Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

sobota, 25 listopada 2017

Nibynoc - Jay Kristoff





Wydawnictwo: MAG

Tłumaczenie: Strzelec Małgorzata

Opis: Córka powieszonego zdrajcy, Mia Corvere, ledwie uchodzi z życiem po nieudanej rebelii swojego ojca. Samotna i pozbawiona przyjaciół ukrywa się w mieście wzniesionym z kości martwego boga. Ściga ją senat i dawni towarzysze jej ojca. Jednakże jej dar rozmawiania z cieniami doprowadza ją do drzwi emerytowanego zabójcy i otwiera przed nią przyszłość, jakiej nigdy sobie nie wyobrażała. Szesnastoletnia Mia zgłębia teraz tajniki fachu u najbardziej niebezpiecznych zabójców w całej 
Republice – w Czerwonym Kościele. W salach Kościoła czeka jej ją wiele zdrad i prób, a porażka oznacza śmierć. Jeśli jednak przetrwa inicjację, zostanie przyjęta w poczet wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa i znajdzie się o jeden krok bliżej jedynej rzeczy, jakiej naprawdę pragnie.




Jeżeli śledzicie książkowe nowiki, to na pewno kojarzycie „Illuminae”, pozycję, na punkcie której zwariował zagraniczny book tube. Ostatnio głośno zrobiło się na temat innej pozycji Jay’a Kristoff’a, współautora „Illuminae” – „Nevernight”, czyli „Nibynoc”. Nie wiedzieć czemu, w Polsce nie jest na ten temat głośno. Wydawnictwo MAG zrobiło wszystko, co mogło – zachowało oryginalną oprawę, twardą, a także stworzyło czerwone brzegi stron. Mimo wszystko mało słyszałam o „Nibynocy”, a ludzie nawet nie wiedzą co tracą! Spotkałam się z opinią, że z opisu jest to mix znanych już pozycji – „Szklanego tronu” i „Szóstki wron”. Nie jest to prawda, ale owszem, te trzy książki mają wspólną cechę – są po prostu świetne.

Mia Corvere to córka zdrajcy, którego rebelia skończyła się  klęską. Dziewczyna musi uciekać przed żądnym zemsty senatem i towarzyszami jej ojca. Niezwykłe umiejętności rozmowy z cieniami zaprowadzają ją do domu zabójcy, który otwiera przed nią przyszłość mroczną ale dającą nadzieję. Mia postanawia szkolić swoje umiejętności i zgłębić tajemnice darów w Czerwonym Kościele. W towarzystwie najgroźniejszych zabójców Republiki, dziewczyna próbuje przetrwać i dostać się do wybrańców Pani od Błogosławionego Morderstwa. Czy uda jej się przeżyć wśród intryg, morderstw i licznych zdrad? Czy dokona zemsty na tych, którzy zniszczyli jej rodzinę?

Autor stworzył nowy, fantastyczny świat, który pełen jest zachwycających elementów. Trzy słońca wschodzą po sobie, a co kilka lat następuje arcynoc. Cykl życia wyznaczają „nibynoce”, równie jasne jak zwykłe dni, z tym, że zimniejsze. Występują tutaj nadnaturalne moce, takie jak władanie cieniami, tkanie ciał, a w tym wszystkim przewija się motyw bóstw i kultu. Tak misternie skonstruowany świat, z początku ciężki do zrozumienia, skojarzył mi się z tymi znanymi z twórczości Brandona Sandersona, także jego fani z pewnością zakochają się też w Jayu Kristoffie. Szczególnie mam tu na myśli nowelkę Sandersona, „Duszą cesarza”, która opiera się na tkaniu dusz i ma miejsce w orientalnej rzeczywistości. Również bohaterka, Shai, tak jak Mia, jest piekielnie inteligentna, mroczna, silna, cierpliwa i niczym doświadczony drapieżnik potrafi cierpliwie czekać na atak. Nie mówię tutaj od razu o jakimś plagiacie, pragnę jedynie zwrócić uwagę, że „Nibynoc” bardziej odpowiada klimatowi Sandersona niż innym fantastycznym książkom dla młodzieży.

Między zaś „Nibynocą” a „Szklanym tronem” jest przede wszystkim ogromna różnica w sposobie opowiadania historii. O ile „Szklany tron” to dobra opowieść dla młodzieży, tak „Nibynoc” jest już cięższa w treści, a autor w ogóle się nie hamuje – pisze wszystko bez owijania w bawełnę. Takim sposobem mamy tutaj dużo wulgaryzmów, seksu, morderstw, brutalnych opisów i poważnej, mrocznej fantastyki. Sama historia też nie jest tak łatwa w odbiorze jak można by się spodziewać. Podczas lektury musiałam dość mocno skupić się na tym, co czytam, przede wszystkim aby zrozumieć nowy świat. Autor przygotował bowiem wiele szczegółów, które my musimy przyswoić, a także jego styl pisania nie jest najłatwiejszy. „Nibynoc” dostarcza świetnej rozrywki, ale jest to lektura bardziej wymagająca.

Jak  już nawiązuję do tych „podobnych” lektur, napomknę też o tym, co „Nibynoc” ma wspólnego z „Szóstką wron”. Jeżeli czytaliście moją recenzję książek Bardugo to wiecie, że jedną z mocniejszych stron jej powieści są bohaterowie. Jay podobnie wykreował postacie, które się kocha, a czasem też nienawidzi. Także te czarne charaktery wzbudzają duże emocje, a mroczne postaci pierwszo- i drugoplanowe ujmują swoją siłą, humorem, odwagą i stanowczością. A, właśnie! Humor , groteska to w tej pozycji nieodłączny element bohaterów, podobnie jak w „Szóstce wron”.

Nigdy bym nie powiedziała, że „Nibynoc” to przewidywalna ‘kopia’. To zebranie wszystkiego, co najlepsze w tego typu literaturze i podane w nowej, ciekawej otoczce. Ta powieść nieźle zaskakuje, czasem wzrusza, szokuje i nie pozwala się oderwać. Jest bardzo dobrze napisana, przemyślana od A do Z, skomponowana z największą dbałością o szczegóły. To taki wyższy level w odniesieniu do fantastycznych młodzieżówek, przeznaczony dla starszego czytelnika. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać z niecierpliwością na kolejny tom, bo NIE WYTRZYMAM. 

                                                Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG




sobota, 4 listopada 2017

Szalone losy Lady Jane Grey

Wydawnictwo: SQN
Opis:
Prześmieszna, fantastyczna, romantyczna i całkowicie (ale tak naprawdę, to wcale nie) prawdziwa historia lady Jane Grey.
Jane, lat szesnaście, ma wyjść za mąż za kompletnie obcego faceta. Zostaje wmieszana w intrygę, której celem jest obalenie króla Edwarda. To jednak najmniejszy z problemów biednej Jane.
Bo zostanie królową (między innymi...).

Do czego doprowadzi ta zwariowana gra o tron?










Często słyszę, że książki historyczne nie są ciekawe, w związku z tym nie cieszą się dużym zainteresowaniem u młodszych czytelników. A gdyby tak przyjrzeć się przeszłości w krzywym zwierciadle? W końcu pamięć wypacza pewne wydarzenia, nie jest do końca prawdą, istnieje w naszym umyśle i poddawana jest obróbce pod kontem rzeczywistości. Cynthia Hand, Jodi Meadows i Brodi Ashton dokonały pozytywnej nadinterpretacji. Puściły wodzy fantazji i stworzyły coś, czego w Polsce jeszcze nie było, fantastykę opartą na historycznym realizmie - "Moją Lady Jane".

Anglią rządzi konflikt, nie tyle między rodami królewskimi co między Nieskalanymi - zwykłymi ludźmi, a Ewianami - zwierzętami w człowieczej postaci. W świat intryg i zagrożenia wplątana zostaje młodziutka Lady Jane Grey, która obejmuje tron po umierającym Edwardzie Tudorze. Aby stała się prawdziwą królową, musi poślubić mężczyznę, który, jak się okazuje, lubi często biegać po polach jako... koń. Aby tego szaleństwa było mało, Ewianie muszą walczyć o kraj, a królewskie intrygi mogą zagrażać życiu Jane i jej mężowi. Niebezpieczeństwo, ucieczki i śmiechu co nie miara. Nawet koń by się uśmiał.

Autorki zrobiły coś, z czym jeszcze nigdy nie miałam do czynienia. Zainspirowały się faktami historycznymi aby stworzyć zupełnie nową, świeżą opowieść, a czytelnicy, ciekawi faktycznych podstaw fabuły, zmuszeni są sięgać do źródeł. Tak i ja, przed lekturą zapoznałam się z historią Jane Grey, która w dosłownie szalony sposób trafiła na tron Anglii, po czym została ścięta. Mimo iż autorki tylko zainspirowały się jej postacią, to jednak czuć odwołanie do historii krótko panującej lady Grey. Ogromną pomocą są tutaj dopiski, które przerywają bieg akcji, i autorki tłumaczą dlaczego o czymś napisały, co je zainspirowało. Miejscami mogło to odrobinę irytować, bo czytelnik zmuszony jest oderwać się od fantastycznego w najciekawszych momentach. Niewątpliwie jednak komentarze autorek sprawiają, że czujemy się ważni i bardziej angażujemy się w opowieść.

"Moja Lady Jane" to opowieść iście szalona i mam wrażenie, że autorki wcisnęłyby czytelnikom największą bzdurę w taki sposób, iż byliby zachwyceni opowieścią. To tak jakby opowiadały szalone historie przy popołudniowym spotkaniu przy ciastku i kawie, tylko po to, aby poprawić nam nastrój. A my siedzimy, słuchamy, chłoniemy każdy szalony pomysł jak gąbka.

Oprócz niesamowitej narracji, w książce rozkochują nas bohaterowie, Lady Jane, Edward i Gifford. Są oni tak kochani, tak wyraziści, inteligentni, że dla nich samych warto przeczytać tą książkę. Dialogi między nimi są po prostu rozbrajające, a my czujemy się jak na rodzinnym przyjęciu pełnym swobody, żartów i szalonych pomysłów.

Żeby nie było tak idealnie - jest jedna malutka kwestia, która mnie lekko zawiodła. Liczyłam w tej książce na klimat epoki, spacery po ogrodach, piękne suknie, surowa etykieta, maniery, realia życia w tamtych czasach. Ale to taki malutki zarzut, w końcu takie wymagania spełni pierwsza lepsza kisążka historyczna. A "Lady Jane Grey" zdecydowanie takową nie jest.

Ta powieść wyskakuje z lodówki, wszędzie jej pełno, każdy ją poleca. I ja również, chociaż rozpoczynałam lekturę z dystansem. To idealny sposób na poprawę humoru. Uśmiechniecie się nie raz, zapałacie miłością do bohaterów i autorek, poczujecie się jak podczas babskich pogaduszek, wciągniecie się w historię jak rzadko kiedy. No nie ma innej opcji!

The perfect game. Rozgrywka - J. Sterling

Wydawnictwo: SQN
Stron: 300
Opis: 

On jest rozgrywką, w którą ona jeszcze nie grała.

Kiedy Cassie poznaje w college’u Jacka, postanawia omijać go szerokim łukiem. Gwiazdor drużyny baseballowej uosabia wszystko, czego dziewczyna nie znosi w facetach – jest przystojny, uwodzicielski, pewny siebie, ma wielkie ego i… zabójczo piękne oczy. Sprawy się komplikują, kiedy Jack zaczyna zwracać na Cassie szczególną uwagę. Co tak naprawdę kryje się za jego zainteresowaniem? Czy ma ono jakiś związek z przeszłością dziewczyny? Ile można poświęcić, aby być z ukochaną osobą?






