Książka złodziejem czasu

"Nic tak nie zabija czasu jak dobra książka"

wtorek, 8 sierpnia 2017

Królowa narkotyków, tajna agentka, zakładniczka

Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Przemysław Hejmej
Ilość stron: 472
Opis: Piorunująca literatura faktu. Była królowa wielkiego narkotykowego imperium musi po latach wrócić do handlu kokainą – tym razem z ramienia służb federalnych. Jednak kiedy zostaje porwana przez groźnych, kolumbijskich przestępców, zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie. Czy jej życie coś znaczy?











 Czytam książki od wielu lat, a z literaturą faktu spotkałam się zaledwie kilka razy. Być może jest tak dlatego, że traktuję powieści zwykle jako rozrywkę i oczekuję od nich oderwania od rzeczywistości. Literatura faktu jest za to zawsze kontrowersyjna, poruszająca i, choć napisana przez życie, wydaje się odrealniona, wymaga sporej uwagi od odbiorcy. „Uwikłana” należy do niełatwych pozycji, ponieważ wymaga wielkiego zaangażowania wyobraźni, bo chociaż wszyscy słyszymy o przemytach narkotykowych, to fabuła wydaje się być skomplikowanym wymysłem. Jednak nic lepiej nie pisze scenariuszy niż samo życie…

W „Uwikłanej” Bruce Porter mamy do czynienia z opartą na faktach porywającą historią o Pilar, kobiecie, której pewność siebie i zaangażowanie doprowadziły do dotarcia na szczyt narkotykowego imperium. Dobrze wykształconą, inteligentną Kolumbijkę zawsze pociągało to, co zakazane, nie wyłączając nieodpowiednich mężczyzn. To przez nich Pilar w niedługim czasie staje na czele organizacji handlującej kokainą na ogromną skalę. Po ucieczce z narkotykowego świata, życie kobiety wydawać by się mogło wraca na właściwe tory - do czasu. Jej były mąż wydaje ją agencji walczącej z nielegalnym handlem, a sama Pilar staje się tajną agentką, zamieszaną w największą akcję niebezpiecznego kartelu. Jak poradzi sobie kobieta, której życie wisi na włosku? Na jak wielką skalę istnieje handel narkotykami i czy my, zwykli ludzie, możemy mieć o tym prawdziwe pojęcie?

Jak już wspomniałam, z literaturą faktu spotkałam się zaledwie kilka razy, ale „Uwikłana” nie tylko dlatego była dla mnie wyjątkową lekturą. Ta powieść bardzo się wyróżnia, ponieważ mamy tutaj sporą dawkę wartkiej akcji, tak nieczęsto spotykanej w gatunku. To szokujący thriller, który swoim autentyzmem szokuje jeszcze bardziej aniżeli samą fabułą. Z początku dość mocno zniechęcał mnie fakt, że nie mogłam doszukać się w tekście dłuższych dialogów. Okazało się jednak, iż przez tą lekturę po prostu się płynie. Akcja mknie w szybkim tempie, a nawet bardziej rozbudowane opisy w niczym nie przeszkadzają. Co więcej, autorka daje możliwość wnikliwego studiowania charakterów, przede wszystkim samej Pilar. Mimo wszystko akcja znacznie przeważała nad resztą i przez to fani książek szpiegowskich, thrillerów, intryg, ucieczek i tajemnic będą zadowoleni. Dzięki temu też książka jest realistyczna, chociaż, paradoksalnie, ciężko uwierzyć w to, rzeczy opisane w książce miały i nadal mają miejsce. „Uwikłana” znacznie poszerzyła moje spojrzenie na świat i uważam, iż każdy powinien czasem sięgnąć po tego typu literaturę, szokującą, wciągającą i opartą na faktach.

Historia Pilar skłoniła mnie do wielu refleksji. Nie robię tego często, ale w tym przypadku zastanawianie się nad opisywanymi wydarzeniami wydaje się być nieuniknione. Przede wszystkim zastanawiałam się nad losem osób, które dały się wciągnąć w środowisko handlarzy narkotyków. Autorka ukazuje w pewnym stopniu wpływ środowiska na takie osoby, chodzi tu przede wszystkim o standard życia, klasę społeczną, wykształcenie. Obserwujemy nieustanną pogoń za pieniędzmi, czysty materializm, próżność i życie kosztem innych, byleby utrzymać pozycję i zdobyć poważanie wśród wysoko postawionych ludzi. W tym wszystkim główną rolę odgrywają bystre, przebiegłe charaktery, które swoją inteligencję kierują w niebezpiecznym kierunku, tak jak Pilar, pierwotnie królowa ‘narkotykowego imperium.

„Uwikłana” to powieść, którą trzeba przeczytać. Historia opisana przez Bruce Porter wciąga, szokuje, jest niebanalna, prawdziwa i czasami wręcz wbija w fotel. My, zwykli ludzie, żyjący w miastach i wioskach spokojnej Polski, czasem nieświadomie przechodzimy obok szokujących tajemnic i rozbudowanych nielegalnych imperiów przemytniczych, które nadal z powodzeniem funkcjonują. Tutaj czy gdzieś za granicą. Warto sięgnąć po książkę, która uruchamia wyobraźnię o świecie z pozoru przyjaznym i pięknym, lecz w głębi pełnym brudu i nieuczciwej walki. Takiej lektury na długo nie zapomnę.


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Koralina - Neil Gaiman

Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Ilość stron: 112
Opis: Dzień po przeprowadzce Koralina postanowiła zwiedzić cały dom... W nowym mieszkaniu, do którego Koralina przeprowadziła się z rodzicami, jest dwadzieścia jeden okien i czternaścioro drzwi. Trzynaścioro z nich otwiera się zwyczajnie, czternaste zaś są zamknięte na klucz. Za nimi znajduje się tylko ściana z cegieł - przynajmniej do dnia, w którym Koralina otwiera je i odkrywa przejście do innego domu, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od jej własnego. Ale pozory mylą... Z początku nowo odkryte mieszkanie wydaje się jej cudowne. Na obiad dostaje same smakołyki, a w pudełku z zabawkami czekają anioły, które po nakręceniu fruwają po pokoju, książki, w których ilustracje wyglądają, jakby ożywały, małe główki dinozaurów, które na zawołanie klekocą zębami. Jenakże w nowym domu są też nowi rodzice, którzy chcieliby, żeby Koralina została ich córeczką. Chcą ją odmienić, zatrzymać i nigdy nie oddać jej z powrotem. W lustrach zaś kryją się nieszczęśliwe dzieci, zagubione dusze...


