Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 11 września 2019

Elita - Rachel Van Dyken




Ostatnio mam wrażenie, że wśród  romansów i erotyków prym wiedzie motyw mafijny. Niebezpieczni mężczyźni, mroczne porachunki, przemoc, ostry język i dużo seksu... Do tej pory trafiłam jedynie na jedną serię, która mnie zachwyciła takimi elementami, nie wywołując jednocześnie uczucia zgorszenia czy irytacji - mianowicie "Srebrny łabędź". Czy "Elita", pierwszy tom serii "Eagle Elite" również spełniła moje oczekiwania?

Eagle Elite to prawdziwy prestiż dla Tracey Rooks, która fartem dostępuje zaszczytu uczęszczania do tej sławnej szkoły. Zwykłej dziewczynie z farmy ciężko jest się odnaleźć w nowym miejscu, tym bardziej, że w dziwny sposób wszyscy zwracają na nią szczególną uwagę. No tak, bogate dzieciaki wpływowych rodziców niełatwo zaakceptują nową uczennicę, która ewidentnie nie pasuje do reszty. Zauważają to też Elektorzy, najpotężniejsza grupa w szkole wywołująca zachwyt, szacunek i strach. Nie możesz się do nich odzywać, nie możesz się gapić, nawet nie próbuj zwracać na nich swojej uwagi. W momencie, w którym Nixon, przywódca grupy, zbliża się do Tracey, w szkole wybucha skandal. Związek tych dwojga jest zbyt ryzykowny i grozi wyjawieniem tajemnic, o których nikomu się nie śniło... 

Opis książki zabrzmiał, jak dla mnie, trochę komicznie. I tak faktycznie około połowa książki wydała się nierealistyczna i naciągana. Mamy bowiem prywatną szkołę, w której uczą się bogate, rozpieszczone dzieciaki, oraz grupę niesamowicie przystojnych mężczyzn, którzy, nie wiedzieć czemu, roszczą sobie prawo do wszystkiego. To tak jakby królowie placówki, postrach korytarzy, już niemalże ich cień wprawia resztę w przerażenie. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w prawdziwym życiu. Być może w podstawówce miałabym prawo czuć się przez kogoś zastraszona, ale trzeba zaznaczyć, że bohaterowie to praktycznie dorośli ludzie, którzy jednak zachowują się jak dzieci. I to mogę zarzucić wszystkim postaciom, a zwłaszcza Tracey - dziecinność, naiwność i brak logiki. Bohaterowie nie prowadzą ze sobą logicznie uargumentowanych rozmów, wydają się nie rozumieć ciągu przyczynowo-skutkowego, raz robią jedną rzecz, by chwilę potem zrobić coś zupełnie przeciwstawnego. Rozmyślają o głupotach, nic nieznaczących, jeden problem rozkładają na wiele. Komizm wyziera z nich samych, a także z fabuły.

Wątek mafii jest niełatwy do przedstawienia. Wymaga wyjątkowej umiejętności, researchu, bo łatwo otrzeć się tu o śmieszność. Niestety, mam wrażenie, że Rachel Van Dyken nie poradziła sobie z tym dobrze. Samo umiejscowienie w szkole niebezpiecznej grupy stojącej w konflikcie z prawem było pomysłem ryzykownym, a uczynienie z niej postrachu korytarzy odjęło autentyczności. Nie można niemalże oddychać w obecności Elektów, bez ich pozwolenia. Mam wrażenie, że na miejscu Tracey kazałabym im się solidnie palnąć w łby, są przecież dorosłymi ludźmi, a nie łobuzami męczącymi kilkuletnie dzieci na trzepaku.

Wspomniałam, że fabuła była tak irytująca do pewnego momentu, mianowicie do około połowy lektury. Ciekawe okazały się być za to motywy Nixona, tajemnice chłopaków, wątki kryminału. Wtedy wciągnęłam się w czytanie najbardziej i ciężko było mi się oderwać od tej historii, do tego stopnia, ze z rozpędu sięgnęłabym po drugi tom, gdyby tylko byłby już wydany. Dlatego mam mieszane uczucia, jeżeli chodzi o "Elitę". Z jednej strony autorka nie dopracowała wielu wątków, zahaczyła o śmieszność, stworzyła głupiutkie postacie, a jednak miała dobry pomysł i potrafiła tą mafią zainteresować. 

