Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 24 października 2018

Tusz - Alice Broadway



Zdarza się, że na polskim rynku wydawniczym pojawi się książka, która już na starcie skazana jest na rozgłos. I o ile faktycznie powinno się oceniać wnętrze, o tyle w przypadku „Tuszu” wpierw widzimy mieniącą się złotem okładkę, a dopiero potem czytamy opis. I samo to powierzchowne zapoznanie z fabułą zaciekawia. Tak samo nazwa serii – „Księgi skór”, brzmi interesująco, zwłaszcza, gdy okazuje się, że chodzi o księgi z ludzkiej skóry...

Wydarzenia z przeszłości trzymamy albo w albumie na zdjęcia, albo na kamerze, czasem jedynie w swojej pamięci, czasem w pamiętniku. Jednak w świecie „Tuszu” każde ważne wydarzenie pozostawia ślad na skórze,  tatuaż. Młoda Leora jest pewna, że jej ojciec prowadził wzorowe życie, pełne dobroci, dumny i odwagi. Wie, że jego skóra powinna zostać przekształcona w księgę, na której będą widoczne wszystkie tatuaże zmarłego, jako dowód godnego, dobrego życia. Kiedy okazuje się jednak, że treść księgi nie pokrywa się z jej wyobrażeniami, zaczyna rozumieć, że nie znała swojego ojca tak dobrze, jak jej się wydawało.

Zacznę od największej zalety „Tuszu”, a mianowicie od kreacji świata przedstawionego. Przyznać trzeba, że pomysł na tatuaże jako zapis wspomnień to coś zupełnie nowego i ciekawego. Dodatkowo motyw tworzenia ksiąg z ludzkich skór dodaje nieco tajemniczości. Jeśli chodzi o czasy, z jakimi mamy do czynienia, to ciężko je jednoznacznie określić. Z jednej strony kojarzą się z klimatami pierwotnych plemion, z drugiej mamy mikrofony i technologię podobną do współczesnej. Elementy dawnych epok trochę zaburzają odbiór świata, ale z drugiej strony taki miks obyczajowości ma swój niepowtarzalny urok, staje się dość nieoczywisty i pełen zagadek. Powolne wnikanie w ten świat sprawiło mi wiele radości.

Trzeba zaznaczyć, że do elementów oryginalnych, niespotykanych dotąd w literaturze młodzieżowej, autorka wprowadziła sprawdzone schematy fabularne. Niektórzy czytelnicy zarzucają powtórzenie motywów z takich powieści jak „Igrzyska śmierci” czy „Niezgodna”, co znacznie utrudniło im odbiór książki. Z jednej strony nie sposób się nie zgodzić – mamy motyw buntowniczki, rebelii,  a z drugiej strony te elementy są przedstawione w nowy, świeży sposób. Pomysł na księgę z tatuażami został moim zdaniem dobrze wykorzystany, sprawnie wplótł się w to, co mamy w młodzieżówkach apokaliptycznych najlepszego. Tak więc otrzymujemy nową wojowniczą duszę, w nowym świecie, walczącą z nowym systemem, ale na podobnych zasadach. Poniekąd możemy się spodziewać, jak potoczą się losy Leory, ale „Tusz” i tak kilkakrotnie zaskakuje.

Powieść Alice Broadway czyta się bardzo szybko, w zawrotnym tempie i z zaciekawieniem. Nie jest to lektura, która nakłoni do refleksji, ale idealnie sprawdzi się na nudny jesienny czy zimowy wieczór. Na pewno wprowadzi w literaturę młodzieżową trochę świeżości, a jednocześnie nie zawiedzie stałych odbiorców tego gatunku. „Tusz” był przyjemną, wciągającą lekturą i dlatego z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

Krwawy księżyc, czyli mind blowing!



Szczęśliwe małżeństwo.
Dobrze prosperująca kariera.
Nadchodzące zło.
I wyrzuty sumienia.
Tragedia, której nie można wyjaśnić.
A na niebie Krwawy Księżyc.

Victoria Page i Thomas Wilde to małżeństwo, które zaczęło od miłości, zaufania i wzajemnego oddania. Jednak coś się zmieniło. Oboje są pisarzami, ale to decyzja Thomasa o napisaniu kryminału zapoczątkowuje serię dramatycznych zdarzeń. W mieście mają miejsca morderstwa inspirowane książką, a Victoria czuje, że mąż się od niej oddala. Czy to możliwe, by Thomas sam zabijał po to, aby jeszcze bardziej wybić swoją powieść na liście bestsellerów? Skąd u Victorii zaczynają pojawiać się koszmary, w których jej mąż zabija ją na dziesiątki różnych sposobów? Kto tu jest ofiarą a kto winowajcą?

Karina Hiddenstorm dobrze wie, jaką sieczkę z mózgu zafundowała mi tą powieścią i jak dużo czasu zajęło mi, zanim zdecydowałam się w końcu napisać swoją opinię. Nadal nie wiem do końca, jak ubrać w słowa to, co czuję, ale postaram się.

Może zacznę od tego – „Krwawy księżyc” to nie jest kryminał, nie horror i nie thriller. Paranormal, w jakiejś części, ale też nie do końca. To unikatowy miks, coś, czego jeszcze nie było i co tak bardzo miesza w głowie, że ciężko cokolwiek ze sobą zrobić po przeczytaniu. Znaczna część powieści jest po prostu dziwna. Niekomfortowa. Dokładnie tak się czułam podczas lektury – niepewnie i nieswojo, byłam zmieszana, towarzyszyły mi przeróżne emocje. I nawet kawałek za połową nadal nie wiedziałam, o co chodzi, co o tym myślę i czy w ogóle jest to powieść dla mnie. Wszystko nabrało sensu, gdy przeczytałam epilog. Totalne zdziwienie, ale jednocześnie poczucie, że „nie rozumiem, ale to było genialne”. Wówczas szybko napisałam do Autorki z mnóstwem pytań i wątpliwości i powiem Wam, że ta rozmowa bardzo mi pomogła w rozumieniu tej historii. Sama Karina jest bardzo uprzejma i naprawdę cudowna, więc myślę, że w razie jakichś wątpliwości warto się z nią skontaktować, lub z kimś, kto powieść przeczytał.

Pewne elementy „Krwawego księżyca” można wyjaśnić, innych nie, a nad innymi jeszcze trzeba zastanawiać się samemu. Dlatego ta powieść może zostać odebrana zupełnie inaczej przez każdego czytelnika. Autorka wplotła w fabułę wiele odniesień do wiary, natury ludzkiej, do postrzegania ludzi szalonych, momentami powieść jest wręcz metafizyczna. Mnie niezwykle poruszyły aspekty, które dotyczą mnie i tylko mnie, moich przemyśleń, moich dziwnych doświadczeń i wiem, że ktoś inny mógłby tego nawet nie zauważyć. I to jest cudowne! Fabuła „Krwawego księżyca” jest tak wielopłaszczyznowa, nieuchwytna i oryginalna, że ciężko ją ocenić w stosunku do innych powieści. Zwykle oceniamy bohaterów, tempo akcji, czy intryga zaskakuje. Tutaj nie da się lubić żadnego z bohaterów, mamy tutaj wiele odcieni szarości, refleksji o osobach, które nagle z potworów zamieniają się w ofiary i na odwrót. Tak samo fabuła i akcja – tak naprawdę do końca nie wiadomo dokładnie o co chodzi, a jednak powieść czyta się jak w hipnozie. Podoba się, nie podoba? Ciężko powiedzieć. Gryzie w umysł, uwiera, powoduje nieprzyjemne ciarki. Motywuje do myślenia, do refleksji, jest tak dziwna, że aż genialna.

„Krwawy księżyc” nie spodoba się każdemu, nie tak, jak inne bestsellery. Rozumiem, iż może się nie podobać, bo wiem też, ze to książka trudna i dość ciężka jak na swoją objętość. Czasem czuć niezły odlot, a mrok momentami z horroru przechodzi w groteskę. I takie książki – niebanalne, pisane z pasji i z konkretnym celem – doceniam najbardziej. Celowo miesza w umyśle  i sprawia, że pomimo charakterystycznego klimatu, chce się do niej kiedyś wrócić. Wiedząc, jakie jest zakończenie. Przeczytać jeszcze raz, znaleźć nowe płaszczyzny do rozmyślań.

Polecam Wam spróbować. Warto wiedzieć przed lekturą, że to nie jest zwykły thriller, jak to sugerowałby opis na okładce. To coś naprawdę osobliwego, coś, co wymaga innego podejścia i otwartości czytelnika na nowe rzeczy. Mam nadzieję, że znajdziecie w „Krwawym księżycu” to, co znalazłam ja, albo i jeszcze więcej.

Po lekturze książki  pytanie „Czy jesteś szczęśliwa?” nabiera nowego znaczenia. I to wcale nie jest dobry znak...

czwartek, 18 października 2018

Moja modlitwa

Witajcie.

Dzisiaj przeglądałam pliki po to, aby zwolnić na komputerze trochę miejsca. W zakamarkach folderu "teksty" znalazłam plik "Zastanawiam się" z 4 sierpnia 2014 roku. Przeczytałam to i na nowo uderzyła mnie sytuacja, którą powoli zaczęłam wydobywać z pamięci. 
Chciałam się podzielić z Wami moją modlitwą. Skrawkiem mojej duszy.
Być może to dla Was dziwne, być może śmieszne. 
Pozostawiam to Waszej ocenie.
To dla mnie wielce osobiste.
Zapraszam. 

Zastanawiam się, dlaczego ludzie, gdy ogarnia ich smutek, uciekają do Ciebie. Ja często robię to samo. Gorszy dzień, zdenerwowanie, „dołek”… Wtedy najczęściej myślę o Tobie. Niby dobrze… Ale muszę jeszcze nauczyć się być wdzięczną każdego dnia, dobrego czy złego, bez różnicy. Kiedy mi źle, modlę się, często niesłusznie oczekując na rozwiązanie. Zwykle… to mija. Dzień, dwa, maksymalnie kilka. Wszystko wraca do normy, znów wszystko dobrze się układa. I wtedy zapominam, że jesteś koło mnie i czekasz, aż z Tobą porozmawiam. Ta radość lub zajęcia codzienne odpychają moje myśli od Ciebie. Nie chcę być jedną z tych, którzy mówią „jak trwoga to do Boga”. Proszę, pomóż mi zauważać Ciebie każdego dnia. Bez względu czy jest dobrze, czy jest źle, ufać Tobie. A przestać użalać się nad sobą. Zwróć mój wzrok na Ciebie, tak, abym nie była samolubnie zajęta bezsensownym monologiem.

Wczoraj widziałam wypadek. Tuż przede mną, dzieliło mnie od niego zaledwie kilka sekund. Auto w poprzek ulicy, totalnie zmasakrowane. Musiała minąć dłuższa chwila zanim zrozumiałam, co się stało. Że ten zgnieciony metal to przód samochodu. Że ludzie wybiegli z aut i wyciągnęli kobietę i dziecko. I jeszcze dłuższa chwila, zanim zobaczyłam twarz kierowcy, młodego blondyna w okularach. Siedział za zgniecionym jak harmonia przodem samochodu. Był przytomny. Otwierał usta w niemym krzyku, bezradnie podniósł rękę. Drugie auto leżało w rowie. Wyglądało znacznie mniej tragicznie. Najbardziej ucierpieli niewinni. To w nich uderzył kierowca drugiego samochodu, tego, który teraz był w rowie. Reanimowano dziecko. Zaraz krótka myśl – to było dosłownie chwilę temu, to mógłby być bus, w którym siedziałam na samym przodzie.

Boże, nigdy nie zrozumiem, dlaczego takie rzeczy się dzieją. Dlaczego najbardziej cierpią niewinni. Dlaczego każdego z nas może to spotkać, w każdej chwili. To mnie uderzyło jakby ktoś mnie spoliczkował. Banał, każdy to wie, a może raczej wie, a nie chce o tym myśleć. W tym wszystkim chcę jednak ufać Tobie, chcę dziękować za to, co od Ciebie dostałam. Doceniać życie, dawać ludziom tyle miłości, ile potrafię. Ucz mnie kochać ludzi mocniej. Ucz mnie kochać mocniej Dawida, póki mogę. Bo nigdy nie wiem kiedy będzie koniec.

czwartek, 27 września 2018

Bogini niewiary - Tarryn Fisher



Tarryn Fisher to autorka, o której zapewne już słyszeliście. Wielką popularność zdobyła swoimi mrocznymi powieściami „Margo”, „Bad mommy” i „Ciemna strona”. Jej książki są kontrowersyjne, jedni je kochają, inni zaś nienawidzą. Muszę przyznać, że jeszcze nie czytałam thrillerów Fisher, a przygodę z jej twórczością rozpoczęłam od „Bogini niewiary”, która wydaje się być najmniej sporną pozycją w dorobku autorki. Odbiega tematyką od psychologii obecnej w poprzednich powieściach, jest ponadto romansem obyczajowym NA. Moje pierwsze spotkanie z Fisher będę wspominać miło, ale bez większych emocji.

 Yara wierzy tylko w złamane serca. Spotyka na swojej drodze artystów – mężczyzn, dla których jest muzą, a potem znika. Nigdy nie zostaje zbyt długo w jednym miejscu. Potem zaczyna swoje życie od nowa, a każde kolejne złamane serce przynosi je David z kolei jest utalentowanym muzykiem, któremu brakuje inspiracji. Gdy spotyka Yarę, już od razu wie, że będzie jego muzą. Co się stanie jednak, gdy David się w niej zakocha?

Wędrowna bogini, tak można nazwać Yarę. Jest to postać, która nie zdobyła mojej sympatii, ale trudno też lubić kogoś, kto traktuje mężczyzn w okrutny sposób. Dziwne hobby – być inspiracją, a później przepadać jak kropla w wodę. Taka postawa gryzie czytelnika tym bardziej, że pierwszoosobowa perspektywa Yary pojawia się częściej niż punkt widzenia Davida. Nie mogę tego uznać za minus, ponieważ jest to zabieg celowy i byłam szczerze zaintrygowana dziewczyną. Próba zrozumienia jej myślenia i postępowania to jeden z kluczowych elementów fabuły.

Trzeba przyznać, że Fisher świetnie nakreśliła tworzenie się relacji między bohaterami. Niby David od razu wie, że Yara to jego idealna przyszła żona, a jednak nie czuć w tym wszystkim nadmiernego pośpiechu. Ich dialogi, subtelne znaki wciągają czytelnika tak bardzo, że nie pozostaje nic innego, jak tylko z ciekawością śledzić, do czego to wszystko doprowadzi. Autorka w „Boginie niewiary” skupiła się przede wszystkim na romansie, fabuła kręci się wokół naszej dwójki. Nie można więc liczyć na wielce rozbudowaną historię, a także na zawrotne tempo akcji. To powieść z gatunku takich, które powoli wciągają, rozgrzewają serce, ujmują rodzącą się relacją i samymi bohaterami (nawet tą dziwaczną Yarą, którą może ciężko lubić, ale jest to postać ciekawa, niestereotypowa). Do tego dochodzi umiejętny styl Fisher, który na szczęście nie jest nachalny. Często w książkach NA zdarza się, że autorzy narzucają pewne emocje, każą na przykład w danych momentach wzruszać się, bo jak nie – czytelnik ma poczucie, że nie ma odpowiedniej wrażliwości. Fisher kwestię uczuciowości pozostawia każdemu odbiorcy, każdy może na inny sposób odebrać historię.

Nie za bardzo rozumiałam nawiązania do religii i do klęczących, modlących się ateistów. Szukałam w książce wyjaśnień dla tych porównań, ale nie znalazłam praktycznie nic. I wydaje mi się, że to totalnie bez sensu. Być może chciano nadać powieści jakiejś głębi, wpleć trochę jakiejś refleksji i filozofii, ale, niestety, na ten temat nic mi nie wiadomo. Nie ma to większej głębi. Brakło mi też więcej opisów procesu twórczego Davida. Wiemy, że długo szukał natchnienia, ale czytelnik nie czuje tego przepływu inspiracji, tej desperacji. Uwielbiam w książkach motywy artyzmu, bohaterowie, którzy mają pewne umiejętności artystyczne zawsze jawili mi się jako osoby wyjątkowe, widzące świat w swoisty, uczuciowy sposób. W „Bogini niewiary” zabrakło tego uroku, odczucia prawdziwego talentu. Po prostu – za mało artyzmu. I to chyba wszystko jeśli chodzi o minusy.

„Boginie niewiary” to książka przyjemna w lekturze i wciągająca, ale nie oferuje czegoś nowego i innowacyjnego. Można by powiedzieć, że to klasyczny przykład romansu NA, który ma za zadanie przede wszystkim miło zająć czas. Może historia Davida i Yary nie zapadnie mi w głowie na długo, ale z pewnością sięgnę po inne książki Tarryn Fisher.

środa, 26 września 2018

Córka króla moczarów - Karen Dionne



Helena Pelletier żyje na mokradłach, w starej chatce, wraz ze swoim ojcem. Dziewczyna uczy się tropić zwierzynę, wie, jak poradzić sobie w surowym miejscu zapomnianym przez ludzkość. Można by powiedzieć, że sam Bóg raczej tu nie zagląda.

Dla Heleny jej ojciec jest idolem, wzorem do naśladowania, bohaterem. I to wszystko okazuje się kłamstwem. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że ojciec jest prawdziwym tyranem, kontroluje życie zarówno Heleny jak i jej matki. To mroczne, odcięte od świata więzienie. Po latach Helenie udaje się wrócić do społeczeństwa. Rozpoczyna swoje nowe życie, wraz z nową rodziną, pracą i nazwiskiem. Przeszłość jednak niespodziewanie wraca. Okazuje się, że ojciec Heleny uciekł z więzienia i ukrywa się na mokradłach. Gra w chowanego dopiero się zaczęła, a jej skutki mogą być tragiczne.

„Córka króla moczarów” Karen Dionne to powieść niezwykle wciągająca. Nie mamy tutaj wprawdzie zawrotnego tempa akcji, ale autorka powoli, stopniowo buduje napięcie i odsłania fragmenty historii, która jako całość po prostu zachwyca i niepokoi. Dzieje się tak dlatego, że Helenę poznajemy już jako kobietę, która rozprawia się z przeszłością i robi wszystko, aby o niej zapomnieć. Dopiero z biegiem akcji wychodzą na wierzch tajemnice  mokradeł i jawi nam się obraz prawdziwego piekła, przez jakie przeszła będąc jeszcze nastolatką. Przeszłość zostaje sprawnie wpleciona w teraźniejsze wydarzenia, co nie powoduje poczucia chaosu, a jedynie harmonii.

Książka pokazuje to, jak ciężko jest zaadaptować się w społeczeństwie ludziom, którzy przeżyli traumę. W szczególności tą związaną z rodzicami. Helena jest w pewien sposób rozdarta. Czuje nienawiść i gniew, ale z drugiej strony te przejawy uwielbienia wobec ojca dochodzą czasem do głosu. Nawet jeśli jest inaczej, dziecko zawsze będzie się starało, przynajmniej przez jakiś czas, wyidealizować rodzica, jakoś wytłumaczyć jego zachowanie. Zawsze gdzieś z tyłu głowy jest świadomość, że to przecież ojciec. I Helena wobec tego bije się ze swoimi myślami. Ciekawe też są fragmenty dotyczące jej włączenia się w „normalne”, nowe życie, jak bardzo to było trudne. Śmiem nawet twierdzić, że „Córka króla moczarów” nie jest typowym thrillerem, a bardziej thrillerem psychologicznym, który czaruje swoim spokojnym charakterem. W dodatku czytelnikowi udziela się klimat mokradeł, indyjskich wierzeń i legend, a to przyciąga o wiele bardziej, niżeliby patrzeć tylko na to, jak szybkie tempo ma akcja.

Jeżeli już jesteśmy przy kwestii nastrojowości, to czuć podczas czytania pewien niepokój, ale też można zostać po prostu urzeczonym. To coś jednocześnie zachwycającego i powodującego ciarki. Rozlewiska, dzikie lasy, niebezpieczna zwierzyna, długie zimy, a w tym wszystkim kobieta, która próbuje znaleźć swoją nową tożsamość. „Córka króla moczarów” jest więc idealną lekturą na długie jesienno-zimowe wieczory.

Powieść Karen Dionne polecić mogę przede wszystkim osobom, które lubią w powieściach swoisty klimat, niepokojący, angażujący naturę jako niemalże jednego z bohaterów. Po książkę powinny też sięgnąć osoby, które zaczytują się w thrillerach psychologicznych, ponieważ „Córka króla moczarów” to jeden z lepszych przedstawicieli gatunku. Wciągnie, zaskoczy i zapewni kilka godzin dobrego relaksu, ale nie pozostawi bez refleksji.

wtorek, 25 września 2018

Pęknięta korona - Grzegorz Wielgus



W liceum historia była moim prawdziwym koszmarem. Aż wstyd się przyznać, ale do dziś pamiętam zaledwie kilka dat, nie potrafię też sprawnie łączyć faktów, które są podstawą dla każdego szanujacego się Polaka. No cóż… Do historii zaczęłam się przekonywać przez serial „Biała królowa”, a także przez powieści w tej tematyce. Przyznam nawet, że w takiej formie wydarzenia i obyczajowość dawnych lat są bardziej przystępne, a w dodatku potrafią bawić. Dlatego bez obaw sięgnęłam po „Pekniętą koronę” Grzegorza Wielgusa. I chociaż faktycznie aspekt historyczny był ciekawym punktem wyjścia, to jednak cała opowieść nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak się spodziewałam.

Cofamy się do roku 1273, do Krakowa. W tym czasie ma miejsce seria brutalnych morderstw. Nad brzegiem Wisły zostaje odnalezione zmasakrowane ciało mężczyzny. Śledztwa podejmują się Gotfryd – doświadczony inkwizytor oraz dwoje rycerzy z Małopolski – Jaksa oraz Lambert. Wszystkie ślady prowadzą do miejsca owianego złą sławą, do zamku Lemiesz. Wrótce po tym roznosi się wieść o kolejnym morderstwie. Tym razem chodiz o zwęglone zwłoki rycerza, który zginął prawdopodobnie podczas jednego z pogańskich obrzędów. Rozpoczyna się prawdziwe śledztwo i prawdziwa przygoda. Kto stoi za morderstwami? Czy są w jakiś sposób ze sobą powiązane?

Okazuje się, że powieść historyczna powieści historycznej nie równa. Te, które do tej pory mnie oczarowały, były przede wszystkim napisane tak, że opowieść wsysała i powodowała falę różnorodnych emocji. Wtedy też klimat dawnych czasów był czarujący, zwłaszcza gdy intrygi, zdrady, tajemnice odbywały się w scenerii przypominającej średniowiecze. Suknie, rycerze, zamki, biedne wioski, dziwne zwyczaje. Mimo że „Pęknięta korona” pozornie pasuje do tego klimatu i odtwarza go z wielką dokładnością, to jednak od powieści bije swoistego rodzaju surowość. Nie wiem, czy to dlatego, że autor jest mężczyzną, ale coś w tym jest, iż kobiety piszą trochę inne powieści historyczne – bardziej subtelne, emocjonalne, po prostu urokliwe. Tutaj zaskoczył mnie brutalny, zimny klimat, a także sama stylistyka językowa. Z jednej strony umiejętna, pełna anarchizmów, dobrze odtworzona, a jednak blokująca swobodny odbiór treści. Wskutek tego można dobrze odczuć klimat średniowiecznej Polski, ale kosztem wciągnięcia się w historię. Niestety, ja tej opowieści nie przeżyłam, nie czekałam z niecierpliwością na to, co wydarzy się dalej.

Moje niezadowolenie na pewno wynika też z faktu, że nie lubię się z opowiadaniami i krótkimi powieściami. Wtedy prawie zawsze mam problem, aby przejąć się czytaną historią. Przed chwilą wsponiałam o minusach, ale myślę, ze gdyby ta opowieść była bardziej rozbudowana, większa objętościowo, poruszająca więcej wątków – wtedy mogłabym lepiej w nią wsiąknąć. Cierpią na tym zwłaszcza bohaterowie, którzy aż proszą się o lepsze rozbudowanie.

„Pęknięta korona” to książka dopracowana pod względem stylistycznym, ale jednak pozostawia czytelnika obojętnego na treść. Brak tutaj jakiejś głębi, intrygującego celu, historia wiele traci też na swojej małej objętości. Autor ma świetny pomysł, spore zasoby językowe, dobrą wyobraźnię, ale nie czyni swojej historii ciekawą, wciągającą. Jeżeli to pierwszy tom serii, to istnieje realna szansa, że następne części bardziej mnie do siebie przekonają i wtedy już całkiem wciągnę się w losy bohaterów. Póki co pozostaję z mieszanymi uczuciami.