Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

wtorek, 3 lipca 2018

Love line - Nina Reichter




Powieści obyczajowe i romanse mają to do siebie, że większość jest schematyczna i niczym się nie wyróżnia. Dlatego też obawiałam się, czy Nina Reichter swoją powieścią „Love Line” zainteresuje czytelnika na tyle, aby ten zapamiętał historię na dłuższy czas. Na szczęście okazało się, że autorka sławnej „Ostatniej spod zwiedzi” świetnie radzi sobie z pisaniem dla dojrzałego czytelnika, a także podchodzi do obyczajowych tematów bardzo nieszablonowo.

Matt Hansen zdaje sobie sprawę, że najlepszym sposobem na sławę jest znajomość reguł i sposobów zdobywania miłości. Zapotrzebowania i problemy świata ulegają ciągłym zmianom, ale jedno jest pewne – każdy z nas szuka miłości, a kiedy już ją spotka, pojawiają się nowe dylematy i cele z nią związane. Matt jest terapeutą od związków, prowadzi audycję Love Line, w której to głównie kobietom radzi, w jaki sposób poprawić swoje życie miłosne. Mężczyzna zdobywa zaufanie odbiorców, jego kariera pnie się w górę. Bethany McCallum pracuje jako redaktorka pisma dla kobiet i otrzymuje szansę, aby zajść jeszcze dalej. Ma napisać tekst o zawodowych podrywaczach, PUA (pick-up artists), uczących mężczyzn w jaki sposób zaimponować i zdobywać kobiety. Wtedy drogi Matta i Beth krzyżują się. Czy w grze pełnej manipulacji i sztuczek PUA jest miejsce na szczere uczucie?



Jakiś czas temu przeczytała książkę „Jak upolować pisarza”, która opowiadała o tym, jak sława może dać sztuczne poczucie docenienia oraz jak media wpływają na zwykłych ludzi. Uznałam, że ten temat jest bardzo rzadko poruszany w literaturze, a dotyczy nas wszystkich, a zwłaszcza tych kreujących siebie lub swoją markę w sieci. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że „Love Line” porusza podobną tematykę. Mamy tutaj wachlarz mechanizmów i manipulacji obecnych w marketingu, reklamach, a także we flircie. To świetna, inteligenta pozycja, która da sporo do myślenia każdemu czytelnikowi. Szczególnie dużo z lektury wyciągną kobiety, które zauważą pewne strategie mogące pozostawiać je bezbronne, zmanipulowane. PUA maja się dobrze, dostęp do ich lekcji jest banalnie prosty, a nie zawsze ich metody podrywu są moralne i sprawiedliwe. Dlatego warto wniknąć w tę kwestię, mieć świadomość, że istnieją zarówno tacy trenerzy, jak i całe rzesze ich naśladowców.

Świat show-biznesu i mediów z pozoru wydaje się być barwny i atrakcyjny. Autorka stopniowo wprowadza czytelnika w realia funkcjonowania korporacji, tym samym pęka bańka pozornego ideału. Wychodzą na wierzch brudy, które napędzają rynek, są niezbędne, aby osiągnąć coś na kształt sukcesu. W tym świecie żyją też nasi bohaterowie – Matt i Beth.  Nie jest to szablonowa sceneria do tworzenia romansu, ponieważ, jak możecie się domyślać, autorka musiała się postarać o dobrą kreację postaci i rozbudowanie ich psychiki. Oboje zajmują się tym samym tematem, a jednak wykazują odmienny do niego stosunek. Każde z nich ma swój bagaż doświadczeń, a każdy sukces lub porażkę w pracy przeżywa na swój sposób.  Także ich związek nie może się obejść bez sporych przeszkód. Co jest w tym wszystkim najlepsze to fakt, że czytelnik nie czuje się gdzieś poza tą historią. Świetne profile psychologiczne bohaterów sprawiają, że nawet nie wiemy kiedy zaczynamy się zastanawiać nad ich uczuciami i wyborami. „Love Line” to wyborna uczta dla  osób szukających niebanalnego, inteligentnego romansu, który przymusza do przemyśleń na współczesny, bardzo aktualny i drażliwy temat manipulacji, przekrętów wielkich firm i pozorności bycia „na fali”.