Myślę, że "Elita" nie jest dla wszystkich i nie wszystkim się spodoba. Większe szanse na udaną lekturę mają osoby lubiące New Adult z ostrzejszymi wątkami, mafię i niebezpiecznych mężczyzn. Trzeba przymknąć oko na wiele  grzeszków Autorki, na sam wątek prywatnej szkoły i na brak błyskotliwości ze strony głównej bohaterki, ale nadal można czerpać z tej lektury przyjemność. Nie zachęcam, nie odradzam, ale z ciekawości drugi tom przeczytam.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Nieodgadniony i Znikający Stopień






Muszę przyznać, że ostatnio coraz rzadziej sięgam po książki młodzieżowe. Często wydają mi się zbyt proste, schematyczne, w dodatku z nieprzekonywującymi wątkami miłosnymi. Czasem jednak mam ochotę na taką książkę, która zwyczajnie sprawi mi dużo radości przy czytaniu i pozwoli znów poczuć się nastolatką. Sięgnęłam po dwa tomy serii Maureen Johnson - "Nieodgadnionego" i "Znikający stopień" i, o dziwo, okazało się, że te pozycje mogą spodobać się również dorosłemu czytelnikowi.

W 1936 roku, wkrótce po otwarciu Akademii Ellinghama, znikają żona i córka założyciela. Jedynym tropem w sprawie jest prześmiewczy list-zagadka, w którym tajemniczy Nieodgadniony podaje sposoby na morderstwo. Porwanie rodziny Ellinghama staje się jedną z największych nierozwikłanych zbrodni w historii USA. Wiele lat później Stevie Bell, postanawia rozwiązać zagadkę z przeszłości. Najpierw jednak musi odnaleźć się w wymagających szkolnych realiach, wśród nowych ekscentrycznych przyjaciół. W tym samym czasie okazuje się, że Nieodgadniony powrócił i znów zaczął morderczą grę z uczniami Akademii Ellinghama. 

Na początku byłam trochę zdziwiona fabułą, ponieważ okładka nie sugerowała, ze będę miała do czynienia z naprawdę mocnym i skomplikowanym kryminałem, tudzież powieścią detektywistyczną. Oczywiście, zahaczamy też o wątki dotyczące życia nastoletniego, takie jak odnalezienie się w nowym miejscu, w nowej szkole, ale to nie takie kwestie wiodą w powieści prym. Na pierwszy plan wysuwa się Nieodgadniony, tajemnicza postać, której za nic nie można rozszyfrować. Stevie, uczennica pierwszego roku, jako fanka Charlesa Dickensa, znajduje upust swojej detektywistycznej fascynacji i sama staje się detektywem w sprawie mordercy. Dlatego ta książka tak bardzo angażuje czytelnika - Stevie porywa nas w wir śledztwa, zasypuje nowymi faktami i tropami, a my jesteśmy zmuszeni z dokładnością łączyć elementy układanki. Co wcale nie jest proste, trzeba ruszyć szarymi komórkami, wiele się domyślać, a przede wszystkim z niecierpliwością czekać na wyjaśnienia od samej autorki.

Na próżno szukać tutaj schematów, prostych rozwiązań i naiwnych bohaterów. Jak na serię młodzieżową, jest ona bardzo inteligentna, angażująca i satysfakcjonująca, podejrzewam, że bez względu na wiek. Autorka co chwilę podaje pewne tropy, by po chwili zmienić totalnie bieg wydarzeń i przewrócić historię do góry nogami. Sama w pewnym momencie poczułam się jak detektyw-Stevie, chciałam poznać wszystkie tajemnice Akademii, dlatego książki czytało mi się niezwykle szybko. Sprzyjał temu też prosty, ale barwnie opisujący styl, który świetnie oddał realia otoczenia. Sam budynek i jego okolice, po których się poruszamy, wydają się być tajemnice, mroczne i intrygujące. Tajne ogrody, ścieżki, pozamykane drzwi, dziwne przejścia... Do tego niejasna historia samego Ellinghama i jego rodziny sprawiają, że nie tylko sam Nieodgadniony, ale również Akademia staje się jakby tajemniczym bohaterem opowieści.

