Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 6 września 2017

Żałując macierzyństwa

Wydawnictwo Kobiece
Tłumacz: Elżbieta Filipow
Ilość stron: 310

Opis wydawcy:

Kobietom, które nie decydują się na macierzyństwo, często mówi się, że będą ubolewać z tego powodu do końca życia. Jednak nikt nie myśli o odwrotnej sytuacji. Wydaje się, że kobieta, która ma już dziecko, nie może żałować decyzji o jego urodzeniu. Socjolog Orna Donath przerywa milczenie, rzucając światło na społeczne tabu wokół macierzyństwa. Żałując macierzyństwa to odważne dzieło zawierające wyniki długoletnich badań i wywiadów z kobietami, które wolałyby nigdy nie urodzić dzieci. Donath wyjaśnia, że jeśli jesteśmy oburzeni ideą kobiet, które zmagają się z tym dylematem, powinniśmy głęboko się zastanowić. Zamiast je szykanować i obrzucać obelgami, musimy odpowiedzieć sobie na trudne pytanie. Dlaczego społeczeństwo narzuca macierzyństwo jako naturalny krok człowieka?




Rola matki kreowana była od samego początku dziejów świata. W Piśmie Świętym czytamy, że brak potomstwa był dla kobiety powodem do rozpaczy, a mężczyźni często płodzili dzieci ze służącymi, byleby ród miał kolejnych potomków. W mitologiach również płodność oznaczała obfitość, piękno kobiety, symbolizowało jej związanie z naturą a prokreacja była głównym zadaniem każdej zdolnej do tego istoty.  Jeżeli wydaje się wam, że czasy zmieniły się wystarczająco, aby dać kobietom całkowicie wolny wybór dotyczący posiadania dzieci, to niestety bardzo się mylicie.

Orna Donath to młoda socjolog, która świadomie wybrała bycie ‘niczyją mamą’. Od 2008 roku prowadziła badania wśród grupy izraelskich matek, które przyznały, że żałują macierzyństwa. Owocem tego jest najnowszy bestseller, "Żałując macierzyństwa". Autorka w obszernym wstępie wyjaśnia w jaki sposób skontaktowała się z tymi kobietami, jak badała ich stosunek do macierzyństwa i dlaczego w ogóle zdecydowała się opublikować swoje badania w formie książki. Przytaczała komentarze do debaty na temat negatywnych uczuć matek, cytaty nie były niczym innym jak tylko pełnym niezrozumienia ‘hejtem’. Gdziekolwiek nie spojrzeć, wystarczy rzucić na forum jakiś temat, a już rozpoczyna się dyskusja pełna jadu, wytykania, poniżania, a brak w niej logicznych, przemyślanych argumentów. Orna Donath nie przyjmuje postawy obronnej, nikogo też w swojej książce nie atakuje. Przedstawia fakty, komentuje wypowiedzi izraelskich matek z perspektywy specjalisty, psychologia i socjologa. Wymaga od czytelnika myślenia, aby to on sam wyciągnął wnioski i zastanowił się nad tematem żałowania macierzyństwa. Mi osobiście otworzyła oczy na pewne sprawy, wzbudziła empatię i chciałabym, aby ze względu na to KAŻDY (nie tylko kobiety) zapoznał się z książką i dopiero wtedy uczestniczył w debacie o prawach matek, o akceptacji ich negatywnych uczuć i o presji społeczeństwa, która w tej kwestii jest niewyobrażalnie duża.

Książka składa się z sześciu działów, które poruszają odmienne kwestie związane z poczuciem żalu matek: „Dyktat społeczeństwa a oczekiwania kobiet”, „Jak matki powinny wyglądać, co robić i czuć”, „Gdybym tylko mogła być niczyją mamą”, „Żyjąc z nielegalnym uczuciem”, „Żałując macierzyństwa między milczeniem a mową”, „Badając stanowiska matek za pomocą żalu”. Za ogromny plus książki uznałam fakt, że większość jej treści to wypowiedzi badanych kobiet, a Orna Donath jedynie podpowiada nam, co można wywnioskować z tych fragmentów. Autorka przy tym wszystkim wykazuje się niezwykła inteligencją, powagą i profesjonalizmem, w żaden sposób nie ma zamiaru grać nam na uczuciach. Wśród stosów kiczu, który tylko w teorii ma zmienić myślenie czytelnika, ta pozycja jest wzorem doskonałym jak takie pozycje powinny wyglądać.