Nina Reichter stworzyła romans wciągający, współczesny i dający do myślenia. Każdy z nas powinien wiedzieć więcej o tym, ile fałszu i zniekształconych informacji dociera do nas każdego dnia i jaki to może mieć na nas wpływ. Takiej książki, zwłaszcza od polskiego autora, jeszcze nie było. To nowa droga w literaturze kobiecej  i to w dodatku taka, którą powinno się czytać. Z niecierpliwością czekam na kontynuację powieści  i jestem niemalże pewna, że się nie zawiodę.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Pocałunek cesarza - Sylwia Bachleda




Romans historyczny to gatunek, który lubię, ale tylko wtedy, gdy spełnia określone warunki. Ważne jest tutaj tło opowieści, krajobrazy, kultura, warunki życia dotyczące danego okresu, a także polityka. Ponadto bohaterowie powinni być dobrze wykreowani, tak, że czytelnik jest zainteresowany ich losami. I ostatnia rzecz - wątek miłosny może być pikantny, ale nigdy sztuczny i słodki. Zasiadając do lektury "Pocałunku cesarza" Sylwii Bachledy miałam nadzieję, że ta opowieść spełni w jakimś stopniu powyższe elementy i będę ją mogła uznać za dobry historyczny romans spod pióra polskiej autorki. Niestety, po przeczytaniu książki mam co do tego mieszane uczucia.


Charlotte to młoda, szczęśliwa narzeczona, która kocha Victora nad życie. Ich słodki związek jednak zostaje przerwany wraz z wyjazdem ukochanego do Wersalu w celu służby cesarzowi. Charlotte nie może pozwolić sobie na wyjazd, dlatego zrozpaczona zostaje w rodzinnym domu. Jej pocieszeniem staje się młody lekarz, Franciszek. Kiedy już wydaje się, że dziewczyna może na nowo ułożyć sobie życie, powraca Victor, wraz z zaproszeniem dla Charlotte od cesarza. Czy bohaterka zdecyduje się żyć u boku Victora w Wersalu? Jaką rolę w tym wszystkim odegra zabójczo przystojny cesarz?


Akcja powieści ma miejsce w XIX-wiecznej Francji, a wiec jest to idealna sceneria dla romantycznej historii miłosnej. Jednak muszę przyznać, że oczekiwałam więcej tego klimatu, że autorka zrobi dobry "research" i przedstawi realia, w jakich żyli ówcześni ludzie. Chodzi mi o sytuację polityczną, o styl życia, zwyczaje, może nieużywane już zwroty. Rozumiem, że nie jest to typowa powieść historyczna, jednak można było z tej scenerii wycisnąć nieco więcej uroku. Mamy tutaj jedynie bale, wzmiankę o strojach oraz służbie czy ogrodzie. Szczególnie brakowało mi lepszego przedstawienia tego, czym zajmuje się cesarz, jakie ma obowiązki, czy jego jedynym problemem są rebelianci, którzy nie wiedzieć dlaczego popierają jego niedoszłą żonę. Ten wątek "wojny" i małej rebelii jest jakby za mgłą, potraktowany po macoszemu. Nie wymagam może, aby bardzo zagłębiać się w politykę, ale wątpię, czy faktycznie zaufani doradcy dopuszczają się zdrady ze względu na pokrzywdzoną kobietę.

Jeśli jesteśmy już przy cesarzu, to jest to chyba najciekawsza postać w książce. Aleksander -niebezpieczny, seksowny, przystojny, a przy tym inteligentny, ciężko go rozgryźć. Do tego dochodzi pewne wydarzenie z nim związane, które dało mi materiał do refleksji nad tym, kim faktycznie jest i na czym polegają jego uczucia. Pozostając przy bohaterach męskich - Victora dało się lubić, jednak czasem działał nieracjonalnie, Franciszek zaś to największa ciepła kluska, ale jednocześnie był najbardziej opanowany i ogarnięty z nich wszystkich. Ogromny problem miałam natomiast z Charlotte. Ta dziewczyna była nie do wytrzymania, była targana emocjami gorzej niż chorągiewka na wietrze. W ciężkich chwilach uciekała z płaczem i zostawiała  danego ukochanego (a przypominam, że jest ich trzech!) samego, aby "mógł sobie przemyśleć swoje zachowanie". Raz mówiła, że kocha i nie zostawi, zaraz leciała do innego, w tym wszystkim nie widziała swojej winy, tylko tych mężczyzn, którzy bezlitośnie "kuszą". Decyzje podejmowała impulsywnie, bo tak zechciała. Poza miłosnymi dylematami nie przedstawiała sobą dosłownie nic, nie miała w życiu innej rozrywki, innego zajęcia. Nie miała żadnej pracy, żadnej pasji, chodziła na bale, brała kąpiele i jadła smaczne kolacje. Była jak rozpieszczona dziewczynka.

