Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 13 listopada 2019

Więźniowie Szarości




Jesienna aura tak na mnie działa, że mam ochotę na mroczne powieści i tym właśnie sposobem przeczytałam niemal jedną po drugiej „Bestię”, „Gałęziste” i „Więźniów szarości”. Wszystkie te tytuły łączy jedno – las. Mroczny, pochłaniający światło, skrywający wśród gałęzi czyste zło, postrach mieszkańców małego miasteczka położonego nieopodal. I chociaż te trzy powieści miały wspólny temat, to zupełnie inaczej go potraktowały, zwłaszcza Christine Lynn Herman, autorka „Więźniów szarości” dedykowanych młodzieży rozkochanej w „Stranger Things”.

Po śmierci ukochanej siostry Violet Saunders wraca z matką do jej rodzinnego miasteczka, by odkryć, że rządzi się ono przedziwnymi prawami. Rodziny jego założycieli dysponują szczególnymi mocami pozwalającymi na powstrzymywanie potwora uwięzionego w Szarości. Nazwa miasteczka, Cztery Ścieżki, odwołuje się do czterech sposobów, w jakie walczą z Bestią rody założycielskie. Gałęzie podporządkowują sobie drzewa, Kamienie tworzą rzeźby zdolne odegnać zło; Sztylety potrafią niszczyć, a Kości… mają zupełnie wyjątkową moc.

Niełatwo jest wciągnąć się w fabułę „Więźniów szarości”, a to ze względu na dezorientujący prolog oraz charakterystyczny, lepki jak mgła klimat. Wraz z Violet wkraczamy do miasteczka zapomnianego przez resztę świata, miasteczka, które wciąga, nie wypuszcza, a co niektórym wymazuje pamięć. Każdy z Założycieli prędzej przy później odczuwa piętno tego miejsca. Szaleństwo, żądza władzy, potworne moce to tylko skrawek historii Czterech Ścieżek. Violet, jako Kość, z najbardziej przerażającą mocą, stawiana jest jako nadzieja dla miasta, a jednocześnie zagrożenie dla pozostałych rodów Założycieli. Trzeba dowiedzieć się, jakie jest dziedzictwo dziewczyny, czy zdoła pokonać Bestię… i czy w ogóle to Bestia jest głównym zagrożeniem.

Fabuła brzmi dość skomplikowanie, ale w rzeczywistości jest bardzo prosta, pod koniec nawet schematyczna. Nie jest to też cieniutka książka i mimo ciągłej akcji mam wrażenie, że czegoś tutaj zabrakło. Świat stworzony przez autorkę ma pewien zarys, ale nie ma surowych reguł, nie jest stworzony pewnie i z przekonaniem, momentami daje poczucie nieścisłości i luk. Wystarczyłoby dopracować świat przedstawiony, dodać więcej horroru  i wyrzucić kilka zbyt prostych elementów, tak jak tych występujących pod koniec.

Plusem tej opowieści są bohaterowie, jest ich naprawdę dużo, każdy ma za sobą pewną historię. Podobało mi się również przedstawienie relacji między nimi, nawet, jeśli to nie dotyczyło bezpośrednio  Violet (Harper i Justin – kocham ich relację i emocje jej towarzyszące). Obyło się nawet bez wątku romantycznego, za co chwała autorce! Mam jednak jeden zarzut co do postaci – sama Violet wydała mi się bardzo nijaka, jakby działała pod wpływem emocji, impulsów, jakby dozgonnie ufała każdemu człowiekowi.  Całe szczęście jednak, że mam trzecioosobowego narratora, który od czasu do czasu „przeskakuje” do innych bohaterów.

„Więźniowie szarości” to nowość, która, mam wrażenie, nie wywołała szumu w internecie. Mimo że jestem na wpół zadowolona z lektury, uważam, że ta pozycja zasługuje na więcej uwagi, zwłaszcza od młodzieży lubiącej odrobinę mroku. Nie zawiodą się też fani „Riverdale” czy „Stranger Things”, bo wydaje mi się, że Cztery Ścieżki mają z tymi serialami wiele wspólnego. Dla tych, którzy lubią serie jest dobra wiadomość – autorka pracuje nad kontynuacją. Sama raczej na nią się nie skuszę, ale warto dać „Więźniom szarości” szansę, zwłaszcza w te ciemne deszczowe jesienne wieczory.

poniedziałek, 4 listopada 2019

Frankly in love - David Yoon


Już od dłuższego czasu nie należę do grona „młodzieży”, a jednak nadal lubię sięgać po książki dla nastolatków. Mają one swoisty charakter, są zwykle humorystyczne, momentami naiwne, ale zawsze niosą ze sobą pewne refleksje lub skłaniają do zastanawiania się nad podstawowymi w życiu wartościami. Obecnie królują tutaj kwestie LGBTQ, rasizmu, feminizmu, dyskryminacji szeroko pojętej i nie inaczej jest z powieścią „Frankly In love” Davida Yoona.  