Nie widzę powodu, dla którego miałabym szczegółowo opisywać co znajduje się w książce, bo też nie byłoby to możliwe. Najchętniej powiesiłabym gdzieś na mieście banner z napisem „przeczytajcie to”. Po prostu trzeba, po to, aby nie robić drugiemu człowiekowi krzywdy. Nie wywoływać żadnego rodzaju presji i akceptować wybory kobiet, które nie czują potrzeby bycia matkami. Nie wolno ich piętnować, traktować jak istoty drugiego sortu i nieżyjące w zgodzie z własnym życiowym powołaniem. Im trzeba przede wszystkim pomóc, wspierać w ich decyzji, dać wolną wolę i z nimi rozmawiać.


Ta recenzja może wydawać wam się chaotyczna, prawdopodobnie właśnie tak jest. Po prostu przeczytajcie i rozmyślajcie nad tematem. Niech w końcu społeczeństwo zauważy problem żalu matek, będzie świadome ich uczuć i dowie się, jak im pomóc. „Żałując macierzyństwa” to lektura, która skonfrontowała moje myślenie, uświadomiła mi istnienie presji, którą nieświadomie mogłam wywrzeć na innych kobietach. Niestety, podejrzewam, że minie jeszcze wiele lat zanim społeczeństwo do tego dojdzie. 

"Żałując macierzyństwa" znajdziecie w atrakcyjnej cenie na stronie Taniej Książki.


wtorek, 8 sierpnia 2017

Królowa narkotyków, tajna agentka, zakładniczka

Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Przemysław Hejmej
Ilość stron: 472
Opis: Piorunująca literatura faktu. Była królowa wielkiego narkotykowego imperium musi po latach wrócić do handlu kokainą – tym razem z ramienia służb federalnych. Jednak kiedy zostaje porwana przez groźnych, kolumbijskich przestępców, zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie. Czy jej życie coś znaczy?











 Czytam książki od wielu lat, a z literaturą faktu spotkałam się zaledwie kilka razy. Być może jest tak dlatego, że traktuję powieści zwykle jako rozrywkę i oczekuję od nich oderwania od rzeczywistości. Literatura faktu jest za to zawsze kontrowersyjna, poruszająca i, choć napisana przez życie, wydaje się odrealniona, wymaga sporej uwagi od odbiorcy. „Uwikłana”, jeden z najciekawszych bestsellerów, należy do niełatwych pozycji, ponieważ wymaga wielkiego zaangażowania wyobraźni, bo chociaż wszyscy słyszymy o przemytach narkotykowych, to fabuła wydaje się być skomplikowanym wymysłem. Jednak nic lepiej nie pisze scenariuszy niż samo życie…

W „Uwikłanej” Bruce Porter mamy do czynienia z opartą na faktach porywającą historią o Pilar, kobiecie, której pewność siebie i zaangażowanie doprowadziły do dotarcia na szczyt narkotykowego imperium. Dobrze wykształconą, inteligentną Kolumbijkę zawsze pociągało to, co zakazane, nie wyłączając nieodpowiednich mężczyzn. To przez nich Pilar w niedługim czasie staje na czele organizacji handlującej kokainą na ogromną skalę. Po ucieczce z narkotykowego świata, życie kobiety wydawać by się mogło wraca na właściwe tory - do czasu. Jej były mąż wydaje ją agencji walczącej z nielegalnym handlem, a sama Pilar staje się tajną agentką, zamieszaną w największą akcję niebezpiecznego kartelu. Jak poradzi sobie kobieta, której życie wisi na włosku? Na jak wielką skalę istnieje handel narkotykami i czy my, zwykli ludzie, możemy mieć o tym prawdziwe pojęcie?

