Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

piątek, 15 lutego 2019

Gdzie śpiewają diabły?




Dwójka rodzeństwa - Ewa i Piotr, tak różna, a tak ważna dla siebie nawzajem. Ona to marzycielka, która często odpływa myślami w świat wyobrażeń. On twardo stąpa po ziemi i nie wierzy w nic, co nie byłoby poparte racjonalnością. Pewnego dnia Ewa znika bez śladu. Piotr nie przestaje o niej myśleć i wydaje się, że nigdy tak naprawdę nie będzie mu dane dowiedzieć się, co stało się z jego siostrą. Aż w końcu, dziewięć lat później, coś się zmienia. Nowy trop wiedzie Piotr do Azylu, mrocznego miasteczka, w którym mieszkańcy nadal pamiętają o starych legendach i wierzą, że sam diabeł tu zagląda. O Ewie nikt nic nie mówi, ale wyraźnie widać, że niektórzy mają wiele przerażających rzeczy do opowiedzenia...

"Gdzie śpiewają diabły" to zaskakująca powieść Magdaleny Kubasiewicz, mroczna i przerażająca. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że lektura wywoła u mnie strach tak duży, że będę się bała czytać w nocy. A jednak - starałam się czytać w ciągu dnia, gdzie mogłam w każdym momencie uświadomić sobie, że jednak nie jestem w Azylu. Że nie czyhają na mnie strachy z miejscowych legend. Historia jednocześnie powoduje ciarki i hipnotyzuje poprzez klimat. Gęsty, mroczny, dotykający do szpiku kości, tak baśniowy i w tym samym momencie realny.

Wraz z Piotrem przenosimy się bowiem do małej, ubogiej społeczności, która wydaje się być umieszczona na skraju świata. Nadal wierząca w legendy i baśnie, gdzie mieszkańcy rzucają przeszywające spojrzenia, surowa natura owiewa chłodem, a szum liści wydaje się szeptać niezrozumiałe słowa. Wydaje się, że wszyscy wokół są tutaj od zawsze, zakorzenieni w Azylu jak stare drzewa, które nie mogą się z tej ziemi wyrwać. W powietrzu unosi się zapach pyłu, mgła i czuć namacalnie, że panuje tutaj pewna zmowa milczenia. A legenda o Diable i jego czarownicy wydaje się realna nie mniej niż to, że faktycznie istniejemy.

Autorka podsyca klimat baśniowości, strachu i tajemnicy tym, że stopniowo wprowadza czytelnika do świata Azylu i stopniowo ujawnia pewne elementy, które dopiero pod koniec układają się w spójną całość. Niemalże cały czas jesteśmy w niepewności i nie wiemy, na ile można wierzyć legendom i wyobrażeniom, a na ile zdrowemu rozsądkowi. Mamy tutaj bowiem pewien rodzaj oniryzmu, który zostaje opakowany w realizm, doprawiony strachem i hipnotyzującym klimatem. Tyle wystarczy, żeby tak zaabsorbować czytelnika, że ciężko oderwać się do lektury, a chęć odkrycia wszystkich tajemnic jest ważniejsza niż to, iż mamy obecnie jakieś obowiązki do wykonania. Dlatego trzeba uważać na "Gdzie śpiewają diabły", bo można nieświadomie przesiedzieć cały dzień nad lekturą, a, nie daj Boże, noc. W nocy klimat czuć zdecydowanie intensywniej i zaraz ma się wrażenie, że spod łóżka wyłoni się jaki diabeł.

"Gdzie śpiewają diabły" to nowość, która mnie zachwyciła. Momentami malownicza, baśniowa, nierealna, a tak bardzo solidna i przejmująca, że ma się wrażenie bycia w Azylu wraz z Piotrem. To również lekki horror opowiadający o sile miłości romantycznej i tej rodzinnej, o poświęceniu, odkupieniu i przebaczeniu. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza na chłodne dni sprzyjające sile magii i mroku.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Jak to jest żyć wiecznie?



Czy gdybyś mógł żyć wiecznie, chciałbyś?

Medycyna i technologia tak idą do przodu, że być może kiedyś pozwolą nam żyć wiecznie. Skoro na ten moment potrafimy dokonywać zmian w kodzie genetycznym, wykorzystywać mikroroboty do naprawy ciała, stworzyć człowieka w warunkach in vivo, to czy zapewnienie wieczności rasy ludzkiej jest tylko kwestią czasu? Zahamowanie starzenie, przeciwdziałanie zawałom i osłabieniu układów organizmu? Prawdopodobnie nasze pokolenie tego nie dożyje, ale teoretycznie, gdybyś urodził się kilkaset lat później i mógł być nieśmiertelny – chciałbyś? Praktycznie każdy chce żyć, żyć długo, być może bez końca. Jednak czy nie lepiej przeżyć swoje życie raz, od początku do końca, ale dobrze?

W świecie przyszłości, nieśmiertelność jest osiągalna, ale tylko dla wybranych osób, które spełniają konkretne wymagania. Lea ma sto lat i jest doskonała pod względem genetycznym. Wraz ze swoim narzeczonym Toddym wygrali możliwość życia wiecznie. I wszystko byłoby idealne, gdyby nie to, ze pewnego dnia Lea spotyka swojego ojca, którego nie widziała od dwunastego roku życia. Wtedy po raz pierwszy staje twarzą twarz ze śmiercią i to pociąga za sobą lawinę niebezpieczeństw. Odkrywa bowiem „Klub samobójców”, tajną organizację, którą rząd chce za wszelką cenę wytępić. Kim są tak naprawdę? Czy Lea zrezygnuje ze swojego cudownego, nigdy niekończącego się życia?

Tak naprawdę „Klub samobójców” Rachel Hang opowiada historię z dwóch punktów widzenia. Pierwsza narratorka to Lea, która z początku postrzega swoje życie i ogólne funkcjonowanie państwa jako perfekcyjne. Dobrze się w nim czuje i w pełni się w niego wpasowuje do momentu, gdy odkrywa tajną organizację. Stopniowo zaczyna zauważać, że nic nie jest takie, jak jej się wydawało. Że nieśmiertelność wcale nie jest tak cudowna. Drugą narratorką jest Anja, która ma ciężko w życiu. Mieszka wraz z matką, która umysłowo jest już niepełnosprawna, ciało zaś podtrzymywane jest przez sztuczne serce. Te dwie bohaterki tworzą pewien kontrast, który ostatecznie prowadzi do niezgody na to, jak wygląda ten świat. Są też pewną wymówką do refleksji nad życiem, śmiercią i chęcią istnienia na zawsze.

Tematy, które porusza autorka, są dość delikatne i niejednoznacznie, ale książka sama w sobie kontrowersyjna nie jest. Nie na tym bowiem polega jej istota, aby wdawać się w dyskusje na temat poglądów i moralności, ale pozostawia czytelnika z poczuciem, że powinien korzystać ze swojego życia do końca. Że życie jest jedno i może się skończyć niespodziewanie, w każdej chwili. A najważniejsze jest to, aby przejść przez każdy jego etap, z dobrymi doświadczeniami i tymi złymi, ale z poczuciem, że jest się szczęśliwym.

Pod względem warsztatowym, nie można wiele zarzucić autorce, ale dopatrzyłam się drobnych niedociągnięć, które sprawiły, że książki nie można nazwać jako bardzo dobrej. Przede wszystkim pani Hang nie do końca wykorzystała potencjał swoich postaci, zwłaszcza tych pierwszoplanowych. Ustanowiła Leę i Anję w takich okolicznościach, że aż proszą się o lepsze rozbudowanie ich charakterów i psychiki. Za to wydały się być płaskie, jednowymiarowe. Ponadto miałam wrażenie, że pewne wątki powinny zostać brutalniej opisane. Tak, jest to literatura dla młodzieży, ale sama akcja i pomysł na fabułę wymagają momentami dosadności i szczypty brutalności. Choćby po to, aby zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i faktycznie przeżywać wszystko wraz z bohaterami. Tego właśnie nie mogłam do końca odczuć – przywiązania, zżycia się z postaciami, przejęcia się tym światem oraz akcją.

Jeżeliby patrzeć na „Klub samobójców” jako „tą mądrzejszą” literaturę dla młodzieży, to ta książka ma wszystko, czego może spodziewać się młodszy czytelnik. Lekki styl, wciągająca akcja, ciekawa fabuła, oryginalny pomysł i przeciętny warsztat pisarski. W dodatku solidna dawka refleksji i zahaczenia o poważne tematy, które zainteresują również dorosłego czytelnika. Jest to więc lektura uniwersalna pod względem wieku odbiorcy, ale, jak już wspomniałam, dorosły czytelnik częściej może odczuć pewne niedociągnięcia.

„Klub samobójców” to przyzwoita, wciągająca nowość na polskim rynku wydawniczym, która coś w czytelniku zmieni, każe się na chwilę zatrzymać i przeanalizować to, co czyta. Nie jest to lektura idealna i pozbawiona wad, jednak zdecydowanie warto się z nią zapoznać. 

Szczelina - Jozef Karika




Nie jestem fanką klasycznych horrorów, być może dlatego, że nieczęsto mam z nimi do czynienia. Uwielbiam za to powieści oparte na legendach, baśniach i dawnych wierzeniach, które mają w sobie nutę grozy oraz niepowtarzalny, mroczny klimat. Taką właśnie książką jest „Szczelina” Jozefa Kariki, która zachwyca surowym pięknem otoczenia, ponadto momentami powoduje gęsią skórkę.

Trybecz, pasmo górskie na Słowacki i słynny Trójkąt Bermudzki. Jedno z najbardziej tajemniczych miejsc na Ziemi, w którym znikają ludzie, statki i samoloty. Niektórych odnaleziono martwych, inni nie pozostawili po sobie ślady, jeszcze inni wrócili do życia w stanie, którego życiem już nazwać nie można. Igor właśnie zdobył magistra i rozpoczyna pracę jako robotnik budowlany. Praca nie zapowiada się zbyt ekscytująco, zwłaszcza, że pięcioletnie studia mogą nie być tego warte. Jednak już pierwszy dzień pracy sprawia, że świat Igora już nigdy nie będzie taki sam. Na miejscu budowy odkrywa tajemniczy sejf, który ostatecznie zaprowadzi go do straszliwej legendy o Trybecie, która z koszmaru zamieni się w przerażającą rzeczywistość.

„Najgorszy jest strach wywołany przez coś zupełnie zwyczajnego.”

„Szczelina” zachwyca mnogością nawiązań do legend, faktów, wywiadów, tak, że wydaje się być powieścią opartą na reportażu. Podobno to wszystko mogło wydarzyć się naprawdę. Do autorka mógł przyjść człowiek, który przeżył to wszystko sam i stał się materiałem do utworzenia „Szczeliny”. I tutaj doszliśmy już do sedna tego, co w powieści najstraszniejsze. Że nie wiadomo, co jest fikcją, a co prawdą. Co zmyślone, podkoloryzowane, wydedukowane, a co stało się naprawdę. Dlatego po skończeniu lektury, tak jak podejrzewam każdy czytelnik, zaczęłam szukać informacji dotyczących Trybeczu i niewyjaśnionych wydarzeń w tym miejscu. Jeżeli jakaś powieść składnia odbiorę do takiej dociekliwości, to naprawdę coś wyjątkowego i wartego docenienia. Tym bardziej, że na tle „Szczeliny”, wszystkie wyszukane informacje sprawiają, że czytelnika przechodzi prąd przerażenia. Dla tego doświadczenia chociażby warto po „Szczelinę” sięgnąć.

Książka Kariki nie opiera się głównie na wartkiej akcji i zaskakujących wydarzeniach, jest natomiast niesamowitym studium ludzkiego umysłu, który stopniowo popada w szaleństwo i porywa w ten obłęd samego czytelnika. Subtelnie, powoli, acz skutecznie przeraża tym, co pozornie zwykłe, ale naznaczone pewnym mrokiem. Autor w swoisty sposób wybija z tego, co tu i teraz, z teraźniejszości i z tego, jak na ten moment mamy poukładane myśli, z tego, gdzie wszystko ze sobą pasuje. Kawałek po kawału wszystko się rozbija tak, że musimy opierać się na pamięci i wyobrażeniach, a nie na tym, co mniemaliśmy za prawdę na samym początku. Wiem jak to brzmi, naprawdę staram się jakoś wytłumaczyć to, co czułam. Po prostu wybicie z „normalności”, z „poczytalności”. To uczucie równie straszne, niepokojące, jak i zachwycające i wywołujące podziw wobec książki i samego autora.

Ciężko mi się pozbierać po lekturze. Jestem zaintrygowana, przerażona i niezwykle ciekawa, jak wiele z tej opowieści jest prawdą. Świat ma w sobie wiele tajemnic, a „Szczelina” daje takie uczucie, że można poznać i odkryć chociaż część z nich. To solidna, klimatyczna lektura, która niesamowicie wciąga i nie pozostawia czytelnika bez zmian. Warto zapoznać się z tą powieścią.

Książki dostarcza:









niedziela, 30 grudnia 2018

Sztuka radości, czyli powieść przeklęta



„Sztuka radości” już na wstępie kojarzy się z filmem lub książką „Sztuka kochania”. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy przed przystąpieniem do lektury, była taka, że mam przed sobą kopię czegoś, co już znam. Bardziej nie mogłam się mylić. Punktem wspólnym obu historii są mocne bohaterki, które wpływają na otaczający je świat, który nadal jest zamknięty na pewne kwestie, traktuje rzeczy ludzkie jak tabu. Siła feminizmu, ale tego dobrego, zdrowego, silnego i potrzebnego, przelewa się z ekranu i ze stron książek i to czyni je obie tak wyjątkowe.

Modesta urodziła się w 1900 roku, na Sycylii. Społeczeństwo, które ją otacza, nie godzi się na wolność seksualną i intelektualną niezależność kobiet. Modesta nie pierwsza wie, że tak być nie powinno, ale jako jedyna ma odwagę z tym walczyć. Wychowana zostaje w biedzie, następnie w klasztorze, w końcu trafia do arystokratycznego pałacu. Dzięki sile charakteru i inteligencji zaczyna zarządzać finansami rodu, potrafi też wykorzystać swoją pozycję pozyskaną przymusowym małżeństwem. Czy Modesta zdoła udowodnić społeczeństwu, że kobieta może być silna i niezależna? Czy da się dotknąć zakorzenionej moralności Sycylijczyków i dać płci pięknej więcej praw?

Powieść Goliardy Sapienzy jest niezwykle ważna, przełomowa, inteligentna i potrzebna. Aż dziw, że w Polsce prawie nic o niej nie słychać, a przecież powinna dotrzeć do jak największej ilości odbiorców. I powinna ich zachwycić. „Sztuka radości” to nie tylko opowieść o silnej kobiecie łamiącej normy moralne XX wieku, ale także świetne studium historyczne, polityczne, kulturowe i społeczne tego okresu, tak nieodległego od obecnych czasów. Zanim sięgniecie po lekturę, warto zapoznać się z historią „Sztuki radości” i jej autorki. Sprawa jest na tyle poważna, że powieść przeczekała ponad 20 lat, zanim została wydana. A sama Sapienza przeszła przez więzienie, psychiatryk i próby samobójcze za swoje feministyczne poglądy. Niezwykle przygnębiająca historia, ale wnosząca wiele do interpretacji „Sztuki radości”.

Warto zaznaczyć, że książka nie jest lekturą łatwą i przyjemną, jest zwrócona przede wszystkim do dorosłego czytelnika. Znajdziemy tu bowiem śmiałe sceny seksu, kazirodztwa, faszyzm, brutalność. Od czytelnika wymaga się zaś otwartości umysłu, wyobraźni, tolerancji i dystansu. Sapienza nie szczędzi dramatycznych scen, a wszystko po to, aby potrząsnąć czytelnikiem, aby mieć realny wpływ na ówczesny świat.  A z tego dla nas płynie ogromna nauka i inspiracja. Poważnego, przygnębiającego klimatu dodaje też styl, w jakim została napisana powieść. Momentami urywana, pełna metafor i niedopowiedzeń, a niektóre słowa zostają tylko zawieszone w powietrzu. Gdzieś trzeba przemyśleć poruszane kwestie, uchwycić sens i emocje, wczuć się w sytuację autorki. To nie jest łatwe, ale wielce satysfakcjonujące – prawdziwy rarytas dla wymagających czytelników.

„Sztuka radości” to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Pozostaje w umyśle czytelnika na długi czas, daje pole do refleksji i możliwość zawieszenia się gdzieś pomiędzy zdaniami na dłuższy czas. Jednocześnie wciąga, zachwyca, oczarowuje. Ubolewam, że nie jest to na razie głośny bestseller, ale być może to się zmieni. Dlatego też zachęcam do lektury i zapewniam, że warto.

środa, 19 grudnia 2018

Między nami chaos




„Między nami chaos” miała być kolejną młodzieżówką, która prawdopodobnie zapewni kilka godzin dobrej rozrywki, może poruszy ciężkie tematy, ale nie będzie niczym ambitnym i zachwycającym. Ciągnęło mnie jednak do lektury jak magnes, bo czasami jest tak, że tylko widzisz okładkę i tytuł i już wiesz, że to może być dobre. Że to coś dla Ciebie. Gdzieś z tyłu głowy miałam obawę, że się zwiodę, że może jestem na takie lektury zwyczajnie „za stara”. Na szczęście na obawach się skończyło.

Pewnego dnia znika pisarz Arthur Louis Pullmann i nikt nie wie, co się z nim stało. Tydzień później zostaje znalezione jego ciało. Od śmierci dziadka mija pięć lat, wtedy też jego wnuk, Arthur Louis Pullmann Trzeci, przeżywa bardzo ciężkie chwile. Otrzymuje sądowy zakaz zbliżania się do swojej dziewczyny i traci stypendium.  Jego życie staje na głowie i nie wie, jak sobie z tym poradzić, wskutek czego jego ojciec wysyła go do Truckee, gdzie miałby zamieszkać z wujem. Tam na Arthura czeka niesamowite znalezisko – dziennik zmarłego dziadka, chorującego na Alzheimera i opis jego pięcioletniej podróży. Chłopak zdecyduje się pójść śladami dziennika, aby odkryć to, co nieznane.

Podstawową zaletą powieści, a równocześnie wadą, jest to, że niesamowicie wciągnęłam się w lekturę. Gdyby nie studia, to przeczytałabym ją w ciągu jednego dnia i byłby to jeden z najprzyjemniejszych dni z działu tych „leniwych”.  Arthura nie polubiłam od razu, ale z ciekawością śledziłam każdy jego krok, bo takowy był jednocześnie rozwiązaniem jednej z wielu małych zagadek dziadka chłopaka. A dlaczego widzę tu jednocześnie wadę? Bo nie można myśleć o niczym innym, dopóki nie przeczyta się ostatniego zdania. Nauka, praca, obowiązki odbywały się u mnie gdzieś w cieniu myśli o tym, gdzie dalej powędruje Arthur i do czego go to doprowadzi. Tak, więc ostrzegam – warto przysiąść i dać się całkowicie zatracić historii, zapomnieć o tym świecie.

„Między nami chaos” to powieść drogi, w sensie dosłownym, ale też tym w przenośni. Praktycznie każda część książki odpowiada kolejnemu miejscu, do jakiego udał się bohater. Sięgamy do nowych kultur, smakujemy nowe klimaty, w ilościach drobnych, przyswajalnych, subtelnych i urzekających. Dlatego klimat całej opowieści sprawia, że czytelnik się w nią wtapia. Podróże Arthura to jednak przede wszystkim poszukiwanie prawdy, która zmienia postrzeganie świata. To czas przewartościowywania, odnajdywania tego, czego nie widać na pierwszy rzut oka, nauka współgrania ze światem i odnajdywania swojego miejsca. Arthur, będąc osiemnastolatkiem w ciężkiej sytuacji życiowej, musi też przejść przez pewne procesy, nie po to, aby nagle stać się dorosłym, a po to, aby zauważyć, co oferuje świat i nabrać wobec tego odpowiedniego stosunku.  Cieszę się, że w końcu ktoś przedstawił w literaturze młodzieżowej dorastanie w sposób poważny i inteligentny. Tak, że nawet dorosły czytelnik wiele wyniesie z lektury.

Książka Samuela Millera to pewnego rodzaju nowość i to taka błyszcząca, ciepła, klimatyczna. Wybijająca się na tle stosów głupiutkich lektur dla nastolatków, które, mam wrażenie, czasami mają młodego odbiorcę za tego pustaka, co nic w życiu jeszcze nie zrozumiał i nie osiągnął, poza imprezami, konkursami piękności i opanowaniem sztuki flirtu. Dlatego „Między nami chaos” to książka, którą warto się zainteresować, zwracam się tutaj do osób w każdym wieku. Dorośli niemniej niż nastolatkowie docenią historię Arthura i, być może, odnajdą kilka „smaczków” – odniesień do kultury. Myślę, że kiedyś jeszcze wrócę do tej powieści i to z sentymentem.

wtorek, 4 grudnia 2018

Historia złych uczynków



Co decyduje o tym, że postanawiamy być z kimś do końca życia? Miłość, fascynacja, pożądanie, uzależnienie, przyzwyczajenie? Dlaczego osoby krzywdzone nie opuszczają swoich oprawców i nadal ich kochają?

Nina to świeżo upieczona studentka, która wyrusza do Warszawy, bo wierzy, że duże miasto to więcej pespektyw i nowe szanse.  Wyrywa się z miejsca, w którym dotąd musiała obserwować porażki swojej matki, Nina chce uniknąć jej losu. Jednak dziewczyna pewnego dnia wsiada do samochodu z tajemniczym mężczyzną i wtedy wizja uporządkowanego życia pęka jak banka mydlana. Nina wdaje się w niebezpieczny, pełen pożądania toksyczny związek. To on, Miłosz, fascynuje ją i przeraża, zmusza do rzeczy, których nigdy by nie zrobiła. I nagle mężczyzna znika. Nina rozpoczyna poszukiwania, które przywiodą ją aż do przedwojennego domu, w którym ktoś popełnił coś bardzo złego...

„Historia złych uczynków” (zobacz), jak można wnioskować z samego już opisu, to powieść niełatwa. Pełna jest emocji, w tym w dużej mierze takich, które nami wstrząsną i przerażą. Katarzyna Zyskowska sięga do tej najmroczniejszej odsłony człowieczeństwa, nie ucieka przed trudnymi tematami, patologią i cierpieniem. Autorka wciąga w to nas, czytelników. W tym wszystkim przewija się tematyka II wojny światowej, ponieważ fabuła powieści opiera się na dwóch liniach czasowych, z których jedna właśnie dotyczy tej mrocznej części historii, druga zaś śledzi teraźniejszość i losy Niny.

Powieść jest niesamowicie zróżnicowana pod względem poruszanej tematyki i łączy w sobie kilka gatunków – romans, thriller, obyczajówkę i historię. Nie każdy potrafi tak zgrabnie połączyć tyle elementów w spójną, logiczną i zachwycającą całość, jak Katarzyna Zyskowska. W dodatku sam styl autorki jest wciągający, intrygujący, jest idealnym transferem emocji pomiędzy historią Niny a czytelnikiem. Jest także niezwykle plastyczny, o czym zaraz wspomnę. Od lektury trudno się oderwać i, chociaż ciężko mi było polubić którąkolwiek z postaci, to nie mogłam przestać myśleć o bohaterach, kibicować im, czasem się na nich wkurzać, innym razem próbować ich zrozumieć.

Najbardziej interesującym elementem w „Historii złych uczynków” jest niewątpliwie zestawienie ze sobą dwóch obrazów Polski. Mamy bowiem współczesność – szarawą, poukładaną, kierującą się ludzkimi ambicjami i nadziejami na perspektywy poprawiania jakości życia. Świat gangsterski, afery i ciemna strona dużego miasta – to autorka przedstawia niemalże w reporterski sposób, bez zbędnych załagodzeń i delikatności. I mamy też czasy tuż przed i tuż po rozpoczęciu II wojny światowej – trwałe przyjaźnie, pogoda ducha, wspólnota, letniska, a następnie wstrząsająca tragedia. Te fragmenty powieści Zyskowska napisała językiem poetyckim, bardziej emocjonalnym, momentami przywodzącymi na myśl polskich klasyków. Ta właśnie plastyczność języka, umiejętność dopasowania się do klimatu tworzonych wątków i zlepienie wszystkiego tak, aby było spójne, to coś, za co autorce należą się ogromne gratulacje.

„Historia złych uczynków” zbiera praktycznie same pozytywne opinie i ja się temu wcale nie dziwię. Przyznać też muszę, że gdy tylko zamówiłam na Gandalfie swój egzemplarz, a następie umościłam się w fotelu i rozpoczynałam lekturę, to miałam obawy, że powieść nie podoła moim oczekiwaniom.  Może przez pierwsze kilkadziesiąt stron miałam wrażenie, iż czytam zwykłą obyczajówkę, ale potem historia zamieniła się w coś zachwycającego, ambitnego i mądrego. To powieść o poszukiwaniu celu w życiu, o tym, czym jest miłość, o obsesjach ukrytych w ludzkich głowach, o strachu i uzależnieniu od drugiego człowieka, o bólu i przebaczeniu. Absolutnie lektura warta przeczytania.

Ze swojej strony polecam zakupić książkę w Gandalfie - duży rabat i szybka dostawa :)