Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

wtorek, 24 lipca 2018

Córki - Adrienne Celt




Jeżeli śledzicie moje upodobania czytelnicze to dobrze wiecie, że uwielbiam kulturę słowiańską, folklor, ziołolecznictwo i realizm magiczny w literaturze. Dlatego na przykład „Szeptucha” czy „Niedźwiedź i słowik”, nawiązujące do dawnych wierzeń i legend bardzo mi się podobały. Miałam nadzieję, że z „Córkami” Adrienne Celt będzie podobnie. Niestety – lekko się rozczarowałam.

Lulu to młoda sopranistka, która swoim głosem zachwyca słuchaczy z całego świata. Rodzinna tradycja mówi, że rodzące się dziecko odbiera dar swojej matce i go przejmuje. Tak więc gdy rodzi się Kara, Lulu zaczyna zastanawiać się nad przeszłością swojej rodziny, a także talentem, który może zostać jej odebrany. Podczas opieki na córeczką, wspomina zmarłą babcię Adę, polską emigrantkę, babkę Gretę, która ponoć zawarła pakt z diabłem, a także czasy swego dzieciństwa w Chicago. Czy Lulu będzie w stanie przerwać rodzinną klątwę dotykającą każde kolejne pokolenie kobiet? Czy zachowa swój głos tylko dla samej siebie?

Przyznać muszę, że po opisie książki spodziewałam się klimatycznej, tętniącej magią powieści z motywami słowiańskimi. I tutaj się nie zawiodłam. Adirenne Celt pisze w sposób subtelny, kobiecy, a jednocześnie urokliwy. Może nie ma tutaj wiele typowo słowiańskich odniesień, ale widać realizm magiczny, zwłaszcza w opowieściach babci Ady. Jest klimatycznie, z jednej strony obserwujemy opowieść podobną do obyczajowej, z drugiej zaś odczuwamy nadnaturalną siłę kobiecości i rodzinnej klątwy. Być może ten klimat nie spodoba się każdemu, bo realizm magiczny jest nadal rzadkością w wydawanych obecnie książkach  i nie każdy też uzna go za urokliwy.

Mam tej historii do zarzucenia przede wszystkim nieład fabularny, przyczynowo-skutkowy i brak jakiegoś celu głównego. Styl autorki jest urokliwy, ale w tej powieści nie dzieje się wiele. Ciężko powiedzieć, jaki cel ma ta historia, do czego dążyła, jaki był wątek przewodni. I, niestety, zaniedbanej fabuły nie uratuje już nawet klimat. Autorka przeskakuje w czasie, plącze miejsca, wspomnienia, wprowadzając niepotrzebny nieład, nie sklejając wszystkiego w trzymający się kupy sposób. Zaskoczenie również nie jest jakieś ciekawe i zaskakujące. Kończąc „Córki” zastanawiam się przez chwilę nad tym, czy było sens czytać tę opowieść, bo ostatecznie we mnie nie zmieniła niczego.

„Córki” to powieść dla kobiet, delikatna, klimatyczna, acz nieporywająca. Po jednokrotnym przeczytaniu chyba już nigdy nie poczuję potrzeby ponownej lektury, ponieważ autorka nie zaoferowała mi nic więcej poza kilkoma godzinami wygodnego leżenia na kanapie z książką w ręku. Momentami się nudziłam, ponieważ zarówno fabularnie jak i pod względem kreacji bohaterów, nie otrzymałam niczego innowacyjnego. Jeżeli jednak lubicie realizm magiczny, możecie zaryzykować i sami się przekonać.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Naturalna kolej rzeczy - Charlotte Wood



Przenosimy się do Australii, do  głuszy oddzielonej od reszty świata elektrycznym ogrodzeniem. W tej dziczy kilka starych, prześmierdłych i zardzewiałych baraków. Brak jedzenia, brak dostępu do świeżej wody. W tym wszystkim kilka kobiet, która nie pamiętają jak się tu dostały. I brutalni strażnicy, którzy nie wahają się ich krzywdzić.  Nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego tu jest, kto za to odpowiada i jak wygląda świat poza głuszą. Kobiety, wiezione instynktem, wiedzą, że muszą  walczyć aby przetrwać. Wola walki zamienia się w walkę z sobą nawzajem. Człowieczeństwo zmienia się w dzikość i zwierzęcość. Jak długo te kobiety wytrzymają w swoim więzieniu?