Jak już wspomniałam, z literaturą faktu spotkałam się zaledwie kilka razy, ale „Uwikłana” nie tylko dlatego była dla mnie wyjątkową lekturą. Ta powieść bardzo się wyróżnia, ponieważ mamy tutaj sporą dawkę wartkiej akcji, tak nieczęsto spotykanej w gatunku. To szokujący thriller, który swoim autentyzmem szokuje jeszcze bardziej aniżeli samą fabułą. Z początku dość mocno zniechęcał mnie fakt, że nie mogłam doszukać się w tekście dłuższych dialogów. Okazało się jednak, iż przez tą lekturę po prostu się płynie. Akcja mknie w szybkim tempie, a nawet bardziej rozbudowane opisy w niczym nie przeszkadzają. Co więcej, autorka daje możliwość wnikliwego studiowania charakterów, przede wszystkim samej Pilar. Mimo wszystko akcja znacznie przeważała nad resztą i przez to fani książek szpiegowskich, thrillerów, intryg, ucieczek i tajemnic będą zadowoleni. Dzięki temu też książka jest realistyczna, chociaż, paradoksalnie, ciężko uwierzyć w to, rzeczy opisane w książce miały i nadal mają miejsce. „Uwikłana” znacznie poszerzyła moje spojrzenie na świat i uważam, iż każdy powinien czasem sięgnąć po tego typu literaturę, szokującą, wciągającą i opartą na faktach.

Historia Pilar skłoniła mnie do wielu refleksji. Nie robię tego często, ale w tym przypadku zastanawianie się nad opisywanymi wydarzeniami wydaje się być nieuniknione. Przede wszystkim zastanawiałam się nad losem osób, które dały się wciągnąć w środowisko handlarzy narkotyków. Autorka ukazuje w pewnym stopniu wpływ środowiska na takie osoby, chodzi tu przede wszystkim o standard życia, klasę społeczną, wykształcenie. Obserwujemy nieustanną pogoń za pieniędzmi, czysty materializm, próżność i życie kosztem innych, byleby utrzymać pozycję i zdobyć poważanie wśród wysoko postawionych ludzi. W tym wszystkim główną rolę odgrywają bystre, przebiegłe charaktery, które swoją inteligencję kierują w niebezpiecznym kierunku, tak jak Pilar, pierwotnie królowa ‘narkotykowego imperium.

„Uwikłana” to powieść, którą trzeba przeczytać. Historia opisana przez Bruce Porter wciąga, szokuje, jest niebanalna, prawdziwa i czasami wręcz wbija w fotel. My, zwykli ludzie, żyjący w miastach i wioskach spokojnej Polski, czasem nieświadomie przechodzimy obok szokujących tajemnic i rozbudowanych nielegalnych imperiów przemytniczych, które nadal z powodzeniem funkcjonują. Tutaj czy gdzieś za granicą. Warto sięgnąć po książkę, która uruchamia wyobraźnię o świecie z pozoru przyjaznym i pięknym, lecz w głębi pełnym brudu i nieuczciwej walki. Takiej lektury na długo nie zapomnę.


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Koralina - Neil Gaiman

Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Ilość stron: 112
Opis: Dzień po przeprowadzce Koralina postanowiła zwiedzić cały dom... W nowym mieszkaniu, do którego Koralina przeprowadziła się z rodzicami, jest dwadzieścia jeden okien i czternaścioro drzwi. Trzynaścioro z nich otwiera się zwyczajnie, czternaste zaś są zamknięte na klucz. Za nimi znajduje się tylko ściana z cegieł - przynajmniej do dnia, w którym Koralina otwiera je i odkrywa przejście do innego domu, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od jej własnego. Ale pozory mylą... Z początku nowo odkryte mieszkanie wydaje się jej cudowne. Na obiad dostaje same smakołyki, a w pudełku z zabawkami czekają anioły, które po nakręceniu fruwają po pokoju, książki, w których ilustracje wyglądają, jakby ożywały, małe główki dinozaurów, które na zawołanie klekocą zębami. Jenakże w nowym domu są też nowi rodzice, którzy chcieliby, żeby Koralina została ich córeczką. Chcą ją odmienić, zatrzymać i nigdy nie oddać jej z powrotem. W lustrach zaś kryją się nieszczęśliwe dzieci, zagubione dusze...