To wszystko szło naprawdę w złym kierunku, ale nagle BUM. Autorka koło 260 strony zafundowała nam niezły plot twist, świetny zabieg, który diametralnie zmienił bieg tej historii. Charlotte nagle przestała denerwować, pokazała charakterek, a fabuła stała się nieprzewidywalna. Skończyła się słodka opowieść o miłosnym czworokącie, a zaczęła ciekawa historia o tym, do czego może doprowadzić zazdrość i egoizm w związku. Ten zwrot akcji był jednym z najlepiej przemyślanych w ogóle, wszystko zaczęło do siebie idealnie pasować. Od tego momentu autentycznie cieszyłam się z lektury.

Zakończenie trochę mnie zdziwiło, ponieważ jest otwarte i wskazuje na kontynuację. Zastanawiałam się, czy sięgnę po nią i chyba to zrobię jeśli tylko Charlotte już nie będzie z powrotem taka, jak przez pierwsze 260 stron. Dałabym tej opowieści szansę, ponieważ po plot twiście zauważyłam duży potencjał w historii wymyślonej przez Sylwię Bachledę.

"Pocałunek cesarza" byłby dobrą książką gdyby nie to, że na rozkręcenie się akcji trzeba czekać lekko ponad połowę. Nie ma korzystnego balansu między tym, co było "przed", a co jest "po", bo ta pierwsza część jest zdecydowanie słabsza i to tak, że czasem miałam ochotę rzucić lekturę. Jednak nigdy chyba nie miałam takiej sytuacji, aby irytująca historia w jednym momencie rozwinęła się w tak imponujący sposób i to było bardzo zaskakujące i przyjemne. Aż nie wiedziałam co powiedzieć. Przez to właśnie mam teraz namieszane w głowie, nie wiem do końca czy polecać tę powieść, czy nie.

Styl autorki jest prosty i przyjemny, spotkałam się zaledwie z kilkoma zdaniami, które można by uznać za niepoprawne. Jedynym problemem w tej kwestii były nieścisłości logiczne, wynikające podejrzewam z głupoty głównej bohaterki. Dobrze to widać po 260 stronie, że gdy zmienia się Charlotte, książka zmienia się w opowieść dobrą, umiejętnie napisaną.

Sami musicie zdecydować, czy chcecie przez pół książki powolnie brnąć w czworokąt miłosny, aby później poznać zwrot akcji i czytać około 200 stron naprawdę dobrej historii. Zawsze możecie spróbować, zwłaszcza wtedy, gdy jesteście romantycznymi duszami i szukacie czegoś dla relaksu. Ja pozostanę przy ocenie pół na pół, nie jestem ani na tak, ani na nie. Wiem jednak, że jeśli autorka jeszcze popracuje nad historią i kreacją bohaterów, to naprawdę może nas solidnie zaskoczyć w drugim tomie. Sylwia Bachleda ma talent, a połowę jej debiutu trzeba po prostu wybaczyć, podejść z dystansem, a w drugiej części już cieszyć się dobrą opowieścią.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Novae Res.

czwartek, 21 czerwca 2018

Zniewolony książę - C. S. Pacat






"Zniewolony książę" to książka bardzo kontrowersyjna, o czym nie można się przekonać z opisu. Dopiero tuż przed rozpoczęciem lektury zdobyłam informację, że powieść zawiera dużo wątków homoseksualnych, jest w typie yaoi. Dlatego przestraszyłam się, ponieważ akurat takie elementy ciężko mi akceptować. Jednak... poniekąd dziwię się, że ta powieść wywołuje tyle kontrowersji.  Dlaczego? Przekonacie się czytając moją opinię.