Frank Li ma dwa imiona: amerykańskie Frank oraz koreańskie Sung-Min. Urodził się i dorastał w Kalifornii, w języku przodków zna zaledwie kilka słów. Mimo to jego rodzice oczekują, że zwiąże się z miłą Koreanką. Ale Frank spotyka się z Brit Means, dziewczyną swoich marzeń! Brit jest urocza, zabawna i inteligentna, ale… nie jest Koreanką. Rodzice Franka wiele poświęcili, żeby mógł dorastać w kraju nieograniczonych możliwości, jednak ich tradycyjna postawa nie pozwala mu być zwyczajnym amerykańskim nastolatkiem. Zdesperowany chłopak zrobi wszystko, by rodzice nie dowiedzieli się o randkach z Brit. Zwraca się o pomoc do córki przyjaciół rodziny, Joy Song…

Być może kojarzycie nazwisko autora, jest to bowiem mąż Nicoli Yoon znanej z „Ponad wszystko”. Obie książki wydają się być dość podobne, skierowane są też do tych samych odbiorców, a przy tym pozostają pomysłowe i intrygujące. Sęk w tym, że duża część młodzieżówek to odgrzewane kotlety, państwo Yoon zaś potrafią unikalne wartości i myśli przedstawić w zupełnie nowy sposób. W „Frankly In love” mamy zderzenie dwóch zupełnie różnych kultur, problem przynależności do nich i odkrycia swojej tożsamości wobec rodzinnych tradycji i pochodzenia. Pojawia się też motyw oczekiwań rodziców wobec wybranki serca młodego chłopaka, który chce iść własną drogą, lecz nie widzi wśród swoich bliskich cienia zrozumienia.

Tematy, które porusza powieść, być może są już dla mnie przeszłością, ale jestem pewna, że wielu spośród czytelników będzie mogło utożsamić się z głównym bohaterem. Ułatwia też to pierwszoosobowa narracja będąca odzwierciedleniem tego, co Frank czuje w danych chwilach swojego życia. To wyjątkowo prosty, momentami infantylny język i, przyznać muszę, momentami może denerwować dorosłego czytelnika. Pojawi się nawet kilka przekleństw, wiele głupiutkich procesów myślowych i pokaźny zestaw mało istotnych, niby humorystycznych wzmianek. Z jednej strony, dla bardziej dojrzałego czytelnika lektura będzie momentami bardzo irytująca, z drugiej – dorastający młodzi mogą poczuć się jak w towarzystwie najlepszego przyjaciela.

Istotnym minusem tej historii może być zaś wątek, wydawać by się mogło – najważniejszy, czyli romantyczny. Zdarzało mi się wielokrotnie czytać książki YA, w których relacja bohaterów budowała się w sposób naturalny, można był wyczuć wspólną nić porozumienia między nimi. Tutaj zaś Frank wydaje się być totalnie nieprzygotowany na budowanie związku, nawet takiego pierwszego. W jednej chwili chce zrobić wszystkiemu na przekór i być z Brit, zaraz zaś zmienia zdanie, bez żadnego uzasadnienia. Trochę bez refleksji, jakby kierował się w życiu impulsami, skokami stężeń hormonów w organizmie, jakimś instynktem, który dla dorosłego jest niepojęty. I  chociaż doceniam cały zamysł oraz poruszaną tematykę, to uważam, że można było wszystko lepiej opisać i stworzyć bardziej złożone postaci. Dlatego „Frankly In love” nie jest lekturą nowością konieczną na półce, ale być może przypadnie nastolatkom do gustu.

czwartek, 19 września 2019

Sekrety letniego ogrodu

W codziennym pośpiechu warto czasem się zatrzymać, odetchnąć, a najlepiej dać się porwać spokojnej, rodzinnej historii z charakterystyczną dla kobiecego pisarstwa wrażliwością. Idealnie do tego nadadzą się „Sekrety letniego ogrodu”, które otulą serce każdej czytelniczki i przywrócą spokój oraz nadzieję. 

Imponującą rezydencję Lillian i Charlesa wypełniają bezcenne dzieła sztuki. Jednak dwudziestosześcioletnia kobieta czuje się tylko ozdobą kolekcji męża. Pojawienie się w ich posiadłości charyzmatycznego artysty sprawia, że świat Lillian wywraca się do góry nogami. Jedyne, czego pragnie Maggie Oberon po zerwanych zaręczynach, to ucieczka na drugi koniec świata. Wiadomość o chorobie ukochanej babci Lillian każe jej jednak przyjechać do Cloudesley. Niegdyś budząca zachwyt, dziś popadająca w ruinę posiadłość budzi przerażenie Maggie. Próbując ratować rodzinny majątek, odkrywa sekrety, które na zawsze mogą odmienić jej życie.

Fabuła nie brzmi zbyt oryginalnie, niedawno też czytałam „Dom wspomnień” o bardzo podobnym przebiegu akcji, jednak zawsze chętnie sięgam po historie połączonych ze sobą w pewien sposób kobiet. Różne linie czasowe, różne realia i te same problemy, z którymi, jako kobiety, spotykamy się obecnie. Silne, uparte, a jednocześnie wrażliwe i w pewien sposób doświadczone przez gorzki los. Nie można nie utożsamiać się z bohaterkami „Sekretów letniego ogrodu”, dlatego w tę opowieść można się po prostu wtopić, zaczytać, poczuć subtelność kobiecości. 

Autorka w bardzo umiejętny sposób kreuje swoje postaci, nie tylko te główne, ale też poboczne. Każda z nich wydaje się żywa, uczuciowa, realistyczna. Dużo zdziałał też prosty, ale urokliwy i pełen czaru styl pisarski, dzięki czemu emocje podczas lektury są spotęgowane. Wraz z bohaterami doświadczamy radości, smutku, nadziei, wnikamy w ich myśli i decyzje, nie zawsze odpowiednie i pożyteczne. Myślę, że dzięki temu „Sekrety letniego ogrodu” uczą empatii. Pozwalają spojrzeć na człowieka z innej perspektywy, nie powierzchownie, a tak dogłębnie, że czasem nawet błędy stają się usprawiedliwione. Bo każdy z bohaterów jest inny i tak samo w prawdziwym życiu – nigdy nie wiemy, przez co musiała przejść dana osoba, aby znaleźć się w miejscu, w którym jest teraz.

Powieść Hannah Richell to wciągająca nowość na rynku, historia o życiu, po prostu. O jego radosnych, ale i tych mrocznych stronach, o stracie, żalu, o tym, jaki wpływ ma na nas rodzina oraz jak nasze decyzje wpływają na losy innych ludzi. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do lektury, gwarantuję, że zapewni oderwanie i odpoczynek od codziennych spraw. 

środa, 11 września 2019

Elita - Rachel Van Dyken




Ostatnio mam wrażenie, że wśród  romansów i erotyków prym wiedzie motyw mafijny. Niebezpieczni mężczyźni, mroczne porachunki, przemoc, ostry język i dużo seksu... Do tej pory trafiłam jedynie na jedną serię, która mnie zachwyciła takimi elementami, nie wywołując jednocześnie uczucia zgorszenia czy irytacji - mianowicie "Srebrny łabędź". Czy "Elita", pierwszy tom serii "Eagle Elite" również spełniła moje oczekiwania?

Eagle Elite to prawdziwy prestiż dla Tracey Rooks, która fartem dostępuje zaszczytu uczęszczania do tej sławnej szkoły. Zwykłej dziewczynie z farmy ciężko jest się odnaleźć w nowym miejscu, tym bardziej, że w dziwny sposób wszyscy zwracają na nią szczególną uwagę. No tak, bogate dzieciaki wpływowych rodziców niełatwo zaakceptują nową uczennicę, która ewidentnie nie pasuje do reszty. Zauważają to też Elektorzy, najpotężniejsza grupa w szkole wywołująca zachwyt, szacunek i strach. Nie możesz się do nich odzywać, nie możesz się gapić, nawet nie próbuj zwracać na nich swojej uwagi. W momencie, w którym Nixon, przywódca grupy, zbliża się do Tracey, w szkole wybucha skandal. Związek tych dwojga jest zbyt ryzykowny i grozi wyjawieniem tajemnic, o których nikomu się nie śniło... 

