czuje, że mąż się od niej oddala. Czy to możliwe, by Thomas sam zabijał po to, aby jeszcze bardziej wybić swoją powieść na liście bestsellerów? Skąd u Victorii zaczynają pojawiać się koszmary, w których jej mąż zabija ją na dziesiątki różnych sposobów? Kto tu jest ofiarą a kto winowajcą?

Karina Hiddenstorm dobrze wie, jaką sieczkę z mózgu zafundowała mi tą powieścią i jak dużo czasu zajęło mi, zanim zdecydowałam się w końcu napisać swoją opinię. Nadal nie wiem do końca, jak ubrać w słowa to, co czuję, ale postaram się.

Może zacznę od tego – „Krwawy księżyc” to nie jest kryminał, nie horror i nie thriller. Paranormal, w jakiejś części, ale też nie do końca. To unikatowy miks, coś, czego jeszcze nie było i co tak bardzo miesza w głowie, że ciężko cokolwiek ze sobą zrobić po przeczytaniu. Znaczna część powieści jest po prostu dziwna. Niekomfortowa. Dokładnie tak się czułam podczas lektury – niepewnie i nieswojo, byłam zmieszana, towarzyszyły mi przeróżne emocje. I nawet kawałek za połową nadal nie wiedziałam, o co chodzi, co o tym myślę i czy w ogóle jest to powieść dla mnie. Wszystko nabrało sensu, gdy przeczytałam epilog. Totalne zdziwienie, ale jednocześnie poczucie, że „nie rozumiem, ale to było genialne”. Wówczas szybko napisałam do Autorki z mnóstwem pytań i wątpliwości i powiem Wam, że ta rozmowa bardzo mi pomogła w rozumieniu tej historii. Sama Karina jest bardzo uprzejma i naprawdę cudowna, więc myślę, że w razie jakichś wątpliwości warto się z nią skontaktować, lub z kimś, kto powieść przeczytał.

Pewne elementy „Krwawego księżyca” można wyjaśnić, innych nie, a nad innymi jeszcze trzeba zastanawiać się samemu. Dlatego ta powieść może zostać odebrana zupełnie inaczej przez każdego czytelnika. Autorka wplotła w fabułę wiele odniesień do wiary, natury ludzkiej, do postrzegania ludzi szalonych, momentami powieść jest wręcz metafizyczna. Mnie niezwykle poruszyły aspekty, które dotyczą mnie i tylko mnie, moich przemyśleń, moich dziwnych doświadczeń i wiem, że ktoś inny mógłby tego nawet nie zauważyć. I to jest cudowne! Fabuła „Krwawego księżyca” jest tak wielopłaszczyznowa, nieuchwytna i oryginalna, że ciężko ją ocenić w stosunku do innych powieści. Zwykle oceniamy bohaterów, tempo akcji, czy intryga zaskakuje. Tutaj nie da się lubić żadnego z bohaterów, mamy tutaj wiele odcieni szarości, refleksji o osobach, które nagle z potworów zamieniają się w ofiary i na odwrót. Tak samo fabuła i akcja – tak naprawdę do końca nie wiadomo dokładnie o co chodzi, a jednak powieść czyta się jak w hipnozie. Podoba się, nie podoba? Ciężko powiedzieć. Gryzie w umysł, uwiera, powoduje nieprzyjemne ciarki. Motywuje do myślenia, do refleksji, jest tak dziwna, że aż genialna.

„Krwawy księżyc” nie spodoba się każdemu, nie tak, jak inne bestsellery. Rozumiem, iż może się nie podobać, bo wiem też, ze to książka trudna i dość ciężka jak na swoją objętość. Czasem czuć niezły odlot, a mrok momentami z horroru przechodzi w groteskę. I takie książki – niebanalne, pisane z pasji i z konkretnym celem – doceniam najbardziej. Celowo miesza w umyśle  i sprawia, że pomimo charakterystycznego klimatu, chce się do niej kiedyś wrócić. Wiedząc, jakie jest zakończenie. Przeczytać jeszcze raz, znaleźć nowe płaszczyzny do rozmyślań.

Polecam Wam spróbować. Warto wiedzieć przed lekturą, że to nie jest zwykły thriller, jak to sugerowałby opis na okładce. To coś naprawdę osobliwego, coś, co wymaga innego podejścia i otwartości czytelnika na nowe rzeczy. Mam nadzieję, że znajdziecie w „Krwawym księżycu” to, co znalazłam ja, albo i jeszcze więcej.