Początek „Naturalnej kolei rzeczy” zapowiadał dobrą, tajemniczą powieść. W zamknięciu budzą się dwie kobiety, które nic nie pamiętają, a czują jedynie strach i niepewność. Od razu nastawiłam się na to, aby dowiedzieć się dlaczego i po co są przetrzymywane. Niestety, tego się nie dowiedziałam. Z każdym rozdziałem zaczęło się robić coraz dziwniej, niezrozumiale i nawet nudno. Po jakiejś połowie lektury przeczytałam kilka recenzji i wiedziałam już, że nie otrzymam odpowiedzi na moje pytania. Zmieniłam więc strategię. Próbowałam podejść do historii jako do dzieła symbolicznego, pełnego oniryzmu i ukrytych przekazów. Zmieniłam motywację do czytania, ponieważ faktycznie, to nie jest opowieść, którą się czyta dla fabuły, dla historii i dla wyjaśnień. Koniec jest otwarty, jakby urwany i taki autorka miała cel. Wyraźnie widać, że chodziło jej o symbolikę i interpretację całej historii. I nawet z takim nastawieniem niestety muszę przyznać, że niewiele z tego zrozumiałam.

Lubię powieści dziwne, dające do myślenia, oddziaływujące na moralność człowieka, ale tez takie, które chociażby w większości mogłabym nawet sama sobie zinterpretować. „Naturalna kolej rzeczy” była dla mnie lekturą bezcelową. Autorka mogłaby na koniec dodać jakieś wyjaśnienia, cokolwiek co naprowadziłoby mnie na jakiś trop. Owszem, można podumać nad tym, jak to człowiek w obliczu walki o życie staje się bezlitosnym zwierzęciem, jak sam się upodla, ale chyba nie tylko o to tutaj chodziło. Momentami opowieść była zbyt dziwna, a przeskoki fabularne wywołały tak duży chaos, że dobrym podsumowaniem byłoby po prostu zdanie „nie wiadomo o co chodzi”. I może o to chodzi – że nie chodzi o nic. Nie ma tutaj żadnego celu, żadnej myśli wiodącej, morału, przekazu, nawet na tle feministycznym, bo takowy nie miałby sensu. Potencjał na historię, chociażby o charakterze refleksyjnym, został totalnie zatracony.

Nie wiem, komu mogłabym polecić „Naturalną kolej rzeczy”. Wydaje mi się, że trzeba samemu się przekonać. To opowieść dziwna, często niezrozumiała, przedstawiające kobietę jako osobę walczącą, silną, odkrywającą samą siebie. Dalszych refleksji wysunąć nie potrafię.

 Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.



Bang, czyli o kobiecie żądnej zemsty


Wydawnictwo Niezwykłe znane jest z tego, że wydaje powieści wstrząsające, łamiące serce, przerażające i oryginalne. Gdy zobaczyłam zapowiedź „Bang” E. K. Balir, przez chwilę miałam obawę, że ta dobra passa może się skończyć na przeciętnym erotyku. Nawet nie wiecie jak się myliłam. „Bang” to właśnie taka powieść w typie Wydawnictwa – z pozoru zwykła, a wewnątrz tak intrygująca i niepokojąca, że w niczym nie przypomina innych z gatunku. To mieszająca w głowie mieszanka thrillera, erotyku i dramatu.

Wiece, że droga od nienawiści do miłości to zaledwie jeden krok? Ja dobrze o tym wiem, bo ciągle po lekturze mam dylemat. Kochać „Bang” czy tę powieść znienawidzić? Słuchajcie, ona wywołała tak skrajne emocje, że nie jestem w stanie tego określić! Tej powieści nie dało się przeczytać szybko, dlatego powoli trawiłam tę historię i próbowałam poradzić sobie z wszechogarniającym mrokiem, wzruszeniem i złością. Uwielbiam to przerażające uczucie, że coś, co jest tak chore, tak popaprane, jest jednocześnie tak dobre i mi się podoba. Coś ze mną nie tak? Że wolę tak złe emocje, zdenerwowanie, zszokowanie, niżeli słodką lekturę roztapiającą serce, dającą uśmiech na twarzy? W końcu trafiłam na książkę, która coś robi z człowiekiem, i to znowu od Wydawnictwa Niezwykłego („Skradzione laleczki” również wbiły mnie w fotel) . Nie ważne, że „Bang” jest poryte. Chodzi o to, że wywołuje ogromne emocje, ogromnie doceniam takie lektury.

