Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

niedziela, 8 lipca 2018

I góry odpowiedziały echem - Khaled Hosseini


Khaled Hosseini to autor, którego możecie kojarzyć już z tytułów takich jak „Chłopiec z latawcem” lub „Tysiąc wspaniałych słońc”. „I góry odpowiedziały echem” to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść spod jego pióra, ale myślę, że nie ostatnia. Hosseini dobrze wie, o czym pisze, ponieważ sam pochodzi z Afganistanu, wie też w jaki sposób przedstawić realia tamtego życia. I chociaż są one smutne, pełne patologii i biedy, to jednak są bardziej otwarte na prostotę, wiarę i uczucia.

Przenosimy się do roku 1952, do Afganistanu. To tutaj żyje uboga rodzina – Abdullah, Pari, ojciec oraz macocha. Realia, w których przyszło im funkcjonować, nie są przychylne, zwłaszcza zimą. Rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, ciężko o chleb, wodę, najpotrzebniejsze przedmioty codziennego użytku i ciężko też o pracę. Abdullah ma dziesięć lat i stara się zajmować swoją trzyletnią siostrzyczką. Dla niej poświęca swoją parę butów, w zamian otrzymuje dla dziewczynki piękne pawie pióro. Wszystko się zmienia, gdy ojciec zabiera Pari i Abdullaha do Kabulu. To początek bolesnej rozłąki, która tak naprawdę pozostawi piętno na każdym z nich.

Sięgając po tę powieść spodziewałam się historii stricte dotyczącej Abdullaha i Pari, śledzenia ich losów po emigracji, a co za tym idzie – maksymalnie dwutorowej narracji. Okazało się jednak, że historia rodzeństwa to jedynie klamra albo pewnego rodzaju wymówka do przedstawienia opowieści dotyczącej innych osób. „I góry odpowiedziały echem” to książka wielowarstwowa, opowiedziana przez różnych narratorów, to podróż przez miejsca i czas. Można wręcz powiedzieć, że historia jest fragmentaryczna, a jednocześnie każdy z pozornie niełączących się wątków ma wywołać w czytelniku konkretne emocje. Autor w ten właśnie sposób zahacza o różnorodną tematykę dotyczącą bezpośrednio naszego życia.  Opowiada o  miłości rodzinnej, próbowaniu naprawienia błędów starszych pokoleń, o tęsknocie do drugiego człowieka, a także do kraju, o trudach życia na emigracji. Taka wielowątkowość oraz różnorodność narratorska może być dla niektórych czytelników minusem, ponieważ wprowadza odrobinę chaosu. Uważam jednak, że autor nie chciał stworzyć prostej, przyjemnej historii. Prawdopodobnie celowo skonstruował powieść tak, aby nie była to łatwa lektura, aby czytelnik często zatrzymywał się i zastanawiał nad tym, co przeczytał.

Oczami różnych narratorów obserwujemy około pół wieku życia w Afganistanie. Jest to kraj nieprzerwanie nękany wojnami, biedą, domowymi rozbojami. To ma swój charakterystyczny klimat, tak bardzo odmienny od naszego Europejskiego życia. Jednocześnie czujemy ten rozdźwięk pomiędzy naszym komfortem a niepewnością i trudami tamtych ludzi, ale widać inne podejście do rzeczy pozamaterialnych. Tam często miłość wystawiana jest na ciężką próbę, nie tylko poprzez przemoc i biedę, ale także ze względu na ucieczki, emigracje. Przez narratorów książki przewija się widoczne mniejsze przywiązane do posiadanych rzeczy, sprawdza się też powiedzenie, że najchętniej dzieli się ten, który ma najmniej. Zawsze mocno przeżywam opowieści mające miejsce na wschodzie, w krajach nadal ogarniętych wojną. Ten inny świat ma swoje niebezpieczne oblicze, wystarczy chociażby spojrzeć na sytuację emigrantów próbujących się dostać do Europy. Nie zahaczając już o temat radykalnej religii, innego wychowania i niechęci do tych „innych”, warto sobie czasami przypomnieć, że ludzie przeżywają w rodzimych krajach prawdziwe tragedie.

„I góry odpowiedziały echem” to książka, która nie spodoba się każdemu. Jeszcze przed przystąpieniem do lektury należy nastawić się na coś niełatwego, wielowątkowego, czasami urywanego i niedopowiedzianego. Książka wymaga skupienia oraz wczucia się w klimat, trzeba też starać się czerpać z relacji narratorów garściami. Hosseini wykonał kawał dobrej roboty, ciężkiej i wymagającej, nieidealnej, ale poruszającej. Ciekawa jestem, czy inne jego książki również są warte przeczytania. 

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.



czwartek, 5 lipca 2018

Teraz albo nigdy - K. A. Linde




„Teraz albo nigdy” to moje pierwsze spotkanie z twórczością K.A. Linde, a jak się okazało, jest to trzeci tom serii Mr. Wright. Na szczęście każda powieść w serii skupia się na innych bohaterach tak, że można czytać te tomy osobno, nadal wiedząc, o co chodzi w fabule. Zapewne straciłam wiele szczegółów, a także nie poznałam dokładnej kreacji innych postaci niż główne, ale czytałam książkę tak, jakby była ona jednotomowa. I mimo że nie spodziewałam się wiele, to chyba w najbliższym czasie odpuszczę sobie zarówno wcześniejsze, jak i kolejne powieści autorki.

Morgan Wright to współczesna, twardo stąpająca po ziemi kobieta, która właśnie została kierownikiem rodzinnego biznesu – przejęła firmę Wright Construction. Rzuca się w wir pracy zaniedbując życie prywatne, jako tak naprawdę jedyna z rodzeństwa nadal szuka towarzysza życia. Patrick Young to najlepszy przyjaciel Austina, jednego z braci Morgan. Kiedyś Patrick zawrócił dziewczynie w głowie, ale dość tego. W końcu nikt nie może dowiedzieć się o tym, co mogłoby łączyć ją i przyjaciela rodziny. Czy oboje poświęcą miłość dla czystej przyjaźni? Czy zawsze mamy możliwość zahamować uczucia do momentu, aż będzie za późno?

Ostatnio natrafiałam na książki, w których główna bohaterka próbowała udowodnić wszystkim, jak bardzo jest dorosła, a tak naprawdę potrzebowała ciągłego trzymania na rękę. Miałam już dość naiwnych dziewczyn, które na ciężkie sytuacje reagują płaczem i ucieczką w celu pokazania swojej „niezależności”. Dlatego byłam niemalże pewna, że Morgan Wright będzie w końcu bohaterką, którą pokocham i która zaimponuje mi swoją dojrzałością i pewnością siebie. I poniekąd tak się stało ale… nie chciałabym być taka jak ona. Owszem, kobieta zna swoją wartość, pnie się po szczeblach kariery, ale w tym wszystkim jest niezwykle egocentryczna i zapracowana. Kiedyś miałam takiego kolegę, nazywał siebie „nadludziem”, ponieważ wybierał się na prestiżowe studia. A więc miał cel, ambicje, ale przy tym liczyła się dla niego tylko kariera, rozwój i własna, wyższa od innych osoba. Podobnie odebrałam postać Morgan. Nie rozumiałam niektórych jej czynów, nie potrafiłam się do niej przywiązać i jej kibicować. Zupełnie inaczej było z Patrickiem, facetem, którego nie da się nie kochać. To chyba najlepiej wykreowana postać w tej książce – nieidealna, ale ciepła, rozważna i poukładana.

Fabuła „Teraz albo nigdy” nie jest niczym nowym ani świeżym. To raczej słodka opowieść o tym, jak przyjaźń przeradza się w miłość. Mimo że autorka próbowała dodać tutaj element niepewności w postaci maskowania związku przed rodziną Morgan, to raczej ciężko było odczuwać jakiekolwiek zagrożenie. Nie potrafiłam też zrozumieć, dlaczego ten związek miał być wykreowany jak niby „zakazany”. Widać tutaj, moim zdaniem, brak pomysłu pani Linde na tę opowieść. Nie ma w niej absolutnie nic ciekawego, nawet jednego szczegółu, który wyróżniałby ją ze stosów powieści o podobnej chociażby tematyce. Akcja toczy się powoli do przodu, a kolejne wydarzenia opisywane są beznamiętnie tak, że ja praktycznie w ogóle nie przeżywałam jej emocjonalnie. Pisanie dla pisania, bez polotu i celu.

Nie zrozumcie nie źle, „Teraz albo nigdy” nie jest książką złą, nie jest też żadnym przykładem grafomanii. Dla relaksu i oderwania od codziennych spraw, ta książka może dobrze się sprawdzić, ale, błagam, takich akurat książek mamy na rynku najwięcej. Niewymagającego odpoczynku zaznamy w ¾ książek napotkanych w księgarni, a w dodatku duża część z nich może nawet w jakimś minimalnym stopniu czymś zaskoczyć, pokazać coś nowego, poruszyć emocjami czytelnika. „Teraz albo nigdy” wypada bardzo nijak, blado, nieinteresująco. Być może dla fanów serii ta opowieść będzie prawdziwą gratką, ja natomiast będę stronić od książek pani Linde, ponieważ wątpię, czy ta autorka ma coś więcej do powiedzenia niż jak w opowieści o Patricku i Morgan.

środa, 4 lipca 2018

Kwiat paproci, czyli słowiańskie wierzenia wracają




Któż nie słyszał jeszcze o serii "Kwiat paproci" Katarzyyny Bereniki Miszczuk? "Szeptuchę" nie raz widziałam w miejskim tramwaju, o mediach społecznościowych nie wspominając. Chcąc przekonać się o co cały ten szum, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przeczytałam cały cykl. I wiem już co jest powodem tak ogromnego rozgłosu "Kwiatu paproci".

Gosława Brzózka właśnie skończyła medycynę i aby w pełni uzyskać kwalifikacje zawodowe, musi odbyć praktykę u szeptuchy. W tym celu udaje się na wieś, do Bielin, będących kolebką słowiańskich wierzeń. Gosia początkowo podchodzi sceptycznie do pracy starej babki, jednak gdy poznaje Mieszka, a z lasu zaczynają wychodzić pradawne istoty, jej świat staje na głowie. Co by było gdyby Mieszko I nie wziął chrztu? Gdyby Polska była pogańska, gdyby naszym życiem kierowała wiara w słowiańskie bóstwa?



Trzeba przyznać, że już sam pomysł na fabułę jest niezwykle oryginalny i lekko szalony. Wraz z Gosią wkraczającą (z obdartymi stopami, no kto zabiera na wyprawę do wsi szpilki!) do wsi, możnaby powiedzieć zabitej dechami, my możemy mieć wrażenie, że cofamy się w czasie. Trafiamy do ledwo trzymającej się chatki znachorki, która na większość dolegliwości pomoże odpowiednim ziołem, kamieniem lub innym przedmiotem, a także magiczną formułką. Co jest najlepsze - staruszka kręci na tym spory biznes, sama wydaje się być krytyczna do wszelkich magicznych i znachorskich praktyk. Również Gosia podchodzi do swojej misji z ogromnym dystansem. Dziewczyna z miasta, nowoczesna, cywilizowana studentka w rozwalającej się chałupie pełnej obrzydliwych specyfików o wątpliwej wartości terapeutycznej. Czy to się może udać?

Gosia z początku niesamowicie mnie irytowała, ponieważ była typowym obrazem paniusi z miasta, która nie pomyśli o tym, do jakich warunków przyjdzie jej się przystosować w Bielinach. Obawia się brudu i zaklęć jak ognia, nie inwestuje w buty wygodne do wędrówki po wsi, w dodatku jest uparta. Wiedziałam, ze długo z taką bohaterką nie wytrzymam, a ta seria ma przecież cztery tomy. Z ulgą jednak okazało się, ze już w około połowie pierwszej części, Gosia zaczęła zmieniać się w prawdziwą słowiankę, którą da się lubić. Sympatią darzyłam też inne postacie, zwłaszcza Mieszka, który oczarował podejrzewam znaczną większość czytelniczek.


Podstawowym powodem, dla którego "Kwiat paproci" odnosi spore sukcesy, jest to, że historia niezwykle wciąga, niczym dobry serial. Niby widać momentami schematyczność, powtarzalność i brak świeżych pomysłów, ale jednak czytamy dalej i dalej. Ta opowieść mam wrażenie mogłaby jeszcze być pociągnięta na następne kilka tomów. Za to wszystko odpowiada lekki styl autorki, słowiański klimat świata przedstawionego i bohaterowie, z którymi łatwo się związać. Szkoda, ze to już koniec.

Gdybym miała wybrać najsłabszą cześć z serii, zdecydowanie byłby to "Żerca". Tutaj właśnie nastąpił w historii krótki kryzys, pewien zastój i uspokojenie akcji. To jakby cisza przed burzą, przed finałem, wynagradzającym ten trzeci tom. Najlepsza zaś była dla mnie "Szeptucha", bo mimo iż Gosia na początku irytowała, to jednak poznawanie Mieszka i wnikanie powoli w świat słowiańskich tradycji były elementami najciekawszymi. Do serii przynależy też dodatek - "Sekretnik szeptuchy" będący czymś na wzór uniwersalnego kalendarza, notatnika i zbioru krótkich ciekawostek w tematyce słowiańskiej. Szkoda mi po nim pisać, ale za to świetnie bawiłam się przy rozwiązywaniu testów, na przykład jaką roślinę przypominam i dlaczego, albo jakim słowiańskim demonem mogę być.

Seria "Kwiat paproci" wciąga, przywiązuje do świata i bohaterów, nie chce wypuścić czytelnika ze swoich szpon, a czwarty tom przynosi smutne poczucie, że to koniec. Jeżeli lubicie słowiańskie klimaty, nietypowe romanse, zielarstwo, historię farmacji i medycyny lub po prostu macie ochotę na świetną polską powieść - koniecznie sięgnijcie!

Na gwiaździstych morzach, czyli opowieść pachnąca czekoladą




Moim ulubionym napojem nie jest ani kawa, ani herbata, a prawdziwa, gorąca czekolada deserowa. Dlatego blurb na okładce zachęcił mnie na tyle, że z zapałem zabrałam się do lektury "Na gwiaździstych morzach" Sary Sheridan. Historia okazała się być równie aromatyczna co czekolada, a także romantyczna, magiczna, przepełniona nastrojem odpowiednim dla każdego letniego wieczora.

Maria Graham po śmierci swojego męża znalazła się w ciężkiej sytuacji. W Brazylii trwa właśnie wojna domowa, kobieta musi więc próbować uciec do Europy, aby na nowo ułożyć sobie życie. Przyjmuje ofertę przemytnika, przystojnego Jamesa Hendersona, który proponuje jej wspólny rejs w stronę lepszego świata. Maria podczas podróży poznaje sekret ukryty w tabliczkach czekolady, zaczyna także czuć do kapitana silne przyciąganie. Jednak reputacja kobiety, będącej cenioną pisarką, nie pozwala jej na jawny związek z Jamesem. Ten musi zmienić się z przemytnika w pełnego klasy dżentelmena. Opuszczenie kryminalnej profesji nie jest jednak tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Czy Jamesowi uda się oderwać od wpływów wysoko postawionych gangsterów? Czy Maria znajdzie szczęście u jego boku?

Akcja powieści ma miejsce w roku 1824, a więc wtedy, gdy w Brazylii trwała wojna domowa. Surowość tamtego czasu zderza się z obietnicami lepszego życia w Europie, zwłaszcza w rozkwitającej Anglii. W powieści czuć klimat tamtych czasów, a więc autentycznie mamy wrażenie, że przenosimy się do XIX wieku i śledzimy losy Mariii, która jest postacią historyczną. Autorka postarała się, aby czytelnik został dobrze zapoznany z realiami ówczesnej Anglii. Poznajemy obyczaje, sytuację społeczną, tamtejszą modę, a także rodzącą się miłość do czekolady. Zahaczamy o temat niewolnictwa oraz procesu produkcji i doceniania kakaowych wyrobów na salonach. Dlatego stwierdzić mogę, że to, co najbardziej urzeka w książce Sary Sheridan, to klimat. Podczas lektury niemalże czuć unoszący się aromat czekolady, a oczami wyobraźni widać piękne stroje dam i uliczki mieniące się barwami kapeluszy, słychać też szumiące fale i skrzypiące deski pokładu.

Autorka połączyła świetne opisy XIX wieku z lekkością i przystępnością opowieści. Jej styl jest niezwykle płynny, umiejętny i wciągający, choć przyznać trzeba, że bieg akcji jest momentami bardzo powolny. "Na gwiaździstych morzach" to powieść poniekąd przygodowa, zahacza nawet o kryminał, a jednak bardziej stawia na powolne wnikanie w fabułę oraz budowanie komfortowego nastroju Czytelnik z uwagą przygląda się losom kapitana Handersona, jego próbom porzucenia życia przemytnika i związania się z Marią, przy tym jest w stanie zobrazować sobie piękno świata przedstawionego. Podczas czytania nie przeżywałam wielkich emocji, bardziej czułam w sercu rozlewające się ciepło, momentami czułam niepokój i obawę, czy bohaterom uda się być razem i trwać w miłości. Tak więc opowieść określiłabym jako leniwą, tak jak leniwy wieczór przy świecach i kubku gorącej czekolady. Idealna historyczna literatura kobieca, która sprawia, że na sercu robi się cieplej i raźniej.

"Na gwiaździstych morzach" to opowieść do delektowania się, smakowania i wgryzania się. Nie wbije nas w fotel, nie przyspieszy bicia serca, ale za to umili leniwy wieczór i zauroczy niepowtarzalnym klimatem. Dla fanek powieści przygodowych i romansów historycznych ta powieść będzie idealna. Będę śledzić karierę autorki i jeśli tylko w Polsce pojawi się jej kolejna książka, bez wahania po nią sięgnę.

wtorek, 3 lipca 2018

Love line - Nina Reichter




Powieści obyczajowe i romanse mają to do siebie, że większość jest schematyczna i niczym się nie wyróżnia. Dlatego też obawiałam się, czy Nina Reichter swoją powieścią „Love Line” zainteresuje czytelnika na tyle, aby ten zapamiętał historię na dłuższy czas. Na szczęście okazało się, że autorka sławnej „Ostatniej spod zwiedzi” świetnie radzi sobie z pisaniem dla dojrzałego czytelnika, a także podchodzi do obyczajowych tematów bardzo nieszablonowo.

Matt Hansen zdaje sobie sprawę, że najlepszym sposobem na sławę jest znajomość reguł i sposobów zdobywania miłości. Zapotrzebowania i problemy świata ulegają ciągłym zmianom, ale jedno jest pewne – każdy z nas szuka miłości, a kiedy już ją spotka, pojawiają się nowe dylematy i cele z nią związane. Matt jest terapeutą od związków, prowadzi audycję Love Line, w której to głównie kobietom radzi, w jaki sposób poprawić swoje życie miłosne. Mężczyzna zdobywa zaufanie odbiorców, jego kariera pnie się w górę. Bethany McCallum pracuje jako redaktorka pisma dla kobiet i otrzymuje szansę, aby zajść jeszcze dalej. Ma napisać tekst o zawodowych podrywaczach, PUA (pick-up artists), uczących mężczyzn w jaki sposób zaimponować i zdobywać kobiety. Wtedy drogi Matta i Beth krzyżują się. Czy w grze pełnej manipulacji i sztuczek PUA jest miejsce na szczere uczucie?



Jakiś czas temu przeczytała książkę „Jak upolować pisarza”, która opowiadała o tym, jak sława może dać sztuczne poczucie docenienia oraz jak media wpływają na zwykłych ludzi. Uznałam, że ten temat jest bardzo rzadko poruszany w literaturze, a dotyczy nas wszystkich, a zwłaszcza tych kreujących siebie lub swoją markę w sieci. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że „Love Line” porusza podobną tematykę. Mamy tutaj wachlarz mechanizmów i manipulacji obecnych w marketingu, reklamach, a także we flircie. To świetna, inteligenta pozycja, która da sporo do myślenia każdemu czytelnikowi. Szczególnie dużo z lektury wyciągną kobiety, które zauważą pewne strategie mogące pozostawiać je bezbronne, zmanipulowane. PUA maja się dobrze, dostęp do ich lekcji jest banalnie prosty, a nie zawsze ich metody podrywu są moralne i sprawiedliwe. Dlatego warto wniknąć w tę kwestię, mieć świadomość, że istnieją zarówno tacy trenerzy, jak i całe rzesze ich naśladowców.

Świat show-biznesu i mediów z pozoru wydaje się być barwny i atrakcyjny. Autorka stopniowo wprowadza czytelnika w realia funkcjonowania korporacji, tym samym pęka bańka pozornego ideału. Wychodzą na wierzch brudy, które napędzają rynek, są niezbędne, aby osiągnąć coś na kształt sukcesu. W tym świecie żyją też nasi bohaterowie – Matt i Beth.  Nie jest to szablonowa sceneria do tworzenia romansu, ponieważ, jak możecie się domyślać, autorka musiała się postarać o dobrą kreację postaci i rozbudowanie ich psychiki. Oboje zajmują się tym samym tematem, a jednak wykazują odmienny do niego stosunek. Każde z nich ma swój bagaż doświadczeń, a każdy sukces lub porażkę w pracy przeżywa na swój sposób.  Także ich związek nie może się obejść bez sporych przeszkód. Co jest w tym wszystkim najlepsze to fakt, że czytelnik nie czuje się gdzieś poza tą historią. Świetne profile psychologiczne bohaterów sprawiają, że nawet nie wiemy kiedy zaczynamy się zastanawiać nad ich uczuciami i wyborami. „Love Line” to wyborna uczta dla  osób szukających niebanalnego, inteligentnego romansu, który przymusza do przemyśleń na współczesny, bardzo aktualny i drażliwy temat manipulacji, przekrętów wielkich firm i pozorności bycia „na fali”.

Nina Reichter stworzyła romans wciągający, współczesny i dający do myślenia. Każdy z nas powinien wiedzieć więcej o tym, ile fałszu i zniekształconych informacji dociera do nas każdego dnia i jaki to może mieć na nas wpływ. Takiej książki, zwłaszcza od polskiego autora, jeszcze nie było. To nowa droga w literaturze kobiecej  i to w dodatku taka, którą powinno się czytać. Z niecierpliwością czekam na kontynuację powieści  i jestem niemalże pewna, że się nie zawiodę.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Pocałunek cesarza - Sylwia Bachleda




Romans historyczny to gatunek, który lubię, ale tylko wtedy, gdy spełnia określone warunki. Ważne jest tutaj tło opowieści, krajobrazy, kultura, warunki życia dotyczące danego okresu, a także polityka. Ponadto bohaterowie powinni być dobrze wykreowani, tak, że czytelnik jest zainteresowany ich losami. I ostatnia rzecz - wątek miłosny może być pikantny, ale nigdy sztuczny i słodki. Zasiadając do lektury "Pocałunku cesarza" Sylwii Bachledy miałam nadzieję, że ta opowieść spełni w jakimś stopniu powyższe elementy i będę ją mogła uznać za dobry historyczny romans spod pióra polskiej autorki. Niestety, po przeczytaniu książki mam co do tego mieszane uczucia.


Charlotte to młoda, szczęśliwa narzeczona, która kocha Victora nad życie. Ich słodki związek jednak zostaje przerwany wraz z wyjazdem ukochanego do Wersalu w celu służby cesarzowi. Charlotte nie może pozwolić sobie na wyjazd, dlatego zrozpaczona zostaje w rodzinnym domu. Jej pocieszeniem staje się młody lekarz, Franciszek. Kiedy już wydaje się, że dziewczyna może na nowo ułożyć sobie życie, powraca Victor, wraz z zaproszeniem dla Charlotte od cesarza. Czy bohaterka zdecyduje się żyć u boku Victora w Wersalu? Jaką rolę w tym wszystkim odegra zabójczo przystojny cesarz?


Akcja powieści ma miejsce w XIX-wiecznej Francji, a wiec jest to idealna sceneria dla romantycznej historii miłosnej. Jednak muszę przyznać, że oczekiwałam więcej tego klimatu, że autorka zrobi dobry "research" i przedstawi realia, w jakich żyli ówcześni ludzie. Chodzi mi o sytuację polityczną, o styl życia, zwyczaje, może nieużywane już zwroty. Rozumiem, że nie jest to typowa powieść historyczna, jednak można było z tej scenerii wycisnąć nieco więcej uroku. Mamy tutaj jedynie bale, wzmiankę o strojach oraz służbie czy ogrodzie. Szczególnie brakowało mi lepszego przedstawienia tego, czym zajmuje się cesarz, jakie ma obowiązki, czy jego jedynym problemem są rebelianci, którzy nie wiedzieć dlaczego popierają jego niedoszłą żonę. Ten wątek "wojny" i małej rebelii jest jakby za mgłą, potraktowany po macoszemu. Nie wymagam może, aby bardzo zagłębiać się w politykę, ale wątpię, czy faktycznie zaufani doradcy dopuszczają się zdrady ze względu na pokrzywdzoną kobietę.

Jeśli jesteśmy już przy cesarzu, to jest to chyba najciekawsza postać w książce. Aleksander -niebezpieczny, seksowny, przystojny, a przy tym inteligentny, ciężko go rozgryźć. Do tego dochodzi pewne wydarzenie z nim związane, które dało mi materiał do refleksji nad tym, kim faktycznie jest i na czym polegają jego uczucia. Pozostając przy bohaterach męskich - Victora dało się lubić, jednak czasem działał nieracjonalnie, Franciszek zaś to największa ciepła kluska, ale jednocześnie był najbardziej opanowany i ogarnięty z nich wszystkich. Ogromny problem miałam natomiast z Charlotte. Ta dziewczyna była nie do wytrzymania, była targana emocjami gorzej niż chorągiewka na wietrze. W ciężkich chwilach uciekała z płaczem i zostawiała  danego ukochanego (a przypominam, że jest ich trzech!) samego, aby "mógł sobie przemyśleć swoje zachowanie". Raz mówiła, że kocha i nie zostawi, zaraz leciała do innego, w tym wszystkim nie widziała swojej winy, tylko tych mężczyzn, którzy bezlitośnie "kuszą". Decyzje podejmowała impulsywnie, bo tak zechciała. Poza miłosnymi dylematami nie przedstawiała sobą dosłownie nic, nie miała w życiu innej rozrywki, innego zajęcia. Nie miała żadnej pracy, żadnej pasji, chodziła na bale, brała kąpiele i jadła smaczne kolacje. Była jak rozpieszczona dziewczynka.

To wszystko szło naprawdę w złym kierunku, ale nagle BUM. Autorka koło 260 strony zafundowała nam niezły plot twist, świetny zabieg, który diametralnie zmienił bieg tej historii. Charlotte nagle przestała denerwować, pokazała charakterek, a fabuła stała się nieprzewidywalna. Skończyła się słodka opowieść o miłosnym czworokącie, a zaczęła ciekawa historia o tym, do czego może doprowadzić zazdrość i egoizm w związku. Ten zwrot akcji był jednym z najlepiej przemyślanych w ogóle, wszystko zaczęło do siebie idealnie pasować. Od tego momentu autentycznie cieszyłam się z lektury.

Zakończenie trochę mnie zdziwiło, ponieważ jest otwarte i wskazuje na kontynuację. Zastanawiałam się, czy sięgnę po nią i chyba to zrobię jeśli tylko Charlotte już nie będzie z powrotem taka, jak przez pierwsze 260 stron. Dałabym tej opowieści szansę, ponieważ po plot twiście zauważyłam duży potencjał w historii wymyślonej przez Sylwię Bachledę.

"Pocałunek cesarza" byłby dobrą książką gdyby nie to, że na rozkręcenie się akcji trzeba czekać lekko ponad połowę. Nie ma korzystnego balansu między tym, co było "przed", a co jest "po", bo ta pierwsza część jest zdecydowanie słabsza i to tak, że czasem miałam ochotę rzucić lekturę. Jednak nigdy chyba nie miałam takiej sytuacji, aby irytująca historia w jednym momencie rozwinęła się w tak imponujący sposób i to było bardzo zaskakujące i przyjemne. Aż nie wiedziałam co powiedzieć. Przez to właśnie mam teraz namieszane w głowie, nie wiem do końca czy polecać tę powieść, czy nie.

Styl autorki jest prosty i przyjemny, spotkałam się zaledwie z kilkoma zdaniami, które można by uznać za niepoprawne. Jedynym problemem w tej kwestii były nieścisłości logiczne, wynikające podejrzewam z głupoty głównej bohaterki. Dobrze to widać po 260 stronie, że gdy zmienia się Charlotte, książka zmienia się w opowieść dobrą, umiejętnie napisaną.

Sami musicie zdecydować, czy chcecie przez pół książki powolnie brnąć w czworokąt miłosny, aby później poznać zwrot akcji i czytać około 200 stron naprawdę dobrej historii. Zawsze możecie spróbować, zwłaszcza wtedy, gdy jesteście romantycznymi duszami i szukacie czegoś dla relaksu. Ja pozostanę przy ocenie pół na pół, nie jestem ani na tak, ani na nie. Wiem jednak, że jeśli autorka jeszcze popracuje nad historią i kreacją bohaterów, to naprawdę może nas solidnie zaskoczyć w drugim tomie. Sylwia Bachleda ma talent, a połowę jej debiutu trzeba po prostu wybaczyć, podejść z dystansem, a w drugiej części już cieszyć się dobrą opowieścią.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Novae Res.