W królestwie Akielos pojawia się spisek i zdrajca - syn króla i brat księcia Damena, nowy samozwańczy władca. Damen zaś zostaje sprzedany wrogiemu państwu, Verze, a jego tożsamość zostaje utajona po to, aby był traktowany jak nic nieznaczący niewolnik. Jeżeli jednak spodziewacie się, że niewolnik ma za zadanie ciężko pracować, to się grubo mylicie. Ci mężczyźni, często tez chłopcy, przechodzą oględziny i selekcję, następnie są sprzedawani jako słudzy do celów cielesnych. Damen zostaje przeznaczony księciu Vere, Laurentowi, zimnemu podstępnemu chłopaku o anielskiej twarzy. Nowy niewolnik musi stawić czoło poniżaniu, ponadto staje się pionkiem w politycznej grze, chce także wyswobodzić swoich pobratymców z tego kraju. Czy uda mu się uciec? Do czego doprowadzi jego udział w dworskich intrygach?

Rozpocznę od kwestii, która najbardziej wyróżnia tę powieść na tle innych, a także może być przyczyną kontrowersji. Chodzi mianowicie o homoseksualizm. Niewolnicy nie mają za zadanie ciężko pracować, budować, sprzątać, nic z tych rzeczy. Damen zostaje zamykany w celi, może obskurnej, ale mężczyzna nie narzeka ani na głód ani na dyskomfort. Teoretycznie powinien być kochankiem Laurenta, tamten jednak jest niedostępną "dziewicą", która czerpie satysfakcję z samego posiadania niepokornego niewolnika. Tak więc Damen nie robi dosłownie nic, spaceruje w obroży po ogrodach, obserwuje turnieje, rozmawia sobie z wujem księcia Very. On tylko obserwuje, co się wyprawia w tym kraju i nie doświadcza prawdziwego wymiaru słowa "niewolnik". Inni natomiast są niczym pupile, psy swoich panów, zawsze gotowi i chętni na seks. Igrzyska polegają na tym, kto kogo pierwszy zgwałci. To jest tak powszechne, że aż nie uświadczymy tutaj ani jednej relacji damsko-męskiej.

Dlaczego nie uważam tego za kontrowersyjne, chociaż brzmi okropnie? Mianowicie autorka osadziła historię Damena i Laurenta w kulturze wzorowanej na średniowiecznej Grecji ,a także Rzymie. Jak być może niektórzy z was wiedzą, w tamtych czasach homoseksualizm bym na porządku dziennym, każdy szanujący się mężczyzna miał swojego, zwykle młodziutkiego, kochanka. Takie relacje były nawet bardziej popularne od heteroseksualnych. Dlatego moralność w kąt i trzeba dostosować się do tego, co jest elementem przeszłości. Nie czułam się zgorszona lub zniesmaczona tym bardziej, że opisy nie były jakieś wyjątkowo szczegółowe czy wulgarne. Uważam jednak, że autorka skupiła się na niewolnictwie seksualnym za bardzo. Ludzie boją się dzieci jak ognia, na kartach książki nie znajdziemy nawet wzmianki o dzieciach, tak jakby ich nie było. Homoseksualizm wiedzie prym dlatego, że potomkowie, zwłaszcza wśród wyższych sfer, są bardzo niepożądani. Rodzi się więc pytanie jak to społeczeństwo się rozwija, jak się rozmnaża, jakim cudem nadal istnieje? W książce może ze dwa razy spotkamy jakaś kobiecą postać, ale nigdy nie mamy wzmianki nawet o żonatych mężczyznach, o seksie z kobietą, o szczęśliwej rodzinie.