Pozwólcie, że nie będę Wam pisać o tym, o czym jest książka. Im mniej będziecie wiedzieć, tym lepiej dla Was. Ujmując historię bardo ogólnie – jest Nina, kobieta, która pragnie przede wszystkim zemsty. Mamy Pike’a, jej przyjaciela, współtowarzysza w zbrodni. Mamy cel zemsty – męża Niny, Bennetta. I mam też trzeciego mężczyznę, Declana, który jest narzędziem do osiągnięcia celu. Dlaczego Nina pała żądzą mordu? Dlaczego nienawidzi Bennetta? I jaką rolę w tym wszystkim faktycznie odegrają pozostali mężczyźni?

„Bang” to lektura, do której trzeba się dobrze przygotować i wybrać dobry czas. Nie jest to opowieść relaksująca, taka do przeczytania na raz. To historia pełna kłamstw, oszustw, bólu, zemsty i prób radzenia sobie z nieprzebaczeniem. Nina to postać, której przeszłość przeraża. To, co przeżyła, na zawsze zniszczyło jej umysł, napełniło gniewem, cierpieniem i rządzą mordu. Przez pewien czas nie rozumiałam, co nią kieruje, nawet mnie to momentami drażniło. Jednak potem, gdy wszystko zaczyna wychodzić na jaw, pojawia się dylemat – czy faktycznie zemsta czymś tak złym, jak się mówi? Czy faktycznie przesłania umiejętność rzetelnego ocenienia sytuacji, która dała początek tragicznym wydarzeniom? Jak wiele może wytrzymać skrzywdzona kiedyś osoba?  W jaki sposób sobie z tym poradzi?

To jest książka „brudna”, niezdrowa, ale nie demoralizująca. Ona pokazuje problem. Każe wczuć się w postać zepsutą, pełną gniewu, skrzywdzoną i zadaje pytanie – co Ty byś zrobił? Czasem potrzebujemy mocnego ciosu, aby zatrzymać się, aby pomyśleć, aby poczuć to, czego my w życiu prawdopodobnie nigdy nie doświadczymy. I ten brud, to zepsucie, nie jest ładnie opakowane i zachęcające do podobnych zachowań („Papierowa księżniczka”, ups), ale to właśnie tak jak „Bang” powinny być napisane powieści o patologiach. Powinny podburzać, zniesmaczać, przerażać, dając ostatecznie morał sam w sobie – uczymy się na błędach bohaterów. Oceniamy ich zachowania, konfrontujemy od razu naszą moralną postawę.

Nie wiem co mam więcej napisać o „Bang”… Ta książka wkurza i jest jednocześnie niesamowicie dobra. Jeżeli macie ochotę na czytelniczy wstrząs, na ogrom emocji a macie dość słodkich, cieplutkich historyjek – koniecznie sięgnijcie. 

środa, 11 lipca 2018

Jak upolować pisarza - Sally Franson



Casey Pedergast jest starszą dyrektor kreatywną w agencji reklamowej Pople’s Republic. Uwielbia swoją pracę, świat sław i marketingu to jej codzienność, w której czuje się jak ryba w wodzie. Powstanie nowej odnogi firmy jest dla niej nową szansą na rozwój kariery. Dział Nanu ma wypełnić lukę w reklamowym świecie i zapewnić wybicie mniejszym korporacjom, z udziałem pisarzy. To właśnie oni stają się celem Casey, choć istnieje przekonanie, że wolą w kapciach tworzyć teksty przez cały dzień, a świat marketingu uważają za fałszerstwo.  Istnieje jednak pewna luka na rynku, którą mogą właśnie zapełnić pisarze, kuszeni dodatkowymi zyskami i wyróżnieniem w niszowej strefie handlowej. Casey tak bardzo angażuje się w swoją pracę, że w pewnym momencie poświęca swoją przyjaźń i miłość dla celów kariery. Czy otrząśnie się ze złudnego poczucia docenienia i uświadomi sobie, że czasem sława może być powodem prawdziwej samotności?

