Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

środa, 11 lipca 2018

Jak upolować pisarza - Sally Franson



Casey Pedergast jest starszą dyrektor kreatywną w agencji reklamowej Pople’s Republic. Uwielbia swoją pracę, świat sław i marketingu to jej codzienność, w której czuje się jak ryba w wodzie. Powstanie nowej odnogi firmy jest dla niej nową szansą na rozwój kariery. Dział Nanu ma wypełnić lukę w reklamowym świecie i zapewnić wybicie mniejszym korporacjom, z udziałem pisarzy. To właśnie oni stają się celem Casey, choć istnieje przekonanie, że wolą w kapciach tworzyć teksty przez cały dzień, a świat marketingu uważają za fałszerstwo.  Istnieje jednak pewna luka na rynku, którą mogą właśnie zapełnić pisarze, kuszeni dodatkowymi zyskami i wyróżnieniem w niszowej strefie handlowej. Casey tak bardzo angażuje się w swoją pracę, że w pewnym momencie poświęca swoją przyjaźń i miłość dla celów kariery. Czy otrząśnie się ze złudnego poczucia docenienia i uświadomi sobie, że czasem sława może być powodem prawdziwej samotności?

Czytając opis z okładki „Jak upolować pisarza”  Sally Franson możecie odnieść wrażenie, że jest to typowa kobieca powieść z naciskiem na wątek romantyczny. Ponieważ jest to wielce nietrafne wrażenie, pozwoliłam sobie nie wspominać w moim opisie fabuły o sprawach miłosnych. Nie o to chodzi w tej powieści. Wątek romantyczny jest bardo marginalny, pojawia się tak naprawdę na chwilę i nie ma większego znaczenia. Powieść Franson traktuje przede wszystkim o tym, jak często gubimy się w życiu, kiedy do realnej rzeczywistości dodamy tą wykreowaną przez media. To przekaz przede wszystkim dla osób szukających sławy w internecie, mających styczność z wszelkimi formami reklamy, a także dla zwykłych osób. Każdy z nas codziennie zbiera informacje z telewizji, gazet, z sieci o ludziach, których nie znamy. Na podstawie tego, co wciskają nam media, budujemy w głowie obraz takich gwiazd. „Jak upolować pisarza” pokazuje kontrast pomiędzy pozornym pięknem sławy, a tym, z jaką łatwością jesteśmy manipulowani. Wystarczy, że ktoś w naładowany emocjami i elokwentny sposób napisze coś w sieci i może skazać drugą osobę na publiczne poniżenie.



Świat sław i reklam wydaje się z początku przyciągający, kreatywny, fascynujący, a wszystko przez zapał Casey, który nam się udziela podczas lektury. Z czasem jednak wnikamy tam bardziej i bardziej, a okropne rzeczy zaczynają wychodzić na wierzch. Franson wspomina o fałszywym kreowaniu piękna, o tym, jak zwyczajni ludzie się porównują do idealnie skorygowanych na zdjęciach gwiazd. Wspomina o hejcie, który może skierować się na najbardziej docenianą dotychczas w mediach osobę tylko z powodu nieporozumienia. O tym, jakie to wszystko może być fałszywe. Jak człowiek jest w stanie robić wszystko dla pieniędzy. Bardzo spodobało mi się pewne stwierdzenie – że ludzie sławni różnią się od zwykłych ludzi tylko tym, iż rozpaczliwie pokazują to, jak potrzebują czyjejś uwagi.  Słodko-gorzka historia Casey mówi o tym, że czasem sława jest wprost proporcjonalna do tego, jak bardzo jesteśmy oszukiwani i samotni.

Jak widać, o temacie poruszonym przez autorkę można pisać i pisać. Nigdy dotąd nie spotkałam się z takim przesłaniem, prawdziwym, mądrym, dającym do myślenia. W tej opowieści nie ma ściemniania. Casey jest dziewczyną kreatywną, aktywną, lekko zagubioną, a przy tym tak zwyczajną. Potrafi zacząć czytać instagrama, „na chwilę”, i skończyć za dwie godziny. Momentami działa impulsywnie, ale przecież wielu z nas tak ma – jeśli  bardzo się w coś angażujemy, to zapominamy o Bożym świecie. Tak się nakręcamy na coś, zapominając, że najważniejsze w życiu są relacje z innymi i szczerość z samym sobą. Kreacja głównej bohaterki to, zaraz po tematyce, jeden z największych plusów tej opowieści. Nie każdy polubi Casey od razu, ale ja tęskniłam za taką postacią, bo ostatnio spotykałam w książkach jedynie nieśmiałe, głupiutkie i niesamodzielne nastolatki.

Książka ma też swoje minusy, a konkretnie dwa. Pierwszy z nich to to, że momentami miałam wrażenie, że czytam o mało istotnych dla właściwej fabuły rzeczach. Momentami było monotonnie, wręcz nudno, niektóre wątki były zbędne. Drugi zaś to zbyt filmowy, moralizatorski element pod koniec. Wiece, to taka chwila gdy bohater bierze w ręce mikrofon i mówi do wszystkich mądre rzeczy wywołując w tłumie łzy wzruszenia. Wolałabym, aby ten morał wypowiedziany w tak dziwacznych okolicznościach dał mi się poznać sam, zgodnie z analizą historii Casey. Fakt, i tak mam duży materiał do myślenia, ale cały wywód, przepełniony mądrościami, to motyw typowo filmowy i odejmujący realizmu. Trochę też traktuje czytelnika po macoszemu.

„Jak upolować pisarza” to książka, którą warto przeczytać, przede wszystkim ze względu na poruszaną tematykę. Ja tworze swojego instagrama i kreuję swoją „markę”, swój wizerunek, dlatego tym bardziej wzięłam sobie do serca historię Casey. W dobie kupowania followersów, serduszek, komentowania będącego czystym spamem i fałszywego cukrowania warto się otrząsnąć i nie zapominać, po co jesteśmy w sieci. Warto być we wszystkim autentycznym.

poniedziałek, 9 lipca 2018

W pułapce - Magda Stachula




Klara budzi się na swojej klatce schodowej. Mając w pamięci jedynie to, że ostatni była na imprezie, wpada do domu, aby zaleczyć domniemanego kaca. Szybko jednak dowiaduje się, iż od dyskoteki minęły dwa dni, a ona nic z nich nie pamięta. Dziewczyna nie wie, co się z nią działo, jej przyjaciele wiedzą tylko, że po imprezie wracała do domu taksówką. Nie ma widocznych obrażeń i może jedynie domyślać się, co mógł jej zrobić porywacz. Gdy wydaje się już, że Klara nigdy nie dowie się prawdy o sobie, dowiaduje się o podobnym przypadku, który miał tragiczny finał. O Lisie odnalezionej z amnezją po czterech dniach zniknięcia. I o tym, jak potoczyły się jej dalsze losy. Czy Klarę czeka to samo? Kim jest jej oprawca i czy jeszcze wróci?

Akcja „W pułapce” odbywa się trójtorowo, w różnych miejscach i w około rocznym odstępie czasowym. Nie będę zdradzać do końca, kto jest narratorem i co się z nim dzieje, warto wiedzieć jedynie, że poznajemy historię zarówno Klary jak i Lisy. W pewnym momencie opowieść tej drugiej zaczyna rzucać światło na kwestię porwania tej pierwszej, ale do samego końca ciężko złączyć wszystko w spójną całość. Te kobiety, chociaż tak różne, mają ze sobą coś wspólnego i praktycznie przez całą lekturę próbujemy odkryć, o co chodzi. W niektórych fragmentach jest też odniesienie do porywacza, widzimy więc namiastkę jego szaleństwa i niestabilności psychicznej. Mimo to uważam, że autorka mogła wsadzić do opowieści więcej mroku i niepokoju. Akcja toczy się powoli, bez większych zwrotów, zaskoczeń i napięć, ku rozwiązaniu, które skleja wszystkie elementy w całość. Główną motywacją do dalszego czytania była jedynie ciekawość, jak autorka to rozwiąże. Brakowało mi ciarek, obawy o życie Klary, za mało mrocznego klimatu jak na thriller psychologiczny.

A więc powoli kroczyłam za Lisą i Klarą, zbierając jak najwięcej informacji i szczegółów, próbując dociec rozwiązania. To był jedyny powód, dla którego szybko tę powieść przeczytałam, bo poza tym nie dzieje się nic ciekawego. I finalnie nie jestem do końca z lektury zadowolona, cała intryga okazała się być prosta, miałam wręcz uczucie, że zbyt banalna i bezpodstawna. Moje pomysły na rozwiązanie może były zbyt dziwne, ale takie też o wiele bardziej by mnie zadowoliły. Tymczasem otrzymałam rozwiązanie błahe, niedające do myślenia, mało też w nim psychologicznej głębi. Czytałam więc książkę tylko po to, aby dowiedzieć się, co się działo z Klarą, a i tak dostałam nieporywającą, przeciętną historię. Dlatego czuję się odrobinę zawiedziona. Najchętniej o „W pułapce” napisałabym, że jest „OK”, dała 6 gwiazdek na 10, postawiła na półce i nigdy nie wracała. Jaki sens byłby ponownie sięgać po taka książkę? Czasami, nawet znając zakończenie, warto czytać ponownie pewne opowieści, aby wyciągać z ich wnętrza nowe smaczki. Tutaj zanudziłabym się już na śmierć, taka lektura dla mnie nie miałaby ani odrobiny sensu.

Rozumiem, że jest to literatura rozrywkowa i ma za zadanie miło zająć czytelnikowi kilka godzin. A jednak czuję, iż powinnam od książek wymagać czegoś więcej. W końcu relaksująca lektura powinna też wciągać, intrygować, powinnam ją przeżywać emocjonalnie i czuć satysfakcję z poznanej historii. Tymczasem nie wiem, co „W pułapce” mogłoby mi zaoferować. Tak naprawdę równie dobrze mogłabym jej nie czytać.

Książka ma jednak jeden duży plus – w końcu miałam do czynienia z dobrze napisaną opowieścią. Nie musiałam, jak to ostatnio miałam w zwyczaju, sięgać po ołówek krytyka i zaznaczać językowych kwiatków. Nie czułam najmniejszej różnicy pomiędzy Stachulą, a popularnymi zagranicznymi autorami thrillerów. Czułam, że mam do czynienia z naprawdę dobrą pisarką, która w swojej książce słabo potraktowała jedynie, albo aż, fabułę powieści. Warunki na napisanie dobrej historii są, ale brakuje innowacyjnego pomysłu i umiejętności budowania napięcia.

O lekturze „W pułapce” szybko zapomnę, już o tym wiem. Odstawię tę książkę na półkę i zapewne do niej nie wrócę, nawet nie pomyślę, że czytałam kiedyś taką historię. Jest zbyt przeciętna, prosta i pozbawiona ładunku emocjonalnego. Gdybym oczekiwała jedynie miłego zajęcia na kilka godzin, zwykłej odstresowującej lektury, pewnie byłabym zadowolona. A mimo to od „thrillera psychologicznego” wymagam odrobiny więcej zaangażowania ze strony autora, a także mojego zaangażowania, na tle emocjonalnym. Ta książka ma dużą szansę spodobać się większości odbiorców, to zależy, czego się oczekuje. Może kiedyś sięgnę jeszcze po książki Stachuli, ale chwilowo poszukuję książek, które sprawią, że nie będę miała choćby najmniejszego poczucia straconego czasu.

Król Kier - Aleksandra Polak




Motywy cyrku i magii iluzjonistycznej są jednymi z moich ulubionych, dlatego też książka „Caraval” oczarowała mnie i nabrałam ochoty na inne tego typu lektury. Premiera „Króla Kier”, pierwszego tomu serii Circus Lumos, dała mi nadzieję, że znów będę mogła zagłębić się w magii cyrku i iluzji. Ku mojemu zaskoczeniu jednak powieść zaczęła szybko zbierać negatywne opinie. Postanowiłam, że nie dam się zniechęcić i na pewno nie jest tak źle. Po lekturze jednak muszę przyznać, że znam przyczynę tylu negatywów.

Alicja to zwykła dziewczyna, która już niedługo ma pisać maturę. Ma kochanego chłopaka, jej życie przebiega spokojnie, można wręcz powiedzieć, że nudno. Wszystko jednak zmienia się podczas studniówki, która zapoczątkowuje w życiu dziewczyny pasmo niesamowitych zdarzeń. Wpierw przyłapuje podczas imprezy swojego chłopaka, w kantorku, z inną dziewczyną. Następnie przyjaciółka wyciąga Alicję do Circus Lumos, gdzie ta poznaje niezwykle przystojnego i tajemniczego Hadriana. Mówi się, że cyrkowcy władają prawdziwą magią, ale czyż to nie są zwykłe wyolbrzymione plotki? Świat dobra i zła, łowców i demonów, gwiazd i walki stanie się niedługo udziałem Alicji. Kim jest Hadrian? Czy ich miłość pokona stwory nie z tego świata?

Zapewne już po samym przeczytaniu opisu macie ogólne pojęcie o tym, jak potoczy się fabuła „Króla Kier”. To bardzo schematyczna opowieść, która niczym nie zaskoczy chociażby odrobinę doświadczonego w młodzieżówkach czytelnika. Wystarczy znać „Zmierzch”, a powieść Aleksandry Polak wyda się tylko odświeżoną podróbką losów niezdarnej Belli. Znów mamy zwykłą bohaterkę, typową nastolatkę, która nie wie, czym jest samodzielność i stanowczość. Pojawia się też idealna postać męska, w tym wypadku bardziej chłopięca, będąca spełnieniem wszystkich marzeń każdej bujającej w obłokach dziewczyny. Ona niczym się nie wyróżnia, on ma za to nadnaturalną moc. Szybko zawiązuje się romantyczna relacja, praktycznie z pominięciem elementu budowania relacji i powolnego zakochiwania się. To czyni powieść niezwykle prostą, przewidywalną i naiwną. Nie zaznamy tutaj elementu zaskoczenia, a nawet napięcia, taki chociaż pojawił się pod koniec „Zmierzchu”.



Motyw cyrku daje wielkie pole do popisu, a jednak w Circus Lumos tej magii, iluzji i jaskrawych barw jest stanowczo za mało. Być może w kolejnych tomach będzie tego klimatu więcej, natomiast stwierdzam, że 2/3 „Króla Kier” to młodzieżowa obyczajówka. Gdzieś tam migną magiczne drobiazgi, ale tak naprawdę przez większość lektury czekamy na akcję właściwą, dotyczącą nadnaturalnych umiejętności cyrkowców. Pod koniec książki autorka rozwija temat  walki dobra ze złem, budując sobie wstęp do dalszej historii, co czyni „Króla Kier” przydługawym i mało interesującym wstępem. Gdyby Aleksandra Polak tworzyła skomplikowany świat, wówczas mogłaby stopniowo wprowadzać w niego czytelnika i nawet brak akcji właściwej nie byłby tak niekorzystny. Niestety, świat Cricus Lumos nie jest ani oryginalny, ani pomysłowy. Opiera się na ogólnikach, niejasnych zasadach, a cała opowieść wydaje się być jedynie romansem głupiutkiej dziewczyny i chodzącego ideału nie z tego świata.

Wiele osób skarżyło się podczas lektury na styl autorki i jej kwiatki językowe. Przyznam, że tutaj nie było tak źle. Niektóre opisy były naprawdę barwne i umiejętne, kulały natomiast dialogi, pojawiały się też błędy logiczne. Zdarzały się dziwne, niepoprawne metafory, ale, jak już wspomniałam, opisy były całkiem dobre. Na negatywny odbiór stylu autorki rzutowała zapewne słaba kreacja bohaterów. Dialogi między nimi były nudne, miejscami głupiutkie i bardzo, bardzo „nastolatkowe”. W dodatku autorka wiele razy wpychała motyw oglądania telewizji. Wydawało mi się, że młodzież ma tysiąc ciekawszych zajęć niż leżenie plackiem i wgapianie się w ekran, tymczasem Alicja wraz z przyjaciółmi zastanawia się, czy warto w piątkową noc wyskoczyć na miasto. Bo przecież lepiej byłoby obejrzeć film akcji… A jak bohaterowie umawiają się na wspólne spędzanie czasu? „Może wpadniesz do mnie na telewizję”, naprawdę? Zdarzało się wiele razy, że z irytacji nad niektórymi pomysłami autorki przewracałam oczami.

Nie zostanę zwolenniczką serii Circus Lumos, chociaż podeszłam do czytania naprawdę z łagodnym i pozytywnym nastawieniem. „Król Kier” to nic nowego, a wręcz jest w stanie zanudzić najbardziej wytrwałego czytelnika. To lektura, w moim mniemaniu, zupełnie niepotrzebna. I choć rozumiem radość autorki, że może dzielić się swoją twórczością z innymi, to jednak nie widzę powodu, dla którego ci inni mieliby tę satysfakcję podzielać. Być może gdybym kończyła podstawówkę i dopiero zaczynała przygodę z czytaniem młodzieżowej fantastyki, wówczas powieść wywarłaby na mnie lepsze wrażenie. Po "Perłową damę" raczej nie sięgnę.

niedziela, 8 lipca 2018

I góry odpowiedziały echem - Khaled Hosseini


Khaled Hosseini to autor, którego możecie kojarzyć już z tytułów takich jak „Chłopiec z latawcem” lub „Tysiąc wspaniałych słońc”. „I góry odpowiedziały echem” to pierwsza przeczytana przeze mnie powieść spod jego pióra, ale myślę, że nie ostatnia. Hosseini dobrze wie, o czym pisze, ponieważ sam pochodzi z Afganistanu, wie też w jaki sposób przedstawić realia tamtego życia. I chociaż są one smutne, pełne patologii i biedy, to jednak są bardziej otwarte na prostotę, wiarę i uczucia.

Przenosimy się do roku 1952, do Afganistanu. To tutaj żyje uboga rodzina – Abdullah, Pari, ojciec oraz macocha. Realia, w których przyszło im funkcjonować, nie są przychylne, zwłaszcza zimą. Rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, ciężko o chleb, wodę, najpotrzebniejsze przedmioty codziennego użytku i ciężko też o pracę. Abdullah ma dziesięć lat i stara się zajmować swoją trzyletnią siostrzyczką. Dla niej poświęca swoją parę butów, w zamian otrzymuje dla dziewczynki piękne pawie pióro. Wszystko się zmienia, gdy ojciec zabiera Pari i Abdullaha do Kabulu. To początek bolesnej rozłąki, która tak naprawdę pozostawi piętno na każdym z nich.

Sięgając po tę powieść spodziewałam się historii stricte dotyczącej Abdullaha i Pari, śledzenia ich losów po emigracji, a co za tym idzie – maksymalnie dwutorowej narracji. Okazało się jednak, że historia rodzeństwa to jedynie klamra albo pewnego rodzaju wymówka do przedstawienia opowieści dotyczącej innych osób. „I góry odpowiedziały echem” to książka wielowarstwowa, opowiedziana przez różnych narratorów, to podróż przez miejsca i czas. Można wręcz powiedzieć, że historia jest fragmentaryczna, a jednocześnie każdy z pozornie niełączących się wątków ma wywołać w czytelniku konkretne emocje. Autor w ten właśnie sposób zahacza o różnorodną tematykę dotyczącą bezpośrednio naszego życia.  Opowiada o  miłości rodzinnej, próbowaniu naprawienia błędów starszych pokoleń, o tęsknocie do drugiego człowieka, a także do kraju, o trudach życia na emigracji. Taka wielowątkowość oraz różnorodność narratorska może być dla niektórych czytelników minusem, ponieważ wprowadza odrobinę chaosu. Uważam jednak, że autor nie chciał stworzyć prostej, przyjemnej historii. Prawdopodobnie celowo skonstruował powieść tak, aby nie była to łatwa lektura, aby czytelnik często zatrzymywał się i zastanawiał nad tym, co przeczytał.

Oczami różnych narratorów obserwujemy około pół wieku życia w Afganistanie. Jest to kraj nieprzerwanie nękany wojnami, biedą, domowymi rozbojami. To ma swój charakterystyczny klimat, tak bardzo odmienny od naszego Europejskiego życia. Jednocześnie czujemy ten rozdźwięk pomiędzy naszym komfortem a niepewnością i trudami tamtych ludzi, ale widać inne podejście do rzeczy pozamaterialnych. Tam często miłość wystawiana jest na ciężką próbę, nie tylko poprzez przemoc i biedę, ale także ze względu na ucieczki, emigracje. Przez narratorów książki przewija się widoczne mniejsze przywiązane do posiadanych rzeczy, sprawdza się też powiedzenie, że najchętniej dzieli się ten, który ma najmniej. Zawsze mocno przeżywam opowieści mające miejsce na wschodzie, w krajach nadal ogarniętych wojną. Ten inny świat ma swoje niebezpieczne oblicze, wystarczy chociażby spojrzeć na sytuację emigrantów próbujących się dostać do Europy. Nie zahaczając już o temat radykalnej religii, innego wychowania i niechęci do tych „innych”, warto sobie czasami przypomnieć, że ludzie przeżywają w rodzimych krajach prawdziwe tragedie.

„I góry odpowiedziały echem” to książka, która nie spodoba się każdemu. Jeszcze przed przystąpieniem do lektury należy nastawić się na coś niełatwego, wielowątkowego, czasami urywanego i niedopowiedzianego. Książka wymaga skupienia oraz wczucia się w klimat, trzeba też starać się czerpać z relacji narratorów garściami. Hosseini wykonał kawał dobrej roboty, ciężkiej i wymagającej, nieidealnej, ale poruszającej. Ciekawa jestem, czy inne jego książki również są warte przeczytania. 

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.



czwartek, 5 lipca 2018

Teraz albo nigdy - K. A. Linde




„Teraz albo nigdy” to moje pierwsze spotkanie z twórczością K.A. Linde, a jak się okazało, jest to trzeci tom serii Mr. Wright. Na szczęście każda powieść w serii skupia się na innych bohaterach tak, że można czytać te tomy osobno, nadal wiedząc, o co chodzi w fabule. Zapewne straciłam wiele szczegółów, a także nie poznałam dokładnej kreacji innych postaci niż główne, ale czytałam książkę tak, jakby była ona jednotomowa. I mimo że nie spodziewałam się wiele, to chyba w najbliższym czasie odpuszczę sobie zarówno wcześniejsze, jak i kolejne powieści autorki.

Morgan Wright to współczesna, twardo stąpająca po ziemi kobieta, która właśnie została kierownikiem rodzinnego biznesu – przejęła firmę Wright Construction. Rzuca się w wir pracy zaniedbując życie prywatne, jako tak naprawdę jedyna z rodzeństwa nadal szuka towarzysza życia. Patrick Young to najlepszy przyjaciel Austina, jednego z braci Morgan. Kiedyś Patrick zawrócił dziewczynie w głowie, ale dość tego. W końcu nikt nie może dowiedzieć się o tym, co mogłoby łączyć ją i przyjaciela rodziny. Czy oboje poświęcą miłość dla czystej przyjaźni? Czy zawsze mamy możliwość zahamować uczucia do momentu, aż będzie za późno?

Ostatnio natrafiałam na książki, w których główna bohaterka próbowała udowodnić wszystkim, jak bardzo jest dorosła, a tak naprawdę potrzebowała ciągłego trzymania na rękę. Miałam już dość naiwnych dziewczyn, które na ciężkie sytuacje reagują płaczem i ucieczką w celu pokazania swojej „niezależności”. Dlatego byłam niemalże pewna, że Morgan Wright będzie w końcu bohaterką, którą pokocham i która zaimponuje mi swoją dojrzałością i pewnością siebie. I poniekąd tak się stało ale… nie chciałabym być taka jak ona. Owszem, kobieta zna swoją wartość, pnie się po szczeblach kariery, ale w tym wszystkim jest niezwykle egocentryczna i zapracowana. Kiedyś miałam takiego kolegę, nazywał siebie „nadludziem”, ponieważ wybierał się na prestiżowe studia. A więc miał cel, ambicje, ale przy tym liczyła się dla niego tylko kariera, rozwój i własna, wyższa od innych osoba. Podobnie odebrałam postać Morgan. Nie rozumiałam niektórych jej czynów, nie potrafiłam się do niej przywiązać i jej kibicować. Zupełnie inaczej było z Patrickiem, facetem, którego nie da się nie kochać. To chyba najlepiej wykreowana postać w tej książce – nieidealna, ale ciepła, rozważna i poukładana.

Fabuła „Teraz albo nigdy” nie jest niczym nowym ani świeżym. To raczej słodka opowieść o tym, jak przyjaźń przeradza się w miłość. Mimo że autorka próbowała dodać tutaj element niepewności w postaci maskowania związku przed rodziną Morgan, to raczej ciężko było odczuwać jakiekolwiek zagrożenie. Nie potrafiłam też zrozumieć, dlaczego ten związek miał być wykreowany jak niby „zakazany”. Widać tutaj, moim zdaniem, brak pomysłu pani Linde na tę opowieść. Nie ma w niej absolutnie nic ciekawego, nawet jednego szczegółu, który wyróżniałby ją ze stosów powieści o podobnej chociażby tematyce. Akcja toczy się powoli do przodu, a kolejne wydarzenia opisywane są beznamiętnie tak, że ja praktycznie w ogóle nie przeżywałam jej emocjonalnie. Pisanie dla pisania, bez polotu i celu.

Nie zrozumcie nie źle, „Teraz albo nigdy” nie jest książką złą, nie jest też żadnym przykładem grafomanii. Dla relaksu i oderwania od codziennych spraw, ta książka może dobrze się sprawdzić, ale, błagam, takich akurat książek mamy na rynku najwięcej. Niewymagającego odpoczynku zaznamy w ¾ książek napotkanych w księgarni, a w dodatku duża część z nich może nawet w jakimś minimalnym stopniu czymś zaskoczyć, pokazać coś nowego, poruszyć emocjami czytelnika. „Teraz albo nigdy” wypada bardzo nijak, blado, nieinteresująco. Być może dla fanów serii ta opowieść będzie prawdziwą gratką, ja natomiast będę stronić od książek pani Linde, ponieważ wątpię, czy ta autorka ma coś więcej do powiedzenia niż jak w opowieści o Patricku i Morgan.

środa, 4 lipca 2018

Kwiat paproci, czyli słowiańskie wierzenia wracają




Któż nie słyszał jeszcze o serii "Kwiat paproci" Katarzyyny Bereniki Miszczuk? "Szeptuchę" nie raz widziałam w miejskim tramwaju, o mediach społecznościowych nie wspominając. Chcąc przekonać się o co cały ten szum, w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przeczytałam cały cykl. I wiem już co jest powodem tak ogromnego rozgłosu "Kwiatu paproci".

Gosława Brzózka właśnie skończyła medycynę i aby w pełni uzyskać kwalifikacje zawodowe, musi odbyć praktykę u szeptuchy. W tym celu udaje się na wieś, do Bielin, będących kolebką słowiańskich wierzeń. Gosia początkowo podchodzi sceptycznie do pracy starej babki, jednak gdy poznaje Mieszka, a z lasu zaczynają wychodzić pradawne istoty, jej świat staje na głowie. Co by było gdyby Mieszko I nie wziął chrztu? Gdyby Polska była pogańska, gdyby naszym życiem kierowała wiara w słowiańskie bóstwa?



Trzeba przyznać, że już sam pomysł na fabułę jest niezwykle oryginalny i lekko szalony. Wraz z Gosią wkraczającą (z obdartymi stopami, no kto zabiera na wyprawę do wsi szpilki!) do wsi, możnaby powiedzieć zabitej dechami, my możemy mieć wrażenie, że cofamy się w czasie. Trafiamy do ledwo trzymającej się chatki znachorki, która na większość dolegliwości pomoże odpowiednim ziołem, kamieniem lub innym przedmiotem, a także magiczną formułką. Co jest najlepsze - staruszka kręci na tym spory biznes, sama wydaje się być krytyczna do wszelkich magicznych i znachorskich praktyk. Również Gosia podchodzi do swojej misji z ogromnym dystansem. Dziewczyna z miasta, nowoczesna, cywilizowana studentka w rozwalającej się chałupie pełnej obrzydliwych specyfików o wątpliwej wartości terapeutycznej. Czy to się może udać?

Gosia z początku niesamowicie mnie irytowała, ponieważ była typowym obrazem paniusi z miasta, która nie pomyśli o tym, do jakich warunków przyjdzie jej się przystosować w Bielinach. Obawia się brudu i zaklęć jak ognia, nie inwestuje w buty wygodne do wędrówki po wsi, w dodatku jest uparta. Wiedziałam, ze długo z taką bohaterką nie wytrzymam, a ta seria ma przecież cztery tomy. Z ulgą jednak okazało się, ze już w około połowie pierwszej części, Gosia zaczęła zmieniać się w prawdziwą słowiankę, którą da się lubić. Sympatią darzyłam też inne postacie, zwłaszcza Mieszka, który oczarował podejrzewam znaczną większość czytelniczek.


Podstawowym powodem, dla którego "Kwiat paproci" odnosi spore sukcesy, jest to, że historia niezwykle wciąga, niczym dobry serial. Niby widać momentami schematyczność, powtarzalność i brak świeżych pomysłów, ale jednak czytamy dalej i dalej. Ta opowieść mam wrażenie mogłaby jeszcze być pociągnięta na następne kilka tomów. Za to wszystko odpowiada lekki styl autorki, słowiański klimat świata przedstawionego i bohaterowie, z którymi łatwo się związać. Szkoda, ze to już koniec.

Gdybym miała wybrać najsłabszą cześć z serii, zdecydowanie byłby to "Żerca". Tutaj właśnie nastąpił w historii krótki kryzys, pewien zastój i uspokojenie akcji. To jakby cisza przed burzą, przed finałem, wynagradzającym ten trzeci tom. Najlepsza zaś była dla mnie "Szeptucha", bo mimo iż Gosia na początku irytowała, to jednak poznawanie Mieszka i wnikanie powoli w świat słowiańskich tradycji były elementami najciekawszymi. Do serii przynależy też dodatek - "Sekretnik szeptuchy" będący czymś na wzór uniwersalnego kalendarza, notatnika i zbioru krótkich ciekawostek w tematyce słowiańskiej. Szkoda mi po nim pisać, ale za to świetnie bawiłam się przy rozwiązywaniu testów, na przykład jaką roślinę przypominam i dlaczego, albo jakim słowiańskim demonem mogę być.

Seria "Kwiat paproci" wciąga, przywiązuje do świata i bohaterów, nie chce wypuścić czytelnika ze swoich szpon, a czwarty tom przynosi smutne poczucie, że to koniec. Jeżeli lubicie słowiańskie klimaty, nietypowe romanse, zielarstwo, historię farmacji i medycyny lub po prostu macie ochotę na świetną polską powieść - koniecznie sięgnijcie!

Na gwiaździstych morzach, czyli opowieść pachnąca czekoladą




Moim ulubionym napojem nie jest ani kawa, ani herbata, a prawdziwa, gorąca czekolada deserowa. Dlatego blurb na okładce zachęcił mnie na tyle, że z zapałem zabrałam się do lektury "Na gwiaździstych morzach" Sary Sheridan. Historia okazała się być równie aromatyczna co czekolada, a także romantyczna, magiczna, przepełniona nastrojem odpowiednim dla każdego letniego wieczora.

Maria Graham po śmierci swojego męża znalazła się w ciężkiej sytuacji. W Brazylii trwa właśnie wojna domowa, kobieta musi więc próbować uciec do Europy, aby na nowo ułożyć sobie życie. Przyjmuje ofertę przemytnika, przystojnego Jamesa Hendersona, który proponuje jej wspólny rejs w stronę lepszego świata. Maria podczas podróży poznaje sekret ukryty w tabliczkach czekolady, zaczyna także czuć do kapitana silne przyciąganie. Jednak reputacja kobiety, będącej cenioną pisarką, nie pozwala jej na jawny związek z Jamesem. Ten musi zmienić się z przemytnika w pełnego klasy dżentelmena. Opuszczenie kryminalnej profesji nie jest jednak tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Czy Jamesowi uda się oderwać od wpływów wysoko postawionych gangsterów? Czy Maria znajdzie szczęście u jego boku?

Akcja powieści ma miejsce w roku 1824, a więc wtedy, gdy w Brazylii trwała wojna domowa. Surowość tamtego czasu zderza się z obietnicami lepszego życia w Europie, zwłaszcza w rozkwitającej Anglii. W powieści czuć klimat tamtych czasów, a więc autentycznie mamy wrażenie, że przenosimy się do XIX wieku i śledzimy losy Mariii, która jest postacią historyczną. Autorka postarała się, aby czytelnik został dobrze zapoznany z realiami ówczesnej Anglii. Poznajemy obyczaje, sytuację społeczną, tamtejszą modę, a także rodzącą się miłość do czekolady. Zahaczamy o temat niewolnictwa oraz procesu produkcji i doceniania kakaowych wyrobów na salonach. Dlatego stwierdzić mogę, że to, co najbardziej urzeka w książce Sary Sheridan, to klimat. Podczas lektury niemalże czuć unoszący się aromat czekolady, a oczami wyobraźni widać piękne stroje dam i uliczki mieniące się barwami kapeluszy, słychać też szumiące fale i skrzypiące deski pokładu.

Autorka połączyła świetne opisy XIX wieku z lekkością i przystępnością opowieści. Jej styl jest niezwykle płynny, umiejętny i wciągający, choć przyznać trzeba, że bieg akcji jest momentami bardzo powolny. "Na gwiaździstych morzach" to powieść poniekąd przygodowa, zahacza nawet o kryminał, a jednak bardziej stawia na powolne wnikanie w fabułę oraz budowanie komfortowego nastroju Czytelnik z uwagą przygląda się losom kapitana Handersona, jego próbom porzucenia życia przemytnika i związania się z Marią, przy tym jest w stanie zobrazować sobie piękno świata przedstawionego. Podczas czytania nie przeżywałam wielkich emocji, bardziej czułam w sercu rozlewające się ciepło, momentami czułam niepokój i obawę, czy bohaterom uda się być razem i trwać w miłości. Tak więc opowieść określiłabym jako leniwą, tak jak leniwy wieczór przy świecach i kubku gorącej czekolady. Idealna historyczna literatura kobieca, która sprawia, że na sercu robi się cieplej i raźniej.

"Na gwiaździstych morzach" to opowieść do delektowania się, smakowania i wgryzania się. Nie wbije nas w fotel, nie przyspieszy bicia serca, ale za to umili leniwy wieczór i zauroczy niepowtarzalnym klimatem. Dla fanek powieści przygodowych i romansów historycznych ta powieść będzie idealna. Będę śledzić karierę autorki i jeśli tylko w Polsce pojawi się jej kolejna książka, bez wahania po nią sięgnę.

wtorek, 3 lipca 2018

Chłopak taki jak ty - Ginger Scott


Są takie książki, które wyglądają bardzo niepozornie, a okazują się być emocjonalnymi bombami. Nieczęsto na nie trafiam, ale to właśnie „Chłopak taki jak ty” Ginger Scott okazał się być tak miłym zaskoczeniem. Ciężko mi pisać o tej opowieści, bo cały czas siedzi mi w głowie, zafundowała mi małego książkowego kaca. To jeden z najciekawszych bestsellerów dla młodych czytelników.

Josselyn Winters mogła zginąć dokładnie tego samego dnia, w którym rozpadła się jej rodzina. Od tego czasu też przestała organizować wyścigi dla dzieciaków z sąsiedztwa. Wtedy była blisko śmierci, ale uratował ją Christopher, który następnie zniknął. Minęło osiem lat. Do szkoły, w której uczy się Joss przybywa nowy uczeń, chłopak, który od razu chwyta z dziewczyną nić porozumienia. Joss ma przeczucie, jakby już wcześniej go spotkała i podejrzewa, że on może być zaginionym Christopherem, jej bohaterem. Kim jest ten chłopak? Czy przybył po to, aby znów ją uratować?

„Chłopak taki jak ty” to prawdziwy emocjonalny rollercoaster. W niektórych momentach na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, zaraz na policzki wypływał rumieniec, czułam potem żal, gniew, aż w końcu uroniłam kilka łez. Ta opowieść to w dużej mierze smutna historia dziewczyny, która przez rozpad rodziny rezygnuje z ambicji i pewności siebie na rzecz bierności i skrycia. Matka zostawiła Josselyn już w wieku dziewięciu lat, ojciec zaś popadł w nałóg alkoholowy, zapijając smutki do upadłego. Dziewczyna, wobec tego braku nadziei i obojętności ze strony ojca, również sięga po używki i myśli o tym, by poddać się całkowicie. Tylko przyjaciele utrzymują ją przy życiu i dają wiarę w to, że warto być i walczyć dla nich. Wtedy też pojawia się Wess, mogący być zaginionym Christopherem. Wydaje się, że Joss znów potrzebuje ratunku. Było mi strasznie żal tej dziewczyny, serce mi się rozrywało z jej cierpienia, a jednocześnie ze złości na ojca. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie wiemy ile osób wokół nas jest w podobnej sytuacji. Że wystarczy im drobna dogryzka, pogardliwe spojrzenie, aby utwierdzić się w przekonaniu, że nic nie znaczą.

Ta książka nie jest zwykłą obyczajówką młodzieżową. Fabuła, choć nie zawierająca czegoś wybitnie wymyślnego i nowego, jest przedstawiona w tak nieoczywisty sposób, że przez znaczną część książki zastanawiamy się, o co naprawdę chodzi. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że zrobi się z tego paranormal romance, na szczęście te podejrzenia nie znalazły potwierdzenia. Wess wydaje się być zbyt idealny, momentami jakby włada jakąś nadprzyrodzoną mocą, ma w sobie coś magicznego i przyciągającego. Pozornie nie pasuje do Joss, chłopczycy, która swój ból i wrażliwość skrywa pod grubą skórą. Autorka jednak nie poszła na łatwiznę i postarała się, aby bohaterowie dali się lubić, aby stopniowo odsłaniali swoje prawdziwe, bogate wnętrze.

Powieść czyta się jednym tchem, chociaż przyznać muszę, że około połowy akcja zwolniła, by pod koniec znów przyspieszyć. Końcówka natomiast jest niezwykle intrygująca, nieprzewidywalna i pozostawia spore pole do wymysłów na temat dalszych losów bohaterów. Koniecznie potrzebuję sięgnąć po kontynuację i mam nadzieję, ze Wydawnictwo Kobiece nie każe mi długo czekać. 

„Chłopak taki jak ty” to wyjątkowa powieść dla młodzieży, która wykorzystuje znane schematy w taki sposób, że stają się one wyjątkowe i nieprzewidywalne. Autorka czyni to głównie za pomocą elementu zaskoczenia, a także poprzez skupienie się na historii pokrzywdzonej dziewczyny skrywającej ból głęboko w sercu, z dala od wzroku innych ludzi. Ciężko mi pozbierać się po tej książce, ponieważ bardzo przywiązałam się do Josselyn i przez całą lekturę nie byłam w stanie myśleć o czymkolwiek innym. Każda przerwa w czytaniu, nawet na jedzenie, była naznaczona oczekiwaniem na to, co będzie dalej. Jak dobrze, że będzie drugi tom. Najchętniej przeczytałabym go teraz, zaraz. 

Love line - Nina Reichter




Powieści obyczajowe i romanse mają to do siebie, że większość jest schematyczna i niczym się nie wyróżnia. Dlatego też obawiałam się, czy Nina Reichter swoją powieścią „Love Line” zainteresuje czytelnika na tyle, aby ten zapamiętał historię na dłuższy czas. Na szczęście okazało się, że autorka sławnej „Ostatniej spod zwiedzi” świetnie radzi sobie z pisaniem dla dojrzałego czytelnika, a także podchodzi do obyczajowych tematów bardzo nieszablonowo.

Matt Hansen zdaje sobie sprawę, że najlepszym sposobem na sławę jest znajomość reguł i sposobów zdobywania miłości. Zapotrzebowania i problemy świata ulegają ciągłym zmianom, ale jedno jest pewne – każdy z nas szuka miłości, a kiedy już ją spotka, pojawiają się nowe dylematy i cele z nią związane. Matt jest terapeutą od związków, prowadzi audycję Love Line, w której to głównie kobietom radzi, w jaki sposób poprawić swoje życie miłosne. Mężczyzna zdobywa zaufanie odbiorców, jego kariera pnie się w górę. Bethany McCallum pracuje jako redaktorka pisma dla kobiet i otrzymuje szansę, aby zajść jeszcze dalej. Ma napisać tekst o zawodowych podrywaczach, PUA (pick-up artists), uczących mężczyzn w jaki sposób zaimponować i zdobywać kobiety. Wtedy drogi Matta i Beth krzyżują się. Czy w grze pełnej manipulacji i sztuczek PUA jest miejsce na szczere uczucie?



Jakiś czas temu przeczytała książkę „Jak upolować pisarza”, która opowiadała o tym, jak sława może dać sztuczne poczucie docenienia oraz jak media wpływają na zwykłych ludzi. Uznałam, że ten temat jest bardzo rzadko poruszany w literaturze, a dotyczy nas wszystkich, a zwłaszcza tych kreujących siebie lub swoją markę w sieci. Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że „Love Line” porusza podobną tematykę. Mamy tutaj wachlarz mechanizmów i manipulacji obecnych w marketingu, reklamach, a także we flircie. To świetna, inteligenta pozycja, która da sporo do myślenia każdemu czytelnikowi. Szczególnie dużo z lektury wyciągną kobiety, które zauważą pewne strategie mogące pozostawiać je bezbronne, zmanipulowane. PUA maja się dobrze, dostęp do ich lekcji jest banalnie prosty, a nie zawsze ich metody podrywu są moralne i sprawiedliwe. Dlatego warto wniknąć w tę kwestię, mieć świadomość, że istnieją zarówno tacy trenerzy, jak i całe rzesze ich naśladowców.

Świat show-biznesu i mediów z pozoru wydaje się być barwny i atrakcyjny. Autorka stopniowo wprowadza czytelnika w realia funkcjonowania korporacji, tym samym pęka bańka pozornego ideału. Wychodzą na wierzch brudy, które napędzają rynek, są niezbędne, aby osiągnąć coś na kształt sukcesu. W tym świecie żyją też nasi bohaterowie – Matt i Beth.  Nie jest to szablonowa sceneria do tworzenia romansu, ponieważ, jak możecie się domyślać, autorka musiała się postarać o dobrą kreację postaci i rozbudowanie ich psychiki. Oboje zajmują się tym samym tematem, a jednak wykazują odmienny do niego stosunek. Każde z nich ma swój bagaż doświadczeń, a każdy sukces lub porażkę w pracy przeżywa na swój sposób.  Także ich związek nie może się obejść bez sporych przeszkód. Co jest w tym wszystkim najlepsze to fakt, że czytelnik nie czuje się gdzieś poza tą historią. Świetne profile psychologiczne bohaterów sprawiają, że nawet nie wiemy kiedy zaczynamy się zastanawiać nad ich uczuciami i wyborami. „Love Line” to wyborna uczta dla  osób szukających niebanalnego, inteligentnego romansu, który przymusza do przemyśleń na współczesny, bardzo aktualny i drażliwy temat manipulacji, przekrętów wielkich firm i pozorności bycia „na fali”.

Nina Reichter stworzyła romans wciągający, współczesny i dający do myślenia. Każdy z nas powinien wiedzieć więcej o tym, ile fałszu i zniekształconych informacji dociera do nas każdego dnia i jaki to może mieć na nas wpływ. Takiej książki, zwłaszcza od polskiego autora, jeszcze nie było. To nowa droga w literaturze kobiecej  i to w dodatku taka, którą powinno się czytać. Z niecierpliwością czekam na kontynuację powieści  i jestem niemalże pewna, że się nie zawiodę.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Pocałunek cesarza - Sylwia Bachleda




Romans historyczny to gatunek, który lubię, ale tylko wtedy, gdy spełnia określone warunki. Ważne jest tutaj tło opowieści, krajobrazy, kultura, warunki życia dotyczące danego okresu, a także polityka. Ponadto bohaterowie powinni być dobrze wykreowani, tak, że czytelnik jest zainteresowany ich losami. I ostatnia rzecz - wątek miłosny może być pikantny, ale nigdy sztuczny i słodki. Zasiadając do lektury "Pocałunku cesarza" Sylwii Bachledy miałam nadzieję, że ta opowieść spełni w jakimś stopniu powyższe elementy i będę ją mogła uznać za dobry historyczny romans spod pióra polskiej autorki. Niestety, po przeczytaniu książki mam co do tego mieszane uczucia.


Charlotte to młoda, szczęśliwa narzeczona, która kocha Victora nad życie. Ich słodki związek jednak zostaje przerwany wraz z wyjazdem ukochanego do Wersalu w celu służby cesarzowi. Charlotte nie może pozwolić sobie na wyjazd, dlatego zrozpaczona zostaje w rodzinnym domu. Jej pocieszeniem staje się młody lekarz, Franciszek. Kiedy już wydaje się, że dziewczyna może na nowo ułożyć sobie życie, powraca Victor, wraz z zaproszeniem dla Charlotte od cesarza. Czy bohaterka zdecyduje się żyć u boku Victora w Wersalu? Jaką rolę w tym wszystkim odegra zabójczo przystojny cesarz?


Akcja powieści ma miejsce w XIX-wiecznej Francji, a wiec jest to idealna sceneria dla romantycznej historii miłosnej. Jednak muszę przyznać, że oczekiwałam więcej tego klimatu, że autorka zrobi dobry "research" i przedstawi realia, w jakich żyli ówcześni ludzie. Chodzi mi o sytuację polityczną, o styl życia, zwyczaje, może nieużywane już zwroty. Rozumiem, że nie jest to typowa powieść historyczna, jednak można było z tej scenerii wycisnąć nieco więcej uroku. Mamy tutaj jedynie bale, wzmiankę o strojach oraz służbie czy ogrodzie. Szczególnie brakowało mi lepszego przedstawienia tego, czym zajmuje się cesarz, jakie ma obowiązki, czy jego jedynym problemem są rebelianci, którzy nie wiedzieć dlaczego popierają jego niedoszłą żonę. Ten wątek "wojny" i małej rebelii jest jakby za mgłą, potraktowany po macoszemu. Nie wymagam może, aby bardzo zagłębiać się w politykę, ale wątpię, czy faktycznie zaufani doradcy dopuszczają się zdrady ze względu na pokrzywdzoną kobietę.

Jeśli jesteśmy już przy cesarzu, to jest to chyba najciekawsza postać w książce. Aleksander -niebezpieczny, seksowny, przystojny, a przy tym inteligentny, ciężko go rozgryźć. Do tego dochodzi pewne wydarzenie z nim związane, które dało mi materiał do refleksji nad tym, kim faktycznie jest i na czym polegają jego uczucia. Pozostając przy bohaterach męskich - Victora dało się lubić, jednak czasem działał nieracjonalnie, Franciszek zaś to największa ciepła kluska, ale jednocześnie był najbardziej opanowany i ogarnięty z nich wszystkich. Ogromny problem miałam natomiast z Charlotte. Ta dziewczyna była nie do wytrzymania, była targana emocjami gorzej niż chorągiewka na wietrze. W ciężkich chwilach uciekała z płaczem i zostawiała  danego ukochanego (a przypominam, że jest ich trzech!) samego, aby "mógł sobie przemyśleć swoje zachowanie". Raz mówiła, że kocha i nie zostawi, zaraz leciała do innego, w tym wszystkim nie widziała swojej winy, tylko tych mężczyzn, którzy bezlitośnie "kuszą". Decyzje podejmowała impulsywnie, bo tak zechciała. Poza miłosnymi dylematami nie przedstawiała sobą dosłownie nic, nie miała w życiu innej rozrywki, innego zajęcia. Nie miała żadnej pracy, żadnej pasji, chodziła na bale, brała kąpiele i jadła smaczne kolacje. Była jak rozpieszczona dziewczynka.

To wszystko szło naprawdę w złym kierunku, ale nagle BUM. Autorka koło 260 strony zafundowała nam niezły plot twist, świetny zabieg, który diametralnie zmienił bieg tej historii. Charlotte nagle przestała denerwować, pokazała charakterek, a fabuła stała się nieprzewidywalna. Skończyła się słodka opowieść o miłosnym czworokącie, a zaczęła ciekawa historia o tym, do czego może doprowadzić zazdrość i egoizm w związku. Ten zwrot akcji był jednym z najlepiej przemyślanych w ogóle, wszystko zaczęło do siebie idealnie pasować. Od tego momentu autentycznie cieszyłam się z lektury.

Zakończenie trochę mnie zdziwiło, ponieważ jest otwarte i wskazuje na kontynuację. Zastanawiałam się, czy sięgnę po nią i chyba to zrobię jeśli tylko Charlotte już nie będzie z powrotem taka, jak przez pierwsze 260 stron. Dałabym tej opowieści szansę, ponieważ po plot twiście zauważyłam duży potencjał w historii wymyślonej przez Sylwię Bachledę.

"Pocałunek cesarza" byłby dobrą książką gdyby nie to, że na rozkręcenie się akcji trzeba czekać lekko ponad połowę. Nie ma korzystnego balansu między tym, co było "przed", a co jest "po", bo ta pierwsza część jest zdecydowanie słabsza i to tak, że czasem miałam ochotę rzucić lekturę. Jednak nigdy chyba nie miałam takiej sytuacji, aby irytująca historia w jednym momencie rozwinęła się w tak imponujący sposób i to było bardzo zaskakujące i przyjemne. Aż nie wiedziałam co powiedzieć. Przez to właśnie mam teraz namieszane w głowie, nie wiem do końca czy polecać tę powieść, czy nie.

Styl autorki jest prosty i przyjemny, spotkałam się zaledwie z kilkoma zdaniami, które można by uznać za niepoprawne. Jedynym problemem w tej kwestii były nieścisłości logiczne, wynikające podejrzewam z głupoty głównej bohaterki. Dobrze to widać po 260 stronie, że gdy zmienia się Charlotte, książka zmienia się w opowieść dobrą, umiejętnie napisaną.

Sami musicie zdecydować, czy chcecie przez pół książki powolnie brnąć w czworokąt miłosny, aby później poznać zwrot akcji i czytać około 200 stron naprawdę dobrej historii. Zawsze możecie spróbować, zwłaszcza wtedy, gdy jesteście romantycznymi duszami i szukacie czegoś dla relaksu. Ja pozostanę przy ocenie pół na pół, nie jestem ani na tak, ani na nie. Wiem jednak, że jeśli autorka jeszcze popracuje nad historią i kreacją bohaterów, to naprawdę może nas solidnie zaskoczyć w drugim tomie. Sylwia Bachleda ma talent, a połowę jej debiutu trzeba po prostu wybaczyć, podejść z dystansem, a w drugiej części już cieszyć się dobrą opowieścią.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Novae Res.

czwartek, 21 czerwca 2018

Zniewolony książę - C. S. Pacat






"Zniewolony książę" to książka bardzo kontrowersyjna, o czym nie można się przekonać z opisu. Dopiero tuż przed rozpoczęciem lektury zdobyłam informację, że powieść zawiera dużo wątków homoseksualnych, jest w typie yaoi. Dlatego przestraszyłam się, ponieważ akurat takie elementy ciężko mi akceptować. Jednak... poniekąd dziwię się, że ta powieść wywołuje tyle kontrowersji.  Dlaczego? Przekonacie się czytając moją opinię.

W królestwie Akielos pojawia się spisek i zdrajca - syn króla i brat księcia Damena, nowy samozwańczy władca. Damen zaś zostaje sprzedany wrogiemu państwu, Verze, a jego tożsamość zostaje utajona po to, aby był traktowany jak nic nieznaczący niewolnik. Jeżeli jednak spodziewacie się, że niewolnik ma za zadanie ciężko pracować, to się grubo mylicie. Ci mężczyźni, często tez chłopcy, przechodzą oględziny i selekcję, następnie są sprzedawani jako słudzy do celów cielesnych. Damen zostaje przeznaczony księciu Vere, Laurentowi, zimnemu podstępnemu chłopaku o anielskiej twarzy. Nowy niewolnik musi stawić czoło poniżaniu, ponadto staje się pionkiem w politycznej grze, chce także wyswobodzić swoich pobratymców z tego kraju. Czy uda mu się uciec? Do czego doprowadzi jego udział w dworskich intrygach?

Rozpocznę od kwestii, która najbardziej wyróżnia tę powieść na tle innych, a także może być przyczyną kontrowersji. Chodzi mianowicie o homoseksualizm. Niewolnicy nie mają za zadanie ciężko pracować, budować, sprzątać, nic z tych rzeczy. Damen zostaje zamykany w celi, może obskurnej, ale mężczyzna nie narzeka ani na głód ani na dyskomfort. Teoretycznie powinien być kochankiem Laurenta, tamten jednak jest niedostępną "dziewicą", która czerpie satysfakcję z samego posiadania niepokornego niewolnika. Tak więc Damen nie robi dosłownie nic, spaceruje w obroży po ogrodach, obserwuje turnieje, rozmawia sobie z wujem księcia Very. On tylko obserwuje, co się wyprawia w tym kraju i nie doświadcza prawdziwego wymiaru słowa "niewolnik". Inni natomiast są niczym pupile, psy swoich panów, zawsze gotowi i chętni na seks. Igrzyska polegają na tym, kto kogo pierwszy zgwałci. To jest tak powszechne, że aż nie uświadczymy tutaj ani jednej relacji damsko-męskiej.

Dlaczego nie uważam tego za kontrowersyjne, chociaż brzmi okropnie? Mianowicie autorka osadziła historię Damena i Laurenta w kulturze wzorowanej na średniowiecznej Grecji ,a także Rzymie. Jak być może niektórzy z was wiedzą, w tamtych czasach homoseksualizm bym na porządku dziennym, każdy szanujący się mężczyzna miał swojego, zwykle młodziutkiego, kochanka. Takie relacje były nawet bardziej popularne od heteroseksualnych. Dlatego moralność w kąt i trzeba dostosować się do tego, co jest elementem przeszłości. Nie czułam się zgorszona lub zniesmaczona tym bardziej, że opisy nie były jakieś wyjątkowo szczegółowe czy wulgarne. Uważam jednak, że autorka skupiła się na niewolnictwie seksualnym za bardzo. Ludzie boją się dzieci jak ognia, na kartach książki nie znajdziemy nawet wzmianki o dzieciach, tak jakby ich nie było. Homoseksualizm wiedzie prym dlatego, że potomkowie, zwłaszcza wśród wyższych sfer, są bardzo niepożądani. Rodzi się więc pytanie jak to społeczeństwo się rozwija, jak się rozmnaża, jakim cudem nadal istnieje? W książce może ze dwa razy spotkamy jakaś kobiecą postać, ale nigdy nie mamy wzmianki nawet o żonatych mężczyznach, o seksie z kobietą, o szczęśliwej rodzinie.

Po połowie książki miałam serdecznie dość tego, że kręcimy się cały czas wokół jednego - Damen jest niewolnikiem, wokół sami nadzy chłopcy i wszystkie rozmowy podyktowane są tematem ich wykorzystywania. Miałam nadzieję na jakieś dobre intrygi dworskie, na ciekawe sytuacje i relacje miedzy bohaterami, a otrzymałam powieść bez celu.  Nie ma jakiegoś kluczowego punktu w tej historii, nie wiemy do czego dążymy i w sumie po co to czytamy. Już od razu wiemy, że w tym państwie niewolnicy są od seksu, nie trzeba o tym się rozwodzić na kilkaset stron.  Brak wartkiej akcji, tajemnic, napięcia, to tak jakby niedorobiony, pierwotny pomysł na jakąś opowieść, ale rozwleczony w niewiadomym celu. Co autorka chciała przekazać przez wsadzenie do książki samych mężczyzn i umieszczenie w centrum "niewolnictwa"?

Wszystko wskutek tego kuleje - przede wszystkim kreacja świata i bohaterów. Nie wiemy dlaczego Vere i Akos są skłócone, w jakim wieku w ogóle jesteśmy, na jakim kontynencie, jak wygląda otoczenie, jaka jest historia państw. Jeśli chodzi o charaktery, to Lauren to przebiegły chłopak, o twarzy anioła, przy tym niezwykle głupi, nierozważny, wredny i taki "dziewiczy". Ma coś z psychopaty. Damen zaś w ogóle nie zachowuje się jak uprowadzony książę. Nie wspomina nic ze swojego dawnego życia, nie wiemy jak to było mieszkać w pałacu, jak wyglądały jego relacje z rodziną i podwładnymi. On nawet nie czuje najmniejszego dyskomfortu z tego powodu, że jest w niewoli. Jest bardzo bezbarwną postacią, pozbawioną głębszej psychiki, wspomnień i przemyśleń. O reszcie bohaterów nie warto wspominać, bo to tylko nic nieznaczące postaci, niczym się nie wyróżniające.

Pomijając kwestię kontrowersji i homoseksualizmu, ta powieść jest słaba pod każdym innym względem. Kuleje fabuła, akcja, kreacja bohaterów i świata, brak celu, napięcia, zwrotów, sensu. "Zniewolony książę" to słaby początek trylogii, taki jedynie do beznamiętnego przeczytania i odstawienia. Ponoć dalsze części sa lepsze i w tym tkwi jeszcze moja nadzieja.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Skradzione laleczki, czyli historia przerażająca




Są takie książki, które przeczytamy dla rozrywki i zaraz o nich zapomnimy. I są też takie, które wbijają się w umysł i drążą, wzbudzają emocje tak wielkie, że na długo po lekturze ciężko ułożyć myśli do ładu. O takich książkach ciężko napisać, ciężko też jednoznacznie określić, co chciałoby się zawrzeć w recenzji. Po prostu - ciężko dojść do siebie. Jedną z takich książek są "Skradzione laleczki".

Kogo kocha Benny? Swoje małe, słodkie lalki.
Póki są posłuszne i nie stają z nim do walki.
Dba, by były piękne. Włosy im układa
i na ich młode ciałka sukienki zakłada.
A gdy noc zapada do zabawy przystępuje.
Młodsza lalka uległa, starsza walczyć próbuje.
Lecz kiedy ta ulubiona od niego ucieka,
nie liczy się, że druga pozostać przyrzeka.
Serce pęka mu z rozpaczy, oczy ma pełne łez,
jego lalka musi wrócić, bądź jej życia nadszedł kres.



Dwanaście lat temu uprowadzone zostały młodziutka Jade oraz jej siostra, Macy.  To Benny stał się ich koszmarem - psychopatyczny szaleniec, który lubił swoje laleczki torturować, poniżać i znęcać się. Po czterech latach Jade udało się uciec oprawcy. Niestety, cały czas zarzucała sobie winę, że nie mogła zabrać ze sobą siostrzyczki. Obecnie Jade ma dwadzieścia sześć lat i jest jednym z najlepszych detektywów, a przeszłość nadal wraca w najgorszych koszmarach. Co się dzieje teraz z Macy, czy ona w ogóle żyje? Dziewczyna każdą przydzieloną sprawę traktuje bardzo osobiście, chcąc pomóc innym, tak jakby szukała Macy. Jednak jedna z nowych sytuacji sprawia, że w głowie Jade podnosi się głośny alarm - jej oprawca wrócił. Z pomocą przystojnego partnera, dziewczyna rozpoczyna z porywaczem mroczną grę, w której stawką jest życie Macy oraz innych "laleczek". Jednak Jade znów staje się ofiarą, Benny czyni z niej obłąkaną ofiarę. Ona zawsze była ofiarą. Ponownie została ukradziona.

Ciężko mi pisać o tej książce. Jest tak mroczna, przytłaczająca i przerażająca, że żadnego czytelnika nie pozostawi obojętnego. Może sama tematyka nie byłaby na tyle oryginalna, aby wywołać tak duże emocje, ale rozwiązanie sytuacji jest już nieszablonowe, przytłaczające i po prostu druzgocące. Można by się spodziewać, ze Jade, niczym superbohaterka, szybko znajdzie Benna i wygra z nim mroczną grę o życie siostry. Sprawy jednak ogromnie się komplikują, ja złapałam się na tym, ze z nerwów zaciskam szczękę i siedzę jak na szpilkach. Wszystko o strach o życie Jade, o to, jak skończy się jej historia, kibicowanie jej miało wręcz rozpaczliwy charakter.

Takie książki jeszcze nie było. Pomijając już wyjątkowe losy Jade, "Skradzione laleczki" wydają się być szaloną mieszanką thrillera, erotyku i dark romance. To emocjonalny roller coaster, który momentami mrozi krew w żyłach. Klimat lekko przypominał mi "Srebrnego łabędzia", ponadto obie te książki nie każdemu się spodobają. Są tak mroczne, nietypowe, pikantne i szalone, że naprawdę trzeba mieć nerwy ze stali i lubić takie psychopatyczne historie, aby być zadowolonym z lektury. Dla mnie takie książki są jak zimny kubeł wody, pewna świeżość i wstrząs w spokojnym, czytelniczym życiu. To one powodują "książkowego kaca", wywołują najmocniejsze emocje.

Zakończenie to miazga, pozwolę sobie tak napisać, po prostu wbija w fotel. Nie mogę się doczekać drugiego tomu, rozpaczliwie go potrzebuję, najlepiej już teraz. "Skradzione laleczki" to historia, która mną mocno wstrząsnęła. I nie jestem w stanie napisać nic więcej. Jeżeli chcecie spotkać się z szokującą emocjonalną bombą to koniecznie sięgnijcie. Jestem jakby "wordless".

niedziela, 17 czerwca 2018

Anonimowe wyznania



Anonimowe Wyznanie to jeden z najbardziej popularnych serwisów w Polsce, prawdopodobnie już o nim słyszeliście. Obecnie ma na Facebooku blisko 800 tysięcy polubień, miesięcznie zaś ma około milion odwiedzin. Na czym polega fenomen strony? Każdy może anonimowo zamieścić tam swoje historie, bez wstydu i ogródek, następnie czekać na reakcje czytelników. Wiarygodność tych opowieści możemy poddać pewnym wątpliwościom, ale z pewnością nie raz natrafimy na Anonimowych Wyznaniach na opis prawdziwych sytuacji. Wydawnictwo Novae Res postanowiło zebrać najciekawsze z wyznań i wydać w postaci książki. Czy było to potrzebne?



Od razu przyznam, że nie widzę większego sensu wydawania pieniędzy na tę książkę, jeśli tylko dysponujemy internetem i dostępem do serwisu. Możemy tam naczytać się historii do woli, jednak książka może sprawdzić się wtedy, gdy chcemy mieć te wyznania posegregowane. W spisie treści mamy aż 12 działów tematycznych, do których przyporządkowano teksty. W zależności od potrzeb, możemy skakać pomiędzy działami i w ten sposób, nawet tylko co jakiś czas, sięgać po to, czego akurat potrzebujemy. Książka "Anonimowe Wyznania" to też dobra opcja dla osób, które spontanicznie chcą sięgnąć z półki po książkę i momentalnie poprawić sobie humor. Te opowieści, nawet jeśli niektóre są czasem przykre w treści, to jednak okraszone ironią i sarkazmem. Nie byłabym może w stanie roześmiać się w którymkolwiek momencie czytania, ale kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem.

Nie wszystkie wyznania są na wysokim poziomie, nawet pod kątem rozrywkowym. Pomijając kilka uśmiechów, czasem podczas czytania czułam zażenowanie lub irytację. Te opowieści przywodziły mi na myśl takie wyznania z gazetek typu "Bravo", czytanych jeszcze w podstawówce. Wtedy mnie to bardziej interesowało, więc ogólnie rzecz ujmując lektura raczej nie była dla mnie satysfakcjonująca, acz natrafiłam na kilkanaście naprawdę świetnych sytuacji. Podejrzewam, że gdyby opowiadał mi je znajomy, śmiałabym się do rozpuku.

Aby być w pełni zadowolonym z książki, trzeba wiedzieć, że lubi się tego typu wyznania oraz ciekawi nas życie innych, obcych ludzi. Jako forma rozrywki, dla niektórych "Anonimowe wyznania" mogą się sprawdzić. Ja momentami świetnie się bawiłam, innym razem zaś przewracałam oczami nad trywialnością i głupotą niektórych historii. Czy warto sięgnąć po książkę oceńcie już sami, według Waszych oczekiwań i zainteresowań.