Po lekturze książki  pytanie „Czy jesteś szczęśliwa?” nabiera nowego znaczenia. I to wcale nie jest dobry znak...

czwartek, 18 października 2018

Moja modlitwa

Witajcie.

Dzisiaj przeglądałam pliki po to, aby zwolnić na komputerze trochę miejsca. W zakamarkach folderu "teksty" znalazłam plik "Zastanawiam się" z 4 sierpnia 2014 roku. Przeczytałam to i na nowo uderzyła mnie sytuacja, którą powoli zaczęłam wydobywać z pamięci. 
Chciałam się podzielić z Wami moją modlitwą. Skrawkiem mojej duszy.
Być może to dla Was dziwne, być może śmieszne. 
Pozostawiam to Waszej ocenie.
To dla mnie wielce osobiste.
Zapraszam. 

Zastanawiam się, dlaczego ludzie, gdy ogarnia ich smutek, uciekają do Ciebie. Ja często robię to samo. Gorszy dzień, zdenerwowanie, „dołek”… Wtedy najczęściej myślę o Tobie. Niby dobrze… Ale muszę jeszcze nauczyć się być wdzięczną każdego dnia, dobrego czy złego, bez różnicy. Kiedy mi źle, modlę się, często niesłusznie oczekując na rozwiązanie. Zwykle… to mija. Dzień, dwa, maksymalnie kilka. Wszystko wraca do normy, znów wszystko dobrze się układa. I wtedy zapominam, że jesteś koło mnie i czekasz, aż z Tobą porozmawiam. Ta radość lub zajęcia codzienne odpychają moje myśli od Ciebie. Nie chcę być jedną z tych, którzy mówią „jak trwoga to do Boga”. Proszę, pomóż mi zauważać Ciebie każdego dnia. Bez względu czy jest dobrze, czy jest źle, ufać Tobie. A przestać użalać się nad sobą. Zwróć mój wzrok na Ciebie, tak, abym nie była samolubnie zajęta bezsensownym monologiem.

Wczoraj widziałam wypadek. Tuż przede mną, dzieliło mnie od niego zaledwie kilka sekund. Auto w poprzek ulicy, totalnie zmasakrowane. Musiała minąć dłuższa chwila zanim zrozumiałam, co się stało. Że ten zgnieciony metal to przód samochodu. Że ludzie wybiegli z aut i wyciągnęli kobietę i dziecko. I jeszcze dłuższa chwila, zanim zobaczyłam twarz kierowcy, młodego blondyna w okularach. Siedział za zgniecionym jak harmonia przodem samochodu. Był przytomny. Otwierał usta w niemym krzyku, bezradnie podniósł rękę. Drugie auto leżało w rowie. Wyglądało znacznie mniej tragicznie. Najbardziej ucierpieli niewinni. To w nich uderzył kierowca drugiego samochodu, tego, który teraz był w rowie. Reanimowano dziecko. Zaraz krótka myśl – to było dosłownie chwilę temu, to mógłby być bus, w którym siedziałam na samym przodzie.

Boże, nigdy nie zrozumiem, dlaczego takie rzeczy się dzieją. Dlaczego najbardziej cierpią niewinni. Dlaczego każdego z nas może to spotkać, w każdej chwili. To mnie uderzyło jakby ktoś mnie spoliczkował. Banał, każdy to wie, a może raczej wie, a nie chce o tym myśleć. W tym wszystkim chcę jednak ufać Tobie, chcę dziękować za to, co od Ciebie dostałam. Doceniać życie, dawać ludziom tyle miłości, ile potrafię. Ucz mnie kochać ludzi mocniej. Ucz mnie kochać mocniej Dawida, póki mogę. Bo nigdy nie wiem kiedy będzie koniec.

czwartek, 27 września 2018

Bogini niewiary - Tarryn Fisher



Tarryn Fisher to autorka, o której zapewne już słyszeliście. Wielką popularność zdobyła swoimi mrocznymi powieściami „Margo”, „Bad mommy” i „Ciemna strona”. Jej książki są kontrowersyjne, jedni je kochają, inni zaś nienawidzą. Muszę przyznać, że jeszcze nie czytałam thrillerów Fisher, a przygodę z jej twórczością rozpoczęłam od „Bogini niewiary”, która wydaje się być najmniej sporną pozycją w dorobku autorki. Odbiega tematyką od psychologii obecnej w poprzednich powieściach, jest ponadto romansem obyczajowym NA. Moje pierwsze spotkanie z Fisher będę wspominać miło, ale bez większych emocji.

 Yara wierzy tylko w złamane serca. Spotyka na swojej drodze artystów – mężczyzn, dla których jest muzą, a potem znika. Nigdy nie zostaje zbyt długo w jednym miejscu. Potem zaczyna swoje życie od nowa, a każde kolejne złamane serce przynosi je David z kolei jest utalentowanym muzykiem, któremu brakuje inspiracji. Gdy spotyka Yarę, już od razu wie, że będzie jego muzą. Co się stanie jednak, gdy David się w niej zakocha?

Wędrowna bogini, tak można nazwać Yarę. Jest to postać, która nie zdobyła mojej sympatii, ale trudno też lubić kogoś, kto traktuje mężczyzn w okrutny sposób. Dziwne hobby – być inspiracją, a później przepadać jak kropla w wodę. Taka postawa gryzie czytelnika tym bardziej, że pierwszoosobowa perspektywa Yary pojawia się częściej niż punkt widzenia Davida. Nie mogę tego uznać za minus, ponieważ jest to zabieg celowy i byłam szczerze zaintrygowana dziewczyną. Próba zrozumienia jej myślenia i postępowania to jeden z kluczowych elementów fabuły.

Trzeba przyznać, że Fisher świetnie nakreśliła tworzenie się relacji między bohaterami. Niby David od razu wie, że Yara to jego idealna przyszła żona, a jednak nie czuć w tym wszystkim nadmiernego pośpiechu. Ich dialogi, subtelne znaki wciągają czytelnika tak bardzo, że nie pozostaje nic innego, jak tylko z ciekawością śledzić, do czego to wszystko doprowadzi. Autorka w „Boginie niewiary” skupiła się przede wszystkim na romansie, fabuła kręci się wokół naszej dwójki. Nie można więc liczyć na wielce rozbudowaną historię, a także na zawrotne tempo akcji. To powieść z gatunku takich, które powoli wciągają, rozgrzewają serce, ujmują rodzącą się relacją i samymi bohaterami (nawet tą dziwaczną Yarą, którą może ciężko lubić, ale jest to postać ciekawa, niestereotypowa). Do tego dochodzi umiejętny styl Fisher, który na szczęście nie jest nachalny. Często w książkach NA zdarza się, że autorzy narzucają pewne emocje, każą na przykład w danych momentach wzruszać się, bo jak nie – czytelnik ma poczucie, że nie ma odpowiedniej wrażliwości. Fisher kwestię uczuciowości pozostawia każdemu odbiorcy, każdy może na inny sposób odebrać historię.

Nie za bardzo rozumiałam nawiązania do religii i do klęczących, modlących się ateistów. Szukałam w książce wyjaśnień dla tych porównań, ale nie znalazłam praktycznie nic. I wydaje mi się, że to totalnie bez sensu. Być może chciano nadać powieści jakiejś głębi, wpleć trochę jakiejś refleksji i filozofii, ale, niestety, na ten temat nic mi nie wiadomo. Nie ma to większej głębi. Brakło mi też więcej opisów procesu twórczego Davida. Wiemy, że długo szukał natchnienia, ale czytelnik nie czuje tego przepływu inspiracji, tej desperacji. Uwielbiam w książkach motywy artyzmu, bohaterowie, którzy mają pewne umiejętności artystyczne zawsze jawili mi się jako osoby wyjątkowe, widzące świat w swoisty, uczuciowy sposób. W „Bogini niewiary” zabrakło tego uroku, odczucia prawdziwego talentu. Po prostu – za mało artyzmu. I to chyba wszystko jeśli chodzi o minusy.

„Boginie niewiary” to książka przyjemna w lekturze i wciągająca, ale nie oferuje czegoś nowego i innowacyjnego. Można by powiedzieć, że to klasyczny przykład romansu NA, który ma za zadanie przede wszystkim miło zająć czas. Może historia Davida i Yary nie zapadnie mi w głowie na długo, ale z pewnością sięgnę po inne książki Tarryn Fisher.