Czytając opis z okładki „Jak upolować pisarza”  Sally Franson możecie odnieść wrażenie, że jest to typowa kobieca powieść z naciskiem na wątek romantyczny. Ponieważ jest to wielce nietrafne wrażenie, pozwoliłam sobie nie wspominać w moim opisie fabuły o sprawach miłosnych. Nie o to chodzi w tej powieści. Wątek romantyczny jest bardo marginalny, pojawia się tak naprawdę na chwilę i nie ma większego znaczenia. Powieść Franson traktuje przede wszystkim o tym, jak często gubimy się w życiu, kiedy do realnej rzeczywistości dodamy tą wykreowaną przez media. To przekaz przede wszystkim dla osób szukających sławy w internecie, mających styczność z wszelkimi formami reklamy, a także dla zwykłych osób. Każdy z nas codziennie zbiera informacje z telewizji, gazet, z sieci o ludziach, których nie znamy. Na podstawie tego, co wciskają nam media, budujemy w głowie obraz takich gwiazd. „Jak upolować pisarza” pokazuje kontrast pomiędzy pozornym pięknem sławy, a tym, z jaką łatwością jesteśmy manipulowani. Wystarczy, że ktoś w naładowany emocjami i elokwentny sposób napisze coś w sieci i może skazać drugą osobę na publiczne poniżenie.



Świat sław i reklam wydaje się z początku przyciągający, kreatywny, fascynujący, a wszystko przez zapał Casey, który nam się udziela podczas lektury. Z czasem jednak wnikamy tam bardziej i bardziej, a okropne rzeczy zaczynają wychodzić na wierzch. Franson wspomina o fałszywym kreowaniu piękna, o tym, jak zwyczajni ludzie się porównują do idealnie skorygowanych na zdjęciach gwiazd. Wspomina o hejcie, który może skierować się na najbardziej docenianą dotychczas w mediach osobę tylko z powodu nieporozumienia. O tym, jakie to wszystko może być fałszywe. Jak człowiek jest w stanie robić wszystko dla pieniędzy. Bardzo spodobało mi się pewne stwierdzenie – że ludzie sławni różnią się od zwykłych ludzi tylko tym, iż rozpaczliwie pokazują to, jak potrzebują czyjejś uwagi.  Słodko-gorzka historia Casey mówi o tym, że czasem sława jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo jesteśmy oszukiwani i samotni.

Jak widać, o temacie poruszonym przez autorkę można pisać i pisać. Nigdy dotąd nie spotkałam się z takim przesłaniem, prawdziwym, mądrym, dającym do myślenia. W tej opowieści nie ma ściemniania. Casey jest dziewczyną kreatywną, aktywną, lekko zagubioną, a przy tym tak zwyczajną. Potrafi zacząć czytać instagrama, „na chwilę”, i skończyć za dwie godziny. Momentami działa impulsywnie, ale przecież wielu z nas tak ma – jeśli  bardzo się w coś angażujemy, to zapominamy o Bożym świecie. Tak się nakręcamy na coś, zapominając, że najważniejsze w życiu są relacje z innymi i szczerość z samym sobą. Kreacja głównej bohaterki to, zaraz po tematyce, jeden z największych plusów tej opowieści. Nie każdy polubi Casey od razu, ale ja tęskniłam za taką postacią, bo ostatnio spotykałam w książkach jedynie nieśmiałe, głupiutkie i niesamodzielne nastolatki.