Dziewczynka, która poszukuje przygód tam, gdzie nie powinna. Dziewczynka, która odkrywa alternatywny świat, niemal wyśniony… Dziewczynka, która nie może dać przyszyć sobie guzików. Koralina. Opowieść Neila Geimana, a zarazem moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Baśniowa, magiczna, pełna wyobraźni i subtelnej grozy. 

Koralina wprowadza się z rodziną do osobliwego domu, który okazuje się skrywać wiele tajemnic. Małe drzwiczki w zakurzonym pokoju okazują się być przejściem do świata z pozoru cudownego i odmiennego od szarej rzeczywistości. Jednak czy wszystko jest takie, jakim się wydaje? Czy Koralina da się uwieść nowym rodzicom, którzy spełniają każde jej życzenie, chociaż oczekują w zamian za to… guzików zamiast oczu? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywa gadający kot?

„Koralina” to pierwsza książka, po którą sięgnęłam z własnej, nieprzymuszonej woli. Od tej pory pokochałam czytanie, dlatego też nie będę całkowicie obiektywna. Mam do tej powieści ogromny sentyment i szukam w twórczości Gaimana tej samej magii, baśniowości i horroru, co w historii o dziewczynce w alternatywnym świecie. To opowieść z pozoru dla dzieci, łatwa w odbiorze, czasem absurdalna, ale jednak dla dorosłych przez elementy iście mroczne i straszne. Przekonały się o tym dzieci, które udały się z rodzicami do kin na ekranizację tej powieści. Po połowie seansu większość płakała i opuszczała salę. Film, czy też bajka, zmienia się w horror, miejscami niesmaczny, psychodeliczny, często wywołujący dyskusje dotyczące interpretacji Drugiej Matki i jej świata. Będąc nastolatką byłam tak zafascynowana tą upiorną historią, że zaczęłam pisać jej kontynuację. Do teraz często wracam do „Koraliny”.

Cóż mogę więcej napisać. Nie wiem, czy ta historia spodoba się wszystkim dorosłym, ale ze względu na mój sentyment, polecam wszystkim spróbować dostrzec w opowieści ten baśniowy i jednocześnie mroczny klimat. Neil Gaiman nie wszystkim przypadnie do gustu, mimo wszystko warto dać mu szansę i podejść do „Koraliny” z pewnym dystansem, bo jednak zachowuje ona charakter opowieści dla dzieci. Ale czyż nie jest najlepsze, że to, co powinno być proste i miłe, zamienia się zaskakująco w odrażającą opowieść, której raczej nie czytalibyśmy na dobranoc naszym dzieciom?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG



czwartek, 27 lipca 2017

Mitologia nordycka - Neil Gaiman

Wydawnictwo: MAG
Oprawa twarda
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydanie: 01.03.2017















OPIS WYDAWCY:

Wielkie nordyckie mity to jeden z korzeni, z których wyrasta nasza tradycja literacka – od Tolkiena, Alana Garnera i Rosemary Sutcliff po "Grę o tron" i komiksy Marvela. Stały się też inspiracją dla wielu obsypanych nagrodami bestsellerów Neila Gaimana. Teraz sam Gaiman sięga w odległą przeszłość, do oryginalnych źródeł tych opowieści, by przedstawić nam nowe, barwne i porywające wersje największych nordyckich historii. Dzięki niemu bogowie ożywają – pełni namiętności, złośliwi, wybuchowi, okrutni – a opowieść przenosi nas do ich świata – od zarania wszechrzeczy, aż po Ragnarok i zmierzch bogów. Barwne przygody Thora, Lokiego, Odyna czy Frei fascynują współczesnego czytelnika, a żywy, błyskotliwy język sprawia, że aż proszą się o to, by czytać je na głos przy ognisku w mroźną gwiaździstą noc.


