Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

niedziela, 30 grudnia 2018

Sztuka radości, czyli powieść przeklęta



Sztuka radości” już na wstępie kojarzy się z filmem lub książką „Sztuka kochania”. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy przed przystąpieniem do lektury, była taka, że mam przed sobą kopię czegoś, co już znam. Bardziej nie mogłam się mylić. Punktem wspólnym obu historii są mocne bohaterki, które wpływają na otaczający je świat, który nadal jest zamknięty na pewne kwestie, traktuje rzeczy ludzkie jak tabu. Siła feminizmu, ale tego dobrego, zdrowego, silnego i potrzebnego, przelewa się z ekranu i ze stron książek i to czyni je obie tak wyjątkowe.

Modesta urodziła się w 1900 roku, na Sycylii. Społeczeństwo, które ją otacza, nie godzi się na wolność seksualną i intelektualną niezależność kobiet. Modesta nie pierwsza wie, że tak być nie powinno, ale jako jedyna ma odwagę z tym walczyć. Wychowana zostaje w biedzie, następnie w klasztorze, w końcu trafia do arystokratycznego pałacu. Dzięki sile charakteru i inteligencji zaczyna zarządzać finansami rodu, potrafi też wykorzystać swoją pozycję pozyskaną przymusowym małżeństwem. Czy Modesta zdoła udowodnić społeczeństwu, że kobieta może być silna i niezależna? Czy da się dotknąć zakorzenionej moralności Sycylijczyków i dać płci pięknej więcej praw?

Powieść Goliardy Sapienzy jest niezwykle ważna, przełomowa, inteligentna i potrzebna. Aż dziw, że w Polsce prawie nic o niej nie słychać, a przecież powinna dotrzeć do jak największej ilości odbiorców. I powinna ich zachwycić. „Sztuka radości” to nie tylko opowieść o silnej kobiecie łamiącej normy moralne XX wieku, ale także świetne studium historyczne, polityczne, kulturowe i społeczne tego okresu, tak nieodległego od obecnych czasów. Zanim sięgniecie po lekturę, warto zapoznać się z historią „Sztuki radości” i jej autorki. Sprawa jest na tyle poważna, że powieść przeczekała ponad 20 lat, zanim została wydana. A sama Sapienza przeszła przez więzienie, psychiatryk i próby samobójcze za swoje feministyczne poglądy. Niezwykle przygnębiająca historia, ale wnosząca wiele do interpretacji „Sztuki radości”.

Warto zaznaczyć, że książka nie jest lekturą łatwą i przyjemną, jest zwrócona przede wszystkim do dorosłego czytelnika. Znajdziemy tu bowiem śmiałe sceny seksu, kazirodztwa, faszyzm, brutalność. Od czytelnika wymaga się zaś otwartości umysłu, wyobraźni, tolerancji i dystansu. Sapienza nie szczędzi dramatycznych scen, a wszystko po to, aby potrząsnąć czytelnikiem, aby mieć realny wpływ na ówczesny świat.  A z tego dla nas płynie ogromna nauka i inspiracja. Poważnego, przygnębiającego klimatu dodaje też styl, w jakim została napisana powieść. Momentami urywana, pełna metafor i niedopowiedzeń, a niektóre słowa zostają tylko zawieszone w powietrzu. Gdzieś trzeba przemyśleć poruszane kwestie, uchwycić sens i emocje, wczuć się w sytuację autorki. To nie jest łatwe, ale wielce satysfakcjonujące – prawdziwy rarytas dla wymagających czytelników.

„Sztuka radości” to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Pozostaje w umyśle czytelnika na długi czas, daje pole do refleksji i możliwość zawieszenia się gdzieś pomiędzy zdaniami na dłuższy czas. Jednocześnie wciąga, zachwyca, oczarowuje. Ubolewam, że nie jest to na razie głośny bestseller, ale być może to się zmieni. Dlatego też zachęcam do lektury i zapewniam, że warto.

środa, 19 grudnia 2018

Między nami chaos




„Między nami chaos” miała być kolejną młodzieżówką, która prawdopodobnie zapewni kilka godzin dobrej rozrywki, może poruszy ciężkie tematy, ale nie będzie niczym ambitnym i zachwycającym. Ciągnęło mnie jednak do lektury jak magnes, bo czasami jest tak, że tylko widzisz okładkę i tytuł i już wiesz, że to może być dobre. Że to coś dla Ciebie. Gdzieś z tyłu głowy miałam obawę, że się zwiodę, że może jestem na takie lektury zwyczajnie „za stara”. Na szczęście na obawach się skończyło.

Pewnego dnia znika pisarz Arthur Louis Pullmann i nikt nie wie, co się z nim stało. Tydzień później zostaje znalezione jego ciało. Od śmierci dziadka mija pięć lat, wtedy też jego wnuk, Arthur Louis Pullmann Trzeci, przeżywa bardzo ciężkie chwile. Otrzymuje sądowy zakaz zbliżania się do swojej dziewczyny i traci stypendium.  Jego życie staje na głowie i nie wie, jak sobie z tym poradzić, wskutek czego jego ojciec wysyła go do Truckee, gdzie miałby zamieszkać z wujem. Tam na Arthura czeka niesamowite znalezisko – dziennik zmarłego dziadka, chorującego na Alzheimera i opis jego pięcioletniej podróży. Chłopak zdecyduje się pójść śladami dziennika, aby odkryć to, co nieznane.

Podstawową zaletą powieści, a równocześnie wadą, jest to, że niesamowicie wciągnęłam się w lekturę. Gdyby nie studia, to przeczytałabym ją w ciągu jednego dnia i byłby to jeden z najprzyjemniejszych dni z działu tych „leniwych”.  Arthura nie polubiłam od razu, ale z ciekawością śledziłam każdy jego krok, bo takowy był jednocześnie rozwiązaniem jednej z wielu małych zagadek dziadka chłopaka. A dlaczego widzę tu jednocześnie wadę? Bo nie można myśleć o niczym innym, dopóki nie przeczyta się ostatniego zdania. Nauka, praca, obowiązki odbywały się u mnie gdzieś w cieniu myśli o tym, gdzie dalej powędruje Arthur i do czego go to doprowadzi. Tak, więc ostrzegam – warto przysiąść i dać się całkowicie zatracić historii, zapomnieć o tym świecie.

„Między nami chaos” to powieść drogi, w sensie dosłownym, ale też tym w przenośni. Praktycznie każda część książki odpowiada kolejnemu miejscu, do jakiego udał się bohater. Sięgamy do nowych kultur, smakujemy nowe klimaty, w ilościach drobnych, przyswajalnych, subtelnych i urzekających. Dlatego klimat całej opowieści sprawia, że czytelnik się w nią wtapia. Podróże Arthura to jednak przede wszystkim poszukiwanie prawdy, która zmienia postrzeganie świata. To czas przewartościowywania, odnajdywania tego, czego nie widać na pierwszy rzut oka, nauka współgrania ze światem i odnajdywania swojego miejsca. Arthur, będąc osiemnastolatkiem w ciężkiej sytuacji życiowej, musi też przejść przez pewne procesy, nie po to, aby nagle stać się dorosłym, a po to, aby zauważyć, co oferuje świat i nabrać wobec tego odpowiedniego stosunku.  Cieszę się, że w końcu ktoś przedstawił w literaturze młodzieżowej dorastanie w sposób poważny i inteligentny. Tak, że nawet dorosły czytelnik wiele wyniesie z lektury.

Książka Samuela Millera to pewnego rodzaju nowość i to taka błyszcząca, ciepła, klimatyczna. Wybijająca się na tle stosów głupiutkich lektur dla nastolatków, które, mam wrażenie, czasami mają młodego odbiorcę za tego pustaka, co nic w życiu jeszcze nie zrozumiał i nie osiągnął, poza imprezami, konkursami piękności i opanowaniem sztuki flirtu. Dlatego „Między nami chaos” to książka, którą warto się zainteresować, zwracam się tutaj do osób w każdym wieku. Dorośli niemniej niż nastolatkowie docenią historię Arthura i, być może, odnajdą kilka „smaczków” – odniesień do kultury. Myślę, że kiedyś jeszcze wrócę do tej powieści i to z sentymentem.

wtorek, 4 grudnia 2018

Historia złych uczynków



Co decyduje o tym, że postanawiamy być z kimś do końca życia? Miłość, fascynacja, pożądanie, uzależnienie, przyzwyczajenie? Dlaczego osoby krzywdzone nie opuszczają swoich oprawców i nadal ich kochają?

Nina to świeżo upieczona studentka, która wyrusza do Warszawy, bo wierzy, że duże miasto to więcej pespektyw i nowe szanse.  Wyrywa się z miejsca, w którym dotąd musiała obserwować porażki swojej matki, Nina chce uniknąć jej losu. Jednak dziewczyna pewnego dnia wsiada do samochodu z tajemniczym mężczyzną i wtedy wizja uporządkowanego życia pęka jak banka mydlana. Nina wdaje się w niebezpieczny, pełen pożądania toksyczny związek. To on, Miłosz, fascynuje ją i przeraża, zmusza do rzeczy, których nigdy by nie zrobiła. I nagle mężczyzna znika. Nina rozpoczyna poszukiwania, które przywiodą ją aż do przedwojennego domu, w którym ktoś popełnił coś bardzo złego...