Słyszałam, że są osoby, które czuły się rozczarowane lekturą "Nieodgadnionego", bo tak naprawdę dostały w tej książce dużo pytań, a prawie żadnej odpowiedzi. I właśnie o tym mówię, ta seria  polega na tym, aby czytelnik ze zniecierpliwieniem oczekiwał wskazówek i wyjaśnień. Garść z nich otrzymujemy w tomie drugim, "Znikającym stopniu", dlatego warto mieć od razu oba tomy i czytać je ciągiem. Odniosłam bowiem wrażenie, że tom pierwszy był celowo skonstruowany tak, aby zaciekawić, zaintrygować, pokazać świat przedstawiony, a dopiero w kontynuacji bardziej uporządkować fabułę i zagadki. Sporo jeszcze zostało do wyjaśnienia, ale jestem przekonana, że gdyby osoby zawiedzione "Nieodgadnionym" sięgnęły po dalszą część, na pewno uzyskałyby wiele odpowiedzi.  


Nie mogę się doczekać trzeciego tomu, po prostu. Ciężko byłoby mi, i chyba nie potrafię, określić, która z dwóch części była lepsza.  Stanowią one bowiem spójną, ściśle połączoną całość, z czego faktycznie po pierwszym tomie najlepiej sięgać od razu po drugi. Wkręciłam się w sprawę Nieodgadnionego tak bardzo, że nie mogę przestać o nim myśleć i tylko czekam na to, co będzie dalej. Ta seria okazała się być miłym zaskoczeniem i jestem przekonana, że spodoba się fanom zagadek, tajemniczych miejsc i Sherlock'a. 

środa, 7 sierpnia 2019

Killer T - Robert Muchamore




Czy wizja świata rządzonego modyfikacjami genetycznymi wydaje nam się być odległa? Śmiem twierdzić, że żyjemy w takiej rzeczywistości już teraz. Zmieniamy materiał genetyczny zwierząt, roślin, ingerujemy mocno w procesy podziałów komórek i zapładniania in vitro. To wydaje się nieuniknione, gdy cały czas następuje rozwój nauki i technologii. Wiemy, że to ostatecznie doprowadzi do światowej klęski, a jednak brniemy w to dalej. Taka kolej rzeczy. Historia zna przypadki skutecznego wykorzystania broni biologicznej, ale tak naprawdę najgorsze dopiero przed nami. "Killer T" Roberta Muchamora to jedna z najgroźniejszych wizji apokalipsy, bo jest ona wielce prawdopodobna.

Harry, niepozorny nastolatek, który niedawno przeniósł się z Anglii, marzy tylko o tym, aby pójść w ślady swojej mamy, znanej i cenionej dziennikarki. Charlie, niepokorna dziewczyna z zamiłowaniem do materiałów wybuchowych i kłopotów, chce tylko w spokoju opiekować się swoim chorym bratem. W wyniku zamachu na szkolną gwiazdę sportu drogi tych dwojga przecinają się po raz pierwszy. W ich świecie modyfikacje genetyczne nie są tylko planami na niedaleką przyszłość, to prężnie rozwijająca się gałąź nielegalnych praktyk. Korzystają z nich gwiazdy kina, które chcą poprawić swój wygląd, i terroryści pragnący zobaczyć, jak świat płonie. Charlie i Harry znajdą się w samym centrum wydarzeń, w elicie Los Angeles, dokładnie w momencie, kiedy znana nam codzienność przestanie istnieć. Czy nauczą się żyć po genetycznej apokalipsie, wiedząc, że kilka razy przeszkodzili bardzo niebezpiecznym ludziom?

Killer T to nic innego jak limfocyt NKT - komórka układu odpornościowego, które pod wpływem bodźca stymulują wytwarzanie prozapalnych cytokin, odpowiadają też za cytotoksyczność. Niszczą obce dla organizmu ludzkiego komórki bakterii, wirusy, pierwotniaki, a także komórki nowotworowe. Być może dla osoby niezapoznanej dobrze z fizjologią układu immunologicznego takie informacje są mało przejrzyste, ale to dosłownie podstawa, która sprawia, że fabuła jest bardziej zrozumiała. Pomijając to, autor zahacza często o tematykę wirusologii i modyfikacji genetycznych pod kątem naukowym, ale, niestety, doszukałam się wielu nieścisłości. Niektóre fakty zostały troszkę przeinaczone, lub podkreślono tylko jeden ich wariant, aby fabuła miała ręce i nogi. I, naprawdę, gdybym nie siedziała w tematach biologiczno-chemicznych, zapewne nie zwróciłabym na to uwagi. Tak więc, jeżeli lubicie, gdy autor trzyma się rzetelności co do nauki dotyczącej biologii, trzeba tutaj na pewne rzeczy przymknąć oko.