Neil Gaiman to niezwykle popularny autor fantastyki, którego opowieści mają swoisty, niepowtarzalny klimat. Jedna z nich, „Koralina”, rozbudziła wiele lat temu moją miłość do pisanych historii, przez co mam do niej ogromny sentyment. Niedługo napiszę o niej więcej, ale wiedzcie, że, póki co, to właśnie „Koralina” jest  dziełem  TEGO Gaimana, którego uwielbiam. Trzeba bowiem zaznaczyć, że autor sięga po przeróżne motywy i gatunki literackie, czego wyrazem jest m.in. zbiór „Dym i lustra”, który trafił na moją listę ulubionych książek. Gaiman sięga po czarny humor, groteskę, pisze pieśni, opowiadania, a nawet krótkie scenariusze. Jego utwory bawią, czasem zniesmaczają, są kontrowersyjne, zachwycają klimatem, a czasem straszą. W dodatku, po lekturze „Mitologii nordyckiej”, z całą pewnością można stwierdzić, że w każdej swojej opowieści Gaiman przedstawia nam się z trochę innej strony i nie każdemu spodobają się wszystkie jego utwory. Tak jest też ze mną, bo mimo iż jestem dla autora pełna podziwu i uwielbiam jego wyobraźnię, to jednak „Mitologia nordycka” najzwyczajniej nie przypadła mi do gustu.

Może nie jesteśmy tego do końca świadomi, ale wiele współczesnych elementów kultury czerpie z mitologii nordyckiej, od Tolkiena do „Gry o tron”.  Podczas lektury przypomniała mi się jeszcze druga część Disney’owskiej „Atlantydy”, w której znajdziemy historię dotyczącą końca świata, nazywanego Ragnarok. Było to dość miłe zaskoczenie, ponieważ mogłam zapoznać się z tym, na czym bazowano tworząc dzieła, które w mniejszym bądź większym stopniu kształtowały moją przeszłość.

Neil Gaiman czyni wspaniałe wprowadzenie do lektury, w którym wyjaśnia nam skąd pomysł na taką książkę. Ma nadzieję na to, że uświadomi czytelnikom, iż mitologia nordycka jest równie lub nawet bardziej ciekawa od popularnych mitologii rzymskiej czy greckiej. Jest to też forma ratunku, ponieważ znaczna część z zapisanych przez Gaimana opowieści krążyła już tylko w postaci ustnej, a pisemne wzmianki o nich były dość skąpe, nierozbudowane i ledwie przetrwały do dzisiejszych czasów. Poza tym, autor postanowił wykorzystać swoją umiejętność snucia dziwnych i fascynujących opowieści, aby rozbudować mity i zainteresować nimi ludzkość na nowo. Dodatkowo oprawa graficzna książki zachęca do lektury i trzeba przyznać, że cel autora został osiągnięty.

Niestety, mając świadomość tego, w jaki sposób Gaiman posługuje się pomysłami i świetnym stylem pisania, mity, które miały być przystępnymi opowiadaniami, wydały mi się być mało interesującymi relacjami tego, co rzekomo się wydarzyło. Tak jakbym czytała jakąś relację, nie potrafiłam zagłębić się w poszczególne historie i czerpać z tego takiej przyjemności, jakiej chciałam doświadczyć. Po prostu spodziewałam się czegoś innego. Miałam bowiem wrażenie, że Gaiman znalazł mity w jakichś innych książkach i po prostu je przepisał, nie czerpiąc prawie wcale ze swoich umiejętności wprowadzania magicznego i intrygującego klimatu. A sięgając po książkę opatrzoną jego nazwiskiem, na to właśnie mam nadzieję.

Nie chcę powiedzieć, że „Mitologia nordycka” jest zła. Nie jest po prostu w moim guście. Owszem, jestem wdzięczna Gaimanowi za to, iż dał mi możliwość poznania czegoś nowego, z czym jednak nieświadomie już się w życiu spotykałam. Nie była to jednak fascynująca przygoda, która mnie wciągnęła i sprawiła ogromną radość z czytania. Chcę was zatem uprzedzić, że Gaiman nie zawsze jest taki sam, może właśnie to jest w nim takie wspaniałe. Pewne książki możecie pokochać, inne jego utwory nie przypadną wam do gustu, ale z pewnością warto próbować. Ja mam zamiar zebrać całą nową kolekcję Gaimana, przeczytać wszystko i mieć obraz na całą twórczość człowieka, który tak czy siak, jest wybitnym twórcą i chyba nigdy go nie przekreślę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG

piątek, 19 maja 2017

Nie wszystko zostało zapomniane, i to mnie niepokoi

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania : 2017
Tłumaczenie: Dorota Pomadowska
Ilość stron: 400