Dziewczynka, która poszukuje przygód tam, gdzie nie powinna. Dziewczynka, która odkrywa alternatywny świat, niemal wyśniony… Dziewczynka, która nie może dać przyszyć sobie guzików. Koralina. Opowieść Neila Geimana, a zarazem moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Baśniowa, magiczna, pełna wyobraźni i subtelnej grozy. 

Koralina wprowadza się z rodziną do osobliwego domu, który okazuje się skrywać wiele tajemnic. Małe drzwiczki w zakurzonym pokoju okazują się być przejściem do świata z pozoru cudownego i odmiennego od szarej rzeczywistości. Jednak czy wszystko jest takie, jakim się wydaje? Czy Koralina da się uwieść nowym rodzicom, którzy spełniają każde jej życzenie, chociaż oczekują w zamian za to… guzików zamiast oczu? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywa gadający kot?

„Koralina” to pierwsza książka, po którą sięgnęłam z własnej, nieprzymuszonej woli. Od tej pory pokochałam czytanie, dlatego też nie będę całkowicie obiektywna. Mam do tej powieści ogromny sentyment i szukam w twórczości Gaimana tej samej magii, baśniowości i horroru, co w historii o dziewczynce w alternatywnym świecie. To opowieść z pozoru dla dzieci, łatwa w odbiorze, czasem absurdalna, ale jednak dla dorosłych przez elementy iście mroczne i straszne. Przekonały się o tym dzieci, które udały się z rodzicami do kin na ekranizację tej powieści. Po połowie seansu większość płakała i opuszczała salę. Film, czy też bajka, zmienia się w horror, miejscami niesmaczny, psychodeliczny, często wywołujący dyskusje dotyczące interpretacji Drugiej Matki i jej świata. Będąc nastolatką byłam tak zafascynowana tą upiorną historią, że zaczęłam pisać jej kontynuację. Do teraz często wracam do „Koraliny”.

Cóż mogę więcej napisać. Nie wiem, czy ta historia spodoba się wszystkim dorosłym, ale ze względu na mój sentyment, polecam wszystkim spróbować dostrzec w opowieści ten baśniowy i jednocześnie mroczny klimat. Neil Gaiman nie wszystkim przypadnie do gustu, mimo wszystko warto dać mu szansę i podejść do „Koraliny” z pewnym dystansem, bo jednak zachowuje ona charakter opowieści dla dzieci. Ale czyż nie jest najlepsze, że to, co powinno być proste i miłe, zamienia się zaskakująco w odrażającą opowieść, której raczej nie czytalibyśmy na dobranoc naszym dzieciom?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG



czwartek, 27 lipca 2017

Mitologia nordycka - Neil Gaiman

Wydawnictwo: MAG
Oprawa twarda
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydanie: 01.03.2017















OPIS WYDAWCY:

Wielkie nordyckie mity to jeden z korzeni, z których wyrasta nasza tradycja literacka – od Tolkiena, Alana Garnera i Rosemary Sutcliff po "Grę o tron" i komiksy Marvela. Stały się też inspiracją dla wielu obsypanych nagrodami bestsellerów Neila Gaimana. Teraz sam Gaiman sięga w odległą przeszłość, do oryginalnych źródeł tych opowieści, by przedstawić nam nowe, barwne i porywające wersje największych nordyckich historii. Dzięki niemu bogowie ożywają – pełni namiętności, złośliwi, wybuchowi, okrutni – a opowieść przenosi nas do ich świata – od zarania wszechrzeczy, aż po Ragnarok i zmierzch bogów. Barwne przygody Thora, Lokiego, Odyna czy Frei fascynują współczesnego czytelnika, a żywy, błyskotliwy język sprawia, że aż proszą się o to, by czytać je na głos przy ognisku w mroźną gwiaździstą noc.


Neil Gaiman to niezwykle popularny autor fantastyki, którego opowieści mają swoisty, niepowtarzalny klimat. Jedna z nich, „Koralina”, rozbudziła wiele lat temu moją miłość do pisanych historii, przez co mam do niej ogromny sentyment. Niedługo napiszę o niej więcej, ale wiedzcie, że, póki co, to właśnie „Koralina” jest  dziełem  TEGO Gaimana, którego uwielbiam. Trzeba bowiem zaznaczyć, że autor sięga po przeróżne motywy i gatunki literackie, czego wyrazem jest m.in. zbiór „Dym i lustra”, który trafił na moją listę ulubionych książek. Gaiman sięga po czarny humor, groteskę, pisze pieśni, opowiadania, a nawet krótkie scenariusze. Jego utwory bawią, czasem zniesmaczają, są kontrowersyjne, zachwycają klimatem, a czasem straszą. W dodatku, po lekturze „Mitologii nordyckiej”, z całą pewnością można stwierdzić, że w każdej swojej opowieści Gaiman przedstawia nam się z trochę innej strony i nie każdemu spodobają się wszystkie jego utwory. Tak jest też ze mną, bo mimo iż jestem dla autora pełna podziwu i uwielbiam jego wyobraźnię, to jednak „Mitologia nordycka” najzwyczajniej nie przypadła mi do gustu.