Książka ma też swoje minusy, a konkretnie dwa. Pierwszy z nich to to, że momentami miałam wrażenie, że czytam o mało istotnych dla właściwej fabuły rzeczach. Momentami było monotonnie, wręcz nudno, niektóre wątki były zbędne. Drugi zaś to zbyt filmowy, moralizatorski element pod koniec. Wiece, to taka chwila gdy bohater bierze w ręce mikrofon i mówi do wszystkich mądre rzeczy wywołując w tłumie łzy wzruszenia. Wolałabym, aby ten morał wypowiedziany w tak dziwacznych okolicznościach dał mi się poznać sam, zgodnie z analizą historii Casey. Fakt, i tak mam duży materiał do myślenia, ale cały wywód, przepełniony mądrościami, to motyw typowo filmowy i odejmujący realizmu. Trochę też traktuje czytelnika po macoszemu.

„Jak upolować pisarza” to książka, którą warto przeczytać, przede wszystkim ze względu na poruszaną tematykę. Ja tworze swojego instagrama i kreuję swoją „markę”, swój wizerunek, dlatego tym bardziej wzięłam sobie do serca historię Casey. W dobie kupowania followersów, serduszek, komentowania będącego czystym spamem i fałszywego cukrowania warto się otrząsnąć i nie zapominać, po co jesteśmy w sieci. Warto być we wszystkim autentycznym.

poniedziałek, 9 lipca 2018

W pułapce - Magda Stachula




Klara budzi się na swojej klatce schodowej. Mając w pamięci jedynie to, że ostatni była na imprezie, wpada do domu, aby zaleczyć domniemanego kaca. Szybko jednak dowiaduje się, iż od dyskoteki minęły dwa dni, a ona nic z nich nie pamięta. Dziewczyna nie wie, co się z nią działo, jej przyjaciele wiedzą tylko, że po imprezie wracała do domu taksówką. Nie ma widocznych obrażeń i może jedynie domyślać się, co mógł jej zrobić porywacz. Gdy wydaje się już, że Klara nigdy nie dowie się prawdy o sobie, dowiaduje się o podobnym przypadku, który miał tragiczny finał. O Lisie odnalezionej z amnezją po czterech dniach zniknięcia. I o tym, jak potoczyły się jej dalsze losy. Czy Klarę czeka to samo? Kim jest jej oprawca i czy jeszcze wróci?

Akcja „W pułapce” odbywa się trójtorowo, w różnych miejscach i w około rocznym odstępie czasowym. Nie będę zdradzać do końca, kto jest narratorem i co się z nim dzieje, warto wiedzieć jedynie, że poznajemy historię zarówno Klary jak i Lisy. W pewnym momencie opowieść tej drugiej zaczyna rzucać światło na kwestię porwania tej pierwszej, ale do samego końca ciężko złączyć wszystko w spójną całość. Te kobiety, chociaż tak różne, mają ze sobą coś wspólnego i praktycznie przez całą lekturę próbujemy odkryć, o co chodzi. W niektórych fragmentach jest też odniesienie do porywacza, widzimy więc namiastkę jego szaleństwa i niestabilności psychicznej. Mimo to uważam, że autorka mogła wsadzić do opowieści więcej mroku i niepokoju. Akcja toczy się powoli, bez większych zwrotów, zaskoczeń i napięć, ku rozwiązaniu, które skleja wszystkie elementy w całość. Główną motywacją do dalszego czytania była jedynie ciekawość, jak autorka to rozwiąże. Brakowało mi ciarek, obawy o życie Klary, za mało mrocznego klimatu jak na thriller psychologiczny.

A więc powoli kroczyłam za Lisą i Klarą, zbierając jak najwięcej informacji i szczegółów, próbując dociec rozwiązania. To był jedyny powód, dla którego szybko tę powieść przeczytałam, bo poza tym nie dzieje się nic ciekawego. I finalnie nie jestem do końca z lektury zadowolona, cała intryga okazała się być prosta, miałam wręcz uczucie, że zbyt banalna i bezpodstawna. Moje pomysły na rozwiązanie może były zbyt dziwne, ale takie też o wiele bardziej by mnie zadowoliły. Tymczasem otrzymałam rozwiązanie błahe, niedające do myślenia, mało też w nim psychologicznej głębi. Czytałam więc książkę tylko po to, aby dowiedzieć się, co się działo z Klarą, a i tak dostałam nieporywającą, przeciętną historię. Dlatego czuję się odrobinę zawiedziona. Najchętniej o „W pułapce” napisałabym, że jest „OK”, dała 6 gwiazdek na 10, postawiła na półce i nigdy nie wracała. Jaki sens byłby ponownie sięgać po taka książkę? Czasami, nawet znając zakończenie, warto czytać ponownie pewne opowieści, aby wyciągać z ich wnętrza nowe smaczki. Tutaj zanudziłabym się już na śmierć, taka lektura dla mnie nie miałaby ani odrobiny sensu.

Rozumiem, że jest to literatura rozrywkowa i ma za zadanie miło zająć czytelnikowi kilka godzin. A jednak czuję, iż powinnam od książek wymagać czegoś więcej. W końcu relaksująca lektura powinna też wciągać, intrygować, powinnam ją przeżywać emocjonalnie i czuć satysfakcję z poznanej historii. Tymczasem nie wiem, co „W pułapce” mogłoby mi zaoferować. Tak naprawdę równie dobrze mogłabym jej nie czytać.

Książka ma jednak jeden duży plus – w końcu miałam do czynienia z dobrze napisaną opowieścią. Nie musiałam, jak to ostatnio miałam w zwyczaju, sięgać po ołówek krytyka i zaznaczać językowych kwiatków. Nie czułam najmniejszej różnicy pomiędzy Stachulą, a popularnymi zagranicznymi autorami thrillerów. Czułam, że mam do czynienia z naprawdę dobrą pisarką, która w swojej książce słabo potraktowała jedynie, albo aż, fabułę powieści. Warunki na napisanie dobrej historii są, ale brakuje innowacyjnego pomysłu i umiejętności budowania napięcia.

O lekturze „W pułapce” szybko zapomnę, już o tym wiem. Odstawię tę książkę na półkę i zapewne do niej nie wrócę, nawet nie pomyślę, że czytałam kiedyś taką historię. Jest zbyt przeciętna, prosta i pozbawiona ładunku emocjonalnego. Gdybym oczekiwała jedynie miłego zajęcia na kilka godzin, zwykłej odstresowującej lektury, pewnie byłabym zadowolona. A mimo to od „thrillera psychologicznego” wymagam odrobiny więcej zaangażowania ze strony autora, a także mojego zaangażowania, na tle emocjonalnym. Ta książka ma dużą szansę spodobać się większości odbiorców, to zależy, czego się oczekuje. Może kiedyś sięgnę jeszcze po książki Stachuli, ale chwilowo poszukuję książek, które sprawią, że nie będę miała choćby najmniejszego poczucia straconego czasu.

Król Kier - Aleksandra Polak




Motywy cyrku i magii iluzjonistycznej są jednymi z moich ulubionych, dlatego też książka „Caraval” oczarowała mnie i nabrałam ochoty na inne tego typu lektury. Premiera „Króla Kier”, pierwszego tomu serii Circus Lumos, dała mi nadzieję, że znów będę mogła zagłębić się w magii cyrku i iluzji. Ku mojemu zaskoczeniu jednak powieść zaczęła szybko zbierać negatywne opinie. Postanowiłam, że nie dam się zniechęcić i na pewno nie jest tak źle. Po lekturze jednak muszę przyznać, że znam przyczynę tylu negatywów.

Alicja to zwykła dziewczyna, która już niedługo ma pisać maturę. Ma kochanego chłopaka, jej życie przebiega spokojnie, można wręcz powiedzieć, że nudno. Wszystko jednak zmienia się podczas studniówki, która zapoczątkowuje w życiu dziewczyny pasmo niesamowitych zdarzeń. Wpierw przyłapuje podczas imprezy swojego chłopaka, w kantorku, z inną dziewczyną. Następnie przyjaciółka wyciąga Alicję do Circus Lumos, gdzie ta poznaje niezwykle przystojnego i tajemniczego Hadriana. Mówi się, że cyrkowcy władają prawdziwą magią, ale czyż to nie są zwykłe wyolbrzymione plotki? Świat dobra i zła, łowców i demonów, gwiazd i walki stanie się niedługo udziałem Alicji. Kim jest Hadrian? Czy ich miłość pokona stwory nie z tego świata?

Zapewne już po samym przeczytaniu opisu macie ogólne pojęcie o tym, jak potoczy się fabuła „Króla Kier”. To bardzo schematyczna opowieść, która niczym nie zaskoczy chociażby odrobinę doświadczonego w młodzieżówkach czytelnika. Wystarczy znać „Zmierzch”, a powieść Aleksandry Polak wyda się tylko odświeżoną podróbką losów niezdarnej Belli. Znów mamy zwykłą bohaterkę, typową nastolatkę, która nie wie, czym jest samodzielność i stanowczość. Pojawia się też idealna postać męska, w tym wypadku bardziej chłopięca, będąca spełnieniem wszystkich marzeń każdej bujającej w obłokach dziewczyny. Ona niczym się nie wyróżnia, on ma za to nadnaturalną moc. Szybko zawiązuje się romantyczna relacja, praktycznie z pominięciem elementu budowania relacji i powolnego zakochiwania się. To czyni powieść niezwykle prostą, przewidywalną i naiwną. Nie zaznamy tutaj elementu zaskoczenia, a nawet napięcia, taki chociaż pojawił się pod koniec „Zmierzchu”.



Motyw cyrku daje wielkie pole do popisu, a jednak w Circus Lumos tej magii, iluzji i jaskrawych barw jest stanowczo za mało. Być może w kolejnych tomach będzie tego klimatu więcej, natomiast stwierdzam, że 2/3 „Króla Kier” to młodzieżowa obyczajówka. Gdzieś tam migną magiczne drobiazgi, ale tak naprawdę przez większość lektury czekamy na akcję właściwą, dotyczącą nadnaturalnych umiejętności cyrkowców. Pod koniec książki autorka rozwija temat  walki dobra ze złem, budując sobie wstęp do dalszej historii, co czyni „Króla Kier” przydługawym i mało interesującym wstępem. Gdyby Aleksandra Polak tworzyła skomplikowany świat, wówczas mogłaby stopniowo wprowadzać w niego czytelnika i nawet brak akcji właściwej nie byłby tak niekorzystny. Niestety, świat Cricus Lumos nie jest ani oryginalny, ani pomysłowy. Opiera się na ogólnikach, niejasnych zasadach, a cała opowieść wydaje się być jedynie romansem głupiutkiej dziewczyny i chodzącego ideału nie z tego świata.

Wiele osób skarżyło się podczas lektury na styl autorki i jej kwiatki językowe. Przyznam, że tutaj nie było tak źle. Niektóre opisy były naprawdę barwne i umiejętne, kulały natomiast dialogi, pojawiały się też błędy logiczne. Zdarzały się dziwne, niepoprawne metafory, ale, jak już wspomniałam, opisy były całkiem dobre. Na negatywny odbiór stylu autorki rzutowała zapewne słaba kreacja bohaterów. Dialogi między nimi były nudne, miejscami głupiutkie i bardzo, bardzo „nastolatkowe”. W dodatku autorka wiele razy wpychała motyw oglądania telewizji. Wydawało mi się, że młodzież ma tysiąc ciekawszych zajęć niż leżenie plackiem i wgapianie się w ekran, tymczasem Alicja wraz z przyjaciółmi zastanawia się, czy warto w piątkową noc wyskoczyć na miasto. Bo przecież lepiej byłoby obejrzeć film akcji… A jak bohaterowie umawiają się na wspólne spędzanie czasu? „Może wpadniesz do mnie na telewizję”, naprawdę? Zdarzało się wiele razy, że z irytacji nad niektórymi pomysłami autorki przewracałam oczami.

Nie zostanę zwolenniczką serii Circus Lumos, chociaż podeszłam do czytania naprawdę z łagodnym i pozytywnym nastawieniem. „Król Kier” to nic nowego, a wręcz jest w stanie zanudzić najbardziej wytrwałego czytelnika. To lektura, w moim mniemaniu, zupełnie niepotrzebna. I choć rozumiem radość autorki, że może dzielić się swoją twórczością z innymi, to jednak nie widzę powodu, dla którego ci inni mieliby tę satysfakcję podzielać. Być może gdybym kończyła podstawówkę i dopiero zaczynała przygodę z czytaniem młodzieżowej fantastyki, wówczas powieść wywarłaby na mnie lepsze wrażenie. Po "Perłową damę" raczej nie sięgnę.