Moja ocena: 8/10




Czy zastanawialiście się kiedyś co jest podłożem wszelkich lęków i traum? Często słyszymy, że ludzie chcieliby zapomnieć o tym, co wydarzyło się kiedyś i co w istotny sposób zmieniło ich myślenie, spowodowało strach, niepewność i psychiczny dyskomfort. Jednak czy niepamięć byłaby wystarczającym środkiem dla wyleczenia  umysłu? I wreszcie, dlaczego warto stanąć twarzą twarz i zmierzyć się z tym, co nazwać można „demonem przeszłości”? Odpowiedzi na te pytania daje Wendy Walker w swojej powieści „Nie wszystko zostało zapomniane”, która okazała się być lekturą wstrząsającą, przerażającą, a jednocześnie niezwykle inteligentną. Jest to jedna z najciekawszych nowości na rynku wydawniczym.

Jenny Kramer, główna bohaterka powieści, podczas lokalnej imprezy w małym miasteczku Fairview, zostaje brutalnie zgwałcona i pobita. Tak właśnie. Jej tragedii towarzyszą śmiechy i dźwięki muzyki niesione wiatrem do miejsca, w którym staje się ofiarą. Nie do końca jednak jest świadoma, co się dzieje, ponieważ już po kilku godzinach interwencji otrzymuje eksperymentalny lek, który ma wymazać z pamięci dziewczyny całe wspomnienie nocy. Jenny nie wie, co się stało, ale nie potrafi poradzić sobie z natłokiem negatywnych emocji i depresyjnych nastrojów. Podczas gdy rodzice próbują pomóc córce, na jaw wychodzą tajemnice nie tylko dotyczące upiornej nocy, ale także te skrywane przez najbliższych.

Musicie przyznać, że sama fabuła brzmi niezwykle intrygująco. Zdecydowanie jednak całą powieść wyróżnia forma narracji. Historię Jenny poznajemy bowiem z punktu widzenia jej terapeuty, doktora Alana Forrestera. Jest to niezwykle oryginalny zabieg, który przede wszystkim pozwala czytelnikowi na czynne uczestnictwo w rozwoju akcji. Mimo iż nie jestem najlepszym interpretatorem ludzkich zachowań, to miałam poczucie, że wiele ode mnie zleży w tej historii. Odebrałam ją niezwykle osobiście, tak jakbym sama była psychologiem lub przyjacielem doktora Alana, który zwierza mi się jako zaufany przyjaciel. Ponadto występuje tutaj duże zaangażowanie emocjonalne, ponieważ mamy wgląd w uczucia, tajemnice i dobrze wykreowane profile psychologiczne rodziców Jenny oraz innych osób zamieszanych w historię. Możecie więc już się domyślić, że „Nie wszystko zostało zapomniane” nie porywa wartką akcją opartą na dynamizmie, a dialogów mamy tu znikome ilości, ale jest to powieść zachwycająca podejściem i interpretacją tematu.

Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem była lekkość, z jaką   czyta się tą powieść. Jak już wspomniałam, dialogów mamy tutaj mało, ale język autorki jest niezwykle płynny, a przemyślenia psychiatry absorbujące i wciągające. Poza tym mamy tutaj wiele niejasności i tajemnic, które wymagają odkrycia krok po kroku, wskutek czego przewraca się stronę za stroną, byleby dowiedzieć się jak najwięcej. Thriller psychologiczny nie jest gatunkiem, po który sięgam często, zawsze mi się wydawało, że takie książki są dość wymagające i ciężkie w lekturze. Musiałam się bardzo mylić, bo z chęcią przeczytałabym kolejne powieści autorki, gdyby tylko takie się w Polsce ukazały.