W ostatnim czasie mamy na rynku prawdziwy wysyp powieści NA, które rzadko kiedy są w stanie nas zaskoczyć. Wszystko zaczęło się od nie najgorszego "Hopeless" C. Hoover, które szokowało wszechobecną słodyczą miłości zmieszaną z dramatem tak emocjonującym, że nie sposób się nie zaangażować w historię. Potem już była lawina podobnych powieści, które obecnie nakierowywane są bardziej na erotykę i puste emocje niż na historie miłosne z jakimś większym sensem. "Rozgrywka" to pozycja, która idealnie wpasowuje się w schematy i niczym nie wyróżnia z masy podobnych powieści. Już sam opis mówi nam o historii praktycznie wszystko i nie każe się za wiele spodziewać. Nie mogę powiedzieć, że lektura mnie zawiodła, bo w końcu otrzymałam to, czego się spodziewałam - krótką, prostą i niezaskakującą historię ze schematycznymi bohaterami. A jednak miałam cichą nadzieję, że J. Sterling czymś się wyróżni.

Cassie, młoda, ułożona artystka, poznaje w college'u Jacka Cartera. Chłopak nie pozostaje obojętny żadnej dziewczynie, Cassie natomiast zamiast uganiać się za przystojnym baseballistą, postanawia nie mieć z nim nigdy nic wspólnego. Jack zawsze dostawał to, czego chciał, więc zakazane uczucie jeszcze bardziej go pociąga. Czy faktycznie chodzi tylko o chęć zdobywania? Co kryje się za zainteresowaniem Jacka i czy odważy się zaufać dziewczynie i podarować jej swoje serce? W tej rozgrywce może ucierpieć sportowa kariera lub gorące uczucie. Czy można liczyć na remis?

"Rozgrywka" wpadła w moje ręce przypadkiem. Sama z siebie nie sięgnęłabym po tą powieść, a na pewno nie wydałabym na nią pieniędzy. Ale co miałam zrobić, pewnego nudnego wieczoru, dla odstresowania, po prostu przeczytałam tą książkę, na raz. I to chyba największe atuty tej historii - czyta się ją niezwykle lekko, szybko, zapewnia ona odpoczynek i oderwanie od codziennych spraw. Za to jestem jej wdzięczna, umiliła mi wieczór i jeśli szukacie takiej powieści, niezobowiązującej, to "Rozgrywka" się sprawdzi. Natomiast nie ma co więcej oczekiwać od tej historii, bo jest dokładnie taka sama jak reszta powieści z gatunku. Schematyczność wyziera z każdego zakamarka i mimo że nie czytałam NA nie wiadomo jak dużo, to każdy tą powtarzalność w historii Cassie i Jacka zauważy.

Żeby chociaż bohaterowie byli interesujący, książka tylko na tym zyskałaby naprawdę dużo. Niestety, zapewne już sami znacie Jacka od podszewki, po samym opisie. Standardowy playboy, pewny siebie, niegrzeczny, przystojny, uwodzicielski... I do tego dziewczę, które z założenia miało być artystką, a jednak tej kreatywności i artyzmu w książce nie ma. Autorka mogła bardziej skupić się na ubarwiających historię szczegółach, dać tym bohaterom coś, co sprawiłoby, że byliby wyjątkowi. Rozwinąć temat fotografii i baseballa, sięgnąć po relacje rodzinne i przyjacielskie, a nie wysuwać na pierwszy plan denny wątek miłosny, który w znacznej mierze jest czytelnikowi obojętny. Kartki same się przewracały, a ja pozostawałam niewzruszona i bierna w całej historii.

"Rozgrywka" to kolejny słaby, ale nie rażący głupotą "zapychacz" sklepowych półek pod szyldem "dla młodych dorosłych". Nie jest to książka, którą nazywa się "gniotem", ale jest po prostu taka o, obojętna. Nie trzeba czytać. Jeżeli jednak wpadnie w wasze łapki, to spędzicie przy niej przyjemne kilka godzin. Czasami potrzeba takiej lektury, dla tak zwanego "odmóżdżenia" i nie ma w tym nic złego. Czekam na Wasze wrażenia!