Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

niedziela, 9 września 2018

Niewinni i cała reszta




Meadow Mori pnie się po szczeblach kariery, staje się coraz bardziej cenioną reżyserką ambitnych filmów dokumentalnych. Dziewczyna poprzez dziwną rozmowę telefonicznej dowiaduje się o tajemniczej Nicole, która przez telefon uwodzi wpływowych mężczyzn z branży filmowej. Nicole jest postacią intrygującą głównie dlatego, że wielu o niej słyszało, ale nikt jej nie widział. Meadow postanawia dowiedzieć się więcej na temat tajemniczej kobiety i rozpoczyna prywatne śledztwo. Gdy odkrywa, że Nicole od jakiegoś czasu zniknęła, postanawia nakręcić na tej postawie film dokumentalny. Do jakich informacji dotrze reżyserka? Jak sprawa Nicole wpłynie na nią samą?

„Odważna powieść o przyjaźni, pasji i samotności” – tak brzmi dopisek na okładce powieści Dany Spiotty pt. „Niewinni i cała reszta”. Niestety, nie mogę się w pełni zgodzić z tym stwierdzeniem. Tak naprawdę ciężko powiedzieć, o czym jest ta opowieść. Ale od początku…

Opis zapowiada historię tajemniczą, widać pewien ciekawy zamysł i spore pole do popisu. Liczyłam na ciekawy przebieg śledztwa, na intrygę i w tym wszystkim odkrywanie swojej drogi w życiu, swojej tożsamości. Tymczasem autorka już na wstępie psuje wątek Nicole, zanim ten jeszcze się trochę bardziej rozwinie. Nie mamy tutaj tajemnic i dochodzenia, sprawa jest dość prosta i szybko rozwiązana w sposób niespektakularny i tak naprawdę niemający dużego wpływu na główną bohaterkę. Więc co jest motywem przewodnim w powieści? Do czego dążmy, skoro sprawa Nicole jest prosta i nieciekawa? Ciężko stwierdzić. „Niewinni i cała reszta” to powieść zdecydowanie przegadana, nieprowadząca do konkretnego punktu kulminacyjnego, pozbawiona solidnych fabularnych podstaw.

Styl autorki jest dość przeciętny, a jednocześnie suchy, wypruty z emocji, niebarwny i nudny. W powieści królują długie wywody, które miałyby jeszcze jakiś sens, gdyby miały na celu przedstawienie ciekawostek związanych z tworzeniem filmu. Tymczasem zostajemy zarzuceni tytułami i nazwiskami, które prawdopodobnie nic nam nie mówią, naczytamy się też o tym, jak działa linia komórkowa. Do tego autorka wstawia w owe monologi pseudo-poetyckie porównania, które zamiast zachwycać, powodowały raczej przewracanie oczami. Zwykle wydawały się napisane na siłę, brzmiały nienaturalnie, a momentami wręcz komicznie. Tak więc nieumiejętny styl i brak dobrze przemyślanej fabuły przesądziły o porażce książki w moich oczach.

Autorka bardzo skupia się na opisach zasypując czytelnika niepotrzebnymi informacjami, przez co gubi w tym wszystkim swoje postaci. Nie mogę powiedzieć, że były totalnie nierealne, ale jednak ciężko było się z nimi utożsamić i stworzyć w głowie ich charakterystykę. Meadow zwłaszcza wydała się mdła i zbyt niepewna siebie jak na sukces, który osiągnęła. Więcej do powiedzenia miała postać Nicole, ale i tej autorka odebrała głosu na rzecz pisania o niczym.

„Niewinni i cała reszta” to książka, która w Polsce jest praktycznie nieznana, nie jest wielkim bestsellerem i nie dziwię się temu. To dość nudna opowiastka, która nie zmieni nic w życiu czytelnika, a potrafi wręcz chwilami nudzić lub irytować. Autorka miała dobry zamysł, mogła wykorzystać tak rzadko poruszaną tematykę tworzenia filmów, ale jednak wiele zabrakło do tego, aby nazwać tę książkę wartościową. Może każe nam się przez chwilę zastanowić nad tym, jak telewizja nami manipuluje i momentami wręcz hipnotyzuje zakłócając wewnętrzny spokój, ale dla takiej refleksji nie warto brnąć przez 330 tej powieści.

Błękit szafiru - Kerstin Gier




Czas płynie nieubłaganie szybko - dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem... Ogranicza ludzi, nie szczędzi ani chwili, ciągle mknie do przodu. A gdyby tak można było oszukać czas?

Uważaj, bo lada chwila ziemia osunie Ci się spod nóg, a Ty znajdziesz się zupełnie w innym miejscu. Innej epoce. To Ty możesz być trzynastym podróżnikiem w czasie.

Po zapoznaniu się z ekscytującą „Czerwienią rubinu”, przystąpiłam do lektury drugiej części Trylogii Czasu pod tytułem „Błękit szafiru”. Kerstin Gier swoim dziełem wzbudziła zachwyt czytelników, a seria stała się międzynarodowym bestsellerem. Co takiego wyjątkowego znajdziemy w Trylogii Czasu? Przede wszystkim ciekawą tematykę, mnóstwo sekretów i wyraziste, nieprzewidywalne postacie. Po raz drugi czytam już tę serię i niezmiennie odczuwam radość z czytania o losach Gwen.

Gwendolyn Sepherd to ostatnia z dwunastu podróżników w czasie. Reprezentuje rubin spowity tajemnicą magii kruka. Sama do końca nie wie, czym tak właściwie jest owa magia. Jak więc można spełnić misję, nie zdając sobie sprawy, jaka jest stawka? Wiadome jest jedno – Lucy i Paul skradli jeden z dwóch chronografów umożliwiających podróż w czasie i do odkrycia Tajemnicy Dwanaściorga brakuje im już tylko krwi Gwen oraz Gideona. Gwendolyn ma jednak wątpliwości, czy faktycznie jej krewni ukradli chronograf w tym celu. Komu więc ufać? Czy hrabii de Saint Germain, założycielowi Kręgu Strażników, czy też przeczuciom tlącym się w głowie dziewczyny? Świeżo upieczona podróżniczka w czasie stara się być kimś więcej niż tylko nic nierozumiejącą lalką manipulowaną przez Strażników. Okazuje się bowiem, że nawet najbardziej zaufana osoba może stać się wrogiem. A wróg przyjacielem.

Odległość czasowa między wydarzeniami zakańczającymi pierwszy tom trylogii, a rozpoczynającymi drugi, wynosi nie więcej jak kilka minut. Znajdujemy się w tym samym miejscu, w tej samej sytuacji. Z tą różnicą, że pojawia się nowy bohater, Xemerius (ale o tym pociesznym stworzeniu napomknę później). Trochę zbił mnie z tropu fakt, iż cała akcja dwóch części odbywa się na przestrzeni kilku dni. Nie potrafiłam się z tym pogodzić biorąc pod uwagę fakt, że Gwen tak szybko przyzwyczaiła się do przeskoków w czasie. Nie wspominając już o uczuciu między nią a Gideonem, ale to ot, czepianie się szczegółu.

Książka napisana jest współczesnym językiem, bez żadnych zawiłych zdań i bogatych opisów. Autorka w lekki sposób snuje swą opowieść nie oszczędzając przy tym humoru i ironii. Mamy również do czynienia z komizmem postaci. Za idealny przykład może posłużyć wspomniany wcześniej Xemerius. Jest to nowy bohater, duch demona w postaci kamiennego gargulca, którego widzi tylko Gwendolyn. Xemerius z początku wydał mi się być niepotrzebnym dodatkiem do fabuły, lecz z czasem przekonałam się do jego humorystycznych, ale zarazem jakże przydatnych, wypowiedzi oraz charakterystycznego stylu bycia. Jeśli jesteśmy już przy bohaterach, chciałabym również zważyć na główną bohaterkę oraz Gideona. Główną bohaterkę z każdym tomem lubię coraz bardziej. Coraz częściej jestem w stanie zrozumieć jej zachowanie, a także utożsamiam się z nią podczas lektury. Zdaję sobie sprawę, że w sytuacjach, w jakich znalazła się Gwendolyn, zrobiłabym dokładnie to samo co ona. Gideon, mimo zmienności humorów, stał się jednym z moich ulubionych chłopaków w literaturze. Nie jest on kolejnym „Panem Idealnym” i właśnie to wyróżnia go spośród innych postaci z książek młodzieżowych. Nadal jednak nie wiadomo, co tak naprawdę łączy go z Gwen. Czy to tylko zauroczenie, może miłość, a może podstęp? Wszystko wyjdzie na jaw w następnym tomie i dopiero wtedy Gideon będzie mógł pokazać, na co go stać.

O ile „Czerwień rubinu” odebrałam jako wielki wstęp do Trylogii Czasu, o tyle po „Błękicie szafiru” spodziewałam się porywającej akcji i uchylenia choć rąbka tajemnicy. Powieść za to okazała się być powolna, akcja przesunęła się mały kroczek do przodu, a zamiast wyjaśnień, otrzymałam jeszcze więcej sekretów. Z jednej strony książkę czytało się wolniej i z łatwością mogłam się od niej oderwać, ale z drugiej – więcej zabawy zasmakujemy odkrywając tajemnice przy lekturze trzeciego tomu. Tajemniczy klimat „Błękitu szafiru” podsycają prolog i epilog pozostawiając czytelnika w niecierpliwym oczekiwaniu na „Zieleń szmaragdu”. Nawet jeśli chodzi o mnie, ponieważ serię czytałam kilka lat temu i duża część fabuły zdążyła mi wylecieć z głowy.

Tych, którzy jeszcze nie zapoznali się z Trylogią Czasu, odsyłam do lektury recenzji „Czerwieni rubinu” oraz do księgarni. Uwierzcie mi i innym czytelnikom, że naprawdę warto. Tym natomiast, którzy dali się już wciągnąć w świat podróży w czasie, polecam „Błękit szafiru”. To ciekawa i tajemnicza powieść, która dostarczyła mi kilka godzin dobrej zabawy i oderwania od rzeczywistości.


piątek, 7 września 2018

Do wszystkich chłopców, których kochałam



Każdy z nas ma lub miał sposób na radzenie sobie z młodzieńczymi miłostkami oraz rozczarowaniami z nimi związanymi. Piszemy pamiętniki, zapisujemy na komputerze tonę demotywatorów o związkach, opowiadamy o tym przyjaciółce… Lara Jean wybiera dość nietypowy sposób.  Trzyma w skrytce listy napisane i zaadresowane do każdego z chłopców, których kochała. Jest ich pięć – pięć dowodów na to, że serce dziewczyny  zostało złamane. Lara wylewa na papier swoje myśli i wyznania, których przenigdy nie odważyłaby się powiedzieć wprost. To listy przeznaczone tylko dla niej, taka mała tajemnica. Wszystko zmienia się w momencie, gdy listy znikają i ktoś wysyła je do adresatów. Każdy z pięciu chłopców dostaje swój list, a sekretne myśli dziewczyny wypływają na światło dzienne. Teraz już ni nie będzie takie jak wcześniej.

O „Do wszystkich chłopców,których kochałam” było już głośno kilka lat temu, ale dopiero teraz wznowione wydanie od Wydawnictwa Kobiecego oraz ekranizacja na Netflixie sprawiły, że o książce Jenny Han usłyszało szersze grono odbiorców, stała się prawdziwym bestsellerem. Chcąc sprawdzić o co chodzi, z zapałem zabrałam się za lekturę i okazało się, że to idealna książka na lato, na leniwe popołudnie. Ta powieść zdecydowanie poprawia humor i sprawia, że nawet po wielu godzinach pracy można poczuć się niezwykle lekko. Doskonale rozumiem, dlaczego ta książka podbija serca młodych czytelniczek.

Podstawą tej lekkości powieści jest język, jakim posługuje się autorka. Prosty, złożony z krótkich zdań i wielu dialogów, niedrobiazgowy, momentami infantylny. Przyznać muszę, że na początku mi się to nie podobało, ponieważ zauważyłam wiele powtórzeń i miałam wrażenie, że pisała to bardzo młodziutka osoba. Na szczęście z czasem takich błędów było coraz mniej, a im bardziej wciągała mnie historia o wysłanych listach miłosnych, tym bardziej doceniałam lekkość i prostotę języka. Do tego dochodzi sam klimat opowieści – szkoła, ploteczki, wiadomości tekstowe, nastoletnie uczucia i dylematy. Od razu przypomniały mi się czasy gimnazjum, do których wracam z sentymentem.

Cała książka emanuje ciepłem, słodyczą, jest jak różowa wata cukrowa, z której my, jak małe dzieci, czerpiemy wiele radości. Warto jednak zaznaczyć, że „Do wszystkich chłopców, których kochałam” ma szansę spodobać się dorosłym czytelnikom. Wystarczy z odrobiną dystansu podejść do całej historii i nastawić na zabawę, oderwanie od szarej rzeczywistości. Książka, jak na dobrą młodzieżówką przystało, wskazuje tez na ważne tematy takie jak rodzina, przyjaźń, miłość, akceptacja wśród rówieśników, powolne dążenie do dorosłości. Lara Jean jest bowiem bohaterką dojrzewającą, stopniowo odrywającą się od typowo dziewczęcych wartości i poszukującą swojego „ja”. To przyjemne uczucie wrócić do swoich młodzieńczych lat i próbować jak najbardziej utożsamić się z bohaterką.

„Do wszystkich chłopców, których kochałam” to powieść głównie dla młodych dziewcząt, ale także dla kobiet pragnących wrócić do szkolnych czasów pełnych miłosnych rozterek, ploteczek, flirtów i godzenia się z tym, że świat dorosłych nie jest tak kolorowy. To idealna propozycja dla osób, które  ciągu dnia są zbyt zmęczone, aby sięgnąć po coś wymagającego. Lekka, ciepła, słodka rozrywka, tego przede wszystkim można się spodziewać po lekturze. Koniecznie muszę obejrzeć film i sprawdzić, czy ta jak książka wywoła na mojej twarzy uśmiech.

czwartek, 6 września 2018

Mroczne początki psychiatrii




Są pewne motywy w literaturze, które niezwykle mnie interesują i po takie książki mogę sięgać w ciemno. Przede wszystkim są to iluzja, magia cyrkowa, baśniowość, procesy czarownic, a także zwidy i choroby psychiczne. Te dwa ostatnie motywy były prawdziwym powodem, dla którego bez wahania sięgnęłam po „Runę” Very Buck. Widniejący na okładce napis „mroczne początki psychiatrii” zadziałał na mnie jak magnes. Tak więc zabrałam się za lekturę i ostatecznie tak wniknęłam w tajemniczy klimat zakładu dla obłąkanych, że nocą rozmyślam o tym, przez jakie piekło przechodzili jego pacjenci.

Przenosimy się do Paryża, do roku 1884, kiedy to prym w wiedzy na temat chorób psychicznych wiedzie doktor Charcot. Prowadzi on eksperymenty na kobietach niestabilnych emocjonalnie, a o jego nieetycznych metodach wie cała Europa. Podczas jego pokazów hipnozy, doktor ma całkowite panowanie nad pacjentami, a to sprawia, że staje się najbardziej znanym neurologiem kontynentu. Pewnego dnia na oddział trafia dziewczyna o imieniu Runa, która jest niezwykle tajemnicza i odporna na terapie doktora. Student Jori Hell widzi w takiej sytuacji możliwość zdobycia dyplomu. Postanawia wprowadzić do terapii zabieg, który wydaje się być szczytem absurdu, a jednak… Czyż dla nauki nie warto wypróbować wszelkich metod?

„Runa” określana jest często w mediach jako powieść historyczna. I taka właśnie jest, chociaż pozycja ta odbiega od standardów gatunkowych, które automatycznie pojawiają się w naszej głowie. Dla lepszego przedstawienia sprawy możnaby powiedzieć, że „Runa” to wciągająca opowieść, która swoją ideę i postaci czerpie w dużej mierze z wydarzeń prawdziwych. I chociaż wiadomo, że historia dziewczynki nie jest wydarzeniem historycznym, to jednak opowieść w przystępny i intrygujący sposób uświadamia nam realia XIX-go wieku, zwłaszcza w kwestii początków psychiatrii. Zmusza do szukania informacji o doktorze Charcot’cie, a także o Jori Hell’u. Wówczas sami przekonujemy się, że faktycznie te tortury opisane w powieści były niewiele ponad 100 lat temu stosowane w ramach terapii. To autentycznie przeraża, bo o takich rzeczach raczej nie mówi się głośno. Historia ukrywa wiele tragedii, morderstw i nieludzkich praktyk w imię rozwoju nauki, a to jest tak kontrowersyjny temat, że dla niektórych lepiej zamiatać go pod dywan. Nadal żyją „naukowcy”, którzy podczas holocaustu wykonywali na więźniach okrutne eksperymenty, a, o zgrozo, niektórzy nawet uważają, że gdyby nie takie metody, to nadal medycyna byłaby na poziomie prymitywnym. Mnie to autentycznie przeraża i zasmuca, dlatego nadal przeżywam „Runę” i nie mogę o niej zapomnieć.

Książka jest niezwykle intrygująca i przerażająca również ze względu na to, jak w XIX. wieku traktowano kobiety, a konkretniej  - jak wyglądała ich rola społeczna. Musiały dbać o dom, dzieci, zapewniać mężowi komfort i spełnienie jego potrzeb. I może nie byłoby aż tak zadziwiające, gdyby nie fakt, że na tym ograniczały się prawa i obowiązki kobiet. Nie mogły obrać swojej własnej drogi w życiu, podjąć się edukacji, budowania kariery, nie mogły czytać ani interesować się polityką. Do umieszczenia ich w zakładzie dla obłąkanych wystarczyło słowo męża lub kogoś z rodziny. Ciężko sobie wyobrazić, że zarówno takie traktowanie kobiet jak i niehumanitarne metody leczenia były na porządku dziennym stosunkowo niedawno.

„Runa” nie opiera się tylko i wyłącznie na tematyce zakładu psychiatrycznego, ale jest powieścią wielowątkową. Z pozoru dane elementy do siebie nie pasują i nie są ściśle powiązane, ale dopiero lektura całej książki przedstawia nam obraz, który chciała nam pokazać Vera Buck. Znajdziemy tutaj odrobinę thrillera, dreszczowca, historii, naukowych faktów, psychologii, obyczajowości i motyw trudnej przeszłości. Każdy znajdzie dla siebie coś odpowiedniego, taki jest podstawowy plus tej różnorodności. Wspólnym mianownikiem są elementy składające się na obraz XIX-wiecznego Paryża oraz niezwykle umiejętny i obrazowy styl pisania autorki. „Runa”, mimo iż nie jest powieścią lekką, to wciąga czytelnika mrocznym klimatem, czyta się ją szybko i z zaciekawieniem. Styl Very Buck automatycznie sprawia, że czytelnik zaczyna ufać w każde słowo i wydarzenie, przejmuje się historią jak mało kiedy. I o to właśnie chodzi – aby tę opowieść przetrawić, czegoś się dowiedzieć o ludzkości, wysunąć swoje własne wnioski.


Dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej opowieści, która jednocześnie zachwyca różnorodnością gatunkową i wątkową. Nie jest to lektura łatwa, ale zdecydowanie warta przeczytania. Wciąga, szokuje, każe szukać informacji na własną rękę, przeraża, momentami zasmuca i pozostaje w głowie na długi, długi czas. Lektura obowiązkowa dla każdego dojrzałego czytelnika.


sobota, 4 sierpnia 2018

Czerwień rubinu - Kerstin Gier





Czy miewasz często mdłości, niekiedy drżenie nóg i migrenowe bóle głowy? Czy masz 16-17 lat? Jeśli tak, uważaj, bo lada chwila możesz znaleźć się w zupełnie innej epoce, a niebezpieczeństwa czyhające w przeszłości mogą dotknąć również Ciebie.

Charlotta już od jakiegoś czasu ma mdłości. Cała rodzina z niecierpliwością czeka na jej pierwszą podróż w przeszłość, bo to z pewnością ona odziedziczy gen, który pozwala na cofanie się w czasie. Tym bardziej, że sam Isaac Newton obliczył datę urodzin Charlotty. Tymczasem jej kuzynka, Gwendolyn Shepherd, żyje normalnym życiem. No, może jeśli nie brać pod uwagę tego, że widzi duchy. Nie są to straszne potwory, ale sympatyczne stworzenia nadal przekonane, że żyją. Pewnego dnia Gwendolyn w jednej chwili zmierza do sklepu po cukierki, a w drugiej znajduje się w tym samym miejscu, ale o wiele, wiele wcześniej. Zdaje sobie sprawę, że to ona otrzymała gen podróży w czasie, a nie Charlotta. Rodzina nie wierzy, że Gwendolyn, nieprzygotowana i nierozumiejąca sytuacji, zdoła wypełnić ważną misję. Dziewczyna jest ostatnim, dwunastym podróżnikiem w czasie. Jej misja polega na odnalezieniu ukradzionego chronografu, bo tylko dzięki niemu i próbkach krwi podróżników można odkryć Tajemnicę Dwanaściorga. W wypełnieniu zadania pomaga jej Gideon de Villiers, dumny i arogancki, ale za to jak przystojny...

„Czerwień rubinu” miałam już okazję czytać w 2011 roku, ale z przyjemnością odświeżyłam sobie tę historię. Znów gości na mojej półce, tym razem w nowym, estetycznym wydaniu od Media Rodzina. Mam do tej książki duży sentyment i nadal uważam, że jest niezwykle czarująca, przyjemna i lekka, do „spałaszowania” na kilka godzin. Mam wrażenie, iż te 7 lat temu odbierałam historię Gwen trochę inaczej, bardziej osobiście, ze względu na mój wiek. Bałam się, że teraz zmienię zdanie o „Czerwieni rubinu”, ale ja nadal odczuwałam ogromną przyjemność z lektury!

„Czerwień rubinu”, pierwszą część Trylogii Czasu, odebrałam jako wstęp przedstawiający nam postacie, świat i sytuację, z jaką muszą się zmierzyć bohaterowie. Po skończeniu książki miałam takie wrażenie, jakbym oglądała film, który szybko się zaczął i skończył. Zdecydowanie za szybko. Mimo tego, że Gwendolyn i Gideon mało co posunęli się do przodu ze spełnieniem misji, to samo poznawanie świata stworzonego przez autorkę i tajemnic Podróżników było bardzo interesujące. To był tak jakby ekscytujący sen, z którego nie chciałam się budzić.

Styl pisania pani Kerstin Gier bardzo przypadł mi do gustu. Autorka lekko, zwiewnie, interesująco i z humorem snuje swoją opowieść. Stworzyła idealnie zarysowane postacie, a dzięki pierwszoosobowej narracji pisanej z punktu widzenia głównej bohaterki, Gwendolyn, możemy poznać jej charakter, myśli i uczucia. Muszę przyznać, że gdyby była realistyczną osobą, chętnie zawarłabym z nią przyjaźń. Gwendolyn to osóbka inteligentna, wyrozumiała i umiejąca się postawić. To absolutnie udana i wywołująca u czytelnika sympatię postać. Grzech nie wspomnieć też o Gideonie, towarzyszu Gwendolyn w wypełnieniu misji. Od początku zwrócił uwagę dziewczyny, a także i moją. Autorka przedstawiła go jako bezczelnego, pysznego i aroganckiego dzieciaka, który z czasem okazał się być odważnym, uprzejmym chłopakiem. Podejrzewam, że powodem tej ogromnej zmiany była bliższa relacja z Gwendolyn, ponieważ Gideon na początku uważał ją za jedną z wielu nastolatek lubiących plotki i SMS-owanie. Tymczasem okazała się być odważną dziewczyną z charakterem. Gideon również wzbudził moją sympatię. Nie jest on z pewnością jednym z idealnych niebezpiecznych twardzieli, ale odpowiedzialnym, mającym uczucia i chwile słabości dziewiętnastolatkiem.

Czy w książce występuje wątek miłosny? Tak, ale jest on bardzo delikatny, uroczy i rozwija się powoli. Nie jest przesłodzony, a uczucie nie rozwija się nagle pod wpływem buzujących hormonów. Autorka również tę kwestię dokładnie przemyślała i zaplanowała. Ogólnie nazwałabym „Czerwień rubinu” powieścią subtelną, urokliwą. Nie narzuca ani romansu, ani zawrotnego tempa akcji, ani sztucznego humoru. Tutaj wszystko jest odpowiednio wyważone.

„Czerwień rubinu” to zaledwie wstęp do „Trylogii Czasu”, ale bardzo udany i sympatyczny dla odbiorcy. Humor i dobrze skonstruowani bohaterowie to podstawy tej książki, szczególnie trafią do młodzieży lubiącej przygodówki, ale odpowiednio też zrelaksują dorosłego czytelnika. Cieszę się, że miałam okazję wrócić do historii Gwen i znów czerpać z niej czystą rozrywkę.

Chłopiec, który widział - Simon Toyne


Josef Engel to z pozoru zwykły krawiec, który nigdy nie opowiadał szczegółowo o swojej przeszłości. Był jednym z czterech Żydów, nazwanych die Anderen, ocalałych z obozu Schneider Lager. Nic więc dziwnego, że jego wnuczka, Marie-Claude, zapragnęła dowiedzieć się jak najwięcej o przeszłości dziadka, a także o pozostałych uratowanych. Kobieta nie zważa na ostrzeżenia Josefa o tym, że nie powinna brnąć w poszukiwania zbyt głęboko. Niedługo później dziadek zostaje brutalnie zamordowany, a obok jego zwłok zabójca umieścił pewną wiadomość – „Skończyć to, co zostało rozpoczęte”. Marie-Calude zdaje sobie sprawę, że musi uciekać wraz ze swoim synkiem, Leo. Wkrótce na jaw wychodzą tajemnice i brudne układy sięgające II wojny światowej, a tylko tajemniczy Salomon Creed może zapobiec kolejnym morderstwom.

Od razu przyznam, że nie spodziewałam się tego, co właściwie otrzymałam od lektury „Chłopca, który widział”. Założyłam, iż będzie to typowy kryminał lub thriller, który, standardowo - jak większość takich książek, zahaczy o jakieś tajemnice rodzinne. Być może przeszłość Josefa okaże się być komplikowana i szokująca, może zaangażował się w coś, co angażować się nie powinien – tak właśnie myślałam. Tymczasem wątek kryminalny to zaledwie kwestia poboczna.  Tutaj autor porusza bardzo ważną, ciężką tematykę związaną z rasizmem, nienawiścią do Żydów, antysemityzmem i fałszywym patriotyzmem. I robi to naprawdę ostrożnie, z rozmysłem, aby nie przekroczyć żadnej z cienkich granic pomiędzy tym, co dobre, a tym, co okazało się być tragedią w postaci II wojny światowej. Nie są to też tematy obce współczesnym społeczeństwom. Problem imigracji ludności pochodzenia arabskiego do Europy, dylematy moralne, wybór między człowieczeństwem a zapewnieniem bezpieczeństwa, skrajny „patriotyzm”… Hasło „Polska dla Polaków” nie jest nam obce, prawda? Simon Toyne każe się chwilę zastanowić, czy czasem nawet nieświadomie nie robimy komuś krzywdy. Granica między chęcią zachowania rodzimej kultury i bezpieczeństwa a chęcią krzywdzenia, a nawet mordu obcych „ras”, jest niebywale cienka. W końcu nie bez powodu cały naród poszedł za głosem brutalnego przywódcy, który w ubiegłym wieku zgotował na ziemi piekło.

Jak widać, książka absolutnie nie jest lekturą lekką. Tego się nie spodziewałam i w związku z tym czytało mi się ją mozolnie i z trudem. Już na samym początku czułam się rzucona w wir wydarzeń, które ciężko było sobie poukładać w głowie. Wiele postaci, wiele wątków, a tak naprawdę nie wiadomo, na czym się skupić. To zmieszanie stopniowo ustępowało, ale i tak książkę czytałam dość długo. Końcówka była w tym wszystkim najlepsza, trochę szokowała i dawała do myślenia. „Chłopiec, który widział” wymagał ciągłego skupienia i co rusz dawał nowy temat do refleksji. I zapewne czytając książkę jesienią lub zimą miałabym lepsze wrażenie i byłabym bardziej zdolna do powolnego wgryzania się w lekturę. Ponieważ to dziwne uczucie, gdy wiesz, że coś jest dobre i inteligentne, ale zarazem często nieciekawe, niewciągające i po prostu ciężkie w lekturze.

Mam wrażenie, że wszystko w tej książce jest niebanalne i podszyte dwuznacznością. Główny bohater, Salomon, to postać niezwykle tajemnicza i nieoczywista. Ciężko ustalić jego tożsamość czy nawet pochodzenie, w jego przeszłości jest wiele znaków zapytania. Niby nie działa przypadkowo, ale ciężko odgadnąć jego motywacje. Mam nadzieję, że w kontynuacji dowiem się o tej postaci o wiele więcej.

„Chłopiec, który widział” to powieść inteligentna, potrzebna i poruszająca temat Holokaustu. I mimo że historia zbrodni jest fikcją, to jednak autor przekazuje wiele współcześnie aktualnych tematów do refleksji, nadal są one poruszane chociażby u nas, w Polsce. Opowieść pełna jest zagadek, skomplikowanych tropów, nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania. I mimo że ja musiałam tę książkę czytać kawałek po kawałku, momentami musiałam się przymuszać i czasem nie miałam głowy do połapania się w wątkach, to ostatecznie stwierdzam, że gdybym nie przeczytała tej książki, to dużo bym straciła. Także może za rok, pewnego zimowego wieczoru wrócę do lektury. Wtedy na pewno nastawię się na ponowne przetrawienie tematu i może odkryję coś, co mogło umknąć mojej uwadze.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.