„Historia złych uczynków” (zobacz), jak można wnioskować z samego już opisu, to powieść niełatwa. Pełna jest emocji, w tym w dużej mierze takich, które nami wstrząsną i przerażą. Katarzyna Zyskowska sięga do tej najmroczniejszej odsłony człowieczeństwa, nie ucieka przed trudnymi tematami, patologią i cierpieniem. Autorka wciąga w to nas, czytelników. W tym wszystkim przewija się tematyka II wojny światowej, ponieważ fabuła powieści opiera się na dwóch liniach czasowych, z których jedna właśnie dotyczy tej mrocznej części historii, druga zaś śledzi teraźniejszość i losy Niny.

Powieść jest niesamowicie zróżnicowana pod względem poruszanej tematyki i łączy w sobie kilka gatunków – romans, thriller, obyczajówkę i historię. Nie każdy potrafi tak zgrabnie połączyć tyle elementów w spójną, logiczną i zachwycającą całość, jak Katarzyna Zyskowska. W dodatku sam styl autorki jest wciągający, intrygujący, jest idealnym transferem emocji pomiędzy historią Niny a czytelnikiem. Jest także niezwykle plastyczny, o czym zaraz wspomnę. Od lektury trudno się oderwać i, chociaż ciężko mi było polubić którąkolwiek z postaci, to nie mogłam przestać myśleć o bohaterach, kibicować im, czasem się na nich wkurzać, innym razem próbować ich zrozumieć.

Najbardziej interesującym elementem w „Historii złych uczynków” jest niewątpliwie zestawienie ze sobą dwóch obrazów Polski. Mamy bowiem współczesność – szarawą, poukładaną, kierującą się ludzkimi ambicjami i nadziejami na perspektywy poprawiania jakości życia. Świat gangsterski, afery i ciemna strona dużego miasta – to autorka przedstawia niemalże w reporterski sposób, bez zbędnych załagodzeń i delikatności. I mamy też czasy tuż przed i tuż po rozpoczęciu II wojny światowej – trwałe przyjaźnie, pogoda ducha, wspólnota, letniska, a następnie wstrząsająca tragedia. Te fragmenty powieści Zyskowska napisała językiem poetyckim, bardziej emocjonalnym, momentami przywodzącymi na myśl polskich klasyków. Ta właśnie plastyczność języka, umiejętność dopasowania się do klimatu tworzonych wątków i zlepienie wszystkiego tak, aby było spójne, to coś, za co autorce należą się ogromne gratulacje.

„Historia złych uczynków” zbiera praktycznie same pozytywne opinie i ja się temu wcale nie dziwię. Przyznać też muszę, że gdy tylko zamówiłam na Gandalfie swój egzemplarz, a następie umościłam się w fotelu i rozpoczynałam lekturę, to miałam obawy, że powieść nie podoła moim oczekiwaniom.  Może przez pierwsze kilkadziesiąt stron miałam wrażenie, iż czytam zwykłą obyczajówkę, ale potem historia zamieniła się w coś zachwycającego, ambitnego i mądrego. To powieść o poszukiwaniu celu w życiu, o tym, czym jest miłość, o obsesjach ukrytych w ludzkich głowach, o strachu i uzależnieniu od drugiego człowieka, o bólu i przebaczeniu. Absolutnie lektura warta przeczytania.

Ze swojej strony polecam zakupić książkę w Gandalfie - duży rabat i szybka dostawa :)

czwartek, 29 listopada 2018

Seria Dworu cierni i róż



Czy jest jeszcze ktoś, kto nie słyszał o serii Dworów Sarah J. Mass (zobacz)? Czy trzeba jeszcze coś dodawać w tej kwestii, gdy wszystko zostało już powiedziane? Ano trzeba, bo jeżeli nadal nie wiecie, kim jest Rysiek, którym zachwycają się niemalże wszystkie czytelniczki, to najwyższy czas to zmienić.

Dwie pierwsze części czekały na mojej półce praktycznie od dat ich premier. Tyle czasu, wyobrażacie sobie? W Gandalfie zaopatrzyłam się w trzeci tom i dopiero teraz połknęłam całą serię, praktycznie na raz. I mimo że mam kilka zastrzeżeń do warsztatu Mass, to jednak była to wielce emocjonująca przygoda i ciężko nie dać się porwać szaleństwu na Dwory.  Ale zacznijmy od początku...

Feyra jest łowczynią, utrzymuje swoją rodzinę poprzez polowanie. Podczas srogiej zimy zapuszcza się w okolice Prythian – miejsca zamieszanego przez czarodziejskie istoty. I nie są to leśne rusałki, bynajmniej – rasa potężnych, niebezpiecznych stworzeń, która niegdyś władała światem. Dziewczyna podczas jednej z takich wypraw nieświadomie atakuje magiczną istotę w postaci wilka, a za ten czyn przychodzi jej srogo zapłacić. Musi albo walczyć na śmierć i życie, albo stać się wiecznym więźniem Prythianu.

Ciężko tak naprawdę określić, na czym opiera się sukces Mass, chociaż sama muszę przyznać po lekturze trylogii, że ma w sobie coś wyjątkowego. Prawdopodobnie chodzi o kreację bohaterów, nieidealną, ale porywającą bardziej niż właściwa fabuła. Feyra z początku nie zdobyła mojej sympatii, z czasem jednak zaczęła używać szarych komórek i inteligentnie analizować sytuację, w której się znalazła. Z każdym tomem tak naprawdę dorastała, w końcu na samym początku miała zaledwie dziewiętnaście lat. Także historia tej dziewczyny nieco różni się od znanej nam ze „Szklanego tronu” Celeany. Feyra zmierzyła się na kartach Dworów z większym cierpieniem, wiele przeżyła i to zaczęło ją kształtować. Mass dodatkowo zasypuje nas ilością bohaterów dalszoplanowych, z których każdy jest oryginalny i wywołuje konkretne, silne emocje. Od miłości i sympatii zaczynając, na czystej nienawiści kończąc. Mówiąc o miłości mam tutaj na myśli głównie Rhysanda, ale fanki już tak go otoczyły, że na pewno nie jest w moim zasięgu. Ale wzdychać do niego nie przestanę, oj, nie ma opcji!

Pierwszy tom serii, „Dwór cierni i róż”, jest zdecydowanie najsłabszy i szkoda, że wiele osób po tej części daje sobie spokój z dalszą lekturą. Mass ma to do siebie, że buduje obszerne wstępny, nie najlepszej jakości, ale wszystko rozwija w taki sposób, że pod koniec opada szczęka. To samo ze „Szklanym tronem”. Trzeba czekać praktycznie do trzeciego tomu, żeby z prostej opowiastki wyrzeźbiła się naprawdę dobra, zawiła historia. Z książki na książkę jest coraz lepiej, nie idealnie, ale naprawdę łatwo się wkręcić i dać porwać temu uniwersum. Najlepszą częścią Dworów jest według mnie tom trzeci, gdzie wszystko się nawarstwia, narasta i pęka z impetem. Poziom mojego zaangażowania emocjonalnego w historię Feyry osiągnął apogeum i temu nie mogą zaprzeczać, więc czekam na kolejny tom, bo to ponoć nie koniec.

Jestem już po lekturze czterech tomów „Szklanego tronu” tej autorki i muszę przyznać, że Dwory podobały mi się trochę bardziej. Zaczęło się od charakteru głównej bohaterki (w ST musiałam się powstrzymywać, żeby Celeany nie udusić), a skończyło na ciekawszym pomyśle na świat przedstawiony. Co jednak razi w Dworach najbardziej? Seks, fetysze i to takie naprawdę dziwne, zwłaszcza od drugiego tomu. Nie za bardzo rozumiem, jaki Mass miała w tym cel, może chciała dodać takie wątki dlatego, że robią tak wszyscy. I jest ich naprawdę dużo i są dość szczegółowe. Trochę nieodpowiedzialne posunięcie, zwłaszcza, że pierwsze tomy serii autorstwa Mass czyta się jak lekturkę dla starszych dzieci.

Dwory nie są idealne, momentami rażą głupotą, nielogicznością, zdarzają się denne dialogi i odpychający seks, a jednak seria ma „to coś”, czego szukają osoby spragnione fantastyki, przygód i emocji. Czekam na następne części z uniwersum, będę czujnie obserwować, czy Mass zrobi pewne postępy, czy też oprze się na swoim dotychczasowym sukcesie i nie zaoferuje nic nowego. Tymczasem lećcie do księgarni, najlepiej do Gandalfa, który zawsze ma zniżki i zatopcie się w świecie Dworów! 

Małe ogniska - Celeste Ng



„Małe ogniska” została okrzyknięta powieścią roku przez najbardziej cenione magazyny czytelnicze, a na okładce możemy znaleźć rekomendację Jodi Picoult. Z dość dużymi wymaganiami zabrałam się za lekturę i muszę przyznać, że choć książka nie okazała się być perłą, to jednak należy do tych lepszych powieści, które podczas czytania zapewniają świetną rozrywkę i pozostają w pamięci na długo.

