Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

sobota, 7 listopada 2015

Losing hope - Colleen Hoover

Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte Moondrive
Seria: Hopeless #2
Stron: 384
Opis: Czasami, aby pójść naprzód, trzeba najpierw sięgnąć głęboko w przeszłość. Przekonał się o tym Dean Holder. Przez wiele lat zmagał się z poczuciem winy, że kiedyś pozwolił odejść małej dziewczynce. Od tego czasu szukał jej uparcie, ale nie spodziewał się, że gdy ponownie się spotkają, ogarną go jeszcze większe wyrzuty sumienia. „Losing Hope” to historia trojga młodych ludzi naznaczonych przez traumatyczne doświadczenia. Każde z nich wybrało inny sposób na to, by sobie z nimi poradzić – nie każde z nich wybrało życie. 

Czy jest taka tragedia, po której nie da się odzyskać nadziei?



Lubisz swoje życie, masz dziwne nawyki i hobby, zamiast chodzić na imprezy wolisz piec ciasteczka, masz grupkę wiernych przyjaciół i kochającą matkę. I nagle pojawia się miłość, romantyczna i idealna. Z tym, że jej cena jest bardzo wysoka. Lepiej żyć w wygodnej ułudzie czy też stracić wszystko w imię bolesnej prawdy? Takie pytanie zadały sobie wszystkie czytelniczki „Hopeless”, powieści, która stała się najważniejszym tytułem gatunku New Adult.  Ja również sięgnęłam po tą pozycję i powiem szczerze, że nie byłam aż tak zachwycona jak większość czytelniczek. Z ciekawością jednak sięgnęłam po „Losing Hope”, tą samą historię opowiedzianą tym razem z punktu widzenia Holdera. Okazało się, że ta właśnie pozycja otworzyła mi oczy na to, o co tak naprawdę chodziło w „Hopeless”, jaki był sens całej tej tragicznej i zarazem pięknej historii.

 Holder od dziecka nie może przebaczyć samemu sobie tego, że stracił dwie najważniejsze dla niego dziewczyny. I nie chodzi tutaj o jakieś nastoletnie sercowe rozterki, ale o stratę przyjaciółki i siostry. Nie każda z nich wybrała życie. Od tej pory Holder cały czas miał nadzieję, że odnajdzie jedną z nich. Gdy już pogodził się ze stratą, nagle w jego życiu pojawiła się Sky, piękna dziewczyna, która przypomniała mu, jak bardzo kiedyś zwiódł swoją małą przyjaciółkę. Czy Holder kiedykolwiek będzie w stanie przebaczyć samemu sobie? Czy będzie gotowy w imię prawdy zniszczyć życie ukochanej osoby?

Czytając „Hopeless”, zamiast na historii Sky i Holdera, bardziej skupiłam się na fakcie, że ta książka musi być prawdziwym objawieniem, cudem wręcz tak jak to pisały czytelniczki. Dlatego po odstawieniu przeczytanej książki na półkę stwierdziłam, że jest to przesłodzony romans, który pod koniec zamienia się w przedramatyzowany chaos. Na szczęście nie przekreśliłam do końca tej opowieści i z ‘hope’ sięgnęłam po „Losing hope”. Na szczęście tej nadziei nie straciłam, bo zostałam naprawdę pozytywnie zaskoczona. W taki jednakże sposób, że pod koniec lektury chciało mi się płakać. Postać Holdera zdobyła moje serce i wdzięczna jestem za to, iż mogłam naprawdę, niepołowicznie, poznać tą postać.

W „Hopeless” poznajemy bieg historii i tajemnice z przeszłości. Ale to w „Losing hope” otrzymujemy resztę opowieści, mamy lepiej zarysowaną postać Holdera, przez co łatwiej zrozumieć tragizm sytuacji. I, nie sądziłam wcześniej, że to będę mogła powiedzieć, ale zupełnie zmieniłam patrzenie na tą opowieść. Przesłodzony romans i przekombinowany dramat? Nic z tych rzeczy! Już na samym początku książki otrzymujemy emocjonalny cios, a poczucie winy Holdera, jego ból i niemożność poradzenia sobie z własnym życiem sprawia, że cała opowieść rozrywa serce. Pozostawia jedynie na nim malutki plasterek. A i tak jestem zła, iż autorka wymyśliła dla swoich bohaterów coś tak okropnego. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak fakt, że opowieść mogła mieć miejsce w rzeczywistym świecie. Czasami zastanawiam się, ile jest wśród nas takich osób, które noszą w sobie rodzinne tragedie i borykają się z poczuciem winy. Ile z nich nie wie, jaka jest dokładnie ich przeszłość. I ile z nich zostało oszukanych przez ukochanych bliskich, dla ich dobra.

Jestem żywym przykładem na to, że nieprawdziwe jest twierdzenie, iż ta sama historia Sky i Holdera, pisana z drugiego punktu widzenia, jest jak odgrzewany kotlet – nie smakuje już tak dobrze. Według mnie – smakuje znacznie lepiej. Opowieść na bowiem dwie strony medalu, ukazuje słodką miłość i idealne życie dziewczyny, które w jednej chwili legnie w gruzach, oraz cierpienie, ból i wyrzuty sumienia chłopaka, który w tym wszystkim musi wyznać tragiczną prawdę i oglądać, jak serce ukochanej pęka. Nigdy nie dostrzegłabym, o co tak naprawdę chodzi w tej historii, dlaczego bohaterowie postąpili tak, a nie inaczej i w końcu jak ogromną cenę musieli ponieść w zamian za uregulowanie długu z przeszłością. „Hopeless” to nic szczególnego bez „Losing hope”. Za to obie te książki składają się na pomysł, który miażdży psychicznie, dosłownie, zasmuca, zachwyca, szokuje brutalnością i w końcu wzrusza.

„Losing hope” polecam absolutnie wszystkim czytelnikom pierwszej części. Nieważne, ta czy zachwyciła czy rozczarowała. Trzeba kończyć to, co się zaczyna, nie można oceniać historii, wtedy, gdy zna się  tylko jej połowę. A uwierzcie mi, warto znać wszystko to, co autorka przygotowała dla każdego z bohaterów. Wątpię, czy znalazłby się ktoś, kto po przeczytaniu oby tych powieści uznałby historię Sky i Holdera za niegodną obecnego rozgłosu.

Moja ocena: 9/10

Za lekturę dziękuję serdecznie Księgarni Matras.


                                      



poniedziałek, 28 września 2015

Historia księżniczki Sisi

Wydawnictwo: HarperCollins
Stron: 368
Opis: 
1853, Wiedeń
Po abdykacji Ferdynanda Habsburga w 1848 roku na cesarskim tronie zasiada osiemnastoletni Franciszek Józef. Jest zaręczony z bawarską księżniczką Heleną. Jednak kiedy w 1853 roku narzeczona przybywa na wiedeński dwór, młody cesarz zakochuje się od pierwszego wejrzenia w jej siostrze Sisi, i to ją prosi o rękę. Młodziutka cesarzowa pławi się w luksusie, ale jej niekonwencjonalne zachowanie nieustannie zderza się z dworską etykietą. Nie ma przyjaciół, otaczają ją intryganci, a matka cesarza na każdym kroku okazuje jej niechęć. Ale dzięki swej wytrwałości, niezwykłej inteligencji i wrażliwości Sisi podbije serca swych poddanych i znacząco wpłynie na bieg historii. Fascynująca opowieść o Sisi - księżniczce Bawarii, królowej Węgier i cesarzowej Austrii, jednej z najbardziej wpływowych i charyzmatycznych kobiet wszechczasów.



"Czy mądrze było działać tak impulsywnie, opierając się na uczuciu, które, będąc dziećmi, uznali za miłość?"

Zapewne każda z dziewczyn marzyła kiedyś o byciu prawdziwą księżniczką. Jak tu nie oprzeć się pięknym sukniom, pałacowym luksusom i przystojnemu narzeczonemu? Takie życie znamy z bajek, które jednak niekoniecznie oddają prawdziwe realia życia pary królewskiej. Sisi, Elżbieta Bawarska, przekonała się o tym, że romantyczna miłość i korona nie zawsze zapowiadają szczęście. Wręcz przeciwnie, bajkowe zaręczyny to początek ogromnej życiowej tragedii młodej księżniczki. Jej emocjonującą historię poznajemy w książce Allison Pataki pt. „Sisi. Cesarzowa mimo woli”.

Sisi spędza dzieciństwo w zameczku Possenhofen, gdzie w pełni korzysta z życia. Pływa w jeziorze, łowi ryby, jeździ konno i biega beztrosko po łąkach. Często towarzyszy jej starsza siostra, Helena, która może nie jest tak dynamiczna jak Sisi, ale z pewnością jest jej najlepszą przyjaciółką. Beztroska i szczęście kończą się wtedy, gdy Helena zostaje przeznaczona cesarzowi Austrii, Franciszkowi Józefowi, na żonę. Dziewczyna jest przerażona, ceni sobie bowiem samotność, stabilność i bezpieczeństwo. Helena i Sisi przybywają na wiedeński dwór, ale to jednak pomiędzy młodszą z sióstr a cesarzem rozwija się romantyczne uczucie i to ona zostaje cesarzową. Sisi z początku jest zachwycona wizją małżeństwa z ukochanym oraz zostaniem cesarzową.  W końcu każda dziewczyna marzy o takim życiu. Szybko jednak okazuje się, że ta decyzja niesie za sobą poważne konsekwencje. Zaczyna się dość niewinnie – nauka etykiety dworskiej, wypełnianie obowiązków, później plan dnia narzucony przez Zofię, matkę cesarza, aż w końcu ingerencja w życie intymne pary cesarskiej i odebranie prawa do wychowywania dzieci. Sisi staje się prawdziwym wrakiem człowieka, a miłość do nie do końca osiągalnego męża przynosi ogromne poczucie samotności. Austriacki dwór i wiedeński pałac to wrogowie. Czy Sisi znajdzie koło ratunkowe, czy zdoła jeszcze poznać szczęście?

O księżniczce Elżbiecie „Sisi” słyszał chyba każdy. Skojarzymy jej postać z jakąś ekranizacją, serialem albo nawet bajką animowaną. Co sprawiło, że stała się tak popularną postacią? Przede wszystkim ogromna determinacja i siła w stosunku do tragedii, w tym wszystkim również miłość do zwykłych ludzi. Książka Pataki pokazuje zaledwie część z życia Sisi, ale jest ona tak ciężka i dramatyczna, że chciałoby się, aby faktycznie zakończenie było tak pozytywne, jak właśnie w tej powieści. Trzeba bowiem zauważyć, że końcówka to w znacznej większości wytwór wyobraźni autorki. Spróbujcie po lekturze przeczytać o dalszych losach Sisi. Ja byłam zszokowana, bo cała moja nadzieja, że cesarzowa w końcu znajdzie prawdziwe szczęście, legła z gruzach. Ale tu nie chodzi o litość. Tu chodzi o podziw dla Sisi, dla cesarzowej, która miała życie gorsze niż najbiedniejszy niewolnik. Dla kobiety, która do końca nie przestała walczyć o swoje prawo do szczerej miłości i do pełnienia roli matki.

Książka wywołuje wiele różnych emocji. Z początku, gdy rozwijało się romantyczne uczucie miedzy Sisi a cesarzem, byłam podniesiona na duchu i odrobinę oczarowana. Później z niepokojem obserwowałam, co zaczyna się dziać w życiu Sisi i jak w psychiczny sposób to na nią oddziałuje. Dalej było coraz ciężej, czułam złość, smutek, zawód, że prawdziwe uczucie okazało się niewystarczające. Zawsze jednak miałam tą iskierkę nadziei, tą samą, którą posiadała Sisi. I może lepiej by było, gdybym poprzestała na samej książce niż sięgała do prawdziwego źródła i przeczytała o tym, jak dalej potoczyły się losy cesarzowej. Z drugiej strony żałowałam też, że autorka nie opisała wszystkiego, całego życia bohaterki, od A do Z. Ale tutaj znowu pojawia się obawa, iż mógłby to być zbyt duży cios dla samego czytelnika.

Niewątpliwie jedną z największych zalet dzieła Pataki są świetnie wykreowani bohaterowie. I, naprawdę, bardzo ciężko było mi się z nimi pożegnać. Każda z postaci była na swój sposób ciekawa i nie chciałam za nic się z nimi rozstawać. Może ktoś każe mi się popukać w czoło, ale, uwaga, moją ulubioną postacią jest Zofia, uciążliwa teściowa Sisi. Tak, tak, to ona przysporzyła cesarzowej wiele cierpień. Wtykała nos w każdy aspekt życia Sisi i Franciszka, sterowała synem w każdej sytuacji, była ślepo przekonana o wyższości Habsburgów nad wszelkimi wrogami. I z pewnością to ona w większości przyczyniła się do tragedii synowej, ale, przynamniej w tej książce, jest pewien czynnik łagodzący. Otóż uważam, że Zofia bardzo kochała Sisi i faktycznie chciała dla niej dobrze. Z tym, że wcześniej odrzuciła wszelkie naturalne uczucia, podporządkowała swoje życie obowiązkom, żyła dworską etykietą i dbała o dobre imię rodu. Nie rozumiała synowej, ponieważ ta nie potrafiła stać się tak zatwardziałą osobą, Sisi nadal chciała  bowiem kochać i być kochaną, założyć wspaniałą rodzinę i poczuć tą samą beztroskę, którą czuła będąc dzieckiem. Zofia od lat pogodziła się ze swoją rolą kobiety o największej władzy na dworze i zaczęła tą rolą żyć. Swoją miłość do Sisi okazywała w rozsądny dla niej samej sposób. Poza tym, Zofia bardzo zaciekawiła mnie swoją osobą i dlatego mimo wszystko stała się dla mnie kluczowym elementem książki. Jeżeli chodzi o inne postaci, powiem tylko, że każda z nich w jakiś sposób była ujmująca. Sisi oczywiście pochwalam i kibicowałam jej na każdym kroku, Franciszka do końca nie rozumiałam, ale myślę, że w tym wszystkim też był poniekąd ofiarą. Lord Andrassy okazał się miłym zaskoczeniem, o pokojówkach Sisi również czytało się z ciekawością.

Mogłabym dużo pisać o tej książce, ale po co, skoro wszystko tak naprawę już zostało powiedziane. Dla mnie osobiście „Sisi. Cesarzowa mimo woli” to prawdziwa perełka. Ujmuje niesamowitym XIX-wiecznym klimatem, aż chciałoby się założyć ozdobną, piękną suknię i chociaż na chwilę przenieść się do tych urokliwych, ale ciężkich zarazem czasów. Powieść wywołuje multum różnych emocji, wzbudza sympatię w stosunku do wszystkich postaci, nawet tych negatywnych. Przybliża życie słynnej księżniczki Sisi, chociaż z drobnymi kłamstewkami i zmyślonym zakończeniem. Pataki stworzyła naprawdę ujmującą historię, niebanalną, piękną, emocjonującą… To po prostu trzeba przeczytać.

moja ocena: 10/10

                                  Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins.

środa, 16 września 2015

Moje życie i niewola w Iranie

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Stron: 382
Opis:Rankiem 31 stycznia 2009 roku pracująca w Iranie amerykańska dziennikarka Roxana Saberi została wyciągnięta z domu przez czterech mężczyzn i brutalnie aresztowana. Agenci irańskiego wywiadu oskarżyli ją o szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych. W pokazowym, absurdalnym procesie, który trafił na pierwsze strony gazet całego świata, skazano ją na karę ośmiu lat więzienia. Miała ją odbyć w okrutnym teherańskim więzieniu Evin – miejscu, skąd każdy wychodzi zmaltretowany psychicznie, fizycznie bądź nie wychodzi wcale… Saberi rozpoczęła brawurową walkę o wolność. W jej sprawie interweniowali Hillary Clinton, Barack Obama, liczne organizacje międzynarodowe, a także tysiące poruszonych jej losem ludzi, którzy niestrudzenie protestowali u irańskich władz przeciwko uwięzieniu dziennikarki.





Kraje arabskie to dla znacznej większości z nas miejsca tajemnicze, przerażające, a jednocześnie pociągające swoją wyjątkową kulturą. Działanie aparatu przymusu w totalitarnym świecie, podchodzącego już bardziej pod represję, znamy jedynie z pewnych wzmianek w mediach. Dlatego też opowieść młodej dziennikarki pt. "Między światami. Moje życie i niewola w Iranie" to jedna z niewielu lektur przedstawiających funkcjonowanie państwa od środka, z własnego doświadczenia. Doświadczenia, które było jednocześnie horrorem i zwycięstwem prawdy nad kłamstwem.

 "W każdej ciemności jest jakieś światło, i mimo iż zawsze po drodze ktoś będzie cierpiał, ostatecznie zwycięży prawda."

Roxana Saberi to młoda dziennikarka, która od dawna jest zafascynowana kulturą Iranu. W 2006 roku postanawia przyjechać do kraju i rozpocząć pisanie książki, która mogłaby przybliżyć Amerykanom realia życia codziennego w tym miejscu. W tym calu, Saberi przeprowadza różnego rodzaju wywiady i zbiera szczegółowe informacje. Kiedy jej książka jest prawie ukończona, niespodziewanie do jej domu przybywa listonosz z tajemniczą wiadomością. Zaraz za nim drzwi przekracza kilku masywnych mężczyzn, którzy siłą zabierają Saberi w nieznane miejsce. Okazuje się, że dziennikarka została oskarżona o szpiegostwo dla CIA i posiadanie tajnych informacji. Wyrok zapadł jeszcze zanim Saberi próbowała się bronić. Pod psychiczną presją kobieta postanawia zgodzić się na zeznawanie przeciw samej sobie i innej osobie, która rzekomo miała jej zlecić szpiegostwo. Obiecano jej wolność, w zamian za kłamstwa i utratę godności. Okazuje się jednak, że władza Iranu kieruje się swoimi zasadami. Ostateczny wyrok to osiem lat więzienia w Evin, miejscu, w którym miała miejsce tragedia wielu innych niewinnych dziennikarzy. Saberi znajduje w sobie siłę, aby wyznać prawdę, a inni ludzie i wielkie organizacje interweniują w jej sprawie.

Zawsze trzymałam się tej tezy, że książki pisane na faktach są najbardziej poruszające, szokujące i nigdy nie powinno się ich traktować na równi z wymyślonymi historiami. I mimo że opowieść Saberi nie zawiera przemocy fizycznej, to najbardziej porusza czytelnika to, jakiego lęku doświadczyła dziennikarka i jakie myśli tliły się w jej głowie. Była ona bowiem ofiarą psychicznej presji i zastraszania, które nie dały obrażeń na ciele, ale były początkiem obwiniania przez bohaterkę samej siebie.  Próbowała ona bowiem znaleźć w swoim umyśle i życiu przyczyny kary, jaką miało być więzienie, a jednocześnie czekała z ufnością na to, co Bóg ma dla niej przygotowane. Morał jej historii jest prosty, bo prawda zawsze wygrywa, ale  często zapominamy, że ostateczne zwycięstwo wymaga wiele ufności, cierpliwości i często przynosi ogromny ból oraz smutek. Przygnębiające jest to, że wiele osób, o których nie słyszymy, przeszło lub przechodzi przez podobne piekło. Każdy w takiej sytuacji ma wybór przynoszący różny efekt - niebezpieczna prawda lub bezpieczne kłamstwo.

Książka "Między światami. Moje życie i niewola w Iranie" przybliża czytelnikowi kulturę, warunki życia oraz strategię działań władz. Oprócz przeżyć bohaterki i sytuacji, które miały miejsce w więzieniu, mamy szansę zgłębić historię polityki kraju. Autorka, jako dziennikarka, zamieściła wiele ciekawych faktów, dzięki którym możemy poznać przyczyny troski o szpiegostwo oraz powody, dla których pewne informacje i nawet pojedyncze słowa mogą być uznane w Iranie za zdradę. Sytuacja polityczna w tym kraju jest bowiem bardzo skomplikowana, dlatego też dziękuję Saberi za to, że rzuciła jeszcze więcej światła na nieznane nam państwa arabskie. Poza tym, dziennikarka w końcu zrobiła to, co Iran uznał za wystarczający powód do wtrącenia jej na osiem lat do więzienia - napisała książkę.


Iran jawi się w tej opowieści jako kraj wielkiej niesprawiedliwości, gdzie procesy odbywają się na pokaz i bez jakichkolwiek zasad. Kraj, gdzie presją psychiczną zmusza się niewinne osoby do donoszenia na innych oraz szpiegowania na rzecz państwa islamskiego. Kraj, który w całej swej niesprawiedliwości jest ciągle miejscem pociągającym i pięknym. Książka Roxany Saberi to pozycja, obok której nie można przejść obojętnie. Poznajcie świat Iranu od środka, tak, jak nigdy żadne media o nim nie mówiły. Przeczytajcie o kobiecie wystarczająco zdeterminowanej, aby odzyskać wolność i uczynić małe zwycięstwo nad niesprawiedliwym totalitaryzmem. I wreszcie przekonajcie się o tym, że najbardziej niebezpieczna prawda jest lepsza niż każde bezpieczne kłamstwo. 

Moja ocena: 7/10
cytat ze str 360

wtorek, 1 września 2015

Z XXI wieku do Powstania Warszawskiego

Wydawnictwo: Egmont
Stron:320
Opis: Mikołaj w przedziwny sposób trafia ze współczesnej Warszawy w sam wir dramatycznych wydarzeń powstania warszawskiego. Jego starszy brat Wojtek decyduje się na podróż, która zakończy się kilkadziesiąt lat wcześniej, aby wydostać Mikołaja z powrotem. W walczącej Warszawie chłopcy poznają na przemian smak zwycięstwa i gorycz porażki, dowiadują się, czym jest męstwo, prawdziwa przyjaźń i wielka miłość.








Na sam początek muszę podkreślić, że nigdy nie lubiłam uczyć się historii i, aż wstyd się przyznać, mam dosyć duże braki.  Dlatego omijam wiedzę teoretyczną ogromnym łukiem i sięgam po seriale historyczne, które z kolei zachęcają mnie do powieści tego typu. Do „Galopu ‘44” nie potrzebowałam jednak dodatkowej zachęty. Każdy wie, co zdarzyło się w 1944 roku i jakie okropności mieszkańcom Warszawy przyniosła wojna. Poza tym już po opisie dowiadujemy się, że powieść Moniki Kowaleczko-Szumowskiej przeznaczona jest głównie do młodzieży, a pomysł zestawienia świata XXI wieku i realiów powstania wydaje się być świetnym pomysłem na fabułę. Tak więc z chęcią zatopiłam się w lekturze i przeniosłam do tego okresu historii, który miał miejsce tak niedawno a był przecież dla Polaków istnym koszmarem.

Mikołaj i Wojtek – dwaj bracia, zupełnie od siebie różni. Nie tylko pod względem fizycznym, ale także charakterami, przez co nigdy się ze sobą nie dogadywali. Mikołaj - szalony, entuzjastyczny i nieprzewidywalny, Wojtek – poukładany i powściągliwy. Oboje odwiedzają Muzeum Powstania Warszawskiego, choć wszelką wrażliwość chowają pod skorupą obojętności. Wszystko zmienia się wtedy, gdy Mikołaj przypadkiem trafia do 1944 roku, do świeżo rozpoczętego powstania. Jego starszy brat decyduje się na podróż w czasie, aby wydostać Mikołaja z powrotem. Duch walki sprawia jednak, że żaden z chłopców nie chce wracać do domu. Chłopcy poznają siłę odwagi, przyjaźni, determinacji i miłości. Czy powstanie było tak tragicznym wydarzeniem jak współcześnie mniemamy? Czy warto walczyć wtedy, gdy wiesz, że miasto za niedługi czas legnie w gruzach?

„Galop ‘44” to pewnego rodzaju połączenie reportażu i powieści młodzieżowej, mogę powiedzieć nawet, że dla młodszej młodzieży. Pod tym pierwszym względem kryją się fragmenty będące relacją z danych wydarzeń, przybliżają one historię powstania, jego przebieg i stanowią często wstęp do dalszej historii bohaterów. Mimo że czasem ciężko brnęłam przez te właśnie reportaże, to jednak wyłuskałam kilka ciekawostek i niesamowitych informacji, na przykład o tajnej polskiej stacji radiowej. Niektóre fakty są tak zadziwiające, że miałam wrażenie, iż to jakaś fikcja, wątki zaczerpnięte z literatury postapo.  Autorka jednak wiernie przedstawiła wydarzenia zapisane w kronikach, aktach i relacjach powstańców.

Jeżeli chodzi o charakter młodzieżowy książki, to mamy tutaj wprawdzie wątki dotyczące męstwa, odwagi i miłości, ale potraktowane trochę pobieżnie. Autorka bardziej skupiła się na tym, co chłopcy robią w Warszawie i jak działają powstańcy, emocje i uczucia bohaterów zostały zepchnięte na margines. Tak do końca dobrze nie poznamy Wojtka i Mikołaja, nawet ciężko zauważyć to, co zapowiedziała autorka – że to przeciwne charaktery. Szczególnie brakowało przeżyć wewnętrznych chłopców, ale właściwie postacie chłopców są tylko pewnym środkiem do przedstawienia realiów 1944 roku oraz czynią historię bardziej przystępną dla młodych czytelników. Oczywiście nie można powiedzieć, że wszystkie postacie są niedopracowane. Tak jak każdy czytelnik i ja znalazłam swoich ulubieńców – Małego i Lidkę. Dlatego pewne wydarzenia z książki, których oczywiście nie zdradzę, poruszyły mnie w szczególny sposób.

Końcówka powieści skłoniła mnie do pewnych przemyśleń. Przede wszystkim historia wygląda tak jak wygląda i tak po prostu musiało być. Nikt i nic nie mógłby tego zmienić, bo powstańcy w całej swojej determinacji o walkę za wolność nigdy nie tracili nadziei. Okres powstania mimo swojej tragedii okazał się być lepszym czasem. W XXI wieku nikt nie kocha tak jak w 1944 roku, nikt nie ceni tak przyjaźni, współpracy i zjednoczenia narodu. Dlatego Wojtek i Mikołaj, mimo ogromnego ryzyka, decydują się na pomoc powstańcom. Pragnienie wolności dla Polski sprawia, że człowiek nie dba o to, jak wszystko się zakończy.Chodzi o to, aby walczyć tak długo, jak tylko się da.  


Kilkanaście ostatnich stron „Galopu ‘44” to wydarzenia wzruszające, smutne ale finalnie kończymy lekturę z podniesioną dumnie głową. I być może lektura nie pokaże nam czegoś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy, ale z pewnością utwierdzi w naszym umyśle pewną świadomość, którą powinien posiadać każdy Polak. Dlatego po tę powieść powinni sięgać młodzi ludzie, uczniowie gimnazjum i liceum, a także starsi czytelnicy. Myślę, że nikt nie będzie żałował czasu spędzonego przy lekturze „Galopu ‘44”. Książkę bowiem czyta się bardzo szybko, z ciekawością i dociekliwością. Zapewne jeszcze do niej wrócę. 

Moja ocena: 7,5/10


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Egmont

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dym i lustra - Neil Gaiman

Wydawnictwo: MAG
Stron: 373
Opis:Zebrane w tej książce historie pochodzą z niezliczonych krain „Po drugiej stronie lustra”. Są wytworem bujnej wyobraźni Neila Gaimana – jednego z największych współczesnych mistrzów literatury fantastycznej. Opowiadają o wydarzeniach zabawnych, wzruszających, budzących grozę lub po prostu cudownych. Łączy je nie tylko osoba autora, ale przede wszystkim niezwykła sugestywność i oryginalność kreowanych wizji.









Moje pierwsze spotkanie z twórczością Neila Gaimana zapoczątkowało miłość do książek i tym samym nałóg czytania. „Koralina” zachwyciła mnie swoją mroczną, tajemniczą baśniowością, niezwykłym pomysłem i przystępnym językiem. Spodobał mi się sposób, w jaki autor przedstawił świetny horror w książce pozornie przeznaczonej dla młodszych czytelników. Kolejna przeczytana przeze mnie książka Gaimana, „Chłopaki Anansiego”, ostudziła już niestety mój zapał. Dlaczego? Zdecydowanie bardziej zachwyca mnie Gaiman wtedy, gdy daje upust swojej fantazji w sposób oryginalny, mroczny, magiczny, ponieważ to zwyczajnie absorbuje całą moją uwagę. Dlatego też z zapałem zabrałam się do lektury „Dymu i luster”, zbioru przeróżnych historii pełnych tej magii, która zachwyciła mnie na samym początku mojej czytelniczej pasji.

Dlaczego „dym” i dlaczego „lustra”? Wyjaśnienia tytułu zbioru otrzymujemy już we wstępie. Lustra zniekształcają rzeczywistość, postawione pod odpowiednim kątem czynią z odbicia pewną iluzję. Dym natomiast zaciera ostre kontury, przysłania ostre elementy, przyćmiewa widok. To pewnego rodzaju przenośnia przygotowująca czytelnika na niedosłowny odbiór historii Gaimana. Opowiadania, czasem bardziej prawdopodobne, czasem zupełnie szalone, są wytworem nieograniczonej wyobraźni autora. Każdy czytelnik powinien więc do lektury się dostosować, na chwilę zapomnieć o rzeczywistości i o prawach w niej panujących. Z każdym tekstem bowiem wnikamy do nowego, unikatowego świata.

„Dym i lustra” to zbiór tekstów zróżnicowanych ze względu na formę, a także ze względu na poruszaną tematykę. Mamy tutaj opowiadania, wiersze, scenariusze i narracyjne utwory pisane prozą. Niesamowite, że autor potrafi być interdyscyplinarny w samym pisaniu. Oczywiście każdy może wybrać formę, jaka najbardziej przemawia do czytelnika, ja jednak nie potrafiłam dokonać takiego wyboru. Praktycznie naprzemienne czytanie różnych tekstów było niezwykle ciekawym doświadczeniem i dlatego Gaiman uświadomił mi osobiście, że nie da się zaszufladkować. Potrafi pisać o czym chce, jak i na czyje podobieństwo. Nie znam autorów, na których czasami się powoływał, ale wierzę mu, że naprawdę udało mu się napisać teksty podpasowane do ich twórczości.

Tematyka utworów jest bardzo zróżnicowana. Jedno jest jednak pewne – Gaiman nie boi się poruszać delikatnych, czasem ciężkich, wstydliwych czy po prostu kontrowersyjnych tematów. AIDS, pornografia, seks, religia, maltretowanie zwierząt, przemijanie, miłość i wiele więcej… Przekaz tekstów również się różni, czasami dostajemy go praktycznie na wyciągnięcie ręki, czasem można się łatwo go domyślić, a czasami miałam wrażenie, że go w ogólnie nie ma. Pewne utwory mają być materiałem do refleksji, inne są po prostu owocem wyobraźni i zostały napisane dla samej radości autora. Mogę przyznać szczerze, że są teksty, w których nie znalazłam żadnego sensu, ale wierzyłam Gaimanowi, iż z radością wylał w końcu  na papier długo duszone w sercu fantazje i wizje. Poczułam się niemal zaszczycona tym, że mogę czytać to, co autorowi tylko na myśl przyszło, zwłaszcza utwory inspirowane komentarzami czytelników, szczątkami wiadomości radiowych, żartobliwymi pomysłami znajomych. Tak jakby Gaiman ujawnił mi coś bardzo osobistego. To czyni „Dym i lustra” lekturą niesamowitą, a jej egzemplarz przy innych pozycjach staje się bardzo wyjątkowy.

Jak już wspomniałam, niektóre teksty wydawały się pozbawione sensu i wydawały się nudne. Niektóre wzbudziły wewnętrzny bunt, inne rozśmieszyły, zdziwiły, zastanowiły lub po prostu zachwyciły. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie zapisać tytułów tych najbardziej wybitnych, prawdziwie świetnych utworów. „Rycerskość”, przykład idealnego zespolenia świata rzeczywistego i magicznego. „Prezent ślubny”, refleksyjny, niezwykle klimatyczny. „Trollowy most”, bardzo ciekawy, również refleksyjny utwór podchodzący pod starą legendę. „Piętnaście malowanych kart z wampirzego tarota”, uśmiałam się, tak samo jak w przypadku „Załatwimy ich panu hurtowo”. „Mysz”, świetny tekst rozwiewający wszelkie wątpliwości a propo aborcji. „Dziecizna”, chyba zostanę wegetarianką, szokujące, genialne. I na sam koniec, na deser bajka dla dorosłych, „Szkło, śnieg i jabłka”. Absolutne mistrzostwo, już nigdy opowieść o Królewnie Śnieżce nie będzie przeze mnie postrzegana jak dotychczas.


Myślę, że wystarczająco wyraziłam swoją opinię na temat tego zbioru. Teksty nie zawsze ciekawe, ale jest wiele perełek. Pełen szacunek dla autora za tak różnorodny styl, mnogość pomysłów, trafną ironię, odwagę tematyki oraz dystans do samego siebie i swoich utworów. „Dym i lustra” polecam gorąco starszym czytelnikom, którzy spodziewają się niebanalnej, ciekawej lektury, która odrywa od rzeczywistości i czyni świat jeszcze bardziej bogatym i cudownie zadziwiającym. 

Moja ocena: 8/10

                                            Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Niedobra miłość

Wydawnictwo: HerperCollins
Stron: 560
Opis: Psycholog Alex Delaware często współpracuje z policją. Przeżył sporo niebezpiecznych sytuacji, widział wiele zła, niełatwo go przestraszyć. Na głuche telefony reaguje wzruszeniem ramion, anonimy wyrzuca do kosza. Ale w tej przesyłce coś go zaniepokoiło. Szary papier, brak nadawcy. W środku kaseta, a na niej dziecięcy głos powtarzający dwa słowa: „niedobra miłość”. W tle krzyk pełen bólu i strachu.
„Niedobra miłość” to nazwa konferencji, w której Alex przed laty brał udział. Kiedy próbuje nawiązać kontakt z pozostałymi uczestnikami, okazuje się, że kilkoro zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Alex obawia się, że też jest na liście zabójcy.









"Niedobra miłość. Nie dawaj mi tej parszywej miłości."



Istnieją takie rodziny, które najbardziej cenią sobie wzajemną miłość i szacunek. Ich domy są pełne ciepła, zrozumienia i uprzejmości, a konflikty są rozwiązywane na zasadzie szczerej rozmowy. Dobra miłość jest mottem tej rodziny. Istnieją również domy, które zamiast wyjaśnień i porozumień wybierają nienawiść i przemoc. Poniżenie, strach, ból i zastraszanie to ich sposób wychowawczy. W dwóch słowach – niedobra miłość. Miłość parszywa. Ta, której dzieci nie chcą i ta, za którą odpłacają srogą zemstą.

Alex Delaware to psycholog z wieloletnim doświadczeniem, a jego praca nie opiera się jedynie na psychoterapiach. Współpracuje on bowiem z policją, analizuje zachowania towarzyszące dzieciom, których członkowie rodziny popełniają różnego rodzaju przestępstwa. Aktualnie prowadzona obserwacja spada jednak na margines jego uwagi, a wszystko za sprawą tajemniczej koperty z kasetą. Ktoś nagrał na niej krzyki pełne bólu oraz monotonny głos dziecka powtarzającego słowa „niedobra miłość”. Początkowo Alex traktuje przesyłkę jako nieśmieszny żart, ale gdy wracają pewne wspomnienia sprzed wielu lat, bohater postanawia odkryć tajemnicę niedobrej miłości. Próbuje nawiązać kontakt z uczestnikami konferencji, która mogła mieć związek z owym dziwnym terminem. Okazuje się jednak, że większość z nich zniknęła lub zmarła w różnych okolicznościach. Czy to czysty przypadek, czy też plan seryjnego mordercy? Czy Alex Delaware musi obawiać się o swoje życie?

„Niedobra miłość” to thriller psychologiczny Jonathana Kellermana, sławnego pisarza, psychologa i profesora pediatrii. Powieść jest jedną z kilkunastu pozycji opowiadających o losach Alexa Delaware’a, jednakże to właśnie ta pozwoliła mi po raz pierwszy go poznać. Miałam już niejednokrotnie styczność z thrillerami psychologicznymi, ale przyznam, że ta opowieść jest wynikiem bardzo dobrego, oryginalnego pomysłu. Zagadka jest praktycznie nie do rozwiązania przez samego czytelnika, początkowo zawiera wiele nieścisłości. Wielowątkowość fabuły czasami potrafiła zamieszać w głowie i co rusz zmieniała realia sytuacji, w jakiej znalazł się główny bohater. Mamy tutaj bowiem multum postaci, każda z nich może być podejrzana o branie udziału w morderstwach, a ich zeznania nie muszą być wcale prawdziwe.

Przyznam szczerze, że jak na thriller psychologiczny i na psychologa w roli głównej, samej psychologii jest w tej książce niewiele. Autor nie zamęcza czytelnika długimi wywodami o emocjonalności człowieka czy też nie przytacza dziwacznych chorób z nią związanych. Tematem przewodnim książki jest jedynie jedno, kluczowe hasło, „niedobra miłość”, które w interpretacji nie przynosi większych trudności. Czytelnik otrzymuje bowiem w trakcie lektury krótką definicję tego terminu, stopniowo odkrywa jego związek z morderstwami, ale i tak zakończenia przewidzieć nie zdoła.

Mankamentem powieści, dość ważnym, jest jednak brak dynamicznej akcji. Owszem, mamy zagadkę i mamy bohatera dążącego do jej rozwikłania, ale autor oszczędza chwil napięcia czy strachu. Jedyny taki moment, mocno niepokojący dla czytelnika, to opis nagrania. Dalsza akcja opiera się już tylko na rozmowach Alexa z osobami, które mogłyby mieć związek ze sprawą. Pojawia się więc wiele nowych wiadomości i, co za tym idzie, komplikacji fabuły, ale prócz ciekawości ciężko cokolwiek poczuć podczas lektury. Przydałoby się więcej tajemniczych wiadomości, więcej szokujących i przerażających wątków, więcej gróźb pod adresem Alexa.

Jak już wspomniałam, w książce występuje wiele postaci, aż ciężko zapamiętać kogo z jakim wątkiem złączyć. Mimo wszystko obfitość różnorodnych charakterów działa na korzyść całej opowieści. Niektóre postacie bowiem wzbudzają sympatię, tak jak główny bohater, inne zaś irytują, na przykład Robin, partnerka Alexa. Poza tym większość pozostaje neutralna, ponieważ autor nie przybliża nam ich osobowości. Poznajemy je szczątkowo tylko w momencie rozmów z Alexem. Być może fani całej serii będą mogli się na temat danych postaci lepiej i bardziej szczegółowo wypowiedzieć.

„Niedobra miłość” to dobra powieść, tajemnicza i wielowątkowa, acz mało obfitująca w mocne emocje. Dlatego też polecam ją fanom pokrętnych zagadek, którzy nie boją się zawiłości i lubują się w obstawianiu, która z tak wielu postaci może być mordercą. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Jonathana Kellermana zaliczam do udanych i z chęcią, gdy tylko będę miała taką okazję, zapoznam się z inną sprawą Alexa.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins.

piątek, 14 sierpnia 2015

Szekspir też swe tajemnice miał

Wydawnictwo: Harper Collins
Stron: 274
Opis: Anglia za panowania Elżbiety I.
Na początku każdego nowego stulecia mnożą się pełne grozy przepowiednie. Tak było również w 1601 roku w Londynie. Starzejąca się Elżbieta I nie ma następców. Czy jej śmierć zachwieje imperium, które zbudowała? Kto zyska, a kto straci?
Nick Revill, aktor i miłośnik kryminalnych zagadek, gra w sztuce Ryszard II. Tragedia Szekspira odzwierciedla wszystkie ówczesne obawy. Czy autor próbuje usprawiedliwić królobójcę? Czy Anglię czeka wojna domowa?
Nick zostaje wciągnięty w wir dramatycznych wydarzeń przez zwalczające się dworskie frakcje. Ktoś go śledzi i próbuje zastraszyć. Potem w tajemniczych okolicznościach ginie jego przyjaciel. Nick przeczuwa, że może być następny.






„Kres królów” to, aż wstyd się przyznać, pierwsza przeczytana przeze mnie książka historyczna, nie licząc oczywiście lektur szkolnych. Takie powieści kojarzyły mi się zawsze z trudnym przedzieraniem się przez kolejne rozdziały, z ciężką, skomplikowaną fabułą i nieciekawymi opisami. Powieść Philipa Goodena pokazała mi jednak, że książka historyczna może być dobrą rozrywką i potrafi wciągać prawie jak czarna dziura. Co takiego ma w sobie „Kres królów”?

Akcja powieści ma miejsce  w siedemnastym wieku, kiedy to Londynem rządzi Elżbieta I. Starzejąca się, bezdzietna monarchini nie zwiastuje obiecującej przyszłości dla angielskiego tronu, wiec o tytuł władcy kraju stara się Robert Devereux, hrabia Essex. Zdobywa on coraz więcej zwolenników, przez co na dworze tworzą się dwie zwalczające się frakcje. Ludzie wykrzykują już teraz nie tylko „Boże, chroń królową”, ale słyszy się także „Boże, chroń króla”.  Zwolennicy lorda próbują wykorzystać to społeczne poruszenie na różne sposoby. Udają się do trupy Lorda Szambelana z propozycją wystawienia sztuki „Ryszard II”, dzieła Williama Szekspira, mówiącego o detronizacji króla i wstąpieniu na tron młodszego, obiecującego uzurpatora. Wystawienie sztuki w takiej sytuacji mogłoby spowodować spore zamieszanie i narażone byłoby nie tylko bezpieczeństwo królowej, ale także wszystkich aktorów biorących udział w tym przedsięwzięciu.

W sztuce „Ryszard II” gra Nick Revill, członek Trupy Lorda Szambelana.  Oprócz zdolności aktorskich, posiada także umiejętność ciągłego wpadania w tarapaty. Zostaje kilkakrotnie porwany i śledzony, poza tym znajduje się zawsze w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Wbrew swojej woli poznaje dworskie intrygi i mroczne sekrety. Odkrywa, że znajduje się w centrum ogromnego spisku przeciw królowej, a grupa teatralna, do której należy, ma być głównym punktem misternego planu umieszczenia na tronie nowego władcy. To wszystko plus  zemsta byłej kochanki oraz śmierć znajomego aktora daje niemałe kłopoty. Jak Nick Revill zdoła ochronić samego siebie przed dworskimi manipulacjami? Jakie sekrety skrywa dzieło Williama Szekspira? I czy Anglię czeka wojna domowa?

Całą opowieść poznajemy z puktu widzenia głównego bohatera, Nicka Revilla. Jest on dość dobrze skonstruowaną postacią, chociaż nie oznacza to, że musi zdobyć sympatię czytelnika. Najbardziej denerwujący jest jego czarny humor, zazwyczaj opierający się na nieprzemyślanym i nieśmiesznym komantarzu. Poza tym Nick jest postacią dumną, chłodną i obojętną na to, co dzieje się z innymi ludźmi. Oczywiście czasami też przejawiał cechy bohatera i człowieka szlachetnego, negatywy jednak częściej rzucały mi się w oczy. Fakt, że bohater nie został jednym z moich ulubionych, nie oznacza jednak, że jego osoba w jakiś sposób uprzykrzała mi lekturę. Poznawanie jego charakteru należało do ciekawszych aspektów książki.

Fabuła „Kresu królów” opiera się na pojedynczym wątku zaczerpniętym z historii Anglii, co czyni powieść niezwykle przystępną, nieskomplikowaną i łatwą w odbiorze. Wszystkie dworskie intrygi, choć z początku poplątane i ciężkie do uporządkowania, nawiązują do sporu pomiędzy zwolennikami Elżbiety I a zwolennikami hrabiego Essex. W to wszystko autor wplątał pewne tajemnice dotyczące samego teatru i Williama Szekspira, a wszystko razem tworzy ciekawą opowieść, której koniec mogą przewidzieć jedynie obeznani historycy. A i tak pewne sprawy pozostają tajemnicą i nikt nie potrafi na pewne nurtujące pytania znaleźć zadowalających odpowiedzi (przestudiowałam wiele forów dotyczących sprawy Elżebiety i hrabiego Essex, uwierzcie, że istnieje wiele ciekawych teorii).

„Kres królów” to idealna powieść dla tych, którzy nie czytali wcześniej książek historycznych, dla tych, którym takie własnie wydają się nudne, dla tych, którzy je uwielbiają i dla tych, którzy studiują dzieła Szekspira. Nieważne czy sięgniesz po tą pozycję w środku lata czy w zimowy wieczór i nieważne czy jesteś młodszy czy starszy. Myślę, że książka przypadnie do gustu każdemu czytelnikowi, który tylko da szansę wciągnąć się w świat dworskich intryg, które przecież zostały zapisane na kartach historii Anglii.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins.

Tuwim Cafe, czyli wiersze na każdą okazję

Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2015
Stron: 25
Opis: Tuwim Café. Na każdą okazję to unikatowy zestaw do dzielenia się poezją. W zbiorze zamieszczono ponadczasowe wiersze i fragmenty utworów Juliana Tuwima. Można je kontemplować w domowym zaciszu, ale można też się nimi podzielić, darowując lub wysyłając wybrane karty krewnym i znajomym. Z każdej okazji….






Każdy z nas z pewnością kojarzy postać Juliana Tuwima, jednego z najwybitniejszych polskich poetów XX wieku. Często niestety ograniczamy się jedynie do czytania utworów zaadresowanych dla dzieci, bo też kto nie zna „Lokomotywy” albo „Zosi Samosi”? „Tuwim Cafe”, nowa propozycja Wydawnictwa Egmont, to niewielka książka przeznaczona do rozpowszechniania nie tyle samej poezji, ale przede wszystkim dzieł tytułowego poety, często tych pomijanych i przez to nieznanych.

Pod względem estetycznym, książeczka zachwyci każdego odbiorcę. Strony są sztywne, przeznaczone do szybkiego i łatwego wyrwania. Na każej z nich zamieszczony jest cytat, kolorowy, nierzadko towarzyszą mu rysunki lub pomysłowe tła. Na odwrocie zaś znajdziemy miejsce na wpisanie imienia osoby, której chcemy owy cytat podarować, kategorię, jakiej dotyczy jego treść, oraz tytuł wiersza, z którego pochodzi.

Najważniejsze jednak jest praktyczne wykorzystanie owej książeczki. Tutaj niestety muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś innego. Wyobrażałam sobie, że każda strona z cytatem będzie, tak jak według tytułu pozycji, przeznaczona na jakąś konkretną, zawsze inną okazję. Coś typu „życzenia”, „na nudny dzień”, „na walentynki” itd. Otrzymałam za to fragmenty wierszy często dotyczące tego, jak wielkie są słowa w ustach twórcy, czym one w ogóle są, jaką rolę pełni poeta, jak dobrze wracać do ojczyzny. To, moim zdaniem, przeważajacy w owej pozycji zakres tematyczny. Mimo wszystko znalazłam kilka złotych myśli, które wymagają refleksji albo sama dostrzegam ich wiarygodność i możliwość praktycznego zastosowania w życiu. Często byłam wręcz zaskoczona, że w ogóle nie kojarzę wierszy Juliana Tuwima przytoczonych w „Tuwim cafe”.

„Tuwim cafe” to wynik naprawdę wpsaniałej inicjatywy i genialnego pomysłu na dzielenie się poezją. Wydanie również zachwyca, a mimo wszystko w praktyce książeczka sprawdza się średnio. Cytaty rzadko są adekwatne do jakiejś sytuacji, dlatego też ciężko się nimi dzielić z bliskimi. Z drugiej zaś strony, mogą być one owocne dla samego obiorcy, który może samodzielnie się nad nimi zastanowić i zainteresować się Tuwimem odkrywając jego postać na nowo. Polecam tą pozycję wszystkim, ponieważ nawet dla osób nielubiących poezji, książeczka stanie się atrakcyjna, a poezja nie tak nudna jak się z pozoru może wydawać.



Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Egmont



niedziela, 12 lipca 2015

Koniec świata, czyli upiorna epoka lodowcowa

Wydawnictwo: Sine qua non
Wydanie: 2015 r.
Stron: 396
Opis: Po Upadku nic nie wygląda tak jak wcześniej. Lód i śnieg pochłonęły cały świat. Po ziemi stąpają wygłodniałe bestie, niebem nie rządzą już ptaki. Miasta stoją niemalże puste – zapuszczają się tam jedynie złomiarze, w poszukiwaniu cennych artefaktów. Śnieżne pustkowia i dzikie ostępy leśne przemierzają grupy myśliwych, desperacko walczących o pożywienie. Pozostali przy życiu ludzie przenieśli się wysoko w góry, gdzie trzymają się ułudy bezpieczeństwa. Doskonale wiedzą, że biada tym, których dopadną światła na przełęczy. Dla większości lepsza jest śmierć... W takiej rzeczywistości przyszło żyć Kacprowi. Chłopak nawet nie przypuszcza, jakie piekło zgotował mu los. Pogoń za ambicją oraz poczucie obowiązku wobec bliskich każą mu opuścić znaną okolicę. Rozpoczyna swoją podróż. A światła czekają na nieostrożnych wędrowców...


Czytaliśmy już o przybyszach z kosmosu żyjących w ciałach ludzi jak pasożyty. Mieliśmy do czynienia z niemoralnym zastosowaniem technologii i z porzuceniem uczuć takich jak miłość. Śledziliśmy losy bohaterów w kosmosie po tym, jak Ziemię przykryły wody. A co by było, gdyby świat wrócił do swojej dawnej, acz znacznie bardziej przerażającej postaci, tak jak w „Dopóki nie zgasną gwiazdy” Piotra Patykiewicza?

Świat po Upadku to świat całkowicie oddany Lucyferowi, opuszczony przez Boga, skuty lodem i męczony nieustającymi śnieżycami. Upadły anioł atakuje każdego nieostrożnego wędrowca, wdziera się do wiosek pod postacią jaskrawego światełka. Ludzie skryci wśród wysokich gór zaczynają rozumieć, że poczucie bezpieczeństwa to jedynie ułuda, która niknie wraz z wrastającą odwagą złego ducha. Żyją niczym w epoce lodowcowej, polują, ryzykują życie dla jedzenia i odnalezienia innych mieszkańców gór. Kiedy to wszystko się skończy? Wszyscy uważają, że przy życiu pozostaną tylko ci najwierniejsi, jednak nic nie jest pewne gdy Lucyfer zaczyna pojawiać się w kościołach i atakować duchownych…

Kacprowi przyszło żyć w takim właśnie świecie. Mimo że jest młodym chłopakiem, chce za wszelką cenę udowodnić sobie i swojej rodzinie, że jest wiele wart. Opuszcza znaną okolicę i rozpoczyna niebezpieczną podróż. W świecie, który dąży do ostatecznej zagłady, poszukiwanie wyjaśnień kosztem własnego życia nie wydaje się być czynem heroicznym. Kacper okazuje się jednak jednym z nielicznych, którzy nie chcą uciekać przed rosnącą mocą Lucyfera. Co czeka go podczas podróży? Czy jego odwaga i pogoń za ambicją okażą się korzystniejsze niż posłuszne wykonywanie obowiązków w swojej wiosce?

Najmocniejszą stroną książki jest zdecydowanie opis świata przedstawionego. Nie sam pomysł i idea, ale właśnie klimat owego świata zachwycił mnie najbardziej. W najgorętsze południe można łatwo wyobrazić sobie śnieżną pustynię, przez którą brnie główny bohater. Polowania, małe wioski i skromne domki przywodzą na myśl jakieś odległe czasy, kiedy to jeszcze nie wynaleziono źródła prądu, a ludzie malowali ściany prymitywnymi farbkami. Tak jakby historia świata zatoczyła koło. Tym razem jednak na człowieka, prócz zimna, czeka niebezpieczeństwo wygłodniałych ogromnych szczurów i światełek Lucyfera.  

„Dopóki nie zgasną gwiazdy” to książka oparta na wielu płaszczyznach. Mamy tutaj świat po apokalipsie, podłoże religijne, duchowe i psychologiczne. Gdzieś czytałam, że ta książka to połączenie postapo z new adult. Zgodzę się z tym, żałuję jedynie że ten drugi gatunek pojawia się zbyt subtelnie. Kacper jest postacią dobrze skonstruowaną, ale jako czytelnicy mamy ograniczony dostęp o jego uczuciowości. Często brakowało mi większej dawki emocji dotyczącej właśnie jego osoby. Może też sam autor miał na celu nie zagłębiać się w psychikę Kacpra, a wywołać odpowiednie emocje realiami świata przedstawionego. A trzeba przyznać – Patykiewicz bardzo dobrze sobie z tym poradził.

Powieść „Dopóki nie zgasną gwiazdy” to jedna z lepszych polskich książek. Autor zupełnie mnie zaskoczył swoją historią i pomysłem na nią. Wszystkie zagraniczne postapo wprawdzie są ciekawe, ale tak jakby cały czas nawiązują do tego samego. Tym, którzy szukają w literaturze czegoś nowego, świeżego i zupełnie wybijającego się ze schematów utartych przez angielskie sławy, polecam sięgnięcie po tą właśnie powieść. Warto poczuć trochę chłodu emanującego z jej kart w upalne letnie dni.

Moja ocena: 7/10


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non
                                                

sobota, 6 czerwca 2015

Nie do pary - Ewa Nowak

Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 350
Opis: Szesnastoletni Alek przeżywa okres buntu. Potwierdzenia własnej wartości szuka głównie w oczach płci przeciwnej, co prowadzi do kontaktów z wieloma dziewczynami. W końcu chłopak całkowicie się gubi w swoich uczuciach. Wplątuje się w niezręczne sytuacje, a zarazem traci poczucie bezpieczeństwa, bo rozpada się jego rodzina. Czy Alkowi uda się wyjść na prostą i zrozumieć, co jest w życiu ważne?


„Co to za kolejny wafel?”


„Nie do pary” to najnowsza książka Ewy Nowak, znanej pisarki i pedagoga-terapeuty. Mimo że na rynku pojawiło się już wiele utworów tej autorki, to jednak dopiero teraz miałam przyjemność zapoznać się z jej twórczością. Szybko zagłębiłam się w lekturę, a teraz z kolei planuję przeczytać pozostałe powieści Ewy kierowane do młodzieży. Może otrzymam kolejną zabawną, pocieszającą i wciągającą opowieść, taką jak w „Nie do pary”.

Alek to zwykły szesnastoletni chłopak, który przeżywa okres buntu i tzw. burzę hormonów. Tak chyba można to nazwać… W każdym razie jego ulubionym zajęciem jest uatrakcyjnianie życia swojej matce, na przykład wrzucając jej rajstopy do klozetu. Jego relacje z matką to jak wyścig szczurów, ciągłe dogryzanie sobie nawzajem i ironiczne komentowanie wielu spraw. Ojciec z kolei nie odgrywa ważnej roli w życiu Alka, raz jest, raz go nie ma. Chłopak zaczyna za to coraz częściej mieszać się w pokręcone romanse i niezręczne sytuacje. W oczach dziewczyn poszukuje potwierdzenia swojej wartości, chociaż sam nie wie do końca czego chce i co myśleć o sobie i o dziewczynach. Ah, te dziewczyny… Niby tyle kłopotów, ale czym byłby świat bez nich?

Po przeczytaniu opisu książki z tylnej okładki można sobie pomyśleć, że to kolejna opowieść o wielce dramatycznym życiu pewnego nastolatka. Powiem tak – opis, mimo że dość adekwatny do fabuły, to jednak stanowczo zbyt poważny. „Nie do pary” to nie jest książka, która ukazuje całą niesprawiedliwość świata i nie niesie dużego przesłania dotyczącego odnalezienia własnej drogi życiowej… Ta książka jest po prostu wielce zabawna, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu! Chyba nigdy w swoim życiu nie czytałam książki, która tak często powodowałaby, że na mojej twarzy pojawiał się szeroki uśmiech, niekiedy nawet nie potrafiłam powstrzymać się od chichotu. Dobrze, że czytałam tę książkę we własnym pokoju. Niestety może tylko pod koniec powieści humoru było mniej, ponieważ zamęt spowodowany związkami Alka zaczynał powoli męczyć. Chociaż tutaj autorka się zlitowała i wiedziała, w którym momencie i jak skończyć swoją książkę.

Alek wydaje mi się być zwyczajnym, takim typowym nastolatkiem. Nie chcę oczywiście wszystkich wrzucać do jednego wora, ale ten chłopak jest niezwykle realistyczny. Cały czas miałam wrażenie, jakbym czytała pamiętnik jakiegoś mojego kolegi z klasy. Dowcipny, sprytny, można powiedzieć nawet „jajcarz”. Otwarcie mówi to co uważa (ostrzegam dziewczyny, tutaj potrzebujemy mieć trochę dystansu do samych siebie), świat postrzega prosto i kieruje się swoimi emocjami. Tak jak zwykły nastolatek, nie jest pozbawiony wad, szczególnie wiele błędów popełnia w miłości. I może cierpi na niestabilność emocjonalną, ale dopiero powoli zaczyna rozumieć czym jest wierność i szczerość w związku. Ciągnie go do dziewczyn, które podbudują jego samoocenę, a gdy są z czegoś niezadowolone i mają do Alka pretensje – ten potrafi nagle zmieszać je z błotem.

"Jesteś pierwszoplanowym bohaterem tylko jednego, własnego życia. W innych masz rolę epizodyczną albo nie masz żadnej."

Autorka wykazała się w swojej powieści ogromnym talentem nakreślania realistycznych postaci. Czasami nawet zastanawiałam się, jak kobieta może tak dobrze znać psychikę chłopaka i stworzyć prawdziwego, niczym z krwi i kości, głównego bohatera. Ewa Nowak w żadnym momencie się nie ujawnia, gdyby nie jej nazwisko na okładce, uwierzyłabym, ze faktycznie jakiś Aleksander postanowił wydać swoją książkę. Nie wierzycie? Przeczytacie epilog i wszystko stanie się jasne. Nawet nie mamy tutaj moralizatorstwa ze strony autorki… „Nie do pary” to opowieść o pewnym nastolatku, którego poczynania może oceniać tylko i wyłącznie sam czytelnik. To czy zgadzamy się z Alkiem czy nie, czy uważamy go za głupiutkiego dzieciaka czy nie, to tylko i wyłącznie nasze indywidualne odczucie. My, czytelnicy, otrzymujemy tylko fragment chłopięcej psychiki w zaledwie 350 stronach. Na szczęście w zabawnej, lekkiej i bardzo przyjemnej formie.

„Nie do pary” to książka, która spodoba się ludziom młodym, powoli wkraczającym w dorosłość lub tym, którzy niedawno w nią wkroczyli. Ta powieść to wzorowy przepis na idealne utożsamienie się autorki ze stworzonym przez siebie bohaterem, nic tylko chwalić i się od Ewy uczyć. A w upalny, słoneczny dzień wziąć do rąk „Nie do pary” i oddać się lekkiej, zabawnej lekturze. Nie pożałujecie! 

pierwszy cytat z str 139
drugi ze str 170

Moja ocena: 8/10


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Egmont


czwartek, 28 maja 2015

Zakon Mimów pod przywództwem Czarnej Ćmy

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Stron: 533
Opis: Paige Mahoney uciekła z brutalnej kolonii karnej Szeol I, ale jeśli myślała, że to koniec jej problemów, to bardzo się pomyliła. Od teraz jest bowiem najbardziej poszukiwaną osobą w Londynie. Kiedy Sajon zwraca swoje wszystkowidzące oko w stronę Paige, mim-lordowie i mim-królowe gangów miasta zostają zaproszeni na bardzo rzadkie wydarzenie. Jaxon Hall i jego Siedem Pieczęci są gotowi na pojawienie się w samym centrum uwagi. W społeczności jasnowidzów pojawia się jednocześnie coraz więcej gorzkich oskarżeń, a za każdym rogiem czają się mroczne sekrety. Z cieni wypełzają Refaici...



"Nadzieja to fundament rewolucji. Bez niej jesteśmy tylko prochem, który czeka, aż porwie go wiatr."


„Zakon mimów” to długo wyczekiwana kontynuacja niesamowitego „Czasu żniw”, który zmieszał niepokojącą wizję przyszłości z całkiem nowym wątkiem fanastycznym i światem starannie wykreowanym od samej podszewki. Przyznam, że miałam wobec drugiej części serii spore oczekiwania, które niestety początkowo były powodem mojego zawodu. Całe szczęście, w porę wszystko wróciło do normy i ostatecznie otrzymałam opowieść z samych wyżyn fanastyki, chociaż i tak „Czas żniw” zdecydowanie góruje nad swoją kontynuacją.

Paige Mahoney powraca do SajLo wraz z garstką jasnowidzów, którzy przetrwali ucieczkę z kolonii karnej Szeol I. Każdy z nich musi ukrywać się przed nieznającym litości dla odmieńców Sajonem. Paige pragnie powiedzieć wszystkim o mordach w kolonii i bezlitosnych rządach Refaitów, jednak nikt nie bierze jej słów na poważnie. Dopiero wtedy dziewczyna dowiaduje się, że większość mim-lordów martwi się jedynie o zyski i reputację. Dotychczasowe bezpieczeństwo zapewniane przez syndykat okazuje się być dla wszystkich odmieńców złotą klatką. Londyn potrzebuje nowego przywódcy, nowego Zwierzchnika, który położy kres władzy Refaitów, handlowi ludźmi i politycznym spiskom. A kto, jak nie Paige, lepiej sobie z tym poradzi?

Akcja „Zakonu mimów” rozpoczyna się we wrześniu 2059 roku, praktycznie w tym samym miejscu, w którym z bohaterami rozstaliśmy się w poprzednim tomie. Widzimy tragiczny finał spektakularnej ucieczki z Szeolu I, ale powrót Paige powinien oznaczać ostateczne zwycięstwo. Niestety, kolejne karty powieści rozszarpują nasze nadzieje na drobne kawałeczki. Spokój, poukładanie spraw, zniszczenie zagrożenia – tego się spodziewamy. Tak naprawdę w tym tomie autorka ukazuje nam pewne tajniki Londyńskiego świata, niedołęstwo polityki i ogromną niesprawiedliwość.  Pozornie poukładane życie jasnowidzów zostaje przekształcone w dobrowolne więzienie, a władza w obliczu zagrożenia, jakim jest Paige, posuwa się do najbardziej nieetycznych poczynań. „Zakon mimów” jest bowiem książką o poszukiwaniu wolności, o uzyskiwaniu nowej tożsamości na skutek buntu wobec świata, któremu powinno się być za wszystko wdzięcznym. Problem w tym, że wdzięczność dla świata a oddanie jemu swojego życia i tożsamości to zupełnie inne rzeczy.

Wspomniałam już, że początkowo byłam lekturą zwyczajnie zawiedziona. Nie potrafiłam na nowo wciągnąć się w świat stworzony przez Samanthę Shannon, mój mózg jakby nie nadążał za wydarzeniami. Wydawało mi się, że przez pierwsze 200 stron zupełnie nic się nie dzieje, a poziom tej książki w odróżnieniu do poprzedniczki spadł na dno oceanu i pocałował muł.  Może to moje wrażenie spowodowane właśnie niemożnością ponownego wniknięcia do historii z odpowiednią dawką dociekliwości, a może faktycznie fabuła potrzebowała w tym wypadu czasu aby rozkręcić się na dobre. Po przebrnięciu przez prawie połowę lektury, nagle coś się zmieniło i nie potrafiłam się od niej oderwać. Zaczęłam w końcu łączyć fakty, czuć napięcie i niepewność. Zrozumiałam sens politycznych intryg, jej związek z Refaitami i gangiem Szmacianych Kukieł. Akcja znacznie przyśpieszyła i już do końca nie pozwalała się nudzić. O końcówce już nawet nie wspomnę. Zamknięciu książki towarzyszyło wybałuszenie oczu.

To był właśnie ten moment, kiedy twój mały świat się wali i masz ochotę spotkać się czołem z własnym biurkiem.

No cóż, z jednej strony niezadowolenie i szok – z drugiej strony ogromna satysfakcja, że autorka odważyła się tak zaskoczyć czytelnika. Ja nie chcę, ja POTRZEBUJĘ kolejnej części, jak najszybciej.

„Zakon mimów” to bardzo dobra książka, choć trochę słabsza od swojej poprzedniczki, nadal zasługuje na ogromne wyróżnienie wśród tego typu literatury. Moim skromnym zdaniem, „Miasto kości” do „Czasu żniw” się nawet nie umywa, chociaż każdy może mieć co do tego odmienne zdanie. Zdecydowanie polecam tą serię, świat stworzony przez Shannon to miejsce, które powinien odwiedzić każdy zwolennik obfitującej w zaskoczenia i emocjonującej lektury. 

Cytat ze wstępu pochodzi ze str 512 "Zakon mimów" S. Shannon

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non
                                                       

czwartek, 23 kwietnia 2015

Ebola morderca, nie ma serca

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Stron: 316
Opis: Strefa skażenia prezentuje burzliwą historię badań nad ebolą. Pierwsi zakażeni, drobiazgowe opisy przebiegu choroby, specjalistyczne laboratoria, ścieżki rozwoju wirusa i dramatyczne pomyłki, które mogły przypieczętować nasz los już dawno temu. Wcześniej udawało się zażegnać kryzys. Ale czy i tym razem, w obliczu kolejnego zagrożenia niepowstrzymanej pandemii, ludzkości się poszczęści?







"Historia najgroźniejszego seryjnego mordercy"

Obecnie dużo czytamy o świecie przyszłości, w którym wojny pustoszą całe kontynenty. O katastrofach, które zatapiają 50% powierzchni Ziemi. A może wielka tragedia czeka nas lada chwila? Już widzimy jej oznaki kiedy telewizja alarmuje o epidemii Eboli, o wirusie, którzy niepostrzeżenie przenosi się z Afryki na Europę. „Strefa skażenia” to książka, która pomieściła wszelkie informacje na temat Eboli zdobyte przez człowieka w ciągu kilkudziesięciu lat.

Tak naprawdę podejrzewam, że tylko ludzie doświadczający tej choroby i badacze tajnych laboratoriów znają prawdziwą powagę sytuacji i dramat, jakim jest okrycie nowego, najgroźniejszego z dotychczas poznanych wirusów. Richard Preston, autor „Strefy każenia”, jako dziennikarz i redaktor dociekliwie bada sprawę Eboli. Opowiada historie kilkudziesięciu osób, które miały styczność z wirusem w różnoraki sposób. Autor opiera się na faktach, podaje pseudonimy lub zmienione nazwiska danych postaci. Relacjonuje wszystko w taki sposób, jakby sam stał obok i szczegółowo odnotowywał każdy przypadek zachorowania, każde badanie i nowe odkrycie. Do tego dobudowuje delikatną otoczkę sprawiającą wrażenie, że mamy do czynienia ze zwykłą opowieścią i bohaterami stworzonymi przez Prestona. Przyznaję, że czasami ta otoczka spowalniała tempo akcji, na szczęście nie była bardzo rozbudowana.

W książce zdecydowanie przeważają szczegółowe opisy przebiegu choroby. Dlatego też musiałam co chwilę robić małą przerwę, bo żołądek sam wywracał się do góry nogami. Autor nie szczędzi dosadnych opisów, gdzie na przykład śledziona porównywana jest do jednego wielkiego skrzepu przypominającego salami. Ciało zamienia się w krwistą papkę, człowiek wygląda dosłownie jak zombi, jeszcze za życia rozkłada się i gnije. Wiedzieliście o tym? Ja przeżyłam szok. Nawet najmniejszy ból głowy wywołał we mnie niemałą panikę. Co by było gdyby… Och, strach myśleć!

Stephen King powiedział: „Jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie miałem okazję przeczytać”. Naprawdę, aż tak? Po lekturze muszę przyznać mu rację, faktycznie, to najgorszy horror i w dodatku prawdziwy. Obecnie jesteśmy w o tyle komfortowej sytuacji, że chwilowo wirus przestał atakować. To jednak długo nie potrwa, ponieważ autor kilkakrotnie nas zapewnia, że Ebola nigdy nie znika. Pozostaje w ukryciu i zaczyna zabijać nagle, w zabójczo szybkim tempie przenosi się na kolejne organizmy, jest bardzo letalny. Ostatnie słowa autora w książce to „… schował się w lesie, ale pojawi się tu znowu”. Czy to nie jest wystarczająco przerażające?

„Strefa skażenia” to idealna lektura dla ciekawskich, ale także dla tych, którzy interesują się mikrobiologią, wirusami i ogólnie biologią. Jako, że właśnie kończę klasę biologiczno-chemiczną, z wielką lubością czytałam biologiczne fakty dotyczące wirusów, badań laboratoryjnych, systematyki i mechanizmy niszczenia komórek przez Ebolę. Mówi się, że teraz naukowcy mogą zrobić wszystko. Nie mogą jednak zidentyfikować siedmiu białek wirusa ebola zair, które zmieniają ciało w zupę. Świat skrywa jeszcze tyle zagadek, szkoda że ta jest przerażająca i niejako uniemożliwia obronę przed Ebolą-mordercą.

Książka Richarda Prestona to porywający thriller non-fiction, który ściśnie nasze gardło i żołądek, wywoła mdłości, strach ale i wzbudzi ciekawość. Cóż, taka jest prawda. Myślę, że każdy bez wyjątku powinien ją poznać.

Moja ocena: 7,5/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non