„Nie wszystko zostało zapomniane” to książka, która ma swój klimat. Jest mroczna, choć nie mamy tutaj paranormalnych straszydeł, a lęki, które siedzą w ludzkiej głowie, są najbardziej przerażające. To wciągająca opowieść o tym, jak wiele jest w stanie zrobić rodzic dla swojego dziecka, jak najmniejsza decyzja wpływa na całe życie,  jak niepamięć wzmaga uczucie niepokoju i o tym, jak fałszywy potrafi być świat wokół nas. Książka Wendy Walker to idealna pozycja dla tych, którzy lubią samodzielnie szukać odpowiedzi, zgłębiać psychiczne aspekty fabuły, a także dla tych, którzy zwykle po tego pokroju literaturę nie sięgają. „Nie wszystko zostało zapomniane” nie pozwala mi o sobie zapomnieć. 

Powieść "Nie wszystko zostało zapomniane" kupicie z dużym rabatem w Taniej Książce :)

Rzućcie okiem również na inne nowości wydawnicze.

piątek, 5 maja 2017

Szóstka wron i Królestwo kanciarzy - Leigh Bardugo

Recenzja dotyczy obu tomów, bez spoilerów

Duologia wydana nakładem Wydawnictwa MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła, Małgorzata Strzelec
Moja ocena: tom pierwszy 8/10, tom drugi 10/10


Szóstka wron.
Szóstka niebezpiecznych wyrzutków.
Jeden sposób by się wzbogacić.
Niewykonalny skok, niebezpieczeństwo, walka i intrygi.
Wciągająca historia, którą musicie poznać.


Leigh Bardugo to autorka, która za sprawą serii „Grisza” stała się niezwykle popularna, ale to jej duologia „Szóstka wron” i „Królestwo kanciarzy”, osadzona w tym samym uniwersum, wywołała w Polsce i za granicą prawdziwe zamieszanie. I to nie za sprawą przepięknych, solidnych wydań z barwionymi brzegami stron, a przede wszystkim dzięki wspaniałej treści, która wybija się spośród stosów schematycznych, przeciętnych pozycji z gatunku fantastyki. Duologia ta spokojnie może stanąć na półce tuż obok „Czasu żniw” Samanthy Shannon lub „Igrzysk śmierci” Collins, ponieważ dzieło Leigh Bardugo jest napisane na równie wysokim poziomie.

Tak naprawdę powinnam o tej duologii opowiedzieć w kilku zdaniach, aby nie zdradzać Wam zbyt wielu treści. Pozwólcie więc, że bardzo ogólnikowo wspomnę o fabule, natomiast dalej opowiem (może chaotycznie, przez natłok emocji) jak bardzo chcę, abyście przeczytali tą serię i podzielili się o niej swoim zdaniem.

„Szóstka wron” to osadzona w brutalnym świecie opowieść o sześciu wyrzutkach, szumowinach, osobistościach najbardziej brutalnych i plugawych, o gangu najbardziej odrażającym w całym Katterdamie. Miasteczko pełne jest nieuczciwego handlu i hazardu, a na domiar złego szerząca się afera narkotykowa skłania władze, w tym majętnego kupca Van Eck’ema, do złożenia przestępczemu geniuszowi, Kaz’owi Bekker’owi, nietypowej oferty. Stawka jest ogromna, misja praktycznie samobójcza, ale w końcu od czego ma się gang szumowin, które razem zdziałają wiele, o ile oczywiście wcześniej nie pozabijają się nawzajem.

Przyznam szczerze, że przez pierwsze 80 stron kompletnie nie potrafiłam się odnaleźć w nowym świecie. Nie czytałam trylogii „Grisza”, dlatego początkowo miałam duży problem z nowymi dziwnymi nazwami, zrozumieniem struktury miasteczka oraz aspektami magicznymi. Często musiałam zastanawiać się kto jest kim, a jako że każdy rozdział nawiązuje do innej postaci, miałam w głowie jeszcze większy zamęt. Podobne odczucia miałam przy pierwszym tomie „Czasu żniw”, w którym to autorka zbudowała własny świat od podstaw, ale w przypadku „Szóstki wron” bardziej mnie to irytowało. Na szczęście po tych kilkudziesięciu stronach zaczęłam łączyć fakty i wciągać się w całą historię. Przy lekturze „Królestwa kanciarzy” nie miałam już najmniejszych problemów i mknęłam strona po stronie w bardzo szybkim tempie.