Może nie jesteśmy tego do końca świadomi, ale wiele współczesnych elementów kultury czerpie z mitologii nordyckiej, od Tolkiena do „Gry o tron”.  Podczas lektury przypomniała mi się jeszcze druga część Disney’owskiej „Atlantydy”, w której znajdziemy historię dotyczącą końca świata, nazywanego Ragnarok. Było to dość miłe zaskoczenie, ponieważ mogłam zapoznać się z tym, na czym bazowano tworząc dzieła, które w mniejszym bądź większym stopniu kształtowały moją przeszłość.

Neil Gaiman czyni wspaniałe wprowadzenie do lektury, w którym wyjaśnia nam skąd pomysł na taką książkę. Ma nadzieję na to, że uświadomi czytelnikom, iż mitologia nordycka jest równie lub nawet bardziej ciekawa od popularnych mitologii rzymskiej czy greckiej. Jest to też forma ratunku, ponieważ znaczna część z zapisanych przez Gaimana opowieści krążyła już tylko w postaci ustnej, a pisemne wzmianki o nich były dość skąpe, nierozbudowane i ledwie przetrwały do dzisiejszych czasów. Poza tym, autor postanowił wykorzystać swoją umiejętność snucia dziwnych i fascynujących opowieści, aby rozbudować mity i zainteresować nimi ludzkość na nowo. Dodatkowo oprawa graficzna książki zachęca do lektury i trzeba przyznać, że cel autora został osiągnięty.

Niestety, mając świadomość tego, w jaki sposób Gaiman posługuje się pomysłami i świetnym stylem pisania, mity, które miały być przystępnymi opowiadaniami, wydały mi się być mało interesującymi relacjami tego, co rzekomo się wydarzyło. Tak jakbym czytała jakąś relację, nie potrafiłam zagłębić się w poszczególne historie i czerpać z tego takiej przyjemności, jakiej chciałam doświadczyć. Po prostu spodziewałam się czegoś innego. Miałam bowiem wrażenie, że Gaiman znalazł mity w jakichś innych książkach i po prostu je przepisał, nie czerpiąc prawie wcale ze swoich umiejętności wprowadzania magicznego i intrygującego klimatu. A sięgając po książkę opatrzoną jego nazwiskiem, na to właśnie mam nadzieję.

Nie chcę powiedzieć, że „Mitologia nordycka” jest zła. Nie jest po prostu w moim guście. Owszem, jestem wdzięczna Gaimanowi za to, iż dał mi możliwość poznania czegoś nowego, z czym jednak nieświadomie już się w życiu spotykałam. Nie była to jednak fascynująca przygoda, która mnie wciągnęła i sprawiła ogromną radość z czytania. Chcę was zatem uprzedzić, że Gaiman nie zawsze jest taki sam, może właśnie to jest w nim takie wspaniałe. Pewne książki możecie pokochać, inne jego utwory nie przypadną wam do gustu, ale z pewnością warto próbować. Ja mam zamiar zebrać całą nową kolekcję Gaimana, przeczytać wszystko i mieć obraz na całą twórczość człowieka, który tak czy siak, jest wybitnym twórcą i chyba nigdy go nie przekreślę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG

sobota, 24 czerwca 2017

Opowieści z Akademii Nocnych Łowców

Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Ilość stron: 655
Opis wydawcy: Simon Lewis był człowiekiem i wampirem, a teraz staje się Nocnym Łowcą. Jednak wydarzenia „Miasta Niebiańskiego Ognia” odarły go ze wspomnień i Simon nie bardzo wie, kim jest. Wie, że przyjaźnił się z Clary i że przekonał skończoną boginię Isabelle Lightwood, żeby się z nim spotykała… ale nie ma pojęcia, w jaki sposób. Kiedy zatem Akademia Nocnych Łowców ponownie otwiera swoje podwoje, Simon rzuca się w nowy świat polowania na demony, zdecydowany odnaleźć siebie, odnowić dawne związki i stać się prawdziwym Nocnym Łowcą. Jednak wkrótce zdaje sobie sprawę, że w Akademii nic nie jest proste i oczywiste…










Któż nie słyszał o Nocnych Łowcach? Ich świat, stworzony przez Cassandrę Clare, porwał serca wielu czytelników, a cała seria "Darów anioła" trafia już do kanonu młodzieżowej fantastyki. Pamiętam kiedy kilka lat temu sięgnęłam po "Miasto kości", które wciągnęło mnie już od pierwszych stron, z kolei seria "Diabelskie maszyny" stała się jedną z moich najukochańszych. Cassandra Clare ma przede wszystkim świetny styl, niesamowitą wyobraźnię i tworzy wspaniałe, różnorodne charaktery. Tym razem z radością zabrałam się za "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców" i mimo iż naprawdę dobrze się bawiłam, to jednak jest to najsłabsza pozycja z całego uniwersum. Warto też na samym początku zaznaczyć, że Cassandra jedynie współtworzyła tą książkę wraz z trzema innymi autorami, a przed każdym z rozdziałów dowiadujemy się kto go napisał.

W TYM AKAPICIE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ MAŁE SPOILERY DO SERII "DARY ANIOŁA"  
Historia skupia się głównie na Simonie Lewisie, przyjacielu Clare i człowieku-wampirze, który stracił pamięć. Teraz poszukuje własnej tożsamości, mgliste wspomnienia przypominają mu jedynie o niektórych elementach dawnego życia. Kiedy Akademia Nocnych Łowców ponownie zostaje otwarta, Simon przystępuje do szkolenia, których przejście okazuje się nie tak łatwe jak z początku mógł się tego spodziewać. Zdecydowany odnaleźć siebie i zdefiniować swoje niewyraźne wspomnienia, pragnie stać się prawdziwym Nocnym Łowcą.

Jeżeli wcześniej nie przepadaliście za postacią Simona, to gwarantuję wam, iż przy lekturze tej pozycji to się zmieni. Autorzy opisują jego losy w taki sposób, że dotychczas tchórzliwa, pechowa i spychana na bok postać przechodzi dużą przemianę. Rozwój Simona, to jak poszukuje samego siebie, jak w pewnym sensie staje na piedestale kandydatów w Akademii, było najciekawszym elementem w lekturze, który odgrywał kluczową rolę w przyciąganiu mnie do tej powieści. Muszę przyznać bowiem, że początek książki był najciekawszy, a im dalej tym miałam wrażenie, że wszystko zwalnia i gdyby nie bohaterowie, to naprawdę ciężko byłoby przez tą powieść przebrnąć.

Na plus działa to, że autorzy nie skupiają się tylko na Simonie, pojawiają się tutaj też inne ciekawe postacie. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o cudownym Georgu, którzy wprost skradł moje serce.  Uwielbiałam wszelkie momenty i wzmianki, w których się pojawiał. Poza tym spotykamy znane nam już postacie, takie jak Clary, Isabelle, Magnus czy James. Jako fanka uniwersum Łowców byłam niezwykle ucieszona, że mogłam  powrócić do tych wspaniałych postaci, przez to również wszystkie historie sprawnie się zazębiają.

Realia Akademii okazują się być dość okrutne i wymagające od uczniów wiele odwagi. Simon zamieszkuje w pokoju z Georgem, jednak nie spodziewajmy się jakiś luksusów, ponieważ w pomieszczeniach panuje brud, smród i... szczury. Dodatkowo obserwujemy ćwiczenia i szkolenia, które są niezwykle trudne do przejścia. Ponadto już od razu Simon zauważa podział pomiędzy potomkami Nocnych Łowców czystej krwi, a tymi "przyziemnymi", którzy ryzykują życie pijąc z Kielicha. Oczywiście, jak możemy się domyślać, mimo powszechnego uznania dla Simona przez niedawne wydarzenia, ten wykazuje się skromnością i utożsamia się z tą drugą grupą uczniów.

"Opowieści z Akademii Nocnych Łowców" czytało mi się naprawdę dobrze, ale jednak czuć tutaj różnicę pomiędzy stylem tej części a innych. Mamy tutaj mniej wartkiej akcji, dużo postaci (co uznałam już za plus, a mimo wszystko ciężka na którejś z nich, prócz Simona oczywiście, bardziej się skupić) i miałam wrażenie, że Cassandra gra nam tutaj na emocjach, wykorzystując to, co zrobiła nam w poprzednich częściach. Przeciąga wiele wątków, niektóre niepotrzebnie dotyka i momentami miałam wrażenie, że po prostu daje czytelnikom to, czego oni tak bardzo oczekują. Brakowało odrobinę spójności i rzetelnego zaplanowania historii od deski do deski. Mimo wszystko jednak jestem zadowolona z lektury, utwierdziło mnie w tym głównie zakończenie, które trochę mnie zdenerwowało i jednocześnie rozczuliło. Uważam, ze jest to lektura obowiązkowa dla każdego fana "Darów anioła" i "Diabelskich maszyn". 

Moja ocena: 6,5/10

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MAG


piątek, 19 maja 2017

Nie wszystko zostało zapomniane, i to mnie niepokoi

Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania : 2017
Tłumaczenie: Dorota Pomadowska
Ilość stron: 400



Moja ocena: 8/10




Czy zastanawialiście się kiedyś co jest podłożem wszelkich lęków i traum? Często słyszymy, że ludzie chcieliby zapomnieć o tym, co wydarzyło się kiedyś i co w istotny sposób zmieniło ich myślenie, spowodowało strach, niepewność i psychiczny dyskomfort. Jednak czy niepamięć byłaby wystarczającym środkiem dla wyleczenia  umysłu? I wreszcie, dlaczego warto stanąć twarzą twarz i zmierzyć się z tym, co nazwać można „demonem przeszłości”? Odpowiedzi na te pytania daje Wendy Walker w swojej powieści „Nie wszystko zostało zapomniane”, która okazała się być lekturą wstrząsającą, przerażającą, a jednocześnie niezwykle inteligentną. Jest to jedna z najciekawszych nowości na rynku wydawniczym.

Jenny Kramer, główna bohaterka powieści, podczas lokalnej imprezy w małym miasteczku Fairview, zostaje brutalnie zgwałcona i pobita. Tak właśnie. Jej tragedii towarzyszą śmiechy i dźwięki muzyki niesione wiatrem do miejsca, w którym staje się ofiarą. Nie do końca jednak jest świadoma, co się dzieje, ponieważ już po kilku godzinach interwencji otrzymuje eksperymentalny lek, który ma wymazać z pamięci dziewczyny całe wspomnienie nocy. Jenny nie wie, co się stało, ale nie potrafi poradzić sobie z natłokiem negatywnych emocji i depresyjnych nastrojów. Podczas gdy rodzice próbują pomóc córce, na jaw wychodzą tajemnice nie tylko dotyczące upiornej nocy, ale także te skrywane przez najbliższych.

Musicie przyznać, że sama fabuła brzmi niezwykle intrygująco. Zdecydowanie jednak całą powieść wyróżnia forma narracji. Historię Jenny poznajemy bowiem z punktu widzenia jej terapeuty, doktora Alana Forrestera. Jest to niezwykle oryginalny zabieg, który przede wszystkim pozwala czytelnikowi na czynne uczestnictwo w rozwoju akcji. Mimo iż nie jestem najlepszym interpretatorem ludzkich zachowań, to miałam poczucie, że wiele ode mnie zleży w tej historii. Odebrałam ją niezwykle osobiście, tak jakbym sama była psychologiem lub przyjacielem doktora Alana, który zwierza mi się jako zaufany przyjaciel. Ponadto występuje tutaj duże zaangażowanie emocjonalne, ponieważ mamy wgląd w uczucia, tajemnice i dobrze wykreowane profile psychologiczne rodziców Jenny oraz innych osób zamieszanych w historię. Możecie więc już się domyślić, że „Nie wszystko zostało zapomniane” nie porywa wartką akcją opartą na dynamizmie, a dialogów mamy tu znikome ilości, ale jest to powieść zachwycająca podejściem i interpretacją tematu.

Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem była lekkość, z jaką   czyta się tą powieść. Jak już wspomniałam, dialogów mamy tutaj mało, ale język autorki jest niezwykle płynny, a przemyślenia psychiatry absorbujące i wciągające. Poza tym mamy tutaj wiele niejasności i tajemnic, które wymagają odkrycia krok po kroku, wskutek czego przewraca się stronę za stroną, byleby dowiedzieć się jak najwięcej. Thriller psychologiczny nie jest gatunkiem, po który sięgam często, zawsze mi się wydawało, że takie książki są dość wymagające i ciężkie w lekturze. Musiałam się bardzo mylić, bo z chęcią przeczytałabym kolejne powieści autorki, gdyby tylko takie się w Polsce ukazały.


„Nie wszystko zostało zapomniane” to książka, która ma swój klimat. Jest mroczna, choć nie mamy tutaj paranormalnych straszydeł, a lęki, które siedzą w ludzkiej głowie, są najbardziej przerażające. To wciągająca opowieść o tym, jak wiele jest w stanie zrobić rodzic dla swojego dziecka, jak najmniejsza decyzja wpływa na całe życie,  jak niepamięć wzmaga uczucie niepokoju i o tym, jak fałszywy potrafi być świat wokół nas. Książka Wendy Walker to idealna pozycja dla tych, którzy lubią samodzielnie szukać odpowiedzi, zgłębiać psychiczne aspekty fabuły, a także dla tych, którzy zwykle po tego pokroju literaturę nie sięgają. „Nie wszystko zostało zapomniane” nie pozwala mi o sobie zapomnieć. 

Powieść "Nie wszystko zostało zapomniane" kupicie z dużym rabatem w Taniej Książce :)

Rzućcie okiem również na inne nowości wydawnicze.

poniedziałek, 15 maja 2017

Pieśń jutra, czyli dalsze losy Czarnej Ćmy

Wydawnictwo: SQN
Rok premiery: 2017
Ilość stron: 430
Opis wydawcy: Po krwawych i brutalnych walkach Paige Mahoney zyskała odpowiedzialną funkcję – została wybrana Zwierzchniczką. Pod rządami ma teraz całą populację londyńskich kryminalistów. Wystąpiła przeciwko Jaxonowi Hallowi. Narobiła sobie żądnych krwi wrogów, z których każdy czeka na jej najmniejszy błąd. Teraz zadanie ustabilizowania sytuacji w podzielonym podziemiu będzie prawdziwym wyzwaniem. Panowanie Paige może szybko dobiec końca. Wszystko przez wprowadzenie Tarczy Czuciowej, śmiertelnej technologii, która przyniesie zgubę społeczności jasnowidzów i… całemu światu, jaki znają. Gorąco wyczekiwany trzeci tom bijącej rekordy popularności serii „Czas Żniw” – przełomowej dystopijnej fantasy będącej wyrazem imponującej wyobraźni Samanthy Shannon.


Recenzja "Pieśni jutra" nie zawiera spoilerów do poprzednich tomów serii.

Czytałam już wiele dobrych serii, a może i znalazłyby się kilka bardzo dobrych. „Czas żniw” Samanthy Shannon nie jest żadną z nich. To jest ta seria, którą stawia się na najwyżej półce domowej biblioteczki. To taka seria, po której czytelnik nie wiedziałby, w jaki sposób powiedzieć autorce, że stworzony przez nią świat to istne arcydzieło. To taka seria, która zawstydza inne pozycje z gatunku fantastyki, dumnie zdobywa serce kolejnych czytelników i należy do najlepszych bestsellerów ostatnich lat. .

Czekałam dwa lata na tom trzeci pt. „Pieśń jutra” z ogromnym zniecierpliwieniem, ponieważ w recenzji części drugiej tak odniosłam się do zakończenia: „To był właśnie ten moment, kiedy twój mały świat się wali i masz ochotę spotkać się czołem z własnym biurkiem.”.  Uwierzcie, że nieczęsto zdarza mi się czekać na kontynuacje z tak dużym zdenerwowaniem i ekscytacją. Co więcej, zwykle wolę między poszczególnymi tomami danej serii robić przerwy, aby za jakiś czas móc wrócić do poznanego świata. Ale nie w tym przypadku. Jestem pewna, że tuż przed premierą tomu czwartego (o zgrozo, pewnie znów dwa lata, za co!!!!) zrobię sobie maraton zaczynając od tomu pierwszego. I będę często wracać do tej serii, bo jej świat niesamowicie kusi nawet tedy, gdy dopiero co przeczyta się ostatnią stronę.

Ze względu na to, że chcę uniknąć zdradzania zbyt wielu elementów fabularnych, nie będę szczegółowo przytaczać fabuły „Pieśni jutra”. Osoby, które przeczytały poprzednie tomy nie potrzebują żadnej zachęty aby sięgnąć i po ten tom. Jeżeli natomiast nie zapoznaliście się jeszcze ani z „Czasem żniw”, ani „Zakonem mimów”, do recenzji przejdziecie klikając kolejno TUTAJ i TUTAJ.

„Czas żniw” wprowadza czytelnika w zupełnie nowy, skomplikowany świat, który z początku może zniechęcać brakiem uporządkowania. Jest to pierwsze wrażenie, które mija po kilkudziesięciu stronach. Początkowa niechęć zamienia się w fascynację, ponieważ autorka stworzyła świat od nowa, a jednak bazujący na realiach Londynu. Powoli zagłębiamy się w świat jasnowidzów, do tego przenosimy się z główną bohaterką, Paige, do okrutnej kolonii karnej, która ma na celu eliminację jasnowidzów w jak największym stopniu. Mamy tutaj zagłębianie się w świat przedstawiony i jednocześnie świetną historię pełną akcji, wspaniałych charakterów (no przyznać się -kto nie kocha Naczelnika?) oraz swoistego rodzaju dystopię. „Zakon mimów” wprowadza nas już w inne wątki dotyczące Londynu. Mamy tutaj więcej intryg, tajemnic, poznajemy mroczną strukturę gangów i organizacji jasnowidzów.

„Pieśń jutra”, trzeci z siedmiu zapowiadanych tomów serii, dotyczy głównie tematyki politycznej. Z każdą stroną coraz bardziej zagłębiamy się  w skomplikowaną konstrukcję władzy, a wszystkie elementy z poprzednich tomów łączą się naprawdę w fascynujące uniwersum. Nie raz słyszałam, że ta seria jest jak oprowadzanie po pięknym pokoju z drzwiami do kolejnego większego pomieszczenia, które ogarnia to mniejsze i tak dalej... Muszę się z tym zgodzić, bo faktycznie pierwszy tom był niezłym szokiem dla wyobraźni, ale miał na celu oswojenie czytelnika ze światem. Potem autorka odkrywa przed nami coraz więcej i więcej, a co jest najlepsze – dokładnie rozplanowała sobie każdy z tomów serii. Nie rozumiem i nie pojmuję jak można stworzyć w głowie coś tak wielkiego, skomplikowanego i szczegółowego.

Paige tym razem ma się zmierzyć z nową bronią wymierzoną przeciw jasnowidzeniu. Jako postać niezwykle ważna, musi udowodnić, że jest odpowiednią osobą, aby poprowadzić rewolucję. Jej charakter jest w tej części brutalnie szlifowany. Przez ciągłe walki, intrygi polityczne i stanie się symbolem buntu może odrobinę przypominać Katniss, jednak mi osobiście Paige wydała się bardziej realistyczna i twardo stąpająca po ziemi. Autorka dodatkowo podrzuca nam szczątkowe informacje dotyczące przeszłości Paige i rozwija historię o nowe postacie. Jeżeli skończyliście „Zakon mimów”, a jeszcze nie sięgnęliście po „Pieśń jutra”, to nie liczcie na to, że powiem wam cokolwiek o Naczelniku, o nie! Sami musicie się przekonać, jak autorka rozwinęła dalszą akcję i jak układają się relacje Naczelnika z Paige.

Tak naprawdę nie pozostaje mi nic innego jak odesłać Was do recenzji tomu pierwszego lub drugiego i gorąco Was zachęcić do sięgnięcia po tą serię. Każdy z trzech dotychczas wydanych tomów jest świetny, wielowątkowy, przepełniony akcją i dobrze napisany, bowiem mam wrażenie, że autorka z każdym tomem coraz lepiej radzi sobie z barwnymi opisami i stale doszkala swój warsztat. Ze względu na ogromny sentyment do „Czasu żniw” będzie to nadal moja ulubiona część, ale czuję, że wszytko rozwija się w iście epicki sposób i finał po prostu musi być czymś zachwycającym! Ale może nie myślmy na razie o finale, gdy czwarty tom jeszcze nie został przez autorkę ukończony. Po prostu czekajmy cierpliwie, bo warto. 



Moja ocena: 8,5/10

Kochani, z okazji 11-lecia Taniej Książki możecie kupić wszystkie części serii Samanthy Shannon z dużym rabatem




Do 17-tego maja, Księgarnia dokłada do każdego zamówienia gadżety! Do mnie dotarły świetne nalepki (ta z bombą trochę wredna, ale może skłoni kogoś do czytania :))) oraz zakładka :



Koniecznie dajcie znać, czy czytaliście którąkolwiek z książek Shannon i jakie były Wasze wrażenia. :)





piątek, 5 maja 2017

Szóstka wron i Królestwo kanciarzy - Leigh Bardugo

Recenzja dotyczy obu tomów, bez spoilerów

Duologia wydana nakładem Wydawnictwa MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła, Małgorzata Strzelec
Moja ocena: tom pierwszy 8/10, tom drugi 10/10


Szóstka wron.
Szóstka niebezpiecznych wyrzutków.
Jeden sposób by się wzbogacić.
Niewykonalny skok, niebezpieczeństwo, walka i intrygi.
Wciągająca historia, którą musicie poznać.


Leigh Bardugo to autorka, która za sprawą serii „Grisza” stała się niezwykle popularna, ale to jej duologia „Szóstka wron” i „Królestwo kanciarzy”, osadzona w tym samym uniwersum, wywołała w Polsce i za granicą prawdziwe zamieszanie. I to nie za sprawą przepięknych, solidnych wydań z barwionymi brzegami stron, a przede wszystkim dzięki wspaniałej treści, która wybija się spośród stosów schematycznych, przeciętnych pozycji z gatunku fantastyki. Duologia ta spokojnie może stanąć na półce tuż obok „Czasu żniw” Samanthy Shannon lub „Igrzysk śmierci” Collins, ponieważ dzieło Leigh Bardugo jest napisane na równie wysokim poziomie.

Tak naprawdę powinnam o tej duologii opowiedzieć w kilku zdaniach, aby nie zdradzać Wam zbyt wielu treści. Pozwólcie więc, że bardzo ogólnikowo wspomnę o fabule, natomiast dalej opowiem (może chaotycznie, przez natłok emocji) jak bardzo chcę, abyście przeczytali tą serię i podzielili się o niej swoim zdaniem.

„Szóstka wron” to osadzona w brutalnym świecie opowieść o sześciu wyrzutkach, szumowinach, osobistościach najbardziej brutalnych i plugawych, o gangu najbardziej odrażającym w całym Katterdamie. Miasteczko pełne jest nieuczciwego handlu i hazardu, a na domiar złego szerząca się afera narkotykowa skłania władze, w tym majętnego kupca Van Eck’ema, do złożenia przestępczemu geniuszowi, Kaz’owi Bekker’owi, nietypowej oferty. Stawka jest ogromna, misja praktycznie samobójcza, ale w końcu od czego ma się gang szumowin, które razem zdziałają wiele, o ile oczywiście wcześniej nie pozabijają się nawzajem.

Przyznam szczerze, że przez pierwsze 80 stron kompletnie nie potrafiłam się odnaleźć w nowym świecie. Nie czytałam trylogii „Grisza”, dlatego początkowo miałam duży problem z nowymi dziwnymi nazwami, zrozumieniem struktury miasteczka oraz aspektami magicznymi. Często musiałam zastanawiać się kto jest kim, a jako że każdy rozdział nawiązuje do innej postaci, miałam w głowie jeszcze większy zamęt. Podobne odczucia miałam przy pierwszym tomie „Czasu żniw”, w którym to autorka zbudowała własny świat od podstaw, ale w przypadku „Szóstki wron” bardziej mnie to irytowało. Na szczęście po tych kilkudziesięciu stronach zaczęłam łączyć fakty i wciągać się w całą historię. Przy lekturze „Królestwa kanciarzy” nie miałam już najmniejszych problemów i mknęłam strona po stronie w bardzo szybkim tempie.

„Szósta wron” to książka dopracowana, skomplikowana i bogata pod względem charakterów. Jeżeli macie dość błahych problemów młodocianych postaci, rozbudowanych wątków romantycznych i nic niewznoszących przemyśleń, to pokochacie każdego z bohaterów. Autorka wykazała się umiejętnością różnorodnego kreowania charakterów, a w tym wszystkim postawiła na siłę, pewność siebie, brutalność, a także na czarny humor. Nieczęsto zdarza się, że głównymi bohaterami są „ci źli”, dlatego śledzenie ich przygód było bardzo ciekawym przeżyciem. Gdybym miała wybrać jedną postać, która szczególnie zdobyła moje zainteresowanie, byłby to Kaz, geniusz przestępczości. Inteligentny, pewny siebie, brutalny, a także mistrz wrednego dowcipu. Jest chyba najbardziej negatywnie zarysowaną postacią, dlatego jest najbardziej intrygujący i tylko wyczekiwałam fragmentów, w których będzie obecny.

Pierwszy tom duologii pełen był akcji, pościgów, intryg i walk, ale jednak przez początkowe trudności nie korzystałam z lektury aż tak bardzo, jak się spodziewałam. Owszem, często kartki jakoś same szybko się przewracały, a mi ciężko było się oderwać od lektury, ale nadal to nie był ten poziom odczuć emocjonalnych, jaki być powinien. Mimo wszystko zamykając „Szóstkę wron” byłam zadowolona z tego naprawdę dobrego kawałka pracy Leigh Bardugo. Od razu zabrałam się za „Królestwo kanciarzy” i tutaj już przepadłam.

W tomie drugim jeszcze lepiej poznajemy bohaterów, ich skomplikowane charaktery i przywiązujemy się do nich, kibicując tym szumowinom we wszystkim, co robią. Budujące się między nimi relacje rozwijają się powoli, bardzo naturalnie, zwłaszcza te nienachlane, romantyczne, które są  dodatkowym smaczkiem w całej historii. Mamy tutaj też lepsze rozbudowanie historii, a autorka zgrabnie przeskakuje z wątku na wątek, stosując zawsze zaskakujące rozwiązania. Może nie wszystkie wydawały mi się najlepsze, ale kierunek, w jakim to wszystko zmierzało, dawał mi dużą satysfakcję. Ogromnym plusem jest nieprzewidywalność lektury i jeszcze bardziej podkręcone tempo akcji niżeli jak w tomie pierwszym (chociaż może to być skutek tego, że na dobre wciągnęłam się w ten świat). Samo zakończenie duologii jest bardzo dobre, ale pozostawia niedosyt. Jest przecież jeszcze tyle wątków, które mogła rozwinąć autorka i, błagam, niech napisze dalsze części albo chociaż jakieś nowelki!

Z jednej strony jestem zachwycona tym, że nie mam do czynienia z niekończącym się „tasiemcem książkowym”, a jedynie z dwoma tomami, które są konkretnym, solidnym i zadowalającym kawałkiem literatury. Jest jednak druga strona medalu – żałuję, że to już koniec. Oba tomy są bardzo dobre, ale „Królestwo kanciarzy” to już przegięcie, prawdziwa petarda!  Jeżeli jesteście po lekturze „Szóstki wron” i prawdopodobnie myślicie, że lepiej być nie może, to uwierzcie mi – to zaledwie połowa tego, na co stać Leigh Bardugo. A jeżeli nie sięgnęliście po tom pierwszy, to nadróbcie zaległości. Mam nadzieję, że tak jak mnie, ta duologia porwie Was w świat pełen akcji, wyrazistych bohaterów i intryg, który z pewnością pokochają fani „Czasu żniw”.

Za możliwość przeczytania rewelacyjnego "Królestwa kanciarzy" serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG!




Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach lub emailem, czy czytaliście „Szóstkę wron” i „Królestwo kanciarzy” i co o nich myślicie! Zastanawiam się także nad przeczytaniem trylogii „Grisza”, polecacie? J



środa, 8 lutego 2017

"Bezkres magii" Brandona Sandersona

Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Studniarek Anna
Ilość stron: 640
Opis: „Tancerka Ostrza“, zupełnie nowa mikropowieść ze świata Archiwum Burzowego Światła jest ukoronowaniem Bezkresu magii, pierwszego zbioru opowiadań Brandona Sandersona. Obowiązkowa lektura dla fanów. Zbiór zawiera ponadto osiem innych tekstów: „Nadzieja Elantris“ (Elantris) „Jedenasty metal“ (Z Mgły Zrodzony) „Dusza cesarza“ (Elantris) „Allomanta Jak i Czeluście Eltanii, odcinki od 28 do 30“ (Z Mgły Zrodzony) „Biały piasek“ (fragment, Taldain) „Cienie dla Ciszy w lasach Piekła“ (Tren) „Szósty ze Zmierzchu“ (Pierwsza od Słońca) „Z Mgły Zrodzony: Tajna Historia“ (Z Mgły Zrodzony) Te wspaniałe utwory ukazują ogrom cosmere i opowiadają ekscytujące historie. Wśród nich znajduje się nagrodzona Hugo mikropowieść „Dusza cesarza“ i fragment powieści graficznej „Biały piasek“. Ponadto zbiór zawiera komentarze i ilustracje przedstawiające różne układy planetarne, w których rozgrywa się akcja opowiadań.



Kto nie słyszał nigdy o Brandonie Sandersonie? Założę się, że każdy miłośnik książek chociaż raz natknął się na to nazwisko. Jest to autor, którego powieści otrzymują na portalach literackich najwyższe noty, a recenzenci wszem i wobec wychwalają jego dzieła. Niektórzy mówią, że trafi do kanonu fantastyki, podobnie jak J. R. R. Tolkien. Sanderson słynie z opowieści długich, skomplikowanych, przepełnionych akcją, bogatych w zróżnicowane charaktery, a przede wszystkim autor może pochwalić się ogromną fantazją, na co dowodem jest skomplikowane uniwersum cosmere. „Bezkres magii” to zbiór opowiadań i mikropowieści, którego tytuł idealnie oddaje charakter twórczości Sandersona. To pozycja idealna zarówno dla zagorzałych fanów, jak i dla osób, które choć raz przeczytały którąkolwiek z powieści autora.

Ważną kwestię, w przypadku tego zbioru, stanowi wydanie i konstrukcja książki. Treść jest uporządkowana w taki sposób, że czytelnik łatwo zapozna się z genezą powstania danych opowiadań, pozna układy planetarne, w których ma miejsce akcja, a także z łatwością uniknie jakichkolwiek spoilerów do innych książek Sandersona. Głównym kryterium podziału historii są bowiem różne układy, z którymi zapoznamy się zarówno poprzez ilustracje, jak i komentarz napisany przez Khriss, kobietę tworzącą dodatki Ars Arcanum na końcu każdej powieści. I jest to zabieg naprawdę dobry, chociaż muszę przyznać, że komentarze często mnie do siebie nie przekonywały. Były one bowiem skomplikowane, co drugie słowo było dla mnie niezrozumiałe, a całość wypełniła sztuczna wyniosłość i ogrom filozofii. Czekam tylko na pozycję typu „Cosmere i filozofia”, sama z wielką chęcią zagłębiłabym się w temat, może wówczas zrozumiałabym trochę więcej. Nie ma natomiast na co narzekać, opisy układów planetarnych stanowiły zwykle nie więcej niż 2 strony.

Przed lekturą każdego z opowiadań, czytelnik otrzymuje informację, jakiej książki dotyczy dana historia i czy znajdują się w niej mniejsze lub większe spoilery. „Bezkres magii” jest bowiem zbiorem mającym na celu ukazać fanom Sandersona zależności pomiędzy światami pojawiającymi się w jego powieściach. Nie oznacza to bowiem, że należy znać cosmere jako całość, co zaznacza sam autor już w prologu zbioru. Znajdziemy tutaj nie tylko opowieści będące prequelami lub sequelami danych dzieł obecnych na polskim rynku, ale także kilka mikropowieści, które występują całkowicie niezależnie od reszty. Dlatego nawet niedoświadczony w cosmere czytelnik będzie czerpał przyjemność z lektury. Nie ukrywam jednak, że każde z opowiadań będzie bardziej zrozumiałe dla osób, które zapoznały się ze światem w którejś z dłuższych form tekstowych autorstwa Brandona Sandersona i są w stanie łączyć więcej faktów w spójną całość. Dzieje się tak dlatego, że autor tworzy świat zupełnie nowy, obejmujący wiele galaktyk, przepełniony nowymi umiejętnościami magicznymi, niesamowitymi przedmiotami oraz postaciami, których zachowanie często trzeba przemyśleć i zinterpretować. Jak widzicie, nie jest to łatwe zadanie, ale daje dużo satysfakcji i buduje respekt dla Sandersona. Nie ma się przecież co spierać, jest to obecnie mistrz fantastyki.

Tak naprawdę spodobało mi się każde z opowiadań i mikropowieści z tego zbioru, ale chciałabym wyróżnić kilka utworów, które szczególnie ujęły mnie za serducho. Przede wszystkim, wydana już wcześniej jako osobna nowelka, „Dusza cesarza” nagrodzona Hugo. Opowiada ona o Shai specjalizującej się w fałszerstwach. Sanderson, będąc w Tajwanie, poznał tradycję pieczętowania bezcennych dzieł przez bogatych ludzi, którzy owe dzieło sobie upodobali. Przez to zaczął się bawić się rzeczywistością tak, że każda z pieczęci, przepełniona dostateczną ilością magii, miałaby zmieniać historię pieczętowanego przedmiotu. „Dusza cesarza” to przede wszystkim fenomenalny pomysł, którego zwieńczeniem jest dynamiczna akcja i pewna siebie bohaterka.




Inne opowieści, które szczególnie mi się spodobały to „Cienie dla ciszy w Lasach Piekła” (za niesamowitą fabułę, mroczne zmory w Lesie i chwile wzruszenia), „Szósty ze Zmierzchu” (o Zmierzchu i gadatliwej Vaith) oraz „Biały Piasek” (zawierający rewelacyjny komiks oraz króciutkie opowiadanie o magii władania piaskami).

„Bezkres magii” to świetny zbiór opowiadań przede wszystkim dla fanów Sandersona, ale również dla osób rozpoczynających dopiero swoją przygodę z jego twórczością. Pokazuje ogrom cosmere, rozbudowuje znane już historie, przedstawia nowe zakamarki uniwersum i nadal pozostawia w głowie lekkie zamieszanie tak, że czytelnik ma przekonanie, iż nigdy do końca nie pojmie, co autor stworzył w swojej głowie. I to jest piękne. Brandonowi Sandersonowi należą się gratulacje za to, że jako jeden z nielicznych okazał się być osobą, która ma umysł i duszę twórcy. A my, z przyjemnością, możemy poznać to, czym chce się podzielić.  

Fantastyka, która rozpiernicza system. 

Za możliwość przeczytania tej fantastycznej książki, serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG