Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

czwartek, 28 września 2017

Ostatnia aria Mozarta - Matt Rees

Wydawnictwo Kobiece
Tłumaczenie: Ryszard Oślizło
Opis:
Jest grudzień 1791 roku. Przebywająca w niewielkiej austriackiej wsi Nannerl, siostra Mozarta, otrzymuje szokujący list z informacją o śmierci brata. Zgodnie z relacją żony, dwa miesiące przed śmiercią wirtuoz zwierzył się jej, że ktoś podał mu truciznę, w wyniku czego jego życie niechybnie zmierza ku końcowi. 
Nannerl niezwłocznie udaje się do Wiednia. Pragnie czym prędzej odkryć mroczną tajemnicę morderstwa. Otoczona oprószonymi śniegiem barokowymi pałacami i urokliwymi kawiarniami rzuca się w wir podejrzeń i intryg, które ukazują ponure sekrety Mozarta. Zazdrosne kochanki, złowieszczy wierzyciele oraz masoni – im bardziej Nannerl zgłębia przeszłość wirtuoza, tym mocniej przeklęty los brata splata się z jej życiem.




Przypuszczam, że każdy z nas słyszał o Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie. Może niektórzy z Was są zagorzałymi fanami jego twórczości, ale wszyscy traktujemy jego dzieła z szacunkiem. Mozart niezaprzeczalnie był jednym z największych geniuszy - wirtuozów i kompozytorów, którego utwory nadal są wielce cenione na całym świecie. Wiece też zapewne, że jego zgon do dzisiejszych czasów jest jedną z największych zagadek historycznych. Matt Rees w swojej książce "Ostatnia aria Mozarta" snuje opowieść, która jest dość prawdopodobną wersją wydarzeń dotyczącą śmierci wiedeńskiego wirtuoza. Warto więc przygotować kubek gorącej czekolady, owinąć się w koc, słuchać dzieł Mozarta i dać się zatracić w świeżutkim bestsellerze Wydawnictwa Kobiecego.

W lekturze kryminalnej w tonacji a-moll.

Przenosimy się do Wiednia, do roku 1791, w którym zima jest wyjątkowo sroga. Wolfgang Amadeusz Mozart przeżywa właśnie dynamiczny rozwój swojej twórczości i staje się powszechnie znanym i cenionym na dworze kompozytorem. Sale koncertowe po brzegi wypełniają arystokraci, a jego arie dobrze zna sam cesarz. W pewnym momencie ze zdrowiem Wolfganga zaczyna się źle dziać. Wyznaje swojej żonie, Konstancji, że został otruty i niedługo umrze. Tak też się dzieje zaledwie sześć tygodni później.

Nannerl, siostra Mozarta, to kobieta, która zajmuje się na co dzień domem, mężem i dziećmi z najwyższą starannością. Pewnego dnia otrzymuje list, w którym Konstancja pisze o śmierci Mozarta. Nannerl od dawna nie utrzymywała z bratem żadnego kontaktu, ale czuje, ze powinna przyjechać do Wiednia i zbadać sprawę jego rzekomego otrucia. Powolne śledztwo zaprowadzi ją do masońskich lóż, tajemnej wiedzy, odkryje tajemnice spisków i wielkiej polityki. Co z tym wszystkim miał wspólnego Mozart? Jakie tajemnice skrywają jego dzieła? I jak wolnomularze są powiązani z tajnymi agentami Prus?

Przed lekturą "Ostatniej arii Mozarta" zbytnio nie wczytywałam się w opis na tylnej okładce. Przeżyłam niemały szok, gdy dość szybko Nannerl wpadła na trop masonerii. W dzisiejszych czasach bardziej słyszy się o teoriach spiskowych dotyczących wyznawców Najwyższego Architekta, dlatego zagłębienie się w ten temat na inny sposób uważam za jeden z największych plusów książki. Pomijane są kwestie wszelkich groźnych idei, patrzymy na ten ruch społeczny z perspektywy osiemnastowiecznej. Prym w umysłach ludzkich wiodła idea oświecenia, masoneria zaś zdawała się być wyjątkowo w nim utwierdzona i pożyteczna. Miała na celu głównie zrzeszanie osób o różnych wyznaniach i poglądach, kładła nacisk na duchowość i jednocześnie rozwój jednostki. Stała jednak w pewnym stopniu w opozycji do władzy cesarskiej. Dlatego też podejmowano środki ostrożności aby trzymać ruch w ryzach, zabraniano tworzenia nowych lóż i przeciwdziałano szerzeniu masońskiej symboliki.

I w tym wszystkim wraz z główną bohaterką spotykamy się z twórczością Mozarta oraz jego koneksjami z "braćmi", innymi członkami loży wolnomularzy w Wiedniu. Odkrywamy ukryte przekazy w ariach, prostych z pozoru tekstach i księgach pamiątkowych. Do tego wiele wspólnego z Mozartem ma polityka, także ta zagraniczna. Matt Rees porusza temat szpiegostwa, łapówek, rewolucji, przedstawia dość prosto łatwe mechanizmy podsycające bunt.  Nie ma natomiast czego się bać, ponieważ fabuła powieści jest dość prosta, przystępnie napisana i łatwa do zrozumienia. "Ostatnia aria Mozarta" jest tylko takim napomknięciem o masonerii i przypuszczalnie istniejących kiedyś przekrętach politycznych. Daje nam tylko namiastkę wiedzy a stawia na relaks i wzbudzanie ciekawości czytelnika. Dlatego temat, który można by rozwinąć w kilkutomowej encyklopedii, Matt Rees przedstawia bardzo powierzchownie. "Ostatnia aria Mozarta" jest książką, która trafi do dużej rzeszy odbiorców i nastawiona jest na to, aby zaciekawić czytelnika tematem tajemniczej śmierci Wolfganga. Przez fabułę powieści po prostu się płynie, lekko, bez większego zaangażowania umysłowego.

Nannerl to prosta kobieta, z tym że niezwykle uparta i zdeterminowana aby odkryć kto i dlaczego otruł jej brata. Tak jak praktycznie wszystkie ówczesne kobiety, nie ma najmniejszego pojęcia o polityce, a tym bardziej o tajnych ruchach myślowych. Dlatego jej śledztwo momentami wydaje się błahe, proste, a niektóre rozwiązania kolejnych zagadek nasuwają się praktycznie same. Dlatego jeśli ktoś jest w tych tematach laikiem, tak jak główna bohaterka, powolny i prosty rozwój historii przypadnie mu do gustu. Strony praktycznie przewijają się same, całą powieść można połknąć w jeden wieczór. Podczas czytania nie doznamy szoku, ogromnych zwrotów akcji, a przy lekturze najbardziej trzyma nas ciekawość i dalsze poczynania bohaterki. Autor sam przyznaje, że celowo utworzył taką kompozycję historii, utożsamił ją z tonacją a-moll. Początkowy spokój bohaterki zostaje zakłócony listem o śmierci Mozarta, potem następuje spokojne i powolne poszukiwanie odpowiedzi, a na koniec ciekawe i satysfakcjonujące rozwiązanie. Ta powieść to utwór, przepełniony klasycyzmem, ma swój wyraz i klimat. Niektórzy będą zachwyceni tym, że w prostej opowieści odnaleźć można muzyczne "smaczki".

"Ostatnia aria Mozarta" jest napisana niezwykle prostym i lekkim językiem, a mimo to ma swój klimat. Pomijając kwestie muzyki i twórczości wiedeńskiego wirtuoza, opowieść wydaje się być idealna na zimowy wieczór. Główna bohaterka często pije gorące trunki, herbatę lub gorącą czekoladę, a na dworze Austriackim panuje sroga zima. Lektura przynosi swoistego rodzaju spokój i ukojenie, dlatego idealnie nada się dla osób zmęczonych wymaganiami dnia.

Książka jest historią hipotetyczną, nie do końca udowodnioną. Postacie są zaś autentyczne, autor podkreśla ich losy i pewne kwestie, które odrobinę zmienił. Koneksje Mozarta z lożą masońską są udowodnione, także teoria o jego otruciu jest coraz częściej przyjmowana za najbardziej prawdopodobną. Znane są też przypadki szpiegostwa policji pruskiej oraz morderstw w imię obrony tajemnic politycznych. Tak wiec dzieło Rees'a można uznać za mieszankę fikcji historycznej z faktami potwierdzonymi przez historyków. Szkoda tylko, że tak naprawdę chyba nigdy się nie dowiemy co naprawdę ukrywał Mozart. Przynajmniej możemy czytać historie taka jak ta i wyobrażać sobie opowieści, które mogły, a nie musiały mieć miejsca. Serdecznie polecam. 

W Taniej Książce kupicie "Ostatnią arię Mozarta" w atrakcyjnej cenie :)



wtorek, 26 września 2017

The Call. Trzy minuty, śmiertelna walka

Opis wydawcy:
Co byś zrobił mając tylko chwilę, żeby uratować swoje życie, a zegar już zaczął odliczanie?

Trzy minuty
Wszyscy nastolatkowie wiedzą, że pewnego dnia znajdą się w przerażającej krainie, do której zostaną Wezwani.

Dwie minuty
Na nieznanym terenie ruszą za nimi bezwzględni łowcy, którzy zrobią wszystko, by ich dopaść i zabić.

Minuta
A Nessa nie może biegać. Czy mimo poraż​enia nóg ma szansę na przeżycie, kiedy przyjdzie pora jej Wezwania?

Czas ucieka…


Moja ocena: 6/10

Ostatnio na rynku wydawniczym spotykam wiele motywów, które się powielają. Opis "The Call. Wezwanie" nie zapowiadał z pozoru niczego nowego, przypominał wręcz "Igrzyska śmierci" - grę na śmierć i życie. Nie można jednak zaprzeczyć, że książka Peadar'a O Guilin'a narobiła zamieszania na zagranicznych kanałach książkowych. Ponadto wiele osób potwierdzało, że powieść ma niesamowicie mroczny klimat oraz znany motyw opatrzony w oryginalne realia. I mimo że się z tym zgadzam, to "The Call. Wezwanie" jest według mnie kolejną przeciętną młodzieżówką. 

Czasem krótkie chwile mają na nasze życie niewyobrażalnie duży wpływ. W świecie, w którym przyszło żyć bohaterom "The Call. Wezwanie", trzy minuty decydują o wszystkim. To tak mało a jednocześnie, w innej rzeczywistości, wiele godzin. Uciekaj i walcz, jeśli potrafisz. Inaczej czeka Cię okrutny los.

Na każdego przychodzi kolej. Każdy zostaje pewnego dnia Wezwany, przenosi się do Szaroziemia zamieszkanego przez Sidhe. W jednej chwili jest w świecie, w którym przeżywa ból i stratę, w następnej płaci za przeszłość ludzkości. Przenosi się w miejsce zapomniane przez Boga, przerażające i jednocześnie piękne, jak Sidhe. Znaczna większość tego nie przeżywa. Okrutne istoty polują na dzieciaki szkolone do Wezwania, jednak prawie zawsze bezsilne wobec monstrów z Szaroziemia. Jakie w tym wszystkim ma szanse Nessa, sparaliżowana dziewczyna, która... nie może nawet biec? Czas ucieka, trzy minuty...

Wspomniałam już, że "The Call" to zwyczajna młodzieżówka ze sprawdzonymi motywami, obramowana w oryginalność i mrok. Sam pomysł Wezwania jest niezwykle ciekawy, przeniesienie jakby do innego świata pełnego pięknych i okrutnych potworów to punkt wyjściowy do napisania naprawdę rewelacyjnego fantasy. I, niestety, ten potencjał gdzieś się u Guilin'a zatracił, złagodniał w natłoku innych mało istotnych wątków. To dobry przykład na przykrą sytuację, w której dobry pomysł zostaje skutecznie zduszony słabym wykonaniem. Od początku wiedziałam, że jest to lektura skierowana do młodzieży, miałam jednak nadzieję na prawdziwy strach, emocje, mrok i nieustanne kibicowanie bohaterom. Niestety wszystko przebiegało zbyt łagodnie, w tym wszystkim widać było pewną schematyczność i przez to lektura wydała się po prostu nierealistyczna. Nie angażowała zbytnio emocjonalnie, nie trzymała w napięciu i nie sprawiała ciarek. Po prostu ją przeczytałam, tak o, na umilenie wieczoru i tyle. To tak jakby się oglądało jakiś film kawałek po kawałku, bez zaangażowania, byleby nie oglądać reklam na innym programie. 

Kreacja bohaterów to zdecydowanie najsłabszy element tej książki. Takie mam wrażenie. Moja znajoma z internetowej sfery czytelniczej zaprzestała lektury po kilku rozdziałach. Powodem była główna bohaterka, Nessa. I może nie denerwowała mnie aż tak, żeby zaniechać czytania, ale faktycznie w ogóle nie wzbudziła mojej sympatii. Nie obchodziły mnie jej losy, przynajmniej nie w takim stopniu jak powinny. Oczekiwałam przez całą lekturę siedzieć jak na szpilkach i czekać tylko co się z Nessą będzie działo. W rzeczywistości obserwowałam biernie jej Wezwanie. Nessa wydała mi się wyjątkowo sztuczna. Doceniam fakt, że nie była kolejną nieśmiałą i niewinną dziewczyną, ale z drugiej strony autor odrobinę przesadził i główna bohaterka po prostu była irytująca. Pozostali bohaterowie byli w porządku, nadal jednak miałam do nich obojętne podejście.

To nie tak, że "The Call" jest złe, tragiczne, schematyczne i nudne. Ma trochę nietypowy klimat, w ogóle jest oryginalną historią, ale niedopracowaną. Uwielbiam psychodeliczne klimaty, rodem z koszmarów i może nie spodziewałam się horroru, ale miałam niedosyt z tym związany. Książka zawodzi w niektórych momentach i nie daje z lektury pełnej satysfakcji. To taka pozycja, którą się przeczyta i za jakiś czas o niej zapomni. Świetnie wciągnie w nudny wieczór, umili czas, oderwie od rzeczywistości i tyle. Nie chcę absolutnie powiedzieć, że nie warto czytać. Po prostu trzeba do tej książki mieć takie podejście, że to młodzieżówka o lekkim mrocznym zabarwieniu. Ciekawa, szybko się czyta i można się przy niej zrelaksować (tak, nawet gdy bohaterka walczy z okrutnymi Sidhe). Dlatego mimo wszystko czekam na drugą część, z pewnością połknę ją z przyjemnością. Polecam młodzieży, na jesień jak znalazł.

Endgame, czyli Gra Ostateczna

Opis wydawcy:
Przybyli przed dwunastoma tysiącami lat. Zeszli z gwiazd pośród dymu i ognia, stworzyli ludzkość i pokazali nam, jak żyć. Pragnęli złota i zbudowali pierwsze cywilizacje, aby im go dostarczyły. A kiedy dostali już to, czego chcieli, opuścili nas. Odchodząc, obiecali, że któregoś dnia powrócą, a gdy tak się stanie, rozpocznie się gra. Gra, która zadecyduje o naszej przyszłości. Oto Endgame. Przez dziesięć tysięcy lat żyli w ukryciu. Dwanaście starożytnych ludów. Każdy z nich musiał wybrać swojego Gracza. Szkolono ich z pokolenia na pokolenie, pokazano, jak posługiwać się bronią, językami, historią, taktyką, kamuflażem. Jak zabijać. Razem Gracze reprezentują sobą wszystko: siłę, dobroć, okrucieństwo, lojalność, mądrość, głupotę, brzydotę, pożądanie, niegodziwość, kapryśność, piękno, wyrachowanie, lenistwo, entuzjazm, słabość. Są dobrzy i źli. Jak ty. Jak my wszyscy.
Oto Endgame.
Kiedy rozpocznie się gra, będą zmuszeni odnaleźć trzy klucze ukryte gdzieś na Ziemi. Jedyną regułą Endgame jest brak reguł. Ktokolwiek znajdzie klucze, wygrywa. Endgame. Wezwanie opowiada o poszukiwaniach pierwszego z nich. Ale to nie tylko historia o początkowym etapie zmagań Graczy, to także zagadka. Zaprasza czytelnika do wzięcia udziału w jego własnym Endgame i podjęcia próby rozwikłania tajemnicy. Komu się powiedzie, odnajdzie skrzynię pełną złota.


Chyba każdy fan literatury zgodzi się ze mną,  że temat końca świata w ogóle nie jest nam obcy. Od "Igrzysk śmierci" pokazujących brutalną acz niezwykle realistyczną przyszłość, poprzez "Podzielonych" traktujących o nielegalnym handlu ciałami niechcianych dzieciaków, "Niezgodną" okrzykniętą hitem książkowym i filmowym, kończąc na nieskończonej ilości ciągle wydawanej w tym tonie literatury. Ciężko więc uwierzyć, że można oczytaną osobę jeszcze czymkolwiek zaskoczyć. Na "Endgame" trafiłam całkiem przypadkiem i o ile sam opis nie do końca mnie przekonywał, to wnętrze już przesądziło sprawę o kupnie. Zobaczyłam wiele zdjęć, wzorów, łamigłówek, obcych języków, schematów i notatek. Forma bezsprzecznie zachwyca, a jak jest z treścią?

Wyobraź sobie, że możesz mieć wpływ na losy świata. Może to mało powiedziane - możesz bowiem uratować go od apokalipsy. Jesteś człowiekiem niezwykłym, jednym z dwunastu potomków niezwykłych rodów, szkolonych po to, by zagrać w Grę Ostateczną - Endgame. Pewnego dnia otrzymujesz wezwanie, wiesz co zwiastują spadające na planetę meteoryty. Nie ma ucieczki, nie ma odwrotu. Musisz znaleźć trzy klucze ukryte na Ziemi, rozwiązywać zagadki i pamiętaj - czas upływa. Zwycięzca może być tylko jeden.

"Endgame" to pozycja, która zasługuje na szczególną uwagę. Przede wszystkim dlatego, że jest niezwykle realistyczna. Może nie mamy dowodów na to, że na samym początku to kosmici stworzyli ludzkość i zadbali o jej rozwój oraz umiejętność przetrwania, ale jednak spotykamy się z różnymi tezami. I może losy Ziemi nie będą zależne od nastolatków, którzy będą musieli rozwiązywać łamigłówki ale... Kto wie... Sami autorzy stwierdzają, że spora część książki to fikcja, ale wiele zawartych w niej informacji to rzetelna prawda.

"Endgame" to niesamowite doświadczenie, świetnie dopasowane do realiów dzisiejszych czasów. Pomijając kwestię samej kreacji świata, o której już wspomniałam, mamy tutaj interakcję fabuły z samym czytelnikiem. To bardziej "projekt multimedialny" niż zwykła książka. Wymaga ogromnego zaangażowania od odbiorcy, łączenia faktów, doszukiwania szczegółów i przeżywania akcji na swój własny sposób. Dlatego też "Endgame" nie jest lekturą łatwą i szybką, a często niemożność rozwiązania zagadki potrafi mocno zirytować. Co ciekawe, swego czasu można było wygrać trzy miliony dolarów za rozwiązanie zagadki, więc dodatkowo czuć pewną, może nie presję, ale rywalizację. Taką rzeczywistą. "Endgame" to książka, jedna pozycja i gra, w którą grają miliony czytelników. Z tego co się orientuję czas na rozwiązanie zagadki i nagrodę już minął ale mimo wszystko - warto wciągnąć się w te łamigłówki. Jest to niezwykle zajmujące i świetnie wypełnia wolny czas w interesujący i niezwykły sposób.

Ta książka buzuje akcją. Nie mamy tu pięknych zdań, które można z lubością zaznaczać fiszkami, nie znajdziemy długich opisów. Jeżeli już to są to raczej okrutne, dosadne opisy, które mogą lekko obrzydzać młodego odbiorcę. Nie brakuje w "Endgame" zwrotów akcji, ale też znajdziemy kilka przewidywalnych wątków. Tutaj mamy skupić się na akcji, na zagadkach, morderstwach, intrygach i bohaterach, którzy mimo iż różni, to wzbudzili moją sympatię. Każdy rozdział skupia się na innym bohaterze i jest to zabieg zwykle w książkach pożądany. Daje nam możliwość różnych spojrzeń na sprawę, możemy także lepiej związać się z danymi postaciami.

"Endgame" to połączenie realizmu i fikcji, zagadek i pełnej akcji fabuły, odpoczynku i wysiłku dla czytelnika. Myślę, że znajdzie spore grono odbiorców. Nie wiem dlaczego, ale ta pozycja wydaje mi się idealna aby odciągnąć bliską osobę od geekowej fascynacji grami komputerowymi i dać jej doświadczenie multimedialne w formie książki. Pieniędzy już nie wygracie, ale spróbujcie rozwiązywać zagadki razem z bohaterami. Polecam "Endgame" i chętnie sięgnę po kolejne części. 

czwartek, 14 września 2017

Różaniec - Rafał Kosik

Opis wydawcy:
Różaniec opowiada o Warszawie przyszłości, przyszłości, która – miejmy nadzieję – nigdy nie nadejdzie. Zwykły człowiek w niezwykłym świecie, wmanipulowany w tryby wielkiej polityki, która i tak niewiele znaczy wobec mechanizmów rządzących Różańcem.

Rafał Kosik już w Verticalu i Kameleonie pokazał siłę swojej wyobraźni. Oryginalna wizja science fiction Różańca dostarczy Wam nowych czytelniczych wrażeń.

Więcej informacji znajdziecie TUTAJ.





Nigdy nie przepadałam za polskimi pisarzami i, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia dlaczego. Chyba panuje takie przekonanie, zwłaszcza wśród młodych czytelników, że to co amerykańskie jest z zasady lepsze. Postanowiłam jakiś czas temu przekonać się na własnej skórze czy i jak dobrzy są nasi pisarze. Wraz z „Różańcem” Rafała Kosika nadarzyła się do tego świetna okazja. I muszę stwierdzić, że jestem pod ogromnym wrażeniem. Obecnie mój najważniejszy cel czytelniczy to zapoznać się z innymi książki pana Kosika, bo jeżeli są tak dobre jak „Różaniec”, to chyba znalazłam pisarza wybitnego.

Świat przyszłości, świat, w którym Niesłońce wschodzi i zachodzi według zaprogramowanego cyklu godzinnego. Warszawa to jeden z pierścieni, które tworzą razem Różaniec. Jest miastem zamkniętym, zawieszonym w galaktyce jak wszystkie inne. Społeczeństwo jest trzymane w ryzach przez program g.A.I.a, który pierwotnie miał wspomagać funkcjonowanie organów władzy. W pewnym momencie wchłonął wszystkie inne oprogramowania i przejął nad Warszawą całkowitą kontrolę. Każdy obywatel ma pewien poziom PZ (Punktów Zagrożenia), które mają określać zdolność do szkodzenia społeczeństwu. Wszelkie trudne przejścia, przestępstwa i błędy to kolejne punkty, których określony poziom powoduje aktywację Prowokacji. Obywatel poddawany jest próbom, które mają na celu obniżenie PZ, albo wręcz przeciwnie – podwyższenie aż do Eliminacji. Eliminacja to proces, w wyniku którego człowiek znika bez śladu. Wszelkie dane osobiste znikają, tak jakby nigdy nie istniał. Po Eliminacji już nikt nie wraca. Przynajmniej tak było dotąd…

W „Różańcu” nie ma głównego bohatera, takiej tezy się trzymam, choć na początku można odnieść wrażenie, że jest nim Paweł Harpad. Nuzzler, czyli jedyna osoba, która ma wgląd w bazę danych programu g.A.I.a. Zarabia przez sprawdzanie dla klientów ich poziomu PZ. Taka umiejętność nie mogła pozostać niezauważona przez ludzi, którzy chcą ją wykorzystać do celów politycznych. Harpad, obawiając się o życie swojej córeczki Marysi, staje się pionkiem w grze, która pochłania za sobą wiele ofiar.        

Czytelnik już od samego początku lektury zostaje wrzucony w zupełnie nową rzeczywistość. Na początku ciężko jest się odnaleźć, ale z kolejnymi stronami wszystko zaczyna się układać w skomplikowaną i pełną zaskoczeń opowieść. Ostatecznie jednak nie wszystko do końca staje się jasne i, co mnie najbardziej nurtuje, historia Pierścienia Warszawy pozostaje praktycznie nieruszona. A czytelnik aż dopomina się wyjaśnień. W jaki sposób świat zamienił się w Różaniec, jak funkcjonuje kontakt międzymiastowy, czy była jakaś wojna i jak to wygląda pod kontem egzystencji w galaktyce. Elementem łagodzącym jest fakt, że sami bohaterowie nie mają dużego pojęcia o tych kwestiach. Ponadto autor skupia się przede wszystkim na dylematach moralnych, akcji, intrygach, polityce i wskazuje na skazy społeczeństwa.

Rafał Kosik to świetny pisarz, tego nie można podważyć. Pisze konkretnie, ciekawie, prosto a jednak wymagająco. Często posługuje się ironią, czarnym humorem i paradoksem. Odpowiednio buduje napięcie, ponieważ już średnio po 100 stronach akcja nabiera szaleńczego tempa i nie sposób przestać czytać. Jednocześnie czytelnikowi towarzyszy cały biuletyn emocji, ponadto często dostaje szoku. Tak, Rafał Kosik potrafi zaskoczyć i nie raz złamać serce zwrotami akcji… Intryga wchłania kolejną intrygę i po pewnym czasie nie jesteśmy w stanie określić prawdziwych intencji żadnej z postaci. W tym niebywale umiejętnym kunszcie literackim odnajdziemy inteligentne rozważania w niezanudzającej formie. Mam tutaj na myśli debatę polityczną oraz rozmowy w więzieniu. Nie mamy tutaj jednoznacznie narzuconego przez autora poglądu, także nie mamy przykazane, aby uważać któregoś z bohaterów za „lepszego”. Dialogi to wymiana inteligentnych argumentów postaci o różnych poglądach na społeczeństwo i rolę programu g.A.I.a.  Każdy z bohaterów ma w tym momencie wiele racji, ale już ocena wszystkiego pozostawiona jest dla czytelnika.

Świat „Różańca” pod względem technologicznym wydaje się być odległy, ale patrząc na społeczeństwo, politykę i kłamstwa mediów, jest niepokojąco nam bliski. Wrażenie to wzmaga wgląd czytelnika w różne organy sprawujące władzę. Narrator skupia się na przeróżnych osobistościach, w tym na nuzzlerze, policjantce, więźniu, prezydencie, kandydatach, a także na człowieku pracującym w Eliminacji. Nie sprawia to wrażenia chaosu, a wręcz pozwala czytelnikowi jeszcze bardziej wciągnąć się w akcję. Poznajemy świat „Różańca” z różnych perspektyw, a temu wszystkiemu praktycznie zawsze towarzyszy podłość ludzi dbających jedynie o swój interes. Ta książka, jestem pewna, wzmaga świadomość społeczną, nakazuje zastanowić się nad tym, czym i jak ważne jest prawo oraz w jaki sposób media na nas oddziałują.


„Różaniec” to powieść rewelacyjna. Lekkie sf, fantastyka socjologiczna i opowieść o dzisiejszym świecie w jednym. Napisana konkretnie, przemyślanie, zaskakująco, jest pochłaniająca i momentami szokująca. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek przeczytam tak genialną książkę spod pióra polskiego autora. Nic nie mogę dodać – niektórzy mówią „Kosik to życie” i musi być w tym prawda. Mam nadzieję, że inne powieści autora będę na równie wysokim poziomie. 

Moja ocena książki: 8/10


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Powergraph.


Książki. Magazyn do czytania

Kochani książkoholicy!

Jeżeli, tak ja, lubicie w czasie wolnym od czytania książek zagłębiać się w internetowej sferze nowinek wydawniczych, a także tych związanych z autorami, motywami literaturowymi, zapoznawać się z wywiadami i udzielać się na forach, to polecam wam nową formę, w której znajdziecie wszystko w jednym miejscu.  Zaparzcie dobrą herbatę i sięgnijcie po „Książki. Magazyn do czytania”!


Konkrety czy wypełniacze stron?

Zdarzyło mi się do tej pory sięgać po różnego rodzaju gazety, jednak praktycznie za każdym razem irytował mnie natłok reklam, mało interesujące artykuły traktujące powierzchownie o danym temacie i po prostu mało konkretów. Tutaj było zupełnie inaczej.

„Książki. Magazyn do czytania” to około 150 stron, które napakowane są treścią. Treścią, która zainteresuje miłośników literatury, a także potencjalnie każdego dorosłego. Mamy tutaj bowiem przewagę obszerniejszych artykułów, które traktują o tematach ciekawych, czasem kontrowersyjnych, a tylko przy okazji podawana jest pozycja, do której dany temat nawiązuje.  Tak więc jeżeli artykuł Wam się spodoba i będziecie chcieli bardziej zgłębić dany problem, możecie sięgnąć po polecaną książę. Autorami są zwodowi krytycy literaccy a także osoby znane z książkowych kanałów na YouTube. Miło było zaczytywać się w tekstach ludzi, których na co dzień słucham, oglądam i traktuję jako czytelnicze autorytety.

I tak tematami najciekawszymi według mnie w tym numerze są:

- pornografia, a właściwie czym jest. Jak przez wieki była postrzegana, czy samo działanie na zmysły odbiorcy przekreśla dane dzieło, jak motywy erotyczne ewoluowały w literaturze. I czy forma może w jakiś sposób zmienić odbiór zmysłowych scen.

- celibat, a dokładniej jego konstruktywna krytyka. To wyjątkowo ciekawy artykuł, oparty na badaniach pewnego uczonego, który za wyniki został zwolniony z pracy na uczelni wyższej. Księża sami przyznają, że chcieliby żyć w związku, a brak edukacji seksualnej sprawia, że nie są nauczeni radzić sobie z pożądaniem, tak naturalnym i wymagającym zaspokojenia.

- fani Gombrowicza będą zachwyceni artykułem numeru, czyli „Co widział Gombrowicz kiedy patrzył na Polaków?”. Inteligentny tekst z zastanawiającą konkluzją.

- artykuł o najnowszej (w Polsce, ponieważ ogólnie jest to debiut) książce Hany Yanagihary, autorki „Małego życia”. „Ludzie na drzewach” to powieść, której treść zostaje nam dobrze przybliżona więc możemy samodzielnie ocenić, czy chcemy po tą niewątpliwie wymagająca lekturę sięgnąć.

- popularna staje się Elżbieta Cherezińska, która pisze książki traktujące o najważniejszych wydarzeniach w historii Polski. „Kobiety grają o ton” to odniesienie do kultowej serii George’a R. R. Martina, z której siłę czerpią żeńskie postaci u Cherezińskiej.


Nowości, o których byśmy nie wiedzieli

Prawie codziennie staram się śledzić nowinki wydawnicze, a  i tak o znacznej większości nie miałabym pojęcia gdyby nie magazyn. Krótkie opisy, zwięzłe recenzje i wywiady z autorami sprawią, że każdy znajdzie coś dla siebie. Mi osobiście najbardziej spodobał się wywiad z Niną Reichter, której nowa powieść „Love line” już niedługo trafi na półki księgarni. Swoją drogą doznałam niemałego szoku, że autorka „Ostatniej spowiedzi” to Polka!

„Książki. Magazyn do czytania” to prawdziwa gratka dla tych, którzy mają wolne chwile na ciekawe, krótkie formy tekstowe oraz chcą być na bieżąco z nowinkami wydawniczymi.


Teraz herbatka i do czytania!

Jeżeli jesteście zainteresowani tym numerem "Książki Magazyn do czytania", zapoznajcie się z fragmentami artykułów, możecie też zakupić prenumeratę cyfrową. 


wtorek, 12 września 2017

Zakon mimów - Samantha Shannon

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Stron: 533
Opis: Paige Mahoney uciekła z brutalnej kolonii karnej Szeol I, ale jeśli myślała, że to koniec jej problemów, to bardzo się pomyliła. Od teraz jest bowiem najbardziej poszukiwaną osobą w Londynie. Kiedy Sajon zwraca swoje wszystkowidzące oko w stronę Paige, mim-lordowie i mim-królowe gangów miasta zostają zaproszeni na bardzo rzadkie wydarzenie. Jaxon Hall i jego Siedem Pieczęci są gotowi na pojawienie się w samym centrum uwagi. W społeczności jasnowidzów pojawia się jednocześnie coraz więcej gorzkich oskarżeń, a za każdym rogiem czają się mroczne sekrety. Z cieni wypełzają Refaici...



"Nadzieja to fundament rewolucji. Bez niej jesteśmy tylko prochem, który czeka, aż porwie go wiatr."


„Zakon mimów” to długo wyczekiwana kontynuacja niesamowitego „Czasu żniw”, który zmieszał niepokojącą wizję przyszłości z całkiem nowym wątkiem fanastycznym i światem starannie wykreowanym od samej podszewki. Przyznam, że miałam wobec drugiej części serii spore oczekiwania, które niestety początkowo były powodem mojego zawodu. Całe szczęście, w porę wszystko wróciło do normy i ostatecznie otrzymałam opowieść z samych wyżyn fanastyki, chociaż i tak „Czas żniw” zdecydowanie góruje nad swoją kontynuacją.

Paige Mahoney powraca do SajLo wraz z garstką jasnowidzów, którzy przetrwali ucieczkę z kolonii karnej Szeol I. Każdy z nich musi ukrywać się przed nieznającym litości dla odmieńców Sajonem. Paige pragnie powiedzieć wszystkim o mordach w kolonii i bezlitosnych rządach Refaitów, jednak nikt nie bierze jej słów na poważnie. Dopiero wtedy dziewczyna dowiaduje się, że większość mim-lordów martwi się jedynie o zyski i reputację. Dotychczasowe bezpieczeństwo zapewniane przez syndykat okazuje się być dla wszystkich odmieńców złotą klatką. Londyn potrzebuje nowego przywódcy, nowego Zwierzchnika, który położy kres władzy Refaitów, handlowi ludźmi i politycznym spiskom. A kto, jak nie Paige, lepiej sobie z tym poradzi?

Akcja „Zakonu mimów” rozpoczyna się we wrześniu 2059 roku, praktycznie w tym samym miejscu, w którym z bohaterami rozstaliśmy się w poprzednim tomie. Widzimy tragiczny finał spektakularnej ucieczki z Szeolu I, ale powrót Paige powinien oznaczać ostateczne zwycięstwo. Niestety, kolejne karty powieści rozszarpują nasze nadzieje na drobne kawałeczki. Spokój, poukładanie spraw, zniszczenie zagrożenia – tego się spodziewamy. Tak naprawdę w tym tomie autorka ukazuje nam pewne tajniki Londyńskiego świata, niedołęstwo polityki i ogromną niesprawiedliwość.  Pozornie poukładane życie jasnowidzów zostaje przekształcone w dobrowolne więzienie, a władza w obliczu zagrożenia, jakim jest Paige, posuwa się do najbardziej nieetycznych poczynań. „Zakon mimów” jest bowiem książką o poszukiwaniu wolności, o uzyskiwaniu nowej tożsamości na skutek buntu wobec świata, któremu powinno się być za wszystko wdzięcznym. Problem w tym, że wdzięczność dla świata a oddanie jemu swojego życia i tożsamości to zupełnie inne rzeczy.

Wspomniałam już, że początkowo byłam lekturą zwyczajnie zawiedziona. Nie potrafiłam na nowo wciągnąć się w świat stworzony przez Samanthę Shannon, mój mózg jakby nie nadążał za wydarzeniami. Wydawało mi się, że przez pierwsze 200 stron zupełnie nic się nie dzieje, a poziom tej książki w odróżnieniu do poprzedniczki spadł na dno oceanu i pocałował muł.  Może to moje wrażenie spowodowane właśnie niemożnością ponownego wniknięcia do historii z odpowiednią dawką dociekliwości, a może faktycznie fabuła potrzebowała w tym wypadu czasu aby rozkręcić się na dobre. Po przebrnięciu przez prawie połowę lektury, nagle coś się zmieniło i nie potrafiłam się od niej oderwać. Zaczęłam w końcu łączyć fakty, czuć napięcie i niepewność. Zrozumiałam sens politycznych intryg, jej związek z Refaitami i gangiem Szmacianych Kukieł. Akcja znacznie przyśpieszyła i już do końca nie pozwalała się nudzić. O końcówce już nawet nie wspomnę. Zamknięciu książki towarzyszyło wybałuszenie oczu.

To był właśnie ten moment, kiedy twój mały świat się wali i masz ochotę spotkać się czołem z własnym biurkiem.

No cóż, z jednej strony niezadowolenie i szok – z drugiej strony ogromna satysfakcja, że autorka odważyła się tak zaskoczyć czytelnika. Ja nie chcę, ja POTRZEBUJĘ kolejnej części, jak najszybciej.

„Zakon mimów” to bardzo dobra książka, choć trochę słabsza od swojej poprzedniczki, nadal zasługuje na ogromne wyróżnienie wśród tego typu literatury. Moim skromnym zdaniem, „Miasto kości” do „Czasu żniw” się nawet nie umywa, chociaż każdy może mieć co do tego odmienne zdanie. Zdecydowanie polecam tą serię, świat stworzony przez Shannon to miejsce, które powinien odwiedzić każdy zwolennik obfitującej w zaskoczenia i emocjonującej lektury. 

Cytat ze wstępu pochodzi ze str 512 "Zakon mimów" S. Shannon

Czas żniw - Samantha Shannon

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Stron: 515
Opis: Rok 2059. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sajonu Londyn. Jej szefem jest Jaxon Hall, na którego zlecenie pozyskuje informacje, włamując się do ludzkich umysłów. Paige jest śniącym wędrowcem i w świecie, w którym przyszło jej żyć, zdradą jest już sam fakt, że oddycha. Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze. Na skutek fatalnego splotu okoliczności zostaje przetransportowana do Oksfordu – tajemniczej kolonii karnej, której istnienie od dwustu lat utrzymywane jest w sekrecie. Kontrolę nad nią sprawuje potężna, pochodząca z innego świata rasa Refaitów. Paige trafia pod protektorat tajemniczego Naczelnika – staje się on jej panem i trenerem, a zarazem jej naturalnym wrogiem. Jeśli Paige chce odzyskać wolność, musi poddać się zasadom panującym w miejscu, w którym została przeznaczona na śmierć.


" Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić."

Wyobraź sobie, że wśród nas żyją Oni. Niezwykli, ponadprzeciętni, różnorodni i… bezlitośnie tępieni jasnowidze. Siedem zdolności dzieli ich na tych mniej ważnych i na tych, którzy mają wpływ na senne krajobrazy i jednocześnie Zaświaty, utrzymujące każde istnienie. Jest rok 2059. Sajon opanował znaczną część świata wprowadzając surowe zasady – jasnowidze muszą zostać usunięci ze społeczeństwa.  Ludzie, niewidzący i nieświadomi otaczającej ich duchowej rzeczywistości, prowadzą zwykłe, monotonne życie. Tak też powinni ukrywać się jasnowidze. Część z nich jednak nielegalnie wykorzystuje swoje umiejętności w tajemnych syndykatach. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney pracuje w kryminalnym podziemiu Sajonu Londyn. Pozyskuje informacje włamując się do ludzkich umysłów, do ich sennych krajobrazów. Dziewczyna jest rzadko spotykanym, niezwykle silnym rodzajem jasnowidza – śniącym wędrowcem. Jej zakazana działalność kończy się wraz z przybyciem do Szeolu I, z którego już nikt nie wraca.

Kolonia karna dla jasnowidzów, Szeol I, istnieje od dwustu lat. Co dekadę odbywają się Żniwa, czas żywych zbiorów, czas okrutny dla jasnowidzów, czas satysfakcji dla kontrolujących Szeol Refaitów. Owa tajemnicza rasa obojętna jest na cierpienie innych, a nieposłusznym nie okazuje litości. Paige nie poddaje się surowym, okrutnym zasadom Refaitów. Zrobi wszystko, żeby wrócić do Londynu i zniszczyć Szeol I, który na przestrzeni dwóch wieków zatracił życie wielu jasnowidzów oraz ludzi pozyskanych ze Żniw. Dar, który posiada, może okazać się jednak niewystarczająco silną bronią…

„Czas Żniw” Samanthy Shannon już na samym wstępie zasypuje czytelnika wieloma zdarzeniami, dziwacznymi nazwami oraz ciężko zrozumiałym opisem funkcjonowania Sajonu. Wraz z otwarciem książki, można mieć wrażenie, że nagle wpada się w zupełnie inny, fascynujący świat o bardzo złożonej budowie. Następnie akcja płynąca w ekspresowym tempie pochłania bez reszty tak, że odbiorca stopniowo układa skomplikowaną konstrukcję funkcjonowania miasta oraz jego społeczeństwa w logiczną całość.  Dla lepszej orientacji w świecie stworzonym z pewnością pomocny okaże się słowniczek zamieszczony na samym końcu książki. Tutaj kłaniam się wydawnictwu za trud przetłumaczenia wszystkich nazw w oryginalnym kontekście. Sam tytuł (ang. „The Bone Season”) został zamieniony w taki sposób, aby oddawał jego pierwotną dwuznaczność. Prawidłowa interpretacja dotyczy bowiem czasu pozytywów, obfitości, a jednocześnie czasu zbioru żywego żniwa. Z tego względu nikomu nie polecam lektury w języku oryginalnym, z wyjątkiem osób wykazujących umiejętność zauważenia i prawidłowego zrozumienia angielskiej gry słów.

Książka, będąca zarazem pierwszą częścią siedmiotomowego cyklu, ma w sobie wiele zalet. Rozpocznę od krótkiej analizy fabuły powieści, która niektórym czytelnikom może wydawać się męcząca lub schematyczna. Surowe prawo władz – obecne. Odmienność głównej bohaterki – tak jest. Walka i trudy w starciu z okrutną kontrolą jej życia – jak najbardziej. Nie należy jednak poprzestawać na powtarzających się motywach, w końcu jest to lektura o świecie przyszłości. Istnieje bowiem wiele powodów, dla których „Czas Żniw” należy wynieść na piedestał innych dystopijnych i fantastycznych powieści. Autorka w swoim dziele daje ujście niesamowitej, bezgranicznej wyobraźni. Mamy tutaj do czynienia z wielowątkowością, tajemniczością świata przedstawionego, niesamowitymi nadnaturalnymi umiejętnościami bohaterów oraz zawiłościami fabuły. Pisarka utworzyła rzeczywistość od podstaw wykazując się zarazem ogromną kreatywnością.

Niewątpliwie największym plusem książki jest wartka akcja. Bohaterka szybko wpada w wir wydarzeń, których konsekwencją jest przeniesienie do Szeolu I. Razem z nią, czytelnik zostaje przeniesiony w tajemnicze, kipiące okrucieństwem i bólem miejsce. Z czasem dowiadujemy się, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Paige oraz dlaczego Szeolowi I zależy na zdobywaniu nowych jasnowidzów. Liczne zagadki podsycają ciekawość czytelnika, przez co grubą książkę można „połknąć” w zaskakująco szybkim czasie. Na przeczytanie ostatnich 250 stron poświęciłam pół nocy. Kiedy moje oczy odmawiały posłuszeństwa, pojawiały się myśli „muszę to dokończyć, muszę wiedzieć co się wydarzy”. Dlatego ostrzegam – „Czas Żniw” niesamowicie wsysa czytelnika, nie sposób się oderwać od lektury.

W książce spotykamy bogactwo charakterów, z których najlepiej poznajemy Paige oraz jej Naczelnika, Refaitę. Ma on za zadanie trenować dziewczynę oraz wybadać możliwości jej daru. Z początku wydaje się być ponury, a jednak odróżniający się od reszty Refaitów. Wydaje się mieć inne intencje niż inni przedstawiciele rasy… Nie będę zdradzać całej fabuły powieści. Bądźcie tylko pewni, że żadna z postaci nie ma jasno przedstawionych intencji.

Paige Mahoney jest postacią dobrze skonstruowaną, wykazuje swoisty charakter i sposób myślenia. Dzięki pierwszoosobowej narracji zgłębiamy jej przeszłość, obawy, słabe oraz mocne strony. W tym wszystkim jednak łączy w sobie różnorodność cech takich jak odwaga, nieustępliwość, a także w niektórych momentach strach i niepewność siebie. Nie jest to postać prosta, którą można opisać danymi pozytywnymi i negatywnymi cechami. Paige łączy w sobie skrajności, tak jak każdy prawdziwy człowiek. Mimo wszechobecnej fantastyki i surrealizmu, postacie wydają się być wiarygodne, tętniące życiem.

Przed rozpoczęciem lektury, a także w jej trakcie, ciekawiła mnie kwestia wątku miłosnego. Pojawił się on pod koniec książki. Nagły, zaskakujący, a jednocześnie stanowiący margines całej fabuły. Szczerze mówiąc, nie wiem co mam o nim myśleć. Z początku wydał mi się zbyt banalny, prosty i zbędny, jednakże po krótkim przemyśleniu popadłam w wątpliwości. Nie jestem z niego zadowolona, ale wydaje się być punktem wyjścia dla fabuły następnego tomu, gdzie z pewnością rozwinie się jeszcze bardziej. Wówczas, po lekturze, zapewne będę w stanie ocenić wątek miłosny.  Póki co traktuję go jako mało znaczący element „Czasu Żniw”.


Książka Samanthy Shannon niewątpliwie może dorównać największym fantastycznym bestsellerom, w tym takim autorom jak Cassandra Clare. „Czas Żniw” łączy w sobie grozę, napięcie, wyobraźnię oraz inteligentną konstrukcję świata. Ciężko obecnie znaleźć książkę napisaną na tak wysokim poziomie. Zaskakuje, wciąga, wręcz pochłania czytelnika. Śmiało mogę stwierdzić, że jest to najlepsza dotąd przeczytana przeze mnie powieść fantastyczna. A ja pozostałam śniącym wędrowcem – wędrującym po stronach niesamowitej powieści w samym środku nocy. Polecam, warto!

poniedziałek, 11 września 2017

Pieśń jutra - Samantha Shannon

Wydawnictwo: SQN
Rok premiery: 2017
Ilość stron: 430
Opis wydawcy: Po krwawych i brutalnych walkach Paige Mahoney zyskała odpowiedzialną funkcję – została wybrana Zwierzchniczką. Pod rządami ma teraz całą populację londyńskich kryminalistów. Wystąpiła przeciwko Jaxonowi Hallowi. Narobiła sobie żądnych krwi wrogów, z których każdy czeka na jej najmniejszy błąd. Teraz zadanie ustabilizowania sytuacji w podzielonym podziemiu będzie prawdziwym wyzwaniem. Panowanie Paige może szybko dobiec końca. Wszystko przez wprowadzenie Tarczy Czuciowej, śmiertelnej technologii, która przyniesie zgubę społeczności jasnowidzów i… całemu światu, jaki znają. Gorąco wyczekiwany trzeci tom bijącej rekordy popularności serii „Czas Żniw” – przełomowej dystopijnej fantasy będącej wyrazem imponującej wyobraźni Samanthy Shannon.




Recenzja "Pieśni jutra" nie zawiera spoilerów do poprzednich tomów serii.

Czytałam już wiele dobrych serii, a może i znalazłyby się kilka bardzo dobrych. „Czas żniw” Samanthy Shannon nie jest żadną z nich. To jest ta seria, którą stawia się na najwyżej półce domowej biblioteczki. To taka seria, po której czytelnik nie wiedziałby, w jaki sposób powiedzieć autorce, że stworzony przez nią świat to istne arcydzieło. To taka seria, która zawstydza inne pozycje z gatunku fantastyki, dumnie zdobywa serce kolejnych czytelników i należy do najlepszych bestsellerów ostatnich lat. .

Czekałam dwa lata na tom trzeci pt. „Pieśń jutra” z ogromnym zniecierpliwieniem, ponieważ w recenzji części drugiej tak odniosłam się do zakończenia: „To był właśnie ten moment, kiedy twój mały świat się wali i masz ochotę spotkać się czołem z własnym biurkiem.”.  Uwierzcie, że nieczęsto zdarza mi się czekać na kontynuacje z tak dużym zdenerwowaniem i ekscytacją. Co więcej, zwykle wolę między poszczególnymi tomami danej serii robić przerwy, aby za jakiś czas móc wrócić do poznanego świata. Ale nie w tym przypadku. Jestem pewna, że tuż przed premierą tomu czwartego (o zgrozo, pewnie znów dwa lata, za co!!!!) zrobię sobie maraton zaczynając od tomu pierwszego. I będę często wracać do tej serii, bo jej świat niesamowicie kusi nawet tedy, gdy dopiero co przeczyta się ostatnią stronę.

Ze względu na to, że chcę uniknąć zdradzania zbyt wielu elementów fabularnych, nie będę szczegółowo przytaczać fabuły „Pieśni jutra”. Osoby, które przeczytały poprzednie tomy nie potrzebują żadnej zachęty aby sięgnąć i po ten tom. Jeżeli natomiast nie zapoznaliście się jeszcze ani z „Czasem żniw”, ani „Zakonem mimów”, do recenzji przejdziecie klikając kolejno TUTAJ TUTAJ.

„Czas żniw” wprowadza czytelnika w zupełnie nowy, skomplikowany świat, który z początku może zniechęcać brakiem uporządkowania. Jest to pierwsze wrażenie, które mija po kilkudziesięciu stronach. Początkowa niechęć zamienia się w fascynację, ponieważ autorka stworzyła świat od nowa, a jednak bazujący na realiach Londynu. Powoli zagłębiamy się w świat jasnowidzów, do tego przenosimy się z główną bohaterką, Paige, do okrutnej kolonii karnej, która ma na celu eliminację jasnowidzów w jak największym stopniu. Mamy tutaj zagłębianie się w świat przedstawiony i jednocześnie świetną historię pełną akcji, wspaniałych charakterów (no przyznać się -kto nie kocha Naczelnika?) oraz swoistego rodzaju dystopię. „Zakon mimów” wprowadza nas już w inne wątki dotyczące Londynu. Mamy tutaj więcej intryg, tajemnic, poznajemy mroczną strukturę gangów i organizacji jasnowidzów.

„Pieśń jutra”, trzeci z siedmiu zapowiadanych tomów serii, dotyczy głównie tematyki politycznej. Z każdą stroną coraz bardziej zagłębiamy się  w skomplikowaną konstrukcję władzy, a wszystkie elementy z poprzednich tomów łączą się naprawdę w fascynujące uniwersum. Nie raz słyszałam, że ta seria jest jak oprowadzanie po pięknym pokoju z drzwiami do kolejnego większego pomieszczenia, które ogarnia to mniejsze i tak dalej... Muszę się z tym zgodzić, bo faktycznie pierwszy tom był niezłym szokiem dla wyobraźni, ale miał na celu oswojenie czytelnika ze światem. Potem autorka odkrywa przed nami coraz więcej i więcej, a co jest najlepsze – dokładnie rozplanowała sobie każdy z tomów serii. Nie rozumiem i nie pojmuję jak można stworzyć w głowie coś tak wielkiego, skomplikowanego i szczegółowego.

Paige tym razem ma się zmierzyć z nową bronią wymierzoną przeciw jasnowidzeniu. Jako postać niezwykle ważna, musi udowodnić, że jest odpowiednią osobą, aby poprowadzić rewolucję. Jej charakter jest w tej części brutalnie szlifowany. Przez ciągłe walki, intrygi polityczne i stanie się symbolem buntu może odrobinę przypominać Katniss, jednak mi osobiście Paige wydała się bardziej realistyczna i twardo stąpająca po ziemi. Autorka dodatkowo podrzuca nam szczątkowe informacje dotyczące przeszłości Paige i rozwija historię o nowe postacie. Jeżeli skończyliście „Zakon mimów”, a jeszcze nie sięgnęliście po „Pieśń jutra”, to nie liczcie na to, że powiem wam cokolwiek o Naczelniku, o nie! Sami musicie się przekonać, jak autorka rozwinęła dalszą akcję i jak układają się relacje Naczelnika z Paige.

Tak naprawdę nie pozostaje mi nic innego jak odesłać Was do recenzji tomu pierwszego lub drugiego i gorąco Was zachęcić do sięgnięcia po tą serię. Każdy z trzech dotychczas wydanych tomów jest świetny, wielowątkowy, przepełniony akcją i dobrze napisany, bowiem mam wrażenie, że autorka z każdym tomem coraz lepiej radzi sobie z barwnymi opisami i stale doszkala swój warsztat. Ze względu na ogromny sentyment do „Czasu żniw” będzie to nadal moja ulubiona część, ale czuję, że wszytko rozwija się w iście epicki sposób i finał po prostu musi być czymś zachwycającym! Ale może nie myślmy na razie o finale, gdy czwarty tom jeszcze nie został przez autorkę ukończony. Po prostu czekajmy cierpliwie, bo warto. 



Koniecznie dajcie znać, czy czytaliście którąkolwiek z książek Shannon i jakie były Wasze wrażenia. :)

sobota, 9 września 2017

Byłem Geniuszem, czyli z tego co pamięta Winston Smith

Ilość stron: 170
Opis: "Byłem Geniuszem" to kontrkulturowa nowela, opowieść o szaleństwie a raczej o tym co szaleństwem zwiemy, a więc o połączeniu z Wyższym i nieskrępowanej wolności umysłu. O tym jak do tego doszło, że stało się to moim udziałem.

Jest to książka autobiograficzna. Mówi też o poszukiwaniu wolności, autentyzmu, prawdy, o potrzebie odrębności i przeżywania oraz o niebezpieczeństwach z tym związanych. O cierpieniu, miłości i pragnieniu poświęcenia się wyższemu celowi.



Mieliście kiedyś takie uczucie, że nie nadajecie się do odgrywania życia według zasad, jakie narzuca społeczeństwo? Macie wrażenie, iż stać was na coś więcej, a jednocześnie nie jesteście w stanie odważyć się na bunt wobec niedorzeczności zasad, jakimi kieruje się świat? „Wiosna życia” to opowieść o młodym chłopaku, który starał się oswoić ze społeczeństwem, jednocześnie nie akceptując całej jego pruderii i materializmu. Artur Kosiorowski powraca do rozmyślań nad życiem i jego wartościami w powieści pt. „Byłem Geniuszem, czyli z tego co pamięta Winston Smith”.  Jeżeli więc chociaż przez chwilę poczuliście, że jesteście stworzeni do rzeczy wartościowych i do Wielkości, zabierzcie się za lekturę „Wiosny życia” a następnie do „Byłem Geniuszem”.

„Byłem Geniuszem” opowiada o losach bohatera, który po niepokojących wydarzeniach opisanych w „Wiośnie życia”, ląduje w szpitalu psychiatrycznym ze zdiagnozowaną schizofrenią. Otrzymuje leki, ale nie kończy z alkoholem i innego rodzaju używkami. Za pomocą narracji pierwszoosobowej przedstawia nam swoje losy na przestrzeni prawdopodobnie kilku lat. Widzimy jego wzloty i upadki, poznajemy myśli, motywacje, postrzeganie świata, chociaż ciągle krytyczne, nieustannie zmieniające się. Bohater przeżywa okresy zafascynowania pewnymi nurtami myślowymi, w tym wszystkim również ogromną rolę odgrywa sztuka i literatura. Przyjaciele pojawiają się i znikają, podobnie jak kobiety, które w jednej chwili potrafiły odejść bez słowa wyjaśnienia. Niektóre osoby, mimo że podążyły własnymi ścieżkami, pozostawiły na zawsze cenny ślad w życiu bohatera. Książka opowiada również, a może przede wszystkim, o chorobie psychicznej, która w rzeczywistości może być jedynie otwartością umysłu i czystym artyzmem. Artyści mają Szaleństwo, bohater je podziwia, inni chcą tępić. 

Książki autora to, warto zaznaczyć, pozycje o charakterze autobiograficznym. Czytając je obie miałam nieodparte wrażenie, że dowiaduję się rzeczy niezwykle intymnych, szczerych, co jest zupełnie inaczej odbierane niż czytanie o zmyślonych losach wykreowanych postaci. Lektura wymagała ode mnie sporego zaangażowania, wniknięcia w świat bohatera i odrobiny przekształcenia światopoglądu w taki sposób, aby w jak największym stopniu zrozumieć jego tok myślenia. Ułatwiały to w znacznej części krótkie zdania, często niepoprawne składniowo, zawierające dużo uproszczeń myślowych, slangu i niekiedy wulgaryzmów. Tak więc fani dopracowanego, barwnego warsztatu literackiego muszą nastawić się na innego rodzaju odbiór. Pozycje Artura Kosiorowskiego mają wpływać na czytelnika, ale nie za pomocą stylu i poprawności kunsztu literackiego, a przez treść i poruszane dylematy filozoficzne, moralne, społeczne, w drobnej mierze też religijne.

Uważam się za osobę, która kocha książki, a jednak bohater mnie zawstydził. Niesamowicie ciekawą kwestią jest rola właśnie utworów literackich, które mu towarzyszyły, definiowały jego postawy, utwierdzały w przekonaniach i czynnie brały udział w jego historii. Już sam tytuł książki, a właściwie jego druga część - „z tego co pamięta Winston Smith”, odnosi się do „Roku 1984”, popularnego klasyku autorstwa George’a Orwella. Artur Kosiorowski zinterpretował tą pozycję jako opowieść o buncie jednostki, który może być walką ciężką i nieprzynoszącą efektu. Podobnie i bohater „Byłem Geniuszem”, porywa się na przysłowiowe „wiatraki”, chce wygrać, a drugiej strony poddaje się autodestrukcji i to również mimo wszystko przynosi mu satysfakcję. Idealnie widać to we fragmencie, w którym bohater przekazuje fragment swojego dziennika starej znajomej (może to najlepsze określenie dla Kariny) i otrzymuje od niej odpowiedź pełną obelg i pogardy. Bohater na początku jest zły, ponieważ zauważa w dziewczynie postawę pełną pruderii, sztuczności i społecznego zepsucia, a zaraz  potem schlebia mu fakt, że został niedoceniony. Uważa bowiem, że jest Geniuszem, artystą, a tacy z zasady nie napotykają na swej drodze zrozumienia i akceptacji. Dlatego bohater tkwi w miejscu beznadziejnym, autodestruktywnym, a jednocześnie świadczącym o dużej wartości tego, kim jest.

Wyjechać. Niech stanie się to wszystko, niech się materializuje hipisowski sen, niech się realizuje to, co mam w głowie, a czego nawet zbytnio nie potrafię wysłowić. […] Nienawidzę tej szarej masy, tej miernoty, która i ze mnie uczyniła nic nie wartego obiboka. Otrząsnąć się.” str. 78

Prawda jest taka, że każdy odbiorca będzie miał po lekturze różne odczucia. Przyznam szczerze, iż bardzo ciężko było mi zrozumieć bohatera. Od zawsze miałam w życiu wszystko poukładane, nie zagłębiałam się w dylematy egzystencjalne, a wierze jak już się postanowiłam poświęcić, to na 100% ( w sensie Bóg determinuje wszystko, co się ze mną dzieje i mam perspektywę, że będę kiedyś w Niebie, a to co na Ziemi jest tak naprawdę chwilowe). Znałam jednak co najmniej jedną taką osobę, która podobnie jak bohater książek Artura Kosiorowskiego, buntowała się na to, co społeczeństwo uważa za normę i nie była usatysfakcjonowana zwykłą szarością życia. Mimo wszystko pragnęłam, aby bohater w pewnym momencie stanął na nogi i wziął wszystko „na klatę”, obrał w życiu cel i zachował indywidualność. Ale przede wszystkim aby znalazł satysfakcję w świecie, takim, jaki jest. I tutaj pozytywnie zaskoczyły mnie dosłownie ostatnie dwie strony książki. I znowu, jaki odbiorca, taka interpretacja. Dla kogoś może to było zakończenie złe, takie, które ukazuje, że w świecie nie ma kompromisu. Ja natomiast byłam usatysfakcjonowana i mam tylko nadzieję, iż nasz bohater w tej ogromnej zmianie znalazł w końcu sens, szczęście, a jego drogi nie będą już się plątać w tak zawiły i pełen ciemnych dni sposób.

Książki Artura Kosiorowskiego nie porywają tak, jak książki typowo nastawione na zapewnienie czytelnikowi rozrywki. To pozycje, które czyta się powoli, mogą być kontrowersyjne, są osobiste i wymagają zaangażowania ze strony odbiorcy. Korzyści natomiast są tego warte, a zwłaszcza zwieńczenie losów bohatera, które po prostu nadało książkom ogromnej wartości w moich oczach, tak jakby +100 dla historii. Ciekawa jestem, czy będziemy mieć do czynienia z kolejną autobiografią Pana Kosiorowskiego. I mam nadzieję, że jeśli tak, to będzie mała ona już zupełnie inny charakter niż poprzednie. Życzyłabym szczęścia, ale napiszę tylko: „NIECH CIĘ DOBRY BÓG BŁOGOSŁAWI!’.


środa, 6 września 2017

Żałując macierzyństwa

Wydawnictwo Kobiece
Tłumacz: Elżbieta Filipow
Ilość stron: 310

Opis wydawcy:

Kobietom, które nie decydują się na macierzyństwo, często mówi się, że będą ubolewać z tego powodu do końca życia. Jednak nikt nie myśli o odwrotnej sytuacji. Wydaje się, że kobieta, która ma już dziecko, nie może żałować decyzji o jego urodzeniu. Socjolog Orna Donath przerywa milczenie, rzucając światło na społeczne tabu wokół macierzyństwa. Żałując macierzyństwa to odważne dzieło zawierające wyniki długoletnich badań i wywiadów z kobietami, które wolałyby nigdy nie urodzić dzieci. Donath wyjaśnia, że jeśli jesteśmy oburzeni ideą kobiet, które zmagają się z tym dylematem, powinniśmy głęboko się zastanowić. Zamiast je szykanować i obrzucać obelgami, musimy odpowiedzieć sobie na trudne pytanie. Dlaczego społeczeństwo narzuca macierzyństwo jako naturalny krok człowieka?




Rola matki kreowana była od samego początku dziejów świata. W Piśmie Świętym czytamy, że brak potomstwa był dla kobiety powodem do rozpaczy, a mężczyźni często płodzili dzieci ze służącymi, byleby ród miał kolejnych potomków. W mitologiach również płodność oznaczała obfitość, piękno kobiety, symbolizowało jej związanie z naturą a prokreacja była głównym zadaniem każdej zdolnej do tego istoty.  Jeżeli wydaje się wam, że czasy zmieniły się wystarczająco, aby dać kobietom całkowicie wolny wybór dotyczący posiadania dzieci, to niestety bardzo się mylicie.

Orna Donath to młoda socjolog, która świadomie wybrała bycie ‘niczyją mamą’. Od 2008 roku prowadziła badania wśród grupy izraelskich matek, które przyznały, że żałują macierzyństwa. Owocem tego jest najnowszy bestseller, "Żałując macierzyństwa". Autorka w obszernym wstępie wyjaśnia w jaki sposób skontaktowała się z tymi kobietami, jak badała ich stosunek do macierzyństwa i dlaczego w ogóle zdecydowała się opublikować swoje badania w formie książki. Przytaczała komentarze do debaty na temat negatywnych uczuć matek, cytaty nie były niczym innym jak tylko pełnym niezrozumienia ‘hejtem’. Gdziekolwiek nie spojrzeć, wystarczy rzucić na forum jakiś temat, a już rozpoczyna się dyskusja pełna jadu, wytykania, poniżania, a brak w niej logicznych, przemyślanych argumentów. Orna Donath nie przyjmuje postawy obronnej, nikogo też w swojej książce nie atakuje. Przedstawia fakty, komentuje wypowiedzi izraelskich matek z perspektywy specjalisty, psychologia i socjologa. Wymaga od czytelnika myślenia, aby to on sam wyciągnął wnioski i zastanowił się nad tematem żałowania macierzyństwa. Mi osobiście otworzyła oczy na pewne sprawy, wzbudziła empatię i chciałabym, aby ze względu na to KAŻDY (nie tylko kobiety) zapoznał się z książką i dopiero wtedy uczestniczył w debacie o prawach matek, o akceptacji ich negatywnych uczuć i o presji społeczeństwa, która w tej kwestii jest niewyobrażalnie duża.

Książka składa się z sześciu działów, które poruszają odmienne kwestie związane z poczuciem żalu matek: „Dyktat społeczeństwa a oczekiwania kobiet”, „Jak matki powinny wyglądać, co robić i czuć”, „Gdybym tylko mogła być niczyją mamą”, „Żyjąc z nielegalnym uczuciem”, „Żałując macierzyństwa między milczeniem a mową”, „Badając stanowiska matek za pomocą żalu”. Za ogromny plus książki uznałam fakt, że większość jej treści to wypowiedzi badanych kobiet, a Orna Donath jedynie podpowiada nam, co można wywnioskować z tych fragmentów. Autorka przy tym wszystkim wykazuje się niezwykła inteligencją, powagą i profesjonalizmem, w żaden sposób nie ma zamiaru grać nam na uczuciach. Wśród stosów kiczu, który tylko w teorii ma zmienić myślenie czytelnika, ta pozycja jest wzorem doskonałym jak takie pozycje powinny wyglądać.

Nie widzę powodu, dla którego miałabym szczegółowo opisywać co znajduje się w książce, bo też nie byłoby to możliwe. Najchętniej powiesiłabym gdzieś na mieście banner z napisem „przeczytajcie to”. Po prostu trzeba, po to, aby nie robić drugiemu człowiekowi krzywdy. Nie wywoływać żadnego rodzaju presji i akceptować wybory kobiet, które nie czują potrzeby bycia matkami. Nie wolno ich piętnować, traktować jak istoty drugiego sortu i nieżyjące w zgodzie z własnym życiowym powołaniem. Im trzeba przede wszystkim pomóc, wspierać w ich decyzji, dać wolną wolę i z nimi rozmawiać.


Ta recenzja może wydawać wam się chaotyczna, prawdopodobnie właśnie tak jest. Po prostu przeczytajcie i rozmyślajcie nad tematem. Niech w końcu społeczeństwo zauważy problem żalu matek, będzie świadome ich uczuć i dowie się, jak im pomóc. „Żałując macierzyństwa” to lektura, która skonfrontowała moje myślenie, uświadomiła mi istnienie presji, którą nieświadomie mogłam wywrzeć na innych kobietach. Niestety, podejrzewam, że minie jeszcze wiele lat zanim społeczeństwo do tego dojdzie. 

"Żałując macierzyństwa" znajdziecie w atrakcyjnej cenie na stronie Taniej Książki.