Opis książki zabrzmiał, jak dla mnie, trochę komicznie. I tak faktycznie około połowa książki wydała się nierealistyczna i naciągana. Mamy bowiem prywatną szkołę, w której uczą się bogate, rozpieszczone dzieciaki, oraz grupę niesamowicie przystojnych mężczyzn, którzy, nie wiedzieć czemu, roszczą sobie prawo do wszystkiego. To tak jakby królowie placówki, postrach korytarzy, już niemalże ich cień wprawia resztę w przerażenie. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w prawdziwym życiu. Być może w podstawówce miałabym prawo czuć się przez kogoś zastraszona, ale trzeba zaznaczyć, że bohaterowie to praktycznie dorośli ludzie, którzy jednak zachowują się jak dzieci. I to mogę zarzucić wszystkim postaciom, a zwłaszcza Tracey - dziecinność, naiwność i brak logiki. Bohaterowie nie prowadzą ze sobą logicznie uargumentowanych rozmów, wydają się nie rozumieć ciągu przyczynowo-skutkowego, raz robią jedną rzecz, by chwilę potem zrobić coś zupełnie przeciwstawnego. Rozmyślają o głupotach, nic nieznaczących, jeden problem rozkładają na wiele. Komizm wyziera z nich samych, a także z fabuły.

Wątek mafii jest niełatwy do przedstawienia. Wymaga wyjątkowej umiejętności, researchu, bo łatwo otrzeć się tu o śmieszność. Niestety, mam wrażenie, że Rachel Van Dyken nie poradziła sobie z tym dobrze. Samo umiejscowienie w szkole niebezpiecznej grupy stojącej w konflikcie z prawem było pomysłem ryzykownym, a uczynienie z niej postrachu korytarzy odjęło autentyczności. Nie można niemalże oddychać w obecności Elektów, bez ich pozwolenia. Mam wrażenie, że na miejscu Tracey kazałabym im się solidnie palnąć w łby, są przecież dorosłymi ludźmi, a nie łobuzami męczącymi kilkuletnie dzieci na trzepaku.

Wspomniałam, że fabuła była tak irytująca do pewnego momentu, mianowicie do około połowy lektury. Ciekawe okazały się być za to motywy Nixona, tajemnice chłopaków, wątki kryminału. Wtedy wciągnęłam się w czytanie najbardziej i ciężko było mi się oderwać od tej historii, do tego stopnia, ze z rozpędu sięgnęłabym po drugi tom, gdyby tylko byłby już wydany. Dlatego mam mieszane uczucia, jeżeli chodzi o "Elitę". Z jednej strony autorka nie dopracowała wielu wątków, zahaczyła o śmieszność, stworzyła głupiutkie postacie, a jednak miała dobry pomysł i potrafiła tą mafią zainteresować. 

Myślę, że ta nowość nie jest dla wszystkich i nie wszystkim się spodoba. Większe szanse na udaną lekturę mają osoby lubiące New Adult z ostrzejszymi wątkami, mafię i niebezpiecznych mężczyzn. Trzeba przymknąć oko na wiele  grzeszków Autorki, na sam wątek prywatnej szkoły i na brak błyskotliwości ze strony głównej bohaterki, ale nadal można czerpać z tej lektury przyjemność. Nie zachęcam, nie odradzam, ale z ciekawości drugi tom przeczytam.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Nieodgadniony i Znikający Stopień






Muszę przyznać, że ostatnio coraz rzadziej sięgam po książki młodzieżowe. Często wydają mi się zbyt proste, schematyczne, w dodatku z nieprzekonywującymi wątkami miłosnymi. Czasem jednak mam ochotę na taką książkę, która zwyczajnie sprawi mi dużo radości przy czytaniu i pozwoli znów poczuć się nastolatką. Sięgnęłam po dwa tomy serii Maureen Johnson - "Nieodgadnionego" i "Znikający stopień" i, o dziwo, okazało się, że te pozycje mogą spodobać się również dorosłemu czytelnikowi.

W 1936 roku, wkrótce po otwarciu Akademii Ellinghama, znikają żona i córka założyciela. Jedynym tropem w sprawie jest prześmiewczy list-zagadka, w którym tajemniczy Nieodgadniony podaje sposoby na morderstwo. Porwanie rodziny Ellinghama staje się jedną z największych nierozwikłanych zbrodni w historii USA. Wiele lat później Stevie Bell, postanawia rozwiązać zagadkę z przeszłości. Najpierw jednak musi odnaleźć się w wymagających szkolnych realiach, wśród nowych ekscentrycznych przyjaciół. W tym samym czasie okazuje się, że Nieodgadniony powrócił i znów zaczął morderczą grę z uczniami Akademii Ellinghama. 

Na początku byłam trochę zdziwiona fabułą, ponieważ okładka nie sugerowała, ze będę miała do czynienia z naprawdę mocnym i skomplikowanym kryminałem, tudzież powieścią detektywistyczną. Oczywiście, zahaczamy też o wątki dotyczące życia nastoletniego, takie jak odnalezienie się w nowym miejscu, w nowej szkole, ale to nie takie kwestie wiodą w powieści prym. Na pierwszy plan wysuwa się Nieodgadniony, tajemnicza postać, której za nic nie można rozszyfrować. Stevie, uczennica pierwszego roku, jako fanka Charlesa Dickensa, znajduje upust swojej detektywistycznej fascynacji i sama staje się detektywem w sprawie mordercy. Dlatego ta książka tak bardzo angażuje czytelnika - Stevie porywa nas w wir śledztwa, zasypuje nowymi faktami i tropami, a my jesteśmy zmuszeni z dokładnością łączyć elementy układanki. Co wcale nie jest proste, trzeba ruszyć szarymi komórkami, wiele się domyślać, a przede wszystkim z niecierpliwością czekać na wyjaśnienia od samej autorki.

Na próżno szukać tutaj schematów, prostych rozwiązań i naiwnych bohaterów. Jak na serię młodzieżową, jest ona bardzo inteligentna, angażująca i satysfakcjonująca, podejrzewam, że bez względu na wiek. Autorka co chwilę podaje pewne tropy, by po chwili zmienić totalnie bieg wydarzeń i przewrócić historię do góry nogami. Sama w pewnym momencie poczułam się jak detektyw-Stevie, chciałam poznać wszystkie tajemnice Akademii, dlatego książki czytało mi się niezwykle szybko. Sprzyjał temu też prosty, ale barwnie opisujący styl, który świetnie oddał realia otoczenia. Sam budynek i jego okolice, po których się poruszamy, wydają się być tajemnice, mroczne i intrygujące. Tajne ogrody, ścieżki, pozamykane drzwi, dziwne przejścia... Do tego niejasna historia samego Ellinghama i jego rodziny sprawiają, że nie tylko sam Nieodgadniony, ale również Akademia staje się jakby tajemniczym bohaterem opowieści.

Słyszałam, że są osoby, które czuły się rozczarowane lekturą "Nieodgadnionego", bo tak naprawdę dostały w tej książce dużo pytań, a prawie żadnej odpowiedzi. I właśnie o tym mówię, ta seria  polega na tym, aby czytelnik ze zniecierpliwieniem oczekiwał wskazówek i wyjaśnień. Garść z nich otrzymujemy w tomie drugim, "Znikającym stopniu", dlatego warto mieć od razu oba tomy i czytać je ciągiem. Odniosłam bowiem wrażenie, że tom pierwszy był celowo skonstruowany tak, aby zaciekawić, zaintrygować, pokazać świat przedstawiony, a dopiero w kontynuacji bardziej uporządkować fabułę i zagadki. Sporo jeszcze zostało do wyjaśnienia, ale jestem przekonana, że gdyby osoby zawiedzione "Nieodgadnionym" sięgnęły po dalszą część, na pewno uzyskałyby wiele odpowiedzi.  


Nie mogę się doczekać trzeciego tomu, po prostu. Ciężko byłoby mi, i chyba nie potrafię, określić, która z dwóch części była lepsza.  Stanowią one bowiem spójną, ściśle połączoną całość, z czego faktycznie po pierwszym tomie najlepiej sięgać od razu po drugi. Wkręciłam się w sprawę Nieodgadnionego tak bardzo, że nie mogę przestać o nim myśleć i tylko czekam na to, co będzie dalej. Ta seria okazała się być miłym zaskoczeniem i jestem przekonana, że spodoba się fanom zagadek, tajemniczych miejsc i Sherlock'a. 

środa, 7 sierpnia 2019

Killer T - Robert Muchamore




Czy wizja świata rządzonego modyfikacjami genetycznymi wydaje nam się być odległa? Śmiem twierdzić, że żyjemy w takiej rzeczywistości już teraz. Zmieniamy materiał genetyczny zwierząt, roślin, ingerujemy mocno w procesy podziałów komórek i zapładniania in vitro. To wydaje się nieuniknione, gdy cały czas następuje rozwój nauki i technologii. Wiemy, że to ostatecznie doprowadzi do światowej klęski, a jednak brniemy w to dalej. Taka kolej rzeczy. Historia zna przypadki skutecznego wykorzystania broni biologicznej, ale tak naprawdę najgorsze dopiero przed nami. "Killer T" Roberta Muchamora to jedna z najgroźniejszych wizji apokalipsy, bo jest ona wielce prawdopodobna.

Harry, niepozorny nastolatek, który niedawno przeniósł się z Anglii, marzy tylko o tym, aby pójść w ślady swojej mamy, znanej i cenionej dziennikarki. Charlie, niepokorna dziewczyna z zamiłowaniem do materiałów wybuchowych i kłopotów, chce tylko w spokoju opiekować się swoim chorym bratem. W wyniku zamachu na szkolną gwiazdę sportu drogi tych dwojga przecinają się po raz pierwszy. W ich świecie modyfikacje genetyczne nie są tylko planami na niedaleką przyszłość, to prężnie rozwijająca się gałąź nielegalnych praktyk. Korzystają z nich gwiazdy kina, które chcą poprawić swój wygląd, i terroryści pragnący zobaczyć, jak świat płonie. Charlie i Harry znajdą się w samym centrum wydarzeń, w elicie Los Angeles, dokładnie w momencie, kiedy znana nam codzienność przestanie istnieć. Czy nauczą się żyć po genetycznej apokalipsie, wiedząc, że kilka razy przeszkodzili bardzo niebezpiecznym ludziom?

Killer T to nic innego jak limfocyt NKT - komórka układu odpornościowego, które pod wpływem bodźca stymulują wytwarzanie prozapalnych cytokin, odpowiadają też za cytotoksyczność. Niszczą obce dla organizmu ludzkiego komórki bakterii, wirusy, pierwotniaki, a także komórki nowotworowe. Być może dla osoby niezapoznanej dobrze z fizjologią układu immunologicznego takie informacje są mało przejrzyste, ale to dosłownie podstawa, która sprawia, że fabuła jest bardziej zrozumiała. Pomijając to, autor zahacza często o tematykę wirusologii i modyfikacji genetycznych pod kątem naukowym, ale, niestety, doszukałam się wielu nieścisłości. Niektóre fakty zostały troszkę przeinaczone, lub podkreślono tylko jeden ich wariant, aby fabuła miała ręce i nogi. I, naprawdę, gdybym nie siedziała w tematach biologiczno-chemicznych, zapewne nie zwróciłabym na to uwagi. Tak więc, jeżeli lubicie, gdy autor trzyma się rzetelności co do nauki dotyczącej biologii, trzeba tutaj na pewne rzeczy przymknąć oko.

Może to dziwnie zabrzmi, ale widać, że tę książkę napisał mężczyzna. W "Killerze T" dominuje bowiem przygoda, ciągła akcja, na próżno szukać delikatnych kobiecych charakterów, dylematów sercowych i wrażliwości. W pewien sposób ta książka kojarzyła mi się z "Tunelami" oraz "Więźniem labiryntu". Wydarzenia mają zawrotne tempo, a i język jest całkiem interesujący. Młodzieżowy, ale nie w kontekście prostoty i naiwności, a za to podszyty ironią i zabawnymi sformuowaniami typu "epickie pie**olnięcie". Określiłabym "Killera T" jako pełnokrwistą, kompletną i zapewniającą rozrywkę przygodówkę młodzieżową. Dawno nie czytałam tego gatunku i miło  było troszkę cofnąć się w czasie i przeczytać coś dla trochę młodszych czytelników, co jednocześnie nie zawiedzie dorosłego.

"Killera T" czyta się w zawrotnym tempie, kartki wypełnione drobnym drukiem lecą jedna po drugiej i nie wiadomo kiedy - ponad 400 stron przeczytane. To kawał angażującej przygodówki, która, gdy tylko przymkniemy oko na naukowe nieścisłości, okaże się być satysfakcjonującą lekturą. Na ten bestseller warto zwrócić uwagę, a na pewno takich młodzieżówek życzyłabym sobie, gdybym jeszcze tą młodzieżą była.