Przenosimy się do małego miasteczka w Stanach Zjednoczonych – do Shaker Heights, które trwa w ściśle ustalonym porządku. Każdy dom wygląda niemal tak samo, każdy trawnik i ogród pasuje do siebie. To pozwala mieszkańcom na prowadzenie spokojnego, stabilnego życia, bez większych przygód i zaskoczeń. Tutaj właśnie wychowała się Elena, dziennikarka, żona i matka czwórki dzieci. Zmiany w życiu są jej zbędne, miasteczko daje jej pewne poczucie ładu i bezpieczeństwa. Pewnego dnia wszystko się zmienia. Elena oddaje pod wynajem mieszkanie nowym lokatorkom, a zaprzyjaźnione małżeństwo adoptuje chińską dziewczynkę pozostawioną pod remizą strażacką. Dotychczasowe spokojne życie przemieni się w obsesję, aby odkryć sekrety niechcianych gości. Czy role społeczne mogą powodować dysfunkcję cichego miasteczka i jego spokoju?

Nowa lokatorka, Mia Warren, to samotna matka wychowująca córkę, a jednocześnie artystyczna dusza, która burzy pewien porządek. Wkracza do idyllicznego świata, które jest wielce egocentryczne, zamknięte i ograniczające. Celeste Ng przedstawia w „Małych ogniskach” skrajności – otwartość i dezaprobatę dla inności, konformizm i nonkonformizm. Zestawia ze sobą dwie bohaterki, które stają się dla siebie atakującymi i ofiarami, jednak trzeba zaznaczyć, że autorka zbyt dosadnie opowiadasię za jedną ze skrajności. Najważniejszy powinien być balans, tymczasem czytelnik zostaje mocno przekonany o tym, że to, co nowe,  jest dobre, a to, co przyzwyczajone do porządku - nieprawidłowe. To chyba największy minus tej historii, ponieważ pozbawia odbiorcę pewnej subiektywnej opinii nad dwoma kobietami, nad ich postępowaniem, rolami społecznymi i patrzeniem na świat. Z drugiej strony nie jest to na tyle duża wada, aby potępiać pomysł na „Małe ogniska”. Autorka bowiem świetnie pokazała to zaburzenie idylli, a także nie oparła się jedynie na zaściankowości.

Książka Ng to opowieść o samotności, o trudach wychowywania dziecka, o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie i o silne miłości matczynej. Przez lekturę dosłownie się płynie i czyta z ciepłem rozlewającym się gdzieś w okolicy serca, ze spokojem i skupieniem. Dlatego nie warto postrzegać „Małych ognisk” jak lektury bardzo wysokiej, ambitnej i ciężkiej. To literatura obyczajowa, relaksująca,  taka, której momentami zabraknie elementu zaskoczenia. I właśnie chyba to jest moim największym zarzutem – brak efektu „wow”, brak czegoś orzeźwiającego i wciągającego. Historia być może zostanie w pamięci na dłuższy czas, ale jednak czegoś zabrakło, aby nazwać ją „najlepszą książką roku”. Mimo wszystko jeśli macie ochotę na dobrą obyczajówkę na zimowy wieczór – polecam jak najbardziej.

Bastion - Stephen King



Moje pierwsze spotkanie ze Stephenem Kingiem nie było zbyt udane – „Cmętarz zwieżąt” porzuciłam po około połowie. Od tego czasu minęły 3 lata i pojawiła się możliwość lektury „Bastionu”. W nowym wydaniu, około 1000 stron drobnym maczkiem. Wiedziałam, ze to może być albo pasjonująca przygoda, albo męczarnia i postanowiłam spróbować, dać Kingowi jeszcze jedną szansę. I przyznać muszę, że było warto, ale następnym razem poprzestanę na krótszych formach spod pióra Króla Horroru.

Na świecie panuje grypa, która zbiera śmiertelne żniwo. Ludzkość wymiera – bez wybuchów, bez wojen, cicho i skutecznie. Liczni popadają w szaleństwo, mają wizje o pojawieniu się na Ziemi sił Dobra i Zła. To oni zdecydują o tym, którą drogą pójdą. Koniec świata zbliża się wielkimi krokami, a przecież w życiu trzeba uporządkować jeszcze wiele spraw...

Kinga nazywa się królem horroru, ale groza, którą kreuje, przynajmniej w tej powieści, nie opiera się na nadnaturalnych motywach. Dotyczy poniekąd mistycyzmu, ale to natura ludzka jest najbardziej niepokojącym czynnikiem w całej tej opowieści. Zbliżająca się apokalipsa i bezradność wobec niej budzi najgorsze instynkty, doprowadza do szaleństwa, obdziera z dobra i honoru. Mówimy często „nigdy bym tak nie zrobił, to okrutne”, a jednak wiele eksperymentów pokazuje, ze w momencie desperacji tracimy wszelkie dobre emocje i kierujemy się instynktem przetrwania, wszelkim kosztem. Zmiany zachodzą też w naszym pojmowaniu świata, tak samo bohaterowie „Bastionu” reagują na zagrożenie w różny sposób. Jedni woląc uciekać, inni walczą, następni zatapiają się w bólu i rozpaczy. Szukają dobra lub zła, nie ma tutaj kompromisu.

Za powieścią Kinga stoi refleksja, a podejrzewam, że jest to typowe dla każdej jego książki. Pomijając już rozważania czysto moralne, nawiązania mistyczne do wiary, do dobra i zła, mamy tutaj niepokojąco prawdziwą wizję świata. Nie każdy wie, ze powieść pochodzi z roku 1978, ponieważ jej treść jest tak aktualna i świeża, że ciężko zauważyć jej wiek. Świat wykreowany przez Kinga sprawia wrażenie realistycznego, co więcej – to praktycznie nasz świat, który jest kruchy i w każdym momencie może upaść. Ciężko spekulować na takie tematy, ale jakbyśmy się zachowali w sytuacji bohaterów?

Wizja świata, solidne podejście do przedstawienia dylematów moralnych i realistyczne opisy to najmocniejsze strony książki, a jednak z Kingiem trzeba się po prostu polubić. Niektórzy mówią, że jego powieści czyta się szybko i lekko. Jak dla mnie - wręcz na odwrót. Momentami jest nudno, styl jest dość surowy, nie ma dużego ładunku emocjonalnego. Kilka razy odkładałam "Bastion" z myślą, że chyba nie powrócę do czytania, ale dobrnęłam do końca i jestem z siebie dumna. To trochę dziwne - z jednej strony jestem dla Kinga pełna podziwu, z drugiej zaś wolałabym więcej dynamizmu, emocji i lepszego utożsamienia z bohaterami. Czy polecam "Bastion"? To zależy, czego oczekujecie i czy w ogóle lubicie styl Kinga. Warto jednak wiedzieć, że to prawdziwa cegła, powolna, ciągnąca się, a jednocześnie ambitna.

Za lekturę bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros


Zostawiłeś mi tylko przeszłość - Adam Silvera




O Adamie Silverze słyszeli już prawie wszyscy książkoholicy. Jego twórczość okazała się być na polskim rynku pewną nowością, przełomem, małą rewolucją, która otworzyła społeczność czytających na tematy kontrowersyjne. Silvera pisze bowiem o związkach homoseksualnych, ale też nie do końca. To powieści przede wszystkim o i dla młodych ludzi, zagubionych w życiu, wyobcowanych, albo po prostu szukających swojego miejsca na świecie. I nie ważne co uważasz – „Zostawiłeś mi tylko przeszłość” po prostu należy przeczytać.

Tutaj zwykle w kilku zdaniach opisuję fabułę, jednak mam wrażenie, że czasem lepiej wiedzieć o powieści jak najmniej. Sama, przyznam szczerze, czytając czyjąś recenzję, omijam akapit z opisem. W przypadku „Zostawiłeś mi tylko przeszłość” postanowiłam oprzeć swoją recenzję tylko na moich odczuciach z lektury i na tej warto zdecydować, czy to powieść dla Was. W przypadku tej konkretnej powieści opis fabuły nie ma większego sensu.

Głównym bohaterem jest Griffin, nastolatek, który wyraźnie dostaje od swoich rówieśników. I mimo, że jest postacią prawdopodobnie zupełnie inną niż my samy, to jednak łatwo odnaleźć w sobie empatię i wyrozumiałość dla niego samego i jego uczuć. Griffin cierpi bowiem na zburzenia obsesyjno-kompulsywne, ma swoje dziwactwa, uwielbia liczby parzyste i Harrego Pottera (no dobrze, pod tym większość z nas może się podpisać). Griffin ma też chłopaka, Theo, który z kolei decyduje się wyjechać. Wtedy życie naszego głównego bohatera staje się równią pochyłą. Griffin traci w swoim życiu pewną stabilizację i zostaje postawiony przed prawdziwą tragedią. W dodatku nadal jest młodą, dorastającą osobą, tak więc widzimy losy nastolatka próbującego poradzić sobie w ciężkich doświadczeniach. Zapewne duża część czytelników będzie wiedziała, co czuje Griffin, ponieważ przeżyła w życiu pewne tragedia, czy duże problemy. A nawet jeśli takowych nie było, bohater wzbudza tak pozytywne i czułe emocje, że od tej pory nie liczy się nic więcej, jak tylko obawa o jego los i kibicowanie mu do ostatnich stron.

„Zostawiłeś mi tylko przeszłość” już pierwszym zdaniem miażdży serce. Zaczyna od mocnego ciosu, a dopiero stopniowo możemy się po nim zbierać, odnawiać nadzieję, ostatecznie powieść pozostawia nasz z ciepłymi uczuciami i nadzieją. Równocześnie może wiele zmienić w samym czytelniku, pozwala zastanowić się nad pewnymi kwestiami i zrozumieć, jak ciężko jest osobom homokseksualnym, które nie znajdują w świecie akceptacji. I nie chodzi o to, aby promować „inną miłość”, ale chodzi o to, aby nie traktować człowieka jako tego gorszego, drugiej kategorii. To są często osoby zagubione, niepewne siebie, zakompleksione, odbywające długą drogę do tego, aby pogodzić się ze sobą, albo też w jakiś sposób nad sobą pracować. Kluczowe jednak jest pragnienie odnalezienia się w świecie, takie pragnienie ma praktycznie każdy nastolatek. Pęka pewna bańka oczekiwań i łagodności, pojawia się ta trochę mroczniejsza strona życia i trzeba sobie z tym jakoś poradzić.

Styl Silvery jest lekki i przystępny, jak na młodzieżówki przystało, a jednak podszyty jest pewnymi metaforami. Może niektórym się nie spodoba to porównanie, ale ma coś w sobie z Greena. Panuje tutaj podobny klimat, taki, który chwyta za serce i ciężko o historii zapomnieć. „Zostawiłeś mi tylko przeszłość” nie jest powieścią idealną, bo momentami przynudza, ale wskazuje też na nieidealnego Griffina. W tym wszystkim widać pochwałę dla inności. Widać, że to, co nieidealne, w rzeczywistości jest silne przez swoje wady. Powieść warta przeczytania.

12 słodkich miesięcy, czyli przepyszne smakołyki


Ciężko recenzować książkę z przepisami, ale o tej zdecydowanie musicie usłyszeć!

Ostatnio bestsellerami są poradniki o zdrowym żywieniu, byciu fit i weganizmie. A co, gdyby jednak od czasu do czasu postawić na słodkości z wyższej półki i to zrobione samodzielnie? 

Malinowa tarta, ciasto miętowe, chrupiące faworki, mini pączki i puszyste musy czekoladowe? Dla mnie, osoby niewykazującej w kuchni większej inwencji twórczej, takie dania wydawały się być zbyt trudne i wymyślne, a jednak okazało się, że robota jest bardzo łatwa. Fakt, wymaga wprawy i czasu, ale aż dziw, że z zaledwie kilku prostych składników można wyczarować coś pysznego. Do tej pory wykonałam 3 przepisy - mini pączki, mus czekoladowy i sernik na zimno. Nad metodą dekorowania muszę jeszcze popracować, ale poz względem smaku było naprawdę dobrze. 

"Dwanaście słodkich miesięcy" jest wydana bardzo estetycznie - twarda oprawa, śliskie kartki, kolorowe zdjęcia. Przepisy rozdzielone są na 12 miesięcy, z uwzględnieniem dostępności produktów sezonowych i nastrojów na coś lekkiego, zimnego oraz rozgrzewającego. To czyni książkę przystępną, szybko znaleźć coś, co nas zainteresuje i co zechcemy wykonać w swojej kuchni. 

Myślę, że przepisy są dla każdego - amatora i osób zaawansowanych kulinarnie, a także na różne okazje - przyjęcia, spotkania rodzinne, a także dla samego siebie, do herbaty czy kawy. Bardzo polecam, dzięki tej książce można mieć radość nie tylko z jedzenia, ale także z przygotowywania niesamowitych słodkości. 

wtorek, 6 listopada 2018

Tajemna historia - Donna Tartt



Chyba nie ma nikogo wśród książkoholików, kto nie słyszałby o Donnie Tartt. „Tajemna historia” (zobacz) to powieść uważana za najlepszą w dorobku autorki, a wśród krytyków literackich ciężko o słowa inne niż te wyrażające zachwyt. Nic dziwnego, że zasiadając do lektury miałam bardzo wysokie oczekiwania, a jednocześnie przygotowałam się na ambitną, cięższą opowieść. Tak więc zamówiłam powieść w księgarni Gandalf, a następnie zatopiłam się w lekturze. Nie zawiodłam się, a nawet miło zaskoczyłam.

Richard Papen to świeżo upieczony student filologii klasycznej college’u w Nowej Anglii.  Ten krok w jego życiu nie jest tak oczywisty, jak mógłby się wydawać. Wraz z grupą innych studentów, Richard trafia pod skrzydła charyzmatycznego profesora i powoli zmienia patrzenie na świat. Widzi w swojej egzystencji coś więcej niż tylko monotonność życia codziennego i postanawia dokonać pewnego eksperymentu. Wpada w nałogi, a wszystko po to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie – na jak wiele może sobie pozwolić? A co, gdyby postanowić sobie być bogiem własnego życia? Postanowić, że nic nie zachwieje twardej postawy, nawet odpowiedzialność za morderstwo? Czy można do końca decydować o sobie samym? Czy można wyzbyć się wyrzutów sumienia?

Nawet po powierzchownym zapoznaniu się z fabułą „Tajemnej historii”, zauważyć można duże podobieństwo do „Zbrodni i kary”. Ze stosów nieprzyjemnych lektur szkolnych, tą akurat wspominam najlepiej i, przyznać trzeba, powieść Donny Tartt czerpie z tego klasyka, tworząc jednak coś nowego. Sama staje się klasykiem. Obie książki mają podobny koncept, poruszają podobne kwestie moralne, a jednak różnią się na tyle, że nie można winić Tartt za jakikolwiek plagiat czy nadmierną inspirację. „Tajemna historia” jest pełna współczesnych problemów, potrafi także zaskoczyć i wydaje się być bliższa czytelnikowi.

Powieść Tartt to istny majstersztyk, przede wszystkim pod względem warsztatu pisarskiego. Prawie każde zdanie jest odpowiednio wyważone, urzekające, pełne swoistego klimatu i urzekające. Również opisy natury świadczą o wielkiej wrażliwości pisarskiej autorki, świat przedstawiony dosłownie oczarowuje czytelnika. Jest jednocześnie poetycki, ale prawdziwy, piękny i momentami mroczny, realistyczny i urzekający. Dla samego tego rozkoszowania się warsztatem Tartt warto tę powieść przeczytać, zwłaszcza jesiennym lub zimowym wieczorem. Nie ma wtedy nic lepszego niż troszkę cięższa literatura, dobrze napisana, a do tego ciepły koc i kubek ulubionego napoju. Aż żal kończyć „Tajemną historię”, naprawdę.

Historia Richarda jest wielopłaszczyznowa i dotyka wielu kwestii, które skłaniają czytelnika do refleksji. To opowieść o błędach młodości, o poszukiwaniu swojej tożsamości, o samotności, o błędach miłości, o dojrzewaniu i oswojeniu się z brutalnością świata. Momentami melancholijna, innym razem zasmucająca, czasem także powolna i wymagająca. Książka najlepiej trafi do ludzi młodych, do studentów, do osób borykających się z dorastaniem i doświadczaniem świata takim, jakim jest. Warto jednak zaznaczyć, że dorośli czytelnicy mogą wyciągnąć z lektury nie mniej, niż wcześniej wskazani odbiorcy. To powieść uniwersalna, która pokazuje, że każdy z nas przechodzi w swoim życiu przez etap godzenia się ze sobą. Odebrałam ją bardzo osobiście, bo od jakiegoś czasu obserwuję, co dzieje się wokół mnie i próbuję jakoś się do tego ustosunkować, zrozumieć, poskładać wszelkie myśli, które wydają się dążyć donikąd. Na tym etapie mojego życia, na pewno nie uznałabym, że „Tajemna historia” to zbyt wyniosłe wdrażanie się w rzeczy, które tego nie wymagają. Dlatego do lektury potrzebna jest pewnego rodzaju dojrzałość, ale taka, która jeszcze nie do końca wie, w jakim kierunku nas zaprowadzić.

„Tajemna historia” to opowieść wyjątkowa, taka wprost do smakowania, delektowania się i jednocześnie dająca do myślenia. Rozumiem już, na czym polega fenomen Tartt i uważam, że w pełni zasługuje na ogłoszenie jej twórczości klasyką literatury pięknej. Absolutnie wyjątkowa i warta uwagi lektura.

PS Swego czasu książka  w twardej oprawie i obwolucie była praktycznie niedostępna. W Gandalfie możecie kupić właśnie taką wersję :)!

Życie w średniowiecznym mieście



Jestem typowym mieszczuchem, chociaż momentami doceniam spokój i  swobodę wsi. Lubię jednak gdy wieczorem okolica tętni życiem, jak każdy goni za swoimi sprawami, czuć motywację do działania i pewnego rodzaju anonimowość. O tym, jak w średniowieczu żyło się w miastach, nie wiedziałam prawie nic – tylko tyle, czym uraczył mnie przedmiot historii w gimnazjum. Lektura „Życie w średniowiecznym mieście” okazała się być dla mnie dobrym wyborem, bo nie dość, że dowiedziałam się o wiele więcej ciekawych rzeczy, niżeli w szkole, to wciągnęłam się na kilka godzin w ten miniony świat.

Jeżeli myślicie, że książka jest pisana w podręcznikowy sposób, to muszę temu zaprzeczyć. Owszem, autorami są historycy, którzy raczą czytelnika wieloma faktami i ciekawostkami, ale jednak potrafią wciągnąć w opowieść lepiej niż niejedna literatura fabularyzowana. Podczas lektury czułam się jak mieszkaniec średniowiecznego miasta. Byłam oprowadzana po sklepach, straganach, kościołach, uroczych budynkach, teatrach i szkołach. Odbyłam wizytę u lekarza, co było niesamowicie ciekawym przeżyciem, zwłaszcza, że farmacja i jej historia, a także elementy medyny, nie są mi obce. Weszłam do domu zwykłego mieszkańca, poznałam jego rodzinę oraz warunki, w jakich żył.

Życie miasta średniowiecznego to oczywiście nie tylko ulice, rzemiosła, praca i organizacja domu, ale także uwarunkowania kulturowe oraz obce nam zwyczaje. Poznając tę minioną epokę od strony codziennego funkcjonowania miasta, mamy świetną okazję do poznania mentalności ówczesnych ludzi. Śluby i pogrzeby, ich elementy i tradycje, mówią wiele o tej społeczności i pozwalają  dostrzec, że wbrew pozorom, my, współcześni ludzie, nie różnimy się aż tak od ludzi średniowiecza. Porównania nasuwają się same i to na wielu płaszczyznach, zarówno w kwestiach domowych, rodzinnych, jak i traktowania pacjenta przez służbę zdrowia. Także charakter konkretnych zawodów do dzisiaj pozostaje z podobnym poziomem zaufania publicznego, choć trzeba przyznać – ostatnio wszystko zaczyna się powoli zmieniać. Wydaje mi się, że tylko jedno pozostaje niezmienne, a w głowach cały czas to samo...  oczywiście  mowa o studentach!

„Życie w średniowiecznym mieście” to ciekawa lektura, która daje niezwykle przydatną wiedzę, a jednocześnie bawi. Dostarcza wiele informacji o nas, o ludziach, o tym, jak się zmieniamy, jak zmieniają się nasze wartości i czego tak naprawdę oczekujemy od życia. Polecam każdemu, takie bestsellery warto czytać, bez względu na wiek i zainteresowania, także czytelnikom opornym na historię. Ciekawa jestem, jak świat będzie wyglądał za parę wieków i czy wtedy ludzie sięgną po książkę „Życie w XXI-wiecznym mieście”.

środa, 24 października 2018

Tusz - Alice Broadway



Zdarza się, że na polskim rynku wydawniczym pojawi się książka, która już na starcie skazana jest na rozgłos. I o ile faktycznie powinno się oceniać wnętrze, o tyle w przypadku „Tuszu” wpierw widzimy mieniącą się złotem okładkę, a dopiero potem czytamy opis. I samo to powierzchowne zapoznanie z fabułą zaciekawia. Tak samo nazwa serii – „Księgi skór”, brzmi interesująco, zwłaszcza, gdy okazuje się, że chodzi o księgi z ludzkiej skóry...

Wydarzenia z przeszłości trzymamy albo w albumie na zdjęcia, albo na kamerze, czasem jedynie w swojej pamięci, czasem w pamiętniku. Jednak w świecie „Tuszu” każde ważne wydarzenie pozostawia ślad na skórze,  tatuaż. Młoda Leora jest pewna, że jej ojciec prowadził wzorowe życie, pełne dobroci, dumny i odwagi. Wie, że jego skóra powinna zostać przekształcona w księgę, na której będą widoczne wszystkie tatuaże zmarłego, jako dowód godnego, dobrego życia. Kiedy okazuje się jednak, że treść księgi nie pokrywa się z jej wyobrażeniami, zaczyna rozumieć, że nie znała swojego ojca tak dobrze, jak jej się wydawało.

Zacznę od największej zalety „Tuszu”, a mianowicie od kreacji świata przedstawionego. Przyznać trzeba, że pomysł na tatuaże jako zapis wspomnień to coś zupełnie nowego i ciekawego. Dodatkowo motyw tworzenia ksiąg z ludzkich skór dodaje nieco tajemniczości. Jeśli chodzi o czasy, z jakimi mamy do czynienia, to ciężko je jednoznacznie określić. Z jednej strony kojarzą się z klimatami pierwotnych plemion, z drugiej mamy mikrofony i technologię podobną do współczesnej. Elementy dawnych epok trochę zaburzają odbiór świata, ale z drugiej strony taki miks obyczajowości ma swój niepowtarzalny urok, staje się dość nieoczywisty i pełen zagadek. Powolne wnikanie w ten świat sprawiło mi wiele radości.

Trzeba zaznaczyć, że do elementów oryginalnych, niespotykanych dotąd w literaturze młodzieżowej, autorka wprowadziła sprawdzone schematy fabularne. Niektórzy czytelnicy zarzucają powtórzenie motywów z takich powieści jak „Igrzyska śmierci” czy „Niezgodna”, co znacznie utrudniło im odbiór książki. Z jednej strony nie sposób się nie zgodzić – mamy motyw buntowniczki, rebelii,  a z drugiej strony te elementy są przedstawione w nowy, świeży sposób. Pomysł na księgę z tatuażami został moim zdaniem dobrze wykorzystany, sprawnie wplótł się w to, co mamy w młodzieżówkach apokaliptycznych najlepszego. Tak więc otrzymujemy nową wojowniczą duszę, w nowym świecie, walczącą z nowym systemem, ale na podobnych zasadach. Poniekąd możemy się spodziewać, jak potoczą się losy Leory, ale „Tusz” i tak kilkakrotnie zaskakuje.

Powieść Alice Broadway czyta się bardzo szybko, w zawrotnym tempie i z zaciekawieniem. Nie jest to lektura, która nakłoni do refleksji, ale idealnie sprawdzi się na nudny jesienny czy zimowy wieczór. Na pewno wprowadzi w literaturę młodzieżową trochę świeżości, a jednocześnie nie zawiedzie stałych odbiorców tego gatunku. „Tusz” był przyjemną, wciągającą lekturą i dlatego z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

Krwawy księżyc, czyli mind blowing!



Szczęśliwe małżeństwo.
Dobrze prosperująca kariera.
Nadchodzące zło.
I wyrzuty sumienia.
Tragedia, której nie można wyjaśnić.
A na niebie Krwawy Księżyc.

Victoria Page i Thomas Wilde to małżeństwo, które zaczęło od miłości, zaufania i wzajemnego oddania. Jednak coś się zmieniło. Oboje są pisarzami, ale to decyzja Thomasa o napisaniu kryminału zapoczątkowuje serię dramatycznych zdarzeń. W mieście mają miejsca morderstwa inspirowane książką, a Victoria czuje, że mąż się od niej oddala. Czy to możliwe, by Thomas sam zabijał po to, aby jeszcze bardziej wybić swoją powieść na liście bestsellerów? Skąd u Victorii zaczynają pojawiać się koszmary, w których jej mąż zabija ją na dziesiątki różnych sposobów? Kto tu jest ofiarą a kto winowajcą?

Karina Hiddenstorm dobrze wie, jaką sieczkę z mózgu zafundowała mi tą powieścią i jak dużo czasu zajęło mi, zanim zdecydowałam się w końcu napisać swoją opinię. Nadal nie wiem do końca, jak ubrać w słowa to, co czuję, ale postaram się.

Może zacznę od tego – „Krwawy księżyc” to nie jest kryminał, nie horror i nie thriller. Paranormal, w jakiejś części, ale też nie do końca. To unikatowy miks, coś, czego jeszcze nie było i co tak bardzo miesza w głowie, że ciężko cokolwiek ze sobą zrobić po przeczytaniu. Znaczna część powieści jest po prostu dziwna. Niekomfortowa. Dokładnie tak się czułam podczas lektury – niepewnie i nieswojo, byłam zmieszana, towarzyszyły mi przeróżne emocje. I nawet kawałek za połową nadal nie wiedziałam, o co chodzi, co o tym myślę i czy w ogóle jest to powieść dla mnie. Wszystko nabrało sensu, gdy przeczytałam epilog. Totalne zdziwienie, ale jednocześnie poczucie, że „nie rozumiem, ale to było genialne”. Wówczas szybko napisałam do Autorki z mnóstwem pytań i wątpliwości i powiem Wam, że ta rozmowa bardzo mi pomogła w rozumieniu tej historii. Sama Karina jest bardzo uprzejma i naprawdę cudowna, więc myślę, że w razie jakichś wątpliwości warto się z nią skontaktować, lub z kimś, kto powieść przeczytał.

Pewne elementy „Krwawego księżyca” można wyjaśnić, innych nie, a nad innymi jeszcze trzeba zastanawiać się samemu. Dlatego ta powieść może zostać odebrana zupełnie inaczej przez każdego czytelnika. Autorka wplotła w fabułę wiele odniesień do wiary, natury ludzkiej, do postrzegania ludzi szalonych, momentami powieść jest wręcz metafizyczna. Mnie niezwykle poruszyły aspekty, które dotyczą mnie i tylko mnie, moich przemyśleń, moich dziwnych doświadczeń i wiem, że ktoś inny mógłby tego nawet nie zauważyć. I to jest cudowne! Fabuła „Krwawego księżyca” jest tak wielopłaszczyznowa, nieuchwytna i oryginalna, że ciężko ją ocenić w stosunku do innych powieści. Zwykle oceniamy bohaterów, tempo akcji, czy intryga zaskakuje. Tutaj nie da się lubić żadnego z bohaterów, mamy tutaj wiele odcieni szarości, refleksji o osobach, które nagle z potworów zamieniają się w ofiary i na odwrót. Tak samo fabuła i akcja – tak naprawdę do końca nie wiadomo dokładnie o co chodzi, a jednak powieść czyta się jak w hipnozie. Podoba się, nie podoba? Ciężko powiedzieć. Gryzie w umysł, uwiera, powoduje nieprzyjemne ciarki. Motywuje do myślenia, do refleksji, jest tak dziwna, że aż genialna.

„Krwawy księżyc” nie spodoba się każdemu, nie tak, jak inne bestsellery. Rozumiem, iż może się nie podobać, bo wiem też, ze to książka trudna i dość ciężka jak na swoją objętość. Czasem czuć niezły odlot, a mrok momentami z horroru przechodzi w groteskę. I takie książki – niebanalne, pisane z pasji i z konkretnym celem – doceniam najbardziej. Celowo miesza w umyśle  i sprawia, że pomimo charakterystycznego klimatu, chce się do niej kiedyś wrócić. Wiedząc, jakie jest zakończenie. Przeczytać jeszcze raz, znaleźć nowe płaszczyzny do rozmyślań.

Polecam Wam spróbować. Warto wiedzieć przed lekturą, że to nie jest zwykły thriller, jak to sugerowałby opis na okładce. To coś naprawdę osobliwego, coś, co wymaga innego podejścia i otwartości czytelnika na nowe rzeczy. Mam nadzieję, że znajdziecie w „Krwawym księżycu” to, co znalazłam ja, albo i jeszcze więcej.

Po lekturze książki  pytanie „Czy jesteś szczęśliwa?” nabiera nowego znaczenia. I to wcale nie jest dobry znak...

czwartek, 18 października 2018

Moja modlitwa

Witajcie.

Dzisiaj przeglądałam pliki po to, aby zwolnić na komputerze trochę miejsca. W zakamarkach folderu "teksty" znalazłam plik "Zastanawiam się" z 4 sierpnia 2014 roku. Przeczytałam to i na nowo uderzyła mnie sytuacja, którą powoli zaczęłam wydobywać z pamięci. 
Chciałam się podzielić z Wami moją modlitwą. Skrawkiem mojej duszy.
Być może to dla Was dziwne, być może śmieszne. 
Pozostawiam to Waszej ocenie.
To dla mnie wielce osobiste.
Zapraszam. 

Zastanawiam się, dlaczego ludzie, gdy ogarnia ich smutek, uciekają do Ciebie. Ja często robię to samo. Gorszy dzień, zdenerwowanie, „dołek”… Wtedy najczęściej myślę o Tobie. Niby dobrze… Ale muszę jeszcze nauczyć się być wdzięczną każdego dnia, dobrego czy złego, bez różnicy. Kiedy mi źle, modlę się, często niesłusznie oczekując na rozwiązanie. Zwykle… to mija. Dzień, dwa, maksymalnie kilka. Wszystko wraca do normy, znów wszystko dobrze się układa. I wtedy zapominam, że jesteś koło mnie i czekasz, aż z Tobą porozmawiam. Ta radość lub zajęcia codzienne odpychają moje myśli od Ciebie. Nie chcę być jedną z tych, którzy mówią „jak trwoga to do Boga”. Proszę, pomóż mi zauważać Ciebie każdego dnia. Bez względu czy jest dobrze, czy jest źle, ufać Tobie. A przestać użalać się nad sobą. Zwróć mój wzrok na Ciebie, tak, abym nie była samolubnie zajęta bezsensownym monologiem.

Wczoraj widziałam wypadek. Tuż przede mną, dzieliło mnie od niego zaledwie kilka sekund. Auto w poprzek ulicy, totalnie zmasakrowane. Musiała minąć dłuższa chwila zanim zrozumiałam, co się stało. Że ten zgnieciony metal to przód samochodu. Że ludzie wybiegli z aut i wyciągnęli kobietę i dziecko. I jeszcze dłuższa chwila, zanim zobaczyłam twarz kierowcy, młodego blondyna w okularach. Siedział za zgniecionym jak harmonia przodem samochodu. Był przytomny. Otwierał usta w niemym krzyku, bezradnie podniósł rękę. Drugie auto leżało w rowie. Wyglądało znacznie mniej tragicznie. Najbardziej ucierpieli niewinni. To w nich uderzył kierowca drugiego samochodu, tego, który teraz był w rowie. Reanimowano dziecko. Zaraz krótka myśl – to było dosłownie chwilę temu, to mógłby być bus, w którym siedziałam na samym przodzie.

Boże, nigdy nie zrozumiem, dlaczego takie rzeczy się dzieją. Dlaczego najbardziej cierpią niewinni. Dlaczego każdego z nas może to spotkać, w każdej chwili. To mnie uderzyło jakby ktoś mnie spoliczkował. Banał, każdy to wie, a może raczej wie, a nie chce o tym myśleć. W tym wszystkim chcę jednak ufać Tobie, chcę dziękować za to, co od Ciebie dostałam. Doceniać życie, dawać ludziom tyle miłości, ile potrafię. Ucz mnie kochać ludzi mocniej. Ucz mnie kochać mocniej Dawida, póki mogę. Bo nigdy nie wiem kiedy będzie koniec.

czwartek, 27 września 2018

Bogini niewiary - Tarryn Fisher



Tarryn Fisher to autorka, o której zapewne już słyszeliście. Wielką popularność zdobyła swoimi mrocznymi powieściami „Margo”, „Bad mommy” i „Ciemna strona”. Jej książki są kontrowersyjne, jedni je kochają, inni zaś nienawidzą. Muszę przyznać, że jeszcze nie czytałam thrillerów Fisher, a przygodę z jej twórczością rozpoczęłam od „Bogini niewiary”, która wydaje się być najmniej sporną pozycją w dorobku autorki. Odbiega tematyką od psychologii obecnej w poprzednich powieściach, jest ponadto romansem obyczajowym NA. Moje pierwsze spotkanie z Fisher będę wspominać miło, ale bez większych emocji.

 Yara wierzy tylko w złamane serca. Spotyka na swojej drodze artystów – mężczyzn, dla których jest muzą, a potem znika. Nigdy nie zostaje zbyt długo w jednym miejscu. Potem zaczyna swoje życie od nowa, a każde kolejne złamane serce przynosi je David z kolei jest utalentowanym muzykiem, któremu brakuje inspiracji. Gdy spotyka Yarę, już od razu wie, że będzie jego muzą. Co się stanie jednak, gdy David się w niej zakocha?

Wędrowna bogini, tak można nazwać Yarę. Jest to postać, która nie zdobyła mojej sympatii, ale trudno też lubić kogoś, kto traktuje mężczyzn w okrutny sposób. Dziwne hobby – być inspiracją, a później przepadać jak kropla w wodę. Taka postawa gryzie czytelnika tym bardziej, że pierwszoosobowa perspektywa Yary pojawia się częściej niż punkt widzenia Davida. Nie mogę tego uznać za minus, ponieważ jest to zabieg celowy i byłam szczerze zaintrygowana dziewczyną. Próba zrozumienia jej myślenia i postępowania to jeden z kluczowych elementów fabuły.

Trzeba przyznać, że Fisher świetnie nakreśliła tworzenie się relacji między bohaterami. Niby David od razu wie, że Yara to jego idealna przyszła żona, a jednak nie czuć w tym wszystkim nadmiernego pośpiechu. Ich dialogi, subtelne znaki wciągają czytelnika tak bardzo, że nie pozostaje nic innego, jak tylko z ciekawością śledzić, do czego to wszystko doprowadzi. Autorka w „Boginie niewiary” skupiła się przede wszystkim na romansie, fabuła kręci się wokół naszej dwójki. Nie można więc liczyć na wielce rozbudowaną historię, a także na zawrotne tempo akcji. To powieść z gatunku takich, które powoli wciągają, rozgrzewają serce, ujmują rodzącą się relacją i samymi bohaterami (nawet tą dziwaczną Yarą, którą może ciężko lubić, ale jest to postać ciekawa, niestereotypowa). Do tego dochodzi umiejętny styl Fisher, który na szczęście nie jest nachalny. Często w książkach NA zdarza się, że autorzy narzucają pewne emocje, każą na przykład w danych momentach wzruszać się, bo jak nie – czytelnik ma poczucie, że nie ma odpowiedniej wrażliwości. Fisher kwestię uczuciowości pozostawia każdemu odbiorcy, każdy może na inny sposób odebrać historię.

Nie za bardzo rozumiałam nawiązania do religii i do klęczących, modlących się ateistów. Szukałam w książce wyjaśnień dla tych porównań, ale nie znalazłam praktycznie nic. I wydaje mi się, że to totalnie bez sensu. Być może chciano nadać powieści jakiejś głębi, wpleć trochę jakiejś refleksji i filozofii, ale, niestety, na ten temat nic mi nie wiadomo. Nie ma to większej głębi. Brakło mi też więcej opisów procesu twórczego Davida. Wiemy, że długo szukał natchnienia, ale czytelnik nie czuje tego przepływu inspiracji, tej desperacji. Uwielbiam w książkach motywy artyzmu, bohaterowie, którzy mają pewne umiejętności artystyczne zawsze jawili mi się jako osoby wyjątkowe, widzące świat w swoisty, uczuciowy sposób. W „Bogini niewiary” zabrakło tego uroku, odczucia prawdziwego talentu. Po prostu – za mało artyzmu. I to chyba wszystko jeśli chodzi o minusy.

„Boginie niewiary” to książka przyjemna w lekturze i wciągająca, ale nie oferuje czegoś nowego i innowacyjnego. Można by powiedzieć, że to klasyczny przykład romansu NA, który ma za zadanie przede wszystkim miło zająć czas. Może historia Davida i Yary nie zapadnie mi w głowie na długo, ale z pewnością sięgnę po inne książki Tarryn Fisher.

środa, 26 września 2018

Córka króla moczarów - Karen Dionne



Helena Pelletier żyje na mokradłach, w starej chatce, wraz ze swoim ojcem. Dziewczyna uczy się tropić zwierzynę, wie, jak poradzić sobie w surowym miejscu zapomnianym przez ludzkość. Można by powiedzieć, że sam Bóg raczej tu nie zagląda.

Dla Heleny jej ojciec jest idolem, wzorem do naśladowania, bohaterem. I to wszystko okazuje się kłamstwem. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że ojciec jest prawdziwym tyranem, kontroluje życie zarówno Heleny jak i jej matki. To mroczne, odcięte od świata więzienie. Po latach Helenie udaje się wrócić do społeczeństwa. Rozpoczyna swoje nowe życie, wraz z nową rodziną, pracą i nazwiskiem. Przeszłość jednak niespodziewanie wraca. Okazuje się, że ojciec Heleny uciekł z więzienia i ukrywa się na mokradłach. Gra w chowanego dopiero się zaczęła, a jej skutki mogą być tragiczne.

„Córka króla moczarów” Karen Dionne to powieść niezwykle wciągająca. Nie mamy tutaj wprawdzie zawrotnego tempa akcji, ale autorka powoli, stopniowo buduje napięcie i odsłania fragmenty historii, która jako całość po prostu zachwyca i niepokoi. Dzieje się tak dlatego, że Helenę poznajemy już jako kobietę, która rozprawia się z przeszłością i robi wszystko, aby o niej zapomnieć. Dopiero z biegiem akcji wychodzą na wierzch tajemnice  mokradeł i jawi nam się obraz prawdziwego piekła, przez jakie przeszła będąc jeszcze nastolatką. Przeszłość zostaje sprawnie wpleciona w teraźniejsze wydarzenia, co nie powoduje poczucia chaosu, a jedynie harmonii.

Książka pokazuje to, jak ciężko jest zaadaptować się w społeczeństwie ludziom, którzy przeżyli traumę. W szczególności tą związaną z rodzicami. Helena jest w pewien sposób rozdarta. Czuje nienawiść i gniew, ale z drugiej strony te przejawy uwielbienia wobec ojca dochodzą czasem do głosu. Nawet jeśli jest inaczej, dziecko zawsze będzie się starało, przynajmniej przez jakiś czas, wyidealizować rodzica, jakoś wytłumaczyć jego zachowanie. Zawsze gdzieś z tyłu głowy jest świadomość, że to przecież ojciec. I Helena wobec tego bije się ze swoimi myślami. Ciekawe też są fragmenty dotyczące jej włączenia się w „normalne”, nowe życie, jak bardzo to było trudne. Śmiem nawet twierdzić, że „Córka króla moczarów” nie jest typowym thrillerem, a bardziej thrillerem psychologicznym, który czaruje swoim spokojnym charakterem. W dodatku czytelnikowi udziela się klimat mokradeł, indyjskich wierzeń i legend, a to przyciąga o wiele bardziej, niżeliby patrzeć tylko na to, jak szybkie tempo ma akcja.

Jeżeli już jesteśmy przy kwestii nastrojowości, to czuć podczas czytania pewien niepokój, ale też można zostać po prostu urzeczonym. To coś jednocześnie zachwycającego i powodującego ciarki. Rozlewiska, dzikie lasy, niebezpieczna zwierzyna, długie zimy, a w tym wszystkim kobieta, która próbuje znaleźć swoją nową tożsamość. „Córka króla moczarów” jest więc idealną lekturą na długie jesienno-zimowe wieczory.

Powieść Karen Dionne polecić mogę przede wszystkim osobom, które lubią w powieściach swoisty klimat, niepokojący, angażujący naturę jako niemalże jednego z bohaterów. Po książkę powinny też sięgnąć osoby, które zaczytują się w thrillerach psychologicznych, ponieważ „Córka króla moczarów” to jeden z lepszych przedstawicieli gatunku. Wciągnie, zaskoczy i zapewni kilka godzin dobrego relaksu, ale nie pozostawi bez refleksji.

wtorek, 25 września 2018

Pęknięta korona - Grzegorz Wielgus



W liceum historia była moim prawdziwym koszmarem. Aż wstyd się przyznać, ale do dziś pamiętam zaledwie kilka dat, nie potrafię też sprawnie łączyć faktów, które są podstawą dla każdego szanujacego się Polaka. No cóż… Do historii zaczęłam się przekonywać przez serial „Biała królowa”, a także przez powieści w tej tematyce. Przyznam nawet, że w takiej formie wydarzenia i obyczajowość dawnych lat są bardziej przystępne, a w dodatku potrafią bawić. Dlatego bez obaw sięgnęłam po „Pekniętą koronę” Grzegorza Wielgusa. I chociaż faktycznie aspekt historyczny był ciekawym punktem wyjścia, to jednak cała opowieść nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak się spodziewałam.

Cofamy się do roku 1273, do Krakowa. W tym czasie ma miejsce seria brutalnych morderstw. Nad brzegiem Wisły zostaje odnalezione zmasakrowane ciało mężczyzny. Śledztwa podejmują się Gotfryd – doświadczony inkwizytor oraz dwoje rycerzy z Małopolski – Jaksa oraz Lambert. Wszystkie ślady prowadzą do miejsca owianego złą sławą, do zamku Lemiesz. Wrótce po tym roznosi się wieść o kolejnym morderstwie. Tym razem chodiz o zwęglone zwłoki rycerza, który zginął prawdopodobnie podczas jednego z pogańskich obrzędów. Rozpoczyna się prawdziwe śledztwo i prawdziwa przygoda. Kto stoi za morderstwami? Czy są w jakiś sposób ze sobą powiązane?

Okazuje się, że powieść historyczna powieści historycznej nie równa. Te, które do tej pory mnie oczarowały, były przede wszystkim napisane tak, że opowieść wsysała i powodowała falę różnorodnych emocji. Wtedy też klimat dawnych czasów był czarujący, zwłaszcza gdy intrygi, zdrady, tajemnice odbywały się w scenerii przypominającej średniowiecze. Suknie, rycerze, zamki, biedne wioski, dziwne zwyczaje. Mimo że „Pęknięta korona” pozornie pasuje do tego klimatu i odtwarza go z wielką dokładnością, to jednak od powieści bije swoistego rodzaju surowość. Nie wiem, czy to dlatego, że autor jest mężczyzną, ale coś w tym jest, iż kobiety piszą trochę inne powieści historyczne – bardziej subtelne, emocjonalne, po prostu urokliwe. Tutaj zaskoczył mnie brutalny, zimny klimat, a także sama stylistyka językowa. Z jednej strony umiejętna, pełna anarchizmów, dobrze odtworzona, a jednak blokująca swobodny odbiór treści. Wskutek tego można dobrze odczuć klimat średniowiecznej Polski, ale kosztem wciągnięcia się w historię. Niestety, ja tej opowieści nie przeżyłam, nie czekałam z niecierpliwością na to, co wydarzy się dalej.

Moje niezadowolenie na pewno wynika też z faktu, że nie lubię się z opowiadaniami i krótkimi powieściami. Wtedy prawie zawsze mam problem, aby przejąć się czytaną historią. Przed chwilą wsponiałam o minusach, ale myślę, ze gdyby ta opowieść była bardziej rozbudowana, większa objętościowo, poruszająca więcej wątków – wtedy mogłabym lepiej w nią wsiąknąć. Cierpią na tym zwłaszcza bohaterowie, którzy aż proszą się o lepsze rozbudowanie.

„Pęknięta korona” to książka dopracowana pod względem stylistycznym, ale jednak pozostawia czytelnika obojętnego na treść. Brak tutaj jakiejś głębi, intrygującego celu, historia wiele traci też na swojej małej objętości. Autor ma świetny pomysł, spore zasoby językowe, dobrą wyobraźnię, ale nie czyni swojej historii ciekawą, wciągającą. Jeżeli to pierwszy tom serii, to istnieje realna szansa, że następne części bardziej mnie do siebie przekonają i wtedy już całkiem wciągnę się w losy bohaterów. Póki co pozostaję z mieszanymi uczuciami.

poniedziałek, 24 września 2018

Inny Świat, czyli świetna przygoda dla młodzieży



Cały świat pogrąża się w ciemności i strachu, a niebem rządzą błyskawice, które, inteligentnie niczym żywe istoty, poszukują nowych ofiar. Już nic nie jest takie jak wcześniej. Ziemia, którą pamiętasz, nie istnieje. Dorośli albo zniknęli, albo zamienili się w niebezpieczne mutanty. W tym Innym Świecie musi przetrwać dwójka nastoletnich przyjaciół – Matt i Tobias. Oboje docierają do kolonii założonej przez inne dzieciaki, które do tej pory przeżyły błyskawice i burze piaskowe. Tam, wraz z nowo poznaną Amber, zakładają Przymierze Trojga, które ma strzec kolonię. A zagrożeń jest wiele. Nie tylko z zewnątrz, ale także wewnątrz wspólnoty nastolatków. Czy w niemalże opustoszałym świecie pełnym śmiertelnego niebezpieczeństwa przyjaciele mają jakiekolwiek szanse? Czy Piotrusiowie, ocalali, przetrwają wojnę z niebezpiecznym wrogiem zza dalekich ziem?

Na polskim rynku wydawniczym mieliśmy już do czynienia z historiami postapokaliptycznymi różnego typu. Wydawać by się mogło, że znamy już wszystkie schematy i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Maxime Chattam może i wykorzystuje motywy, które pojawiały się już w literaturze, a jednak tworzy coś nowego i świeżego. Gdybym miała porównać serię „Inny świat” do jakiejś serii tego typu, byłoby to „Gone” Michaela Ganta. W obu historiach prym wiodą nastolatkowie, praktycznie rzecz ujmując jeszcze dzieci, które są pozostawione same sobie i muszą, pod przymusem, szybciej dorosnąć. Równocześnie dorośli albo znikają, albo zamieniają się w potwory, co jest w przypadku Chattama dobrym podłożem do przekazania pewnych głębszych treści. Jeżeli pokochaliście „Gone”, to  bez wątpliwości przepadniecie w „Innym świecie”, ale nie tylko. Jak już wspomniałam, Chattam to pewien powiew świeżości, który, skierowany przede wszystkim do młodziutkiego odbiorcy, może też zainteresować dorosłego.

Wspomniałam o możliwości wplecenia w opowieść drugiego dna. I o ile okazja do tego była świetna, o tyle autor, szczególnie w drugim tomie, zbyt poważnie do tego podszedł. Momentami chciał jakby uczynić z serii pewien moralitet, co jednak gryzie się z pierwotnym założeniem, że to seria przygodowa dla młodszej młodzieży. Tak więc nie przystoi poruszać pewnych kwestii, których dziecko i tak nie zrozumie, a dorosły uzna za nieodpowiednie dla odbiorcy w docelowym przedziale wiekowym. Subtelne przenośnie, drugie dno o życiowym przekazie wystarczyłoby, nie trzeba było nawet wspominać o czymś takim jak homoseksualizm (z całym szacunkiem, ale tutaj wątek jakby oderwany od reszty, wciśnięty po to właśnie, aby nadać więcej „sensu”). Także taki minus wobec serii z mojej strony.

Jako dorosła czytelniczka wiedziałam, że „Inny świat” to lektura dla młodszego czytelnika, a więc rozpoczęłam swoją czytelniczą przygodę z pewną dozą wyrozumiałości i dystansu. I tak należało zrobić, ponieważ czerpałam z czytania prawdziwą przyjemność. Tak, bohaterowie byli czasem naiwni, tak, zdarzały się w fabule błędy logiczne, ale sam świat przedstawiony i pomysł Chattama (przynajmniej na te trzy tomy) to coś absolutnie ujmującego. Do tego dochodzi lekkie pióro, przystępny wciągający styl, który świetnie wprowadza w rzeczywistość rządzoną przez naturę - dziką, nieokiełznaną, będącą niemal osobnym bytem. W dodatku przygody Piotrusiów są tak różnorodne i pomysłowe, że czytałam głównie po to, aby zobaczyć, co z tego wszystkiego wyniknie. Po prostu dobra młodzieżowa przygodówka.

Za sobą mam dopiero trzy tomy, ale jestem ciekawa, jak autor dalej poprowadzi historię dzieciaków w Innym Świecie. Od razu zapewne nasunie się Wam pytanie, który tom do tej pory mi się najbardziej podobał. Myślę, że pierwszy, a więc pt. „Przymierze trojga”. Najbardziej podobało mi się wnikanie w świat przedstawiony, oswojenie się z nowym klimatem, z nową Ziemią, z bohaterami, którzy próbują przystosować się do postapokaliptycznych zmian. Wtedy też czułam największą ciekawość, Chattam też przekazywał w tym tomie najwięcej uroku, najskuteczniej potrafił zaczarować słowem. Wiadomo, każdy kolejny tom to coraz bardziej zawiłe i nieprzewidywalne przygody bohaterów, ale momentami wkradała się pewna infantylność i niektóre pomysły zostały zrealizowane jakby na poczekaniu. Wtedy też Chattam poruszył kwestie filozoficzno-teologiczne, zupełnie niepotrzebne. Ogólnie jednak rzecz ujmując – wszystkie trzy tomy podobały mi się i zapewniły kilkanaście godzin naprawdę przedniej zabawy.

Jeżeli lubicie jesienną porą zaszyć się pod koc z gorącym napojem i wciągającą książką, a w dodatku lubicie klimaty post-apo, to polecam serię „Inny Świat”. Szczególnie młodszym czytelnikom, ale też tym dorosłym, którzy chcą na chwilę cofnąć się w czasie i przeżyć prawdziwą młodzieńczą przygodę w otoczeniu dzikiej natury, waśni, walk o przetrwanie.

Miejsce egzekucji - Val McDermid



Są takie powieści, które można nazwać „klasyką gatunku”. Ponadczasowe, stale zachwycające odbiorców z całego świata, dobrze napisane i wciagające. „Miejsce egzekucji” to mistrzowski kryminał, który z pewnością wbije się w kanon i będzie poruszać swoją treścią kolejne pokolenia.

Przenosimy się do roku 1963, do wioski Scardale, o której zapomniał już sam Bóg. Pewna dziewczynka, Alison Carter, wychodzi na spacer z psem i nigdy już nie wraca. Śledztwo nie przynosi żadnych rezultatów, nawet ciało dziecka nie zostaje odnalezione. Po wsi szybko roznoszą się głoski, że zapewne popełniono brutalne morderstwo, choć brak na to dowodów. Mija ponad trzydzieści lat od tego tajemniczego zniknięcia. Catherine Heathcote, odważna dziennikarka, zbiera materiały dotyczące zdarzeń w Scardale, do swojej nowej książki. Nawiązuje kontakt z inspektorem Bennettem, który brał udział w śledztwie. Po tylu latach dopiero na wierzch wypływają nowe, szokujące informacje. Okazuje się, że prawdziwe zdarzenia mogły być o wiele straszniejsze niż te, które wyobrażali sobie mieszkańcy wsi.

W dobrych thrillerach psychologicznych podstawą jest klimat i ciągłe napięcie, które trzyma czytelnika przy lekturze nawet wtedy, gdy akcja pozornie powoli ciągnie się do przodu. „Miejsce egzekucji” jest taką powiescią, która, prócz kilku mocnych zwrotów akcji, buduje napięcie nieustannie, wzbudza dziką wręcz żądzę poznania prawdy. Nawet jeśli pozornie dzieje się niewiele. Dużą robotę odgrywa tutaj sceneria całej opowieści, a więc odcięte od świata miasteczko w Anglii, Scardale. Jego mieszkańcy, od zniknięcia Alison, żyją w czystym obłędzie i paranoi, są sobie wilkiem, a jednocześnie chowają się za zasłoną obojętności. Wiedzą, że wśród nich może być potwór. W tym wszystkim czai się prawdziwa tragedia, taka, od której włos jeży się na głowie. Z pozoru tak prosta sprawa, po ponad trzydziestu latach, zaczyna nabierać upiornego kształtu. I to zaintrygowało mnie najbardziej.

„Miejsce egzekucji” to mieszanka tego, co w thrillerach i kryminałach najlepsze. Poczynając od wspomnianego już mrocznego klimatu, poprzez świetnie zarysowaną zamkniętą społeczność,  pełnokrwistych bohaterów, zwroty akcji, satysfakcjonujące rozwiązanie, kończąc na przystępnym, wciągającym stylu. Ta historia oblepia czytelnika, wsysa, wywołuje niepokój i ciarki, co czyni ją idealną lekturą na jesienno-zimowe wieczory. Skłania do refleksji, na długo zapada w pamięci.

Jeżeli szukacie dobrze skonstruowanego thrillera, który kawałek po kawałku ukaże przerażające wydarzenia składające się na misternie przemyślaną historię, to koniecznie sięgnijcie po „Miejsce egzekucji”. To już klasyka w swoim gatunku, przedstawiciel wzorowy, w iście angielskim, lekko starodawnym stylu. Idealny powiew „świeżości” w natłoku thrillerów napisanych tak, ze ciężko odróżnić jednego autora od drugiego. Val McDermid się wyróżnia.