Po połowie książki miałam serdecznie dość tego, że kręcimy się cały czas wokół jednego - Damen jest niewolnikiem, wokół sami nadzy chłopcy i wszystkie rozmowy podyktowane są tematem ich wykorzystywania. Miałam nadzieję na jakieś dobre intrygi dworskie, na ciekawe sytuacje i relacje miedzy bohaterami, a otrzymałam powieść bez celu.  Nie ma jakiegoś kluczowego punktu w tej historii, nie wiemy do czego dążymy i w sumie po co to czytamy. Już od razu wiemy, że w tym państwie niewolnicy są od seksu, nie trzeba o tym się rozwodzić na kilkaset stron.  Brak wartkiej akcji, tajemnic, napięcia, to tak jakby niedorobiony, pierwotny pomysł na jakąś opowieść, ale rozwleczony w niewiadomym celu. Co autorka chciała przekazać przez wsadzenie do książki samych mężczyzn i umieszczenie w centrum "niewolnictwa"?

Wszystko wskutek tego kuleje - przede wszystkim kreacja świata i bohaterów. Nie wiemy dlaczego Vere i Akos są skłócone, w jakim wieku w ogóle jesteśmy, na jakim kontynencie, jak wygląda otoczenie, jaka jest historia państw. Jeśli chodzi o charaktery, to Lauren to przebiegły chłopak, o twarzy anioła, przy tym niezwykle głupi, nierozważny, wredny i taki "dziewiczy". Ma coś z psychopaty. Damen zaś w ogóle nie zachowuje się jak uprowadzony książę. Nie wspomina nic ze swojego dawnego życia, nie wiemy jak to było mieszkać w pałacu, jak wyglądały jego relacje z rodziną i podwładnymi. On nawet nie czuje najmniejszego dyskomfortu z tego powodu, że jest w niewoli. Jest bardzo bezbarwną postacią, pozbawioną głębszej psychiki, wspomnień i przemyśleń. O reszcie bohaterów nie warto wspominać, bo to tylko nic nieznaczące postaci, niczym się nie wyróżniające.

Pomijając kwestię kontrowersji i homoseksualizmu, ta powieść jest słaba pod każdym innym względem. Kuleje fabuła, akcja, kreacja bohaterów i świata, brak celu, napięcia, zwrotów, sensu. "Zniewolony książę" to słaby początek trylogii, taki jedynie do beznamiętnego przeczytania i odstawienia. Ponoć dalsze części sa lepsze i w tym tkwi jeszcze moja nadzieja.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Skradzione laleczki, czyli historia przerażająca




Są takie książki, które przeczytamy dla rozrywki i zaraz o nich zapomnimy. I są też takie, które wbijają się w umysł i drążą, wzbudzają emocje tak wielkie, że na długo po lekturze ciężko ułożyć myśli do ładu. O takich książkach ciężko napisać, ciężko też jednoznacznie określić, co chciałoby się zawrzeć w recenzji. Po prostu - ciężko dojść do siebie. Jedną z takich książek są "Skradzione laleczki".

Kogo kocha Benny? Swoje małe, słodkie lalki.
Póki są posłuszne i nie stają z nim do walki.
Dba, by były piękne. Włosy im układa
i na ich młode ciałka sukienki zakłada.
A gdy noc zapada do zabawy przystępuje.
Młodsza lalka uległa, starsza walczyć próbuje.
Lecz kiedy ta ulubiona od niego ucieka,
nie liczy się, że druga pozostać przyrzeka.
Serce pęka mu z rozpaczy, oczy ma pełne łez,
jego lalka musi wrócić, bądź jej życia nadszedł kres.



Dwanaście lat temu uprowadzone zostały młodziutka Jade oraz jej siostra, Macy.  To Benny stał się ich koszmarem - psychopatyczny szaleniec, który lubił swoje laleczki torturować, poniżać i znęcać się. Po czterech latach Jade udało się uciec oprawcy. Niestety, cały czas zarzucała sobie winę, że nie mogła zabrać ze sobą siostrzyczki. Obecnie Jade ma dwadzieścia sześć lat i jest jednym z najlepszych detektywów, a przeszłość nadal wraca w najgorszych koszmarach. Co się dzieje teraz z Macy, czy ona w ogóle żyje? Dziewczyna każdą przydzieloną sprawę traktuje bardzo osobiście, chcąc pomóc innym, tak jakby szukała Macy. Jednak jedna z nowych sytuacji sprawia, że w głowie Jade podnosi się głośny alarm - jej oprawca wrócił. Z pomocą przystojnego partnera, dziewczyna rozpoczyna z porywaczem mroczną grę, w której stawką jest życie Macy oraz innych "laleczek". Jednak Jade znów staje się ofiarą, Benny czyni z niej obłąkaną ofiarę. Ona zawsze była ofiarą. Ponownie została ukradziona.

Ciężko mi pisać o tej książce. Jest tak mroczna, przytłaczająca i przerażająca, że żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnego. Może sama tematyka nie byłaby na tyle oryginalna, aby wywołać tak duże emocje, ale rozwiązanie sytuacji jest już nieszablonowe, przytłaczające i po prostu druzgocące. Można by się spodziewać, ze Jade, niczym superbohaterka, szybko znajdzie Benna i wygra z nim mroczną grę o życie siostry. Sprawy jednak ogromnie się komplikują, ja złapałam się na tym, ze z nerwów zaciskam szczękę i siedzę jak na szpilkach. Wszystko o strach o życie Jade, o to, jak skończy się jej historia, kibicowanie jej miało wręcz rozpaczliwy charakter.

Takie książki jeszcze nie było. Pomijając już wyjątkowe losy Jade, "Skradzione laleczki" wydają się być szaloną mieszanką thrillera, erotyku i dark romance. To emocjonalny roller coaster, który momentami mrozi krew w żyłach. Klimat lekko przypominał mi "Srebrnego łabędzia", ponadto obie te książki nie każdemu się spodobają. Są tak mroczne, nietypowe, pikantne i szalone, że naprawdę trzeba mieć nerwy ze stali i lubić takie psychopatyczne historie, aby być zadowolonym z lektury. Dla mnie takie książki są jak zimny kubeł wody, pewna świeżość i wstrząs w spokojnym, czytelniczym życiu. To one powodują "książkowego kaca", wywołują najmocniejsze emocje.

Zakończenie to miazga, pozwolę sobie tak napisać, po prostu wbija w fotel. Nie mogę się doczekać drugiego tomu, rozpaczliwie go potrzebuję, najlepiej już teraz. "Skradzione laleczki" to historia, która mną mocno wstrząsnęła. I nie jestem w stanie napisać nic więcej. Jeżeli chcecie spotkać się z szokującą emocjonalną bombą to koniecznie sięgnijcie. Jestem jakby "wordless".

niedziela, 17 czerwca 2018

Anonimowe wyznania



Anonimowe Wyznanie to jeden z najbardziej popularnych serwisów w Polsce, prawdopodobnie już o nim słyszeliście. Obecnie ma na Facebooku blisko 800 tysięcy polubień, miesięcznie zaś ma około milion odwiedzin. Na czym polega fenomen strony? Każdy może anonimowo zamieścić tam swoje historie, bez wstydu i ogródek, następnie czekać na reakcje czytelników. Wiarygodność tych opowieści możemy poddać pewnym wątpliwościom, ale z pewnością nie raz natrafimy na Anonimowych Wyznaniach na opis prawdziwych sytuacji. Wydawnictwo Novae Res postanowiło zebrać najciekawsze z wyznań i wydać w postaci książki. Czy było to potrzebne?



Od razu przyznam, że nie widzę większego sensu wydawania pieniędzy na tę książkę, jeśli tylko dysponujemy internetem i dostępem do serwisu. Możemy tam naczytać się historii do woli, jednak książka może sprawdzić się wtedy, gdy chcemy mieć te wyznania posegregowane. W spisie treści mamy aż 12 działów tematycznych, do których przyporządkowano teksty. W zależności od potrzeb, możemy skakać pomiędzy działami i w ten sposób, nawet tylko co jakiś czas, sięgać po to, czego akurat potrzebujemy. Książka "Anonimowe Wyznania" to też dobra opcja dla osób, które spontanicznie chcą sięgnąć z półki po książkę i momentalnie poprawić sobie humor. Te opowieści, nawet jeśli niektóre są czasem przykre w treści, to jednak okraszone ironią i sarkazmem. Nie byłabym może w stanie roześmiać się w którymkolwiek momencie czytania, ale kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem.

Nie wszystkie wyznania są na wysokim poziomie, nawet pod kątem rozrywkowym. Pomijając kilka uśmiechów, czasem podczas czytania czułam zażenowanie lub irytację. Te opowieści przywodziły mi na myśl takie wyznania z gazetek typu "Bravo", czytanych jeszcze w podstawówce. Wtedy mnie to bardziej interesowało, więc ogólnie rzecz ujmując lektura raczej nie była dla mnie satysfakcjonująca, acz natrafiłam na kilkanaście naprawdę świetnych sytuacji. Podejrzewam, że gdyby opowiadał mi je znajomy, śmiałabym się do rozpuku.

Aby być w pełni zadowolonym z książki, trzeba wiedzieć, że lubi się tego typu wyznania oraz ciekawi nas życie innych, obcych ludzi. Jako forma rozrywki, dla niektórych "Anonimowe wyznania" mogą się sprawdzić. Ja momentami świetnie się bawiłam, innym razem zaś przewracałam oczami nad trywialnością i głupotą niektórych historii. Czy warto sięgnąć po książkę oceńcie już sami, według Waszych oczekiwań i zainteresowań.

czwartek, 14 czerwca 2018

Marionetka, czyli dalsze losy Srebrnego Łabędzia




Przeczytałam w swoim życiu kilkaset książek, a nigdy nie natrafiłam na coś podobnego do twórczości Amo Jones. "Srebrny łabędź" był najbardziej niepokojącą, wciągającą i tajemniczą historią, z jaką się spotkałam.  Żadne oczekiwanie na dalsze losy bohaterów innych serii nie było tak rozpaczliwe jak na kontynuację tej właśnie opowieści. Żaden nawet thriller nie sprawił, że tak bardzo chciałabym odkryć wszystkie tajemnice, zrozumieć każdy szczegół w fabule tak, iż ta ciekawość przysłoniła wszelkie drobne mankamenty. Jeżeli jeszcze nie czytaliście "Srebrnego łabędzia", rzućcie okiem na moją recenzję TUTAJ, jednak w poniższej recenzji postaram się uniknąć wszelkich spoilerów do tomu pierwszego. I tak ciężko byłoby cokolwiek zaspoilerować przy tej serii, uwierzcie.

Madison była do tej pory niczym marionetka. Kukła, pociągana za sznurki i manipulowana przez grę Królów. To oni rozpoczęli grę, w której tak naprawdę nie ma żadnych zasad, a przegrana oznacza śmierć. Powinni już dawno zabić dziewczynę, oni jednak bawią się z nią w kotka i myszkę. Są dobrzy czy źli? Chcą jej dobra czy przeciwnie, manipulują po to, aby zabawić się naiwną dziewczyną, a na sam koniec patrzeć jak cierpi? Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Madison? Nadchodzi czas na zamianę ról. Dziewczyna po części wie, kim jest i zaczyna samodzielnie rządzić swoim życiem. Kto dyktuje teraz warunki gry?

Ja wiem, że opis jest bardzo zdawkowy, ale uwierzcie - im mniej wiecie tym lepiej. Zresztą w samej lekturze nie dowiecie się wielu rzeczy. Przez całą akcję zastanawiamy się, kim są członkowie Elite Kings Club, autorka tylko pod koniec lekko zaczyna rozjaśniać sprawę, ale i tak nie mam pojęcia o co chodzi, w którym kierunku wszystko pójdzie i jaką rolę odgrywają poszczególne postacie. Drugi tom, "Marionetka", wiele nie wyjaśnia. Wampiry, sataniści, psychole, zboczeńcy, okultyści? O co chodzi z członkami Elite King's Club? Ta tajemnica napędza wszystko, sprawia, że czytelnik może poczuć momentami szalony, psychodeliczny klimat i zacząć wariować z emocji, niepewności i oczekiwania na więcej. Wszystko jest podporządkowane sekretom klubu, nieznane nam są zamiary Bishopa, przywódcy Królów, także niewiele wiemy z przeszłości Madison.

W "Marionetce" zaczynają wychodzić nowe sprawy, również te dotyczące głównej bohaterki. Wątki i pozornie niezgodne elementy zaczynają się mnożyć i mieszać tak, że autorka swobodnie manipuluje czytelnikiem śmiejąc mu się prosto w twarz. Śmiem twierdzić, że tytułową "marionetką" staje się właśnie czytelnik. To niesamowite i niepokojące uczucie mieć całkowicie świadomość, że autorka manipuluje nami poprzez tak tajemniczą historię, w której niczego nie można być pewnym.

"Srebrny łabędź" nie był dla mnie lekturą oburzającą i gorszącą. Fakt, może niektóre wypowiedzi chłopaków, zwłaszcza Bishopa, powodowały nieprzyjemne ciarki, to jednak nie dochodziło do jakiś obrażających scen. W "Marionetce" tych mogących gorszyć elementów mamy znacznie mniej. Bishop nadal pała się podduszaniem i nabijaniem siniaków podczas seksu, potrafi zwrócić się do Medison słowami "zamknij się" (w bardziej dosadnym sformułowaniu), ale przebija się coraz częściej jego wrażliwość (tak, jakaś przecież istnieje) i opiekuńczość. Nadal jestem daleka od stwierdzenia, że go lubię, trzeba zaś przyznać, że zmienia się na plus.  Również Madison wydaje się być bardziej zdecydowana, poważna i stanowcza. Już w "Srebrnym łabędziu" miała ostry charakterek, a jednak przy przystojnym Królu jej zadziorność szła w las. Tutaj jej osobowość jest bardziej ujednolicona, Madison polubiłam w związku z tym jeszcze bardziej. W książce też pojawia się nowa postać, która z pewnością wiele namiesza w historii, jednak nie będę zdradzać, kto to. Widziałam w recenzjach kilku osób, że powstrzymują się od zdradzenia tego elementu, dlatego ja nie będę odbiegać od reszty. Im mniej wiecie tym lepiej.

Z założenia, że im więcej tajemnic, tym lepsza lektura, wychodzi sama autorka. Sprytna osóbka, niezwykle inteligentna i widać, że ma określony plan na całą fabułę. Cierpię przy tym niesamowicie, ale to cierpienie jest przyjemne. Ubolewam nad tym, że nadal niewiele wiem, a z drugiej strony gdyby nie to, nie czekałabym na kolejne tomy tak bardzo i kto wie, może nawet historia Madison w ogóle by mnie nie zainteresowała. Nawet jeśli na sam koniec tajemnica Królów okaże się być nie tak spektakularna, jak można by się spodziewać, to dla samej tej drogi do rozwiązania, warto czytać.

Z czystym sumieniem stwierdzam, że "The Elite King's Club" to jedna z moich ulubionych serii w ogóle. Ten klimat robi wszystko - mroczny, szalony, niepowtarzalny, mącący w głowie. Zarówno "Srebrny łabędź" jak i "Marionetka" są powieściami bardzo specyficznymi, dlatego mają węższe grono potencjalnych zadowolonych odbiorców niż inne popularne powieści. Rozumiem, że ktoś nie polubił klimatu, że dla kogoś było zbyt niepokojąco, zbyt mrocznie, zbyt przerażająco. Jednak jest też szansa, iż jeśli tylko nie poczujecie się nieswojo, to pokochacie historię Madison, jak ja. Zależy co w książkach lubicie i jaką macie wrażliwość. Warto dać Amo Jones szansę i sprawdzić na własnej skórze jak to jest być "marionetką" w rękach autora.

Ja tymczasem przebieram nóżkami w oczekiwaniu na tom trzeci i mam nadzieję, że czegoś się w końcu dowiem. Albo... niech tam będzie chociaż tyle samo klimatu jak w poprzednich częściach, ja wówczas nadal będę zadowolona. A rozwiązanie... oczekuję na nie, bardzo, ale niech ta zabawa się szybko nie kończy. Na szczęście słyszałam, że końcówka tomu trzeciego wskazuje na możliwość kontynuacji. Niech tylko Amo Jones szybko pisze, a Wydawnictwo Kobiece szybko wydaje. Nie mogę sobie pozwolić na książkowego kaca po raz kolejny. A po "Marionetce" pewnie jeszcze długo nie dojdę do siebie.

Za egzmeplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu  Kobiecemu.