„Szósta wron” to książka dopracowana, skomplikowana i bogata pod względem charakterów. Jeżeli macie dość błahych problemów młodocianych postaci, rozbudowanych wątków romantycznych i nic niewznoszących przemyśleń, to pokochacie każdego z bohaterów. Autorka wykazała się umiejętnością różnorodnego kreowania charakterów, a w tym wszystkim postawiła na siłę, pewność siebie, brutalność, a także na czarny humor. Nieczęsto zdarza się, że głównymi bohaterami są „ci źli”, dlatego śledzenie ich przygód było bardzo ciekawym przeżyciem. Gdybym miała wybrać jedną postać, która szczególnie zdobyła moje zainteresowanie, byłby to Kaz, geniusz przestępczości. Inteligentny, pewny siebie, brutalny, a także mistrz wrednego dowcipu. Jest chyba najbardziej negatywnie zarysowaną postacią, dlatego jest najbardziej intrygujący i tylko wyczekiwałam fragmentów, w których będzie obecny.

Pierwszy tom duologii pełen był akcji, pościgów, intryg i walk, ale jednak przez początkowe trudności nie korzystałam z lektury aż tak bardzo, jak się spodziewałam. Owszem, często kartki jakoś same szybko się przewracały, a mi ciężko było się oderwać od lektury, ale nadal to nie był ten poziom odczuć emocjonalnych, jaki być powinien. Mimo wszystko zamykając „Szóstkę wron” byłam zadowolona z tego naprawdę dobrego kawałka pracy Leigh Bardugo. Od razu zabrałam się za „Królestwo kanciarzy” i tutaj już przepadłam.

W tomie drugim jeszcze lepiej poznajemy bohaterów, ich skomplikowane charaktery i przywiązujemy się do nich, kibicując tym szumowinom we wszystkim, co robią. Budujące się między nimi relacje rozwijają się powoli, bardzo naturalnie, zwłaszcza te nienachlane, romantyczne, które są  dodatkowym smaczkiem w całej historii. Mamy tutaj też lepsze rozbudowanie historii, a autorka zgrabnie przeskakuje z wątku na wątek, stosując zawsze zaskakujące rozwiązania. Może nie wszystkie wydawały mi się najlepsze, ale kierunek, w jakim to wszystko zmierzało, dawał mi dużą satysfakcję. Ogromnym plusem jest nieprzewidywalność lektury i jeszcze bardziej podkręcone tempo akcji niżeli jak w tomie pierwszym (chociaż może to być skutek tego, że na dobre wciągnęłam się w ten świat). Samo zakończenie duologii jest bardzo dobre, ale pozostawia niedosyt. Jest przecież jeszcze tyle wątków, które mogła rozwinąć autorka i, błagam, niech napisze dalsze części albo chociaż jakieś nowelki!

Z jednej strony jestem zachwycona tym, że nie mam do czynienia z niekończącym się „tasiemcem książkowym”, a jedynie z dwoma tomami, które są konkretnym, solidnym i zadowalającym kawałkiem literatury. Jest jednak druga strona medalu – żałuję, że to już koniec. Oba tomy są bardzo dobre, ale „Królestwo kanciarzy” to już przegięcie, prawdziwa petarda!  Jeżeli jesteście po lekturze „Szóstki wron” i prawdopodobnie myślicie, że lepiej być nie może, to uwierzcie mi – to zaledwie połowa tego, na co stać Leigh Bardugo. A jeżeli nie sięgnęliście po tom pierwszy, to nadróbcie zaległości. Mam nadzieję, że tak jak mnie, ta duologia porwie Was w świat pełen akcji, wyrazistych bohaterów i intryg, który z pewnością pokochają fani „Czasu żniw”.

Za możliwość przeczytania rewelacyjnego "Królestwa kanciarzy" serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG!




Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach lub emailem, czy czytaliście „Szóstkę wron” i „Królestwo kanciarzy” i co o nich myślicie! Zastanawiam się także nad przeczytaniem trylogii „Grisza”, polecacie? J