Może to dziwnie zabrzmi, ale widać, że tę książkę napisał mężczyzna. W "Killerze T" dominuje bowiem przygoda, ciągła akcja, na próżno szukać delikatnych kobiecych charakterów, dylematów sercowych i wrażliwości. W pewien sposób ta książka kojarzyła mi się z "Tunelami" oraz "Więźniem labiryntu". Wydarzenia mają zawrotne tempo, a i język jest całkiem interesujący. Młodzieżowy, ale nie w kontekście prostoty i naiwności, a za to podszyty ironią i zabawnymi sformuowaniami typu "epickie pie**olnięcie". Określiłabym "Killera T" jako pełnokrwistą, kompletną i zapewniającą rozrywkę przygodówkę młodzieżową. Dawno nie czytałam tego gatunku i miło  było troszkę cofnąć się w czasie i przeczytać coś dla trochę młodszych czytelników, co jednocześnie nie zawiedzie dorosłego.

"Killera T" czyta się w zawrotnym tempie, kartki wypełnione drobnym drukiem lecą jedna po drugiej i nie wiadomo kiedy - ponad 400 stron przeczytane. To kawał angażującej przygodówki, która, gdy tylko przymkniemy oko na naukowe nieścisłości, okaże się być satysfakcjonującą lekturą. Na ten bestseller warto zwrócić uwagę, a na pewno takich młodzieżówek życzyłabym sobie, gdybym jeszcze tą młodzieżą była.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Złota dziewczyna - Sophie Davis



Najjaśniejsze uśmiechy kryją czasem najmroczniejsze tajemnice. A najlepszym tego przykładem jest "Złota dziewczyna" Sophie Davis.

Raven Ferragamo rozpoczyna nowe życie. Bierze roczny urlop po szkole średniej i przeprowadza się do Waszyngtonu. Zerwanie z przeszłością sprawia, że Raven czuje się lepiej, niż się spodziewała. Po raz pierwszy naprawdę czuje, że wszystko jest możliwe. Gdy poszukiwania dziedziczki fortuny przybierają na sile, w ręce Raven wpada pamiętnik Lark. Dziewczyna zostaje wciągnięta w mroczne tajemnice, znajduje rozpaczliwe prośby o pomoc. Nagle znajduje się w labiryncie pełnym tajemnic. Obie dziewczyny pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Okazuje się, że łączy je więcej, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić.

Fabuła opiera się na wielu wątkach różnego rodzaju: mamy tutaj romanse, relacje rówieśnicze, widma przeszłości, rodzinne tragedie, a także wydarzenia, których moglibyśmy się spodziewać w najlepszych kryminałach. To wszystko stanowi fragmenty układanki, która ma dać obraz Lark, krok po kroku poznawanej przez Raven, a również dla czytelnika. Historia jest tak dobrze skonstruowana, że nigdy nie wiadomo czego można się spodziewać na następnej stronie książki. Dlatego właśnie powieść porywa czytelnika, który za wszelką cenę chce rozwiązać zagadkę zaginionej Lark. Nie zważa się wtedy na upływ czasu ani na czekające obowiązki – liczy się tylko i wyłącznie układanka ze wspomnień zapisanych w znalezionym przez Raven pamiętniku.

"Złota dziewczyna” jest w pewnych elementach boleśnie prawdziwa. Każdy człowiek walczy z jakimiś problemami, osobistymi tragediami. Większość ludzi próbuje ukryć problemy na przeróżne sposoby. Jedni zakładają maski skrywając prawdziwe oblicze, drudzy udają że wszystko jest w porządku, a jeszcze inni potrzebują świadomości, że są lepsi od innych. Zaginiona Lark Kingsley  zalicza się do tych ostatnich. Świat bogactw, przepychu, diamentów i ogromnej fortuny może być idealną płachtą dla życia osoby, która nie wie, kim tak naprawdę jest i co się w życiu liczy. Dodatkowo zahaczamy o temat przekrętów i mafii, która zagraża sławnym osobom i tylko czyha na ich bogactwo. A czasem chodzi o zwykłą, podłą ludzką zazdrość.

Styl autorki jest zdecydowanie lekki i przystępny, jednocześnie dobrze wyważony pod względem ilości opisów i dialogów. Również dzięki temu czytelnik ma możliwość wczuć się w sytuację życiową zarówno ubogiej Raven, jak i Lark - dziedziczki ogromnej fortuny jubilerskiej. Dwa różne światy, dwa zupełnie inne style życia, ale obie dziewczyny okazują się być do siebie podobne i w pewnym stają koło siebie jak równy z równym. I to pokazuje tak naprawdę, co w życiu liczy się najbardziej, że pieniądze problemów nie rozwiązują, a ich brak lub duża ilość nie świadczy o tym, co człowiek ma w głowie.

Szczerze przyznam, że ta nowość od Wydawnictwa Kobiecego mnie zaskoczyła. Może "Złota dziewczyna" nie zmieniła diametralnie mojego życia, ale okazała się być trzymającym w napięciu pomieszaniem literatury kobiecej i thrillera, na wzór "Pretty little liars". Nie mogę się doczekać kolejnego tomu.


To, co zostawiła - Ellen Marie Wiseman


Uwielbiam w powieściach motywy szpitali psychiatrycznych i szaleństwa, dlatego z chęcią zabrałam się za dzieło Ellen Marie Wiseman, pt. "To, co zostawiła". O tej pozycji głośno było dwa lata temu i, mimo że wśród natłoku nowości nieczęsto się o niej wspomina, to jednak mam wrażenie, iż zapadła w pamięć wielu czytelnikom. Dlatego teraz chcę przypomnieć Wam o tej książce - teraz sama mogę przyznać, jest ona jedną z najlepszych czytanych przeze mnie opowieści tego roku.

Minęło dziesięć lat, odkąd matka Izzy Stone zastrzeliła śpiącego męża, pozbawiając swoją córkę ukochanego ojca. Przekonana o obłędzie matki Izzy nie może jej tego wybaczyć i wciąż odmawia odwiedzenia kobiety w więzieniu. Siedemnastolatka mieszka w rodzinie zastępczej, a w wolnych chwilach pomaga przybranym rodzicom w porządkowaniu zbiorów lokalnego muzeum, w którym pracują. Pewnego dnia w stercie porzuconych i zapomnianych przedmiotów Izzy znajduje zakurzony stos nieotwartych listów, które będą oknem do jej przeszłości.

Jest pierwsza połowa XX wieku. Osiemnastoletnia Clara Cartwright czuje się rozdarta pomiędzy posłuszeństwem wobec surowych rodziców a szaloną miłością do włoskiego imigranta. Ojciec Clary wpada w furię, gdy dziewczyna odmawia wstąpienia w zaaranżowane małżeństwo. Z wściekłości wysyła ją do kosztownego ośrodka dla obłąkanych. Wkrótce nadchodzi finansowy krach, który pozbawia rodzinę Clary całego majątku i skazuje ją na pobyt w publicznym przytułku.Zamknięta w listach historia Clary sprawia, że Izzy zaczyna się głęboko zastanawiać nad wydarzeniami z przeszłości.


Ogromnie cenię sobie książki, które potrafią scalić dwie różne, odległe linie czasowe, różne miejsca i normy kulturowe, w imię więzi rodzinnych. To one pokazują, jaki wpływ mają na nas wydarzenia z życia naszych przodków i pozwalają właściwie zrozumieć, kim tak naprawdę jesteśmy, co nas ukształtowało. Wtedy okazuje się, że tragedie dotykające naszych bliskich mają swój początek dużo wcześniej, niż moglibyśmy się spodziewać. "To, co zostawiła" to opowieść o korzeniach, o przeszłości, którą trzeba poznać, ale czasem lepiej się z nią pogodzić i zostawić. To opowieść o uwolnieniu, o zaspokojeniu tęsknoty za poczuciem przynależności i określenia własnej tożsamości. Izzy, obserwująca życie Clary zapisane w listach, doświadcza niezwykłej głębi ludzkich historii, a czytelnik to poruszenie odczuwa wszystkimi zmysłami i nie wątpi w ich autentyczność.


"To, co zostawiła" to niezwykle intrygująca, trudna, prawdziwa i wstrząsająca historia. To niemalże opis prawdziwej ludzkiej natury, tego, jak niektórzy z nas za bardzo wnikają w życie innych, zatracając samych siebie. Opis strachu, jaki towarzyszy braku kontroli nad sobą samym i swoim losem. W tę opowieść się wnika i przepada, a w tym wszystkim czasami ma się poczucie, że warto się zatrzymać, warto przemyśleć to, co właśnie dzieje się na kartach książki. Dlatego uważam, że "To, co zostawiła" to lektura dobra na chłodny wieczór, który jeszcze lepiej wprowadzi w niepokojący klimat historii Izzy. Polecam, bo nie sięgając po tę pozycję, możecie naprawdę wiele stracić.



Książki dostarcza:




środa, 24 lipca 2019

Nocny film - Marisha Pessl



"Diaboliczny thriller z niepowtarzalnym klimatem", to możemy przeczytać na okładce cegiełki spod pióra Marishy Pessl, pt. "Nocny film". Tak też pewnego wieczora zasiadłam do lektury, oczekując dreszczyku emocji, ciarek na plecach i wciągającej historii. I muszę przyznać, że może nie doświadczyłam strachu podczas czytania, ale książka i tak dała radę sprostać moim oczekiwaniom.

W wilgotną październikową noc w opuszczonym magazynie na dolnym Manhattanie zostaje odnalezione ciało pięknej młodej Ashley Cordovy. Choć jej śmierć zostaje z miejsca uznana za samobójstwo, doświadczony detektyw śledczy Scott McGrath podejrzewa inną przyczynę zgonu. Badając dziwne okoliczności śmierci dziewczyny i próbując dowiedzieć się czegoś o jej życiu, McGrath staje twarzą w twarz z dziedzictwem jej ojca – Stanislasa Cordovy, legendarnego, otoczonego aurą tajemnicy reżysera kultowych horrorów, którego nikt nie widział od ponad trzydziestu lat. Choć o filmach Cordovy napisano wiele, on sam zawsze skrywał się w cieniu. Według dziennikarza kolejna śmierć w tej przeklętej rodzinie nie jest przypadkiem. Wiedziony ciekawością, potrzebą poznania prawdy, ale także zemsty, McGrath pogrąża się coraz bardziej w niesamowitym, hipnotyzującym świecie wykreowanym przez diabolicznego reżysera. Ostatnim razem, gdy był blisko zdemaskowania Cordovy, utracił rodzinę i pracę. Teraz ryzykuje znacznie więcej...

"Nocny film" ma około 750 stron, ale szczerze muszę przyznać, że nie ukróciłabym tej opowieści. Jest ona odpowiednio rozbudowana, przemyślana, starannie skonstruowana i zaskakująca. Z zaciekawieniem przewracałam kolejne strony obserwując dzieło nieskrępowanej wyobraźni autorki i ani przez chwilę sie nie nudziłam, musiałam jedynie pilnować, aby w miarę możliwości nic mnie nie rozpraszało. Trzeba bowiem podczas lektury zachować pełną czujność, aby w pewnym momencie się  nie pogubić i zauważać pewne szczegóły i poszlaki, które podrzuca autorka, a które okazują się pod koniec wielce istotne. Dlatego "Nocny film" idealnie nada się na spokojny wieczór, niżeli na plażę czy w celu "resetu umysłu" po męczącym dniu. Na to warto zwrócić uwagę, ale wierzcie mi, ze Wasze skupienie i uwaga poświęcona tej opowieści odpłaci pełną satysfakcją.

Dzieło Marishy Pessl sprawia wrażenie dopracowanego do perfekcji w każdym calu, nawet pod względem wizualnym. Znajdziemy tu bowiem zdjęcia, fragmenty artykułów i gazet, raporty, notatki mające ogromne znaczenie dla śledztwa, a także rzucają czytelnikowi pewne wyzwanie - że powinien analizować, łączyć fakty, czynnie brać udział w tym, co się dzieje.  Pomagają w tym również długie, barwne i obrazowe opisy, które będą rarytasem dla każdego zagorzałego fana klasycznych thrillerów. "Nocny film" angażuje odbiorcę, wsysa w bieg wydarzeń i dlatego nie pozwala się od siebie oderwać.

Jeżeli miałabym już zaznaczyć jakikolwiek minus powieści, byłby to właśnie klimat, który nie jest na tyle psychodeliczny i upiorny, jak się spodziewałam. Szczegółowa budowa świata przedstawionego i realistycznych bohaterów oczywiście tworzą pewien klimat, sprawiają wrażenie, jakby chodziło się w gęstej, wilgotnej mgle, ale autorka mogła dodać odrobinę więcej szaleństwa i niepokoju. Chociaż ta kwestia naprawdę nie przeszkadzała mi w czytaniu w istotny sposób.

"Nocny film" to solidny kawał literatury z klasyki gatunku, który zachwyci spragnionych zagadek i zaskoczeń czytelników. Wciągnie na długie wieczory i noce, sprawi, że będziecie się łapać w ciągu dnia na analizowaniu tego, co wcześniej przeczytaliście. Wwierci się w umysł, zachwyci mnogością wątków i przytrzyma w napięciu do ostatniego zdania.

Książki dostarcza: