Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

poniedziałek, 26 lutego 2018

Zmiana, czyli ze średniego na gorsze



RECENZJA BEZSPOILEROWA DO OBU TOMÓW

Na samym stępie trzeba to przyznać - "Rozgrywka" oraz "Zmiana" J. Sterling to książki, które idealnie wpasowują się w schematy i niczym nie wyróżniają z masy podobnych powieści. Już sam opis mówi nam o historii praktycznie wszystko i nie każe się za wiele spodziewać. Ale po kolei, zacznijmy od bardzo ogólnego nakreślenia sytuacji, na której opiera się głównie tom pierwszy.

Cassie, młoda, ułożona artystka, poznaje w college'u Jacka Cartera. Chłopak nie pozostaje obojętny żadnej dziewczynie, Cassie natomiast zamiast uganiać się za przystojnym baseballistą, postanawia nie mieć z nim nigdy nic wspólnego. Jack zawsze dostawał to, czego chciał, więc zakazane uczucie jeszcze bardziej go pociąga. Czy faktycznie chodzi tylko o chęć zdobywania? Co kryje się za zainteresowaniem Jacka i czy odważy się zaufać dziewczynie i podarować jej swoje serce? W tej rozgrywce może ucierpieć sportowa kariera lub gorące uczucie. Czy można liczyć na remis?

"Rozgrywka" wpadła w moje ręce przypadkiem. Pewnego nudnego wieczoru, dla odstresowania, po prostu przeczytałam tę książkę, na raz. I to chyba największe atuty tej historii - czyta się ją niezwykle lekko, szybko, zapewnia ona odpoczynek i oderwanie od codziennych spraw. Za to jestem jej wdzięczna, umiliła mi wieczór i jeśli szukacie takiej powieści, niezobowiązującej, to "Rozgrywka" się sprawdzi. Natomiast nie ma co więcej oczekiwać od tej historii, bo jest dokładnie taka sama jak reszta powieści z gatunku. Schematyczność wyziera z każdego zakamarka i mimo że nie czytałam NA nie wiadomo jak dużo, to każdy tą powtarzalność w historii Cassie i Jacka zauważy.

Jeśli zaś chodzi o "Zmianę", mamy tutaj sztandarowy przykład słabego drugiego tomu. Już "Rozgrywka" oscylowała na granicy koszmarku i quilty pleasure, a jej kontynuacja to totalne sięgniecie poziomu dna i wodorostów. Cała akcja jakby rozwleczona na siłę, i chociaż jest to lektur cienka i lekko napina, wyczekiwałam końca z utęsknieniem.  Historia opisana w dwóch tomach spokojnie mogłaby zmieścić się w jednym, ale i tak wymagałaby dużej korekty. Powiewu oryginalności, świeżości, wywołania u czytelnik większej sympatii do postaci. A właśnie...

Żeby chociaż bohaterowie byli interesujący, historia tylko na tym zyskałaby naprawdę dużo. Niestety, zapewne już sami znacie Jacka od podszewki, po samym opisie. Standardowy playboy, pewny siebie, niegrzeczny, przystojny, uwodzicielski... I do tego dziewczę, które z założenia miało być artystką, a jednak tej kreatywności i artyzmu w książce nie ma. Autorka mogła bardziej skupić się na ubarwiających historię szczegółach, dać tym bohaterom coś, co sprawiłoby, że byliby wyjątkowi. Rozwinąć temat fotografii i sportu, sięgnąć po relacje rodzinne i przyjacielskie, a nie wysuwać na pierwszy plan denny wątek miłosny, który w znacznej mierze jest czytelnikowi obojętny. Kartki same się przewracały, a ja pozostawałam niewzruszona i bierna w całej historii.

"The perfect game" to kolejny słaby "zapychacz" sklepowych półek pod szyldem "dla młodych dorosłych". O ile pierwszy tom był jeszcze znośny, to drugi skutecznie dobił całą serię. Nie ma tutaj bowiem nic nowego, odkrywczego, a nawet przyjemność z lektury maleje wraz z rosnącą liczbą przeczytanych stron. Trochę mam wrażenie marnowanie papieru, czasu i pieniędzy. Istnieje  wiele lepszych romansów sportowych, daleko szukać nie trzeba. A wybór pozostawiam już Wam.

czwartek, 25 stycznia 2018

3 książki za 33 zł? Tak, i to same literackie pyszności!

Drogie Mole Książkowe!

Już teraz wystartowała wielka wyprzedaż Taniej Książki, w której możecie kupić 3 książki za 33 zł. Do wyboru ponad 250 tytułów, o wielu z nich słyszeliśmy jako o pozycjach bardzo dobrych.



Nie informowałabym Was o tym gdyby nie fakt, że, po pierwsze, to wspaniała okazja, bo książki wychodzą około 75% tańsze niż zwykle! Po drugie, liczba egzemplarzy jest ograniczona, więc musicie się pospieszyć. I po trzecie, są tu naprawdę wspaniałe tytuły.

Ja sama zaraz złożę zamówienie, bo NIE da się z takiej okazji nie skorzystać. A jeśli chodzi o moje wybory powieści?
Koniecznie muszę przeczytać:


Promocja trwa do 29.01.18 do godziny 23:59!

Zobaczcie sami, każdy znajdzie coś dla siebie!





środa, 10 stycznia 2018

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender



Ava Lavender urodziła się inna. Wyjątkowa.
Ze skrzydłami.
Nie, nie jest kolejną bohaterką paranormalnej powieści. Jest rzeczywista, prawdziwa, choć tak inna.
Znika na ponad połowę powieści, mimo że to ona jest centrum fabuły.
Niesamowite, osobliwe i bolesne zarazem losy rodziny Roux to jej cichy szept.
Słowem tka piękną, delikatną i poruszającą opowieść.

Warto poznać osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender.





Powieść Leslye Walton to przepiękna historia z gatunku realizmu magicznego.  Normalność, codzienność i obyczajowość przeplatają się z urokiem ukrytym gdzieś między wersami, z magią słowa, z pięknem z pozoru ukrytym pod szatą rodzinnych przekleństw i zranień. To opowieść o poszukiwaniu swojej tożsamości, poznawaniu swojej historii i odkrywaniu tajemnic kształtujących rzeczywistość. Dlatego opowieść o dziewczynie ze skrzydłami wydaje się być po prostu prawdziwa.

Ava przez znaczną część opowieści pozostaje niemal niezauważalna. Opowieścią o swojej osobistej historii zaszczyca nas blisko końca książki, do tego momentu zaś zatapia się w przeszłość rodziny. Widzimy losy jej bliskich, przyjaciół i ludzi z nią związanych. Magia wkrada się w ich historie prawie niepostrzeżenie, tkwi w drobiazgach. A ma zastanawiamy się, co one oznaczają. Czy cudowne elementy to symbole? Czy metafory? Czy faktycznie mamy je traktować dosłownie? Słodycz magii, w chwilę przeradza się w ludzki ból, a jednak jest to rzeczywistość tak pociągająca, że mamy ochotę przenieść się do tego świata. Do końca nie będąc w stanie rozgraniczyć realizmu od lekkiego oniryzmu, po prostu dajemy się porwać.

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” to opowieść wyjątkowa. Wzbudza zachwyt, chwilami zasmuca, a w tym wszystkim traktuje o poczuciu akceptacji, której pragnie każdy z nas. Zapada w pamięć i jest zupełnie inna od czytanych przeze mnie ostatnio książek. Leslye Walton stworzyła coś oryginalnego i hipnotyzującego. Wzbudza w czytelniku swoistego rodzaju wrażliwość zarówno literacką, jak i dotyczącą innych ludzi, odmiennych, wyjątkowych, napiętnowanych. Serdecznie polecam. 

wtorek, 12 grudnia 2017

Skradzione godziny - Maria Solar

Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
Stron: 254
Opis: Rosa i Damián mają trójkę dzieci. Mimo że nie czują się ze sobą szczęśliwi, rozstanie nie wchodzi w grę. W tym okresie rozwody w Hiszpanii są jeszcze zabronione. Ich syn, Ramón przyjaźni się z synem Loli i Antonia, Roberto. Młodzieńcy znają się od dziecka i mówią sobie wszystko... przynajmniej do czasu aż odkrywają, że podoba się im ta sama dziewczyna.
Anselmo, dziadek Roberto i jego siostry Any, umiera trzymając w dłoni zdjęcie przedstawiające tajemniczą kobietę oraz notkę: „Powiedz mi, że mnie kochasz”. Śmierć staruszka jest owiana tajemnicą, gdyż Carmen, babcia Ramóna, twierdzi, że... umarł ponownie.
Skradzione godziny to wyjątkowa powieść o rutynie, która zabija żar miłości, pokusach niewiernych kochanków, gorzkim smaku zawodu i ciekawości wkraczania w dorosłość. To sentymentalna podróż po osobowościach zamkniętych w świecie, który choć nie jest odległy czasowo, wydaje się zupełnie inny.

Dwie rodziny.
Jedna tajemnica,
Która powinna coś zmienić.
Ale człowiek nie uczy się na błędach swoich, a tym bardziej czyichś.

Pojawiają się czasem w moim życiu powieści, które nie są dziełami sztuki, można szybko o nich zapomnieć, a jednak uświadamiają mi kilka ważnych prawd. „Skradzione godziny” Marii Solar to bestseller, który skradnie kilka wieczornych godzin, zapewni relaks i odpoczynek, a w tym wszystkim czuć, że ta powieść to coś więcej niż prosta historia. Co takiego znalazłam w tej powieści?

Akcja powieści ma miejsce w Hiszpanii, w czasach przed uznaniem prawa do rozwodów i po rządach Francisco Franca. Część społeczeństwa idzie z duchem czasu, zmienia się jej mentalność, otwartość na to, co dotychczas uważane było za niestosowane. Część natomiast żyje jeszcze pod presją minionego dyktatora, działa w imię przestarzałych norm.  Autorka przedstawia nam dwie rodziny diametralnie się od siebie różniące, a jednak ściśle ze sobą powiązane. Dla obu śmierć dziadka Anselma to początek odkrywania tajemnic, jest to czynnik skłaniający do zmian myślenia między innymi o miłości… Jednak czy wrażliwość i współczucie staną się udziałem rodzin? Czy tragiczna historia miłosna da im do myślenia czy też będzie się powtarzać w następnych pokoleniach?

Celowo nie opowiadam wam dokładnie o co chodzi, ponieważ książka ma ledwo ponad 200 stron i zdradziłabym wam znaczną część fabuły. W książce nie mamy głównego bohatera, powieść skupia się na różnych postaciach z obu rodzin, które związane są przyjacielskimi relacjami, i nie tylko, co okazuje się po śmierci Anselma. Wraz z wyjaśnieniem zagadki historii miłosnej sprzed lat, wyjaśniają się pewne zachowania niektórych z postaci i jest to  świetny zabieg zastosowany przez autorkę. Widzimy wyraźnie ciąg przyczynowo-skutkowy, jak starsze pokolenie wpływa na młodsze, jak postrzegamy temat niewierności, zdrad i oszustwa dokonanych przez rodziców.

„Skradzione godziny” to książka dla mnie smutna i przygnębiająca. Autorka daje bohaterom szanse na naprawę, na refleksję i zmianę zachowania, a oni robią coś zupełnie odwrotnego. Gdy już myślałam, że będzie na koniec pozytywny akcent, że młode pokolenie czegoś się nauczy okazywało się, że niczego nie rozumie z przebytej lekcji. I jest to coś, co ogromnie wyróżnia całą historię. Autorka pokazuje, jak ślepi są ludzie. Nie rozumieją do końca co mówią, ślepo patrzą w jednym kierunku i ciężko im cokolwiek wytłumaczyć. To pierwsza zasmucająca rzecz.

Druga, która wryła mi się w umysł, to to jak łatwo przyzwyczajamy się do tego, że ktoś robi dla nas wszystko. Rodzic, siostra, partner, obojętnie. Poświęca swój czas, serce, często marzenia, szczęście i tak naprawdę własne życie dla nas, a my po pewnym czasie przyjmujemy to za normalność. W książce są co najmniej trzy takie przypadki, między innymi mamy tutaj syna, który obserwuje jak ojciec wyżywa się na matce. Chłopak wie, że coś jest nie tak, ale przecież mama nie protestuje. Robi swoje z pokorą i przeprosinami, a więc taka jej rola, tak być powinno i to sprawia, że czuje się spełniona w swojej roli. To jest straszne. Jednak dobrze ktoś kiedyś powiedział, żeby być doraźnie pomocnym, bo na dłuższą metę nie będziemy już uprzejmymi ludźmi  z dobrym sercem ale niewolnikami. Pod koniec książki pojawiła się mała nadzieja na to, aby zakończyć pewną kwestię w sposób pełen nadziei, ale bohaterowie wszystko zniweczyli kierując się egoizmem i poczuciem, że skoro ktoś już poświęcił wszystko dla kogoś innego, to niech tak już będzie zawsze.

Patrząc na „Skradzione godziny” jako na książkę, powiedzieć można, że jest zwyczajnie przeciętna. Styl autorki jest prosty, dosłowny, nie obfituje w bogate opisy także ciężko odczuć klimat tamtych czasów. Podobnie rzecz się ma z bohaterami. Roberto i Ramon to takie postacie wysuwające się na pierwszy plan i owszem, wzbudzają sympatię, ale nie znamy ich praktycznie wcale. Autorka mam wrażenie całkowicie zaniechała kształtowania charakterów, ponieważ są oni tylko dodatkiem do całej historii, która wydaje się być najważniejsza. Gdyby Maria Solar chciała postawić na portrety psychologiczne i opis tamtej Hiszpanii, wówczas powieść nie miałaby tylko 250 stron. Tak więc „Skradzione godziny” to pozycja lekka, niewymagająca, taka na kilka chwil podczas nudnego wieczoru. I taka była moja pierwsza myśl – średnia powieść, można nie czytać, taka zwyczajna. Z czasem jednak zaczęłam myśleć o całej historii i zauważyłam kilka ważnych rzeczy, o których pisałam wcześniej.

Nigdy wcześniej nie zaznaczałam żadnych cytatów i fragmentów w książkach, ale podczas lektury nie mogłam się powstrzymać. W całej prostocie przekazu zdarzają się niezwykle trafne spostrzeżenia, a te dotyczące ludzkiej natury, egoizmu i głupiego paradoksu powstałego na skutek braku refleksji bohaterów, aż prosiły się o zaznaczenie i nawet komentarz dopisany ołówkiem. To pozwoliło mi znaleźć w historii coś, co ą wyróżnia i jest cenne. Dlatego polecam tak postąpić, w innym przypadku możecie beznamiętnie przeczytać książkę, rzucić w kąt i zupełnie zapomnieć że ją czytaliście.
„Skradzione godziny” wywołały więc mieszane uczucia, ale z czasem zaczynam coraz bardziej doceniać to co Maria Solar ukryła w swojej prostej opowieści. Zachęcam abyście dali tej książce szansę i chwile nad nią pomyśleli, bo naprawdę z banalnej historii może stać się czymś ciekawym i oryginalnym. 

Książkę w dobrej cenie kupicie na stronie Taniej Książki.

sobota, 25 listopada 2017

Nibynoc - Jay Kristoff





Wydawnictwo: MAG

Tłumaczenie: Strzelec Małgorzata

Opis: Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii swojego ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ściga ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała. Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej 
Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka jej ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o jeden krok bliżej jedynej rzeczy, jakiej naprawdę pragnie.




Jeżeli śledzicie książkowe nowiki, to na pewno kojarzycie „Illuminae”, pozycję, na punkcie której zwariował zagraniczny book tube. Ostatnio głośno zrobiło się na temat innej pozycji Jay’a Kristoff’a, współautora „Illuminae” – „Nevernight”, czyli „Nibynoc”. Nie wiedzieć czemu, w Polsce nie jest na ten temat głośno. Wydawnictwo MAG zrobiło wszystko, co mogło – zachowało oryginalną oprawę, twardą, a także stworzyło czerwone brzegi stron. Mimo wszystko mało słyszałam o „Nibynocy”, a ludzie nawet nie wiedzą co tracą! Spotkałam się z opinią, że z opisu jest to mix znanych już pozycji – „Szklanego tronu” i „Szóstki wron”. Nie jest to prawda, ale owszem, te trzy książki mają wspólną cechę – są po prostu świetne.

Mia Corvere to córka zdrajcy, którego rebelia skończyła się  klęską. Dziewczyna musi uciekać przed żądnym zemsty senatem i towarzyszami jej ojca. Niezwykłe umiejętności rozmowy z cieniami zaprowadzają ją do domu zabójcy, który otwiera przed nią przyszłość mroczną ale dającą nadzieję. Mia postanawia szkolić swoje umiejętności i zgłębić tajemnice darów w Czerwonym Kościele. W towarzystwie najgroźniejszych zabójców Republiki, dziewczyna próbuje przetrwać i dostać się do wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa. Czy uda jej się przeżyć wśród intryg, morderstw i licznych zdrad? Czy dokona zemsty na tych, którzy zniszczyli jej rodzinę?

Autor stworzył nowy, fantastyczny świat, który pełen jest zachwycających elementów. Trzy słońca wschodzą po sobie, a co kilka lat następuje arcynoc. Cykl życia wyznaczają „nibynoce”, równie jasne jak zwykłe dni, z tym, że zimniejsze. Występują tutaj nadnaturalne moce, takie jak władanie cieniami, tkanie ciał, a w tym wszystkim przewija się motyw bóstw i kultu. Tak misternie skonstruowany świat, z początku ciężki do zrozumienia, skojarzył mi się z tymi znanymi z twórczości Brandona Sandersona, także jego fani z pewnością zakochają się też w Jayu Kristoffie. Szczególnie mam tu na myśli nowelkę Sandersona, „Duszą cesarza”, która opiera się na tkaniu dusz i ma miejsce w orientalnej rzeczywistości. Również bohaterka, Shai, tak jak Mia, jest piekielnie inteligentna, mroczna, silna, cierpliwa i niczym doświadczony drapieżnik potrafi cierpliwie czekać na atak. Nie mówię tutaj od razu o jakimś plagiacie, pragnę jedynie zwrócić uwagę, że „Nibynoc” bardziej odpowiada klimatowi Sandersona niż innym fantastycznym książkom dla młodzieży.

Między zaś „Nibynocą” a „Szklanym tronem” jest przede wszystkim ogromna różnica w sposobie opowiadania historii. O ile „Szklany tron” to dobra opowieść dla młodzieży, tak „Nibynoc” jest już cięższa w treści, a autor w ogóle się nie hamuje – pisze wszystko bez owijania w bawełnę. Takim sposobem mamy tutaj dużo wulgaryzmów, seksu, morderstw, brutalnych opisów i poważnej, mrocznej fantastyki. Sama historia też nie jest tak łatwa w odbiorze jak można by się spodziewać. Podczas lektury musiałam dość mocno skupić się na tym, co czytam, przede wszystkim aby zrozumieć nowy świat. Autor przygotował bowiem wiele szczegółów, które my musimy przyswoić, a także jego styl pisania nie jest najłatwiejszy. „Nibynoc” dostarcza świetnej rozrywki, ale jest to lektura bardziej wymagająca.

Jak  już nawiązuję do tych „podobnych” lektur, napomknę też o tym, co „Nibynoc” ma wspólnego z „Szóstką wron”. Jeżeli czytaliście moją recenzję książek Bardugo to wiecie, że jedną z mocniejszych stron jej powieści są bohaterowie. Jay podobnie wykreował postacie, które się kocha, a czasem też nienawidzi. Także te czarne charaktery wzbudzają duże emocje, a mroczne postaci pierwszo- i drugoplanowe ujmują swoją siłą, humorem, odwagą i stanowczością. A, właśnie! Humor , groteska to w tej pozycji nieodłączny element bohaterów, podobnie jak w „Szóstce wron”.

Nigdy bym nie powiedziała, że „Nibynoc” to przewidywalna ‘kopia’. To zebranie wszystkiego, co najlepsze w tego typu literaturze i podane w nowej, ciekawej otoczce. Ta powieść nieźle zaskakuje, czasem wzrusza, szokuje i nie pozwala się oderwać. Jest bardzo dobrze napisana, przemyślana od A do Z, skomponowana z największą dbałością o szczegóły. To taki wyższy level w odniesieniu do fantastycznych młodzieżówek, przeznaczony dla starszego czytelnika. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać z niecierpliwością na kolejny tom, bo NIE WYTRZYMAM. 

                                                Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG




sobota, 4 listopada 2017

The perfect game. Rozgrywka - J. Sterling

Wydawnictwo: SQN
Stron: 300
Opis: 

On jest rozgrywką, w którą ona jeszcze nie grała.

Kiedy Cassie poznaje w college’u Jacka, postanawia omijać go szerokim łukiem. Gwiazdor drużyny baseballowej uosabia wszystko, czego dziewczyna nie znosi w facetach – jest przystojny, uwodzicielski, pewny siebie, ma wielkie ego i… zabójczo piękne oczy. Sprawy się komplikują, kiedy Jack zaczyna zwracać na Cassie szczególną uwagę. Co tak naprawdę kryje się za jego zainteresowaniem? Czy ma ono jakiś związek z przeszłością dziewczyny? Ile można poświęcić, aby być z ukochaną osobą?






W ostatnim czasie mamy na rynku prawdziwy wysyp powieści NA, które rzadko kiedy są w stanie nas zaskoczyć. Wszystko zaczęło się od nie najgorszego "Hopeless" C. Hoover, które szokowało wszechobecną słodyczą miłości zmieszaną z dramatem tak emocjonującym, że nie sposób się nie zaangażować w historię. Potem już była lawina podobnych powieści, które obecnie nakierowywane są bardziej na erotykę i puste emocje niż na historie miłosne z jakimś większym sensem. "Rozgrywka" to pozycja, która idealnie wpasowuje się w schematy i niczym nie wyróżnia z masy podobnych powieści. Już sam opis mówi nam o historii praktycznie wszystko i nie każe się za wiele spodziewać. Nie mogę powiedzieć, że lektura mnie zawiodła, bo w końcu otrzymałam to, czego się spodziewałam - krótką, prostą i niezaskakującą historię ze schematycznymi bohaterami. A jednak miałam cichą nadzieję, że J. Sterling czymś się wyróżni.

Cassie, młoda, ułożona artystka, poznaje w college'u Jacka Cartera. Chłopak nie pozostaje obojętny żadnej dziewczynie, Cassie natomiast zamiast uganiać się za przystojnym baseballistą, postanawia nie mieć z nim nigdy nic wspólnego. Jack zawsze dostawał to, czego chciał, więc zakazane uczucie jeszcze bardziej go pociąga. Czy faktycznie chodzi tylko o chęć zdobywania? Co kryje się za zainteresowaniem Jacka i czy odważy się zaufać dziewczynie i podarować jej swoje serce? W tej rozgrywce może ucierpieć sportowa kariera lub gorące uczucie. Czy można liczyć na remis?

"Rozgrywka" wpadła w moje ręce przypadkiem. Sama z siebie nie sięgnęłabym po tą powieść, a na pewno nie wydałabym na nią pieniędzy. Ale co miałam zrobić, pewnego nudnego wieczoru, dla odstresowania, po prostu przeczytałam tą książkę, na raz. I to chyba największe atuty tej historii - czyta się ją niezwykle lekko, szybko, zapewnia ona odpoczynek i oderwanie od codziennych spraw. Za to jestem jej wdzięczna, umiliła mi wieczór i jeśli szukacie takiej powieści, niezobowiązującej, to "Rozgrywka" się sprawdzi. Natomiast nie ma co więcej oczekiwać od tej historii, bo jest dokładnie taka sama jak reszta powieści z gatunku. Schematyczność wyziera z każdego zakamarka i mimo że nie czytałam NA nie wiadomo jak dużo, to każdy tą powtarzalność w historii Cassie i Jacka zauważy.

Żeby chociaż bohaterowie byli interesujący, książka tylko na tym zyskałaby naprawdę dużo. Niestety, zapewne już sami znacie Jacka od podszewki, po samym opisie. Standardowy playboy, pewny siebie, niegrzeczny, przystojny, uwodzicielski... I do tego dziewczę, które z założenia miało być artystką, a jednak tej kreatywności i artyzmu w książce nie ma. Autorka mogła bardziej skupić się na ubarwiających historię szczegółach, dać tym bohaterom coś, co sprawiłoby, że byliby wyjątkowi. Rozwinąć temat fotografii i baseballa, sięgnąć po relacje rodzinne i przyjacielskie, a nie wysuwać na pierwszy plan denny wątek miłosny, który w znacznej mierze jest czytelnikowi obojętny. Kartki same się przewracały, a ja pozostawałam niewzruszona i bierna w całej historii.

"Rozgrywka" to kolejny słaby, ale nie rażący głupotą "zapychacz" sklepowych półek pod szyldem "dla młodych dorosłych". Nie jest to książka, którą nazywa się "gniotem", ale jest po prostu taka o, obojętna. Nie trzeba czytać. Jeżeli jednak wpadnie w wasze łapki, to spędzicie przy niej przyjemne kilka godzin. Czasami potrzeba takiej lektury, dla tak zwanego "odmóżdżenia" i nie ma w tym nic złego. Czekam